sobota, 2 lutego 2013

Kowal o pochówku Lecha Kaczyńskiego na Wawelu


dzisiaj, 11:55

"Kiedy jechaliśmy z Witebska do Smoleńska samochodem, rozmawiałem z kilkoma osobami, które dzwoniły i oczywiście pytały, gdzie prezydent będzie pochowany. I podobno już w sobotę albo w niedzielę w kurii krakowskiej do pomysłu tego (pochówku Lecha Kaczyńskiego na Wawelu - red.) namawiał Stanisław Markowski, znany krakowski fotografik i działacz społeczny" – przekonuje w swojej książce "Między Majdanem a Smoleńskiem" Paweł Kowal.

Fot. Jakub Ociepa / Agencja Gazeta
Fot. Jakub Ociepa / Agencja Gazeta

Polityk zaznacza w rozmowie z Piotrem Legutką i Dobrosławem Rodziewiczem, że pomysł ten zrodził się w kilku miejscach jednocześnie.

"Po powrocie z Jarosławem Kaczyńskim do Warszawy poleciałem z powrotem po trumnę. Potem w Warszawie odbyły się uroczystości w Pałacu na Krakowskim Przedmieściu, a wieczorem doszło do słynnej kolacji, która już po fakcie cieszyła się takim zainteresowaniem części mediów" – relacjonuje wydarzenie europoseł.

Dodaje, iż kolacja odbyła się w restauracji "Tradycja Polska", gdzie prezydent lubił jadać.

"Dziennikarka (Monika Olejnik – red.) była bardzo poruszona. Powiedziała wtedy coś w rodzaju: »Musicie poszukać Jarosława Kaczyńskiego i pomóc mu wymyślić, jak będzie z pogrzebem. Przecież nikt się tym teraz nie zajmuje, nikt nie ma do tego głowy«. (…) I na następny dzień rano przygotowałem taką notatkę, na której były cztery warianty pochówku. Wśród nich Świątynia Opatrzności Bożej, bo wiedziałem o tej możliwości od kardynała (wówczas arcybiskupa) Kazimierza Nycza. Poza tym Powązki, do których początkowo najbardziej przychylał się wtedy Jarosław Kaczyński i do tego wyboru nawoływała też »Gazeta Wyborcza«. Była Archikatedra warszawska. No i Wawel" – wspomina lider PJN.

Kowal zaznacza, że koncepcję pochowania Lecha Kaczyńskiego w Świątyni Opatrzności Bożej została odrzucona przez rodzinę prezydenta, gdyż Świątynia była dopiero w budowie. Archikatedra warszawska z kolei była zbyt mała na pochówek pary prezydenckiej.

fot. Wydawnictwo Literackie

"Za katedrą mocno przemawiało jedno — tradycja chowania w tym kościele prezydentów — to jest miejsce prezydenckie. I to przewaga katedry warszawskiej nad Wawelem, miejscem pochówku królów i wodzów, ale nie prezydentów. Z kolei za Krakowem przemawiała wola kardynała Dziwisza, który był gotów na takie rozwiązanie" – przekonuje Paweł Kowal, podkreślając, że trzy dni zajęło wypracowanie stanowiska w tej sprawie.

Polityk wspomina, iż "już nawet kiedy ostatecznie ustalono, że pogrzeb odbędzie się w Krakowie, pojawiła się koncepcja, żeby nie było przejścia drogą królewską, tylko żeby przewieźć trumnę z kościoła Mariackiego".

"Ktoś zaczął podawać jakieś organizacyjne powody, potem ograniczono liczbę miejsc dla biskupów biorących udział w uroczystości" - pisze.

Kowal wspomina również reakcję Bronisława Komorowskiego na wieści o pochowaniu Lecha Kaczyńskiego na Wawelu. "Była taka rozmowa, moja i Maćka Łopińskiego z nim, o Wawelu. Od nas dowiedział się o tej idei. Widać było, że Bronisław Komorowski z tą propozycją się nie zgadza, ale byłem przekonany, wychodząc ze spotkania, że nie będzie działał przeciw niej" – przekonuje Kowal.

Szef PJN zaznacza, że był dotknięty publiczną wypowiedzią Władysława Bartoszewskiego, który mówił, że prezydent Warszawy powinien leżeć w Warszawie. "Zabrzmiało to jak brak uznania państwowej roli Kaczyńskiego. Dla mnie było zaskoczeniem, że można tak to ująć, że człowiek tak zasłużony jak Bartoszewski może w ten sposób sformułować myśl (…)" – mówi Kowal

Pioto Legutko i Dobrosław Rodziewicz pytali Pawła Kowala, czy decyzję tę podjęto za świadomością, iż wywoła ona opory i protesty.

"Decyzję podjęto z pełną świadomością reperkusji, jakie wywoła, ale też decyzji o pochówku nie podejmuje się w głosowaniu. Jarosław Kaczyński zdawał sobie z tego sprawę, chociaż po proteście Andrzeja Wajdy w jego otoczeniu rozważano zmianę decyzji. Jednego, jak pamiętam, jednak wtedy nie było: chęci czynienia z trumny znaku sprzeciwu za wszelką cenę" - podkreśla.

Wykorzystano, dzięki uprzejmości Wydawnictwa Literackiego, fragmenty książki Pawła Kowala "Między Majdanem a Smoleńskiem". Zawiera ona zapis rozmowy, jaką z europosłem i liderem partii Polska Jest Najważnejsza przeprowadzili dziennikarze Piotr Legutko i Dobrosław Rodziewicz. Książka ukazała się w listopadzie 2012 roku.

niedziela, 27 stycznia 2013

Timbuktu wzięte, dżihadyści w odwrocie


Foto: EPAKolejny sukces francuskiej armii

Początek trzeciego tygodnia francuskiej inwazji na Mali przyniósł Paryżowi dwa spektakularne zwycięstwa w wojnie z dżihadystami, kontrolującymi północą część tego afrykańskiego kraju. W sobotę Francuzi zdobyli Gao, największe miasto północy, w niedzielę zaś wkroczyli do Timbuktu.

O ile na przedpolach Gao doszło do walk między nacierającymi francuskimi komandosami i broniącymi miasta partyzantami, do Timbuktu Francuzi wkroczyli bez walki. Dżihadyści, nie potrafiąc przeciwstawić się śmigłowcom i samolotom atakującym ich kryjówki, bazy oraz magazyny broni i paliw, wycofali się z Timbuktu bez strzału. Według francuskich wojskowych, w Gao w walkach o miasto zginęło i zostało rannych kilkudziesięciu partyzantów. Francuzi zapewniają, że nie ponieśli żadnych strat.

Ciężki sprzęt płynie do Mali. Francuzi szykują się na drugi Afganistan

Islamscy...
czytaj dalej »
W niedzielę Francuzi i postępujący za nimi żołnierze z malijskiego wojska rządowego, a także przybyłe ze wsparciem oddziały z Czadu i Nigru patrolowały ulice Gao, a z wygnania w Bamako wrócił przepędzony przez dżihadystów burmistrz Sadou Diallo. Na przedmieściach Gao wciąż zdarzały się walki, a w mieście dochodzi do grabieży domów i sklepów.

Uważają w Timbuktu

W Timbuktu Francuzi i Malijczycy zachowują się ostrożniej. Nie chcąc narażać na uliczne strzelaniny pustynnej metropolii, uznanej przez UNESCO za zabytek światowego dziedzictwa kulturowego, francuskie i malijskie oddziały krok za krokiem zajmują kolejne uliczki, zaułki i dzielnice.

Dżihadyści w odwrocie

Dżihadyści, którzy w czerwcu przejęli kontrolę nad północną połową Mali i utworzyli tam własny kalifat, wycofują się przed Francuzami na północny wschód, w kierunku Sahary i tamtejszych górskich kryjówek. W ich rękach pozostaje jeszcze miasto Kidal, rodzinne strony emira sprzymierzonych z Al-Kaidą malijskich talibów Ijada ag Ghalego. W Kidalu schronił się też ponoć jeden z najważniejszych komendantów saharyjskiej Al-Kaidy Abou Zeid.

Od soboty francuskie lotnictwo bombarduje Kidal i rozrzucone wokół niego bazy partyzantów. Francuzi zburzyli m.in. dom Ijada ag Ghalego.

Sentinel nad Mali. Brytyjski samolot szpiegowski na wojnie

Wielka Brytania...
czytaj dalej »

Nieoceniona rola wojsk specjalnych

Według agencji AFP, decydującą rolę w malijskiej wojnie odgrywają francuskie oddziały specjalne. W Gao komandosi z Francji pod osłoną nocy i przy wsparciu śmigłowców zdobyli wiodący do miasta most i podmiejskie lotnisko, na którym zaraz wylądowały samoloty z żołnierzami z Czadu i Nigru, a ci ruszyli do szturmu na Gao. Malijscy żołnierze wkraczają do akcji dopiero, gdy z miast atakowanych przez francuskich komandosów uciekną partyzanci.

Pragnąc utrzymać w sekrecie szczegóły udziału francuskich wojsk w wojnie, Paryż i Bamako nie dopuszczają w pobliże walk dziennikarzy ani niezależnych obserwatorów.

Francuska inwazja

Francja zdecydowała się na inwazję zbrojną na Mali 11 stycznia, gdy dżihadyści z północy kraju ruszyli na południe, zagrażając Bamako. Francuzi postanowili nie czekać z interwencją na kraje Afryki Zachodniej, którym w grudniu zgodę na inwazję na Mali dała Rada Bezpieczeństwa NZ.

UE wyśle misję do Mali. "Jak najszybciej"

Unia Europejska...
czytaj dalej »
W Mali walczy co najmniej 2,5 tys. Francuzów, a choć rozpoczął się trzeci tydzień inwazji, zachodnioafrykańscy sojusznicy dopiero ściągają do Mali. Z wojskowym wsparciem przyszły tylko Czad i Niger, podsyłając Francuzom 2-3 tys. żołnierzy, którzy już uczestniczą w walkach.

Kraje zachodniej Afryki, które mają wystawić prawie 6 tys. wojsk, zdołały przysłać ledwie tysiąc. W niedzielę podczas narady Unii Afrykańskiej w Addis Abebie składający swoje obowiązki przewodniczący Thomas Boni Yayi, prezydent Beninu, załamywał ręce nad opieszałością Afryki. "Nie potrafimy zmusić się do działania nawet gdy niebezpieczeństwo zagraża nam samym - mówił Boni Yayi. - Choć sami mamy środki do działania, wciąż wolimy czekać, aż wyręczą nas inni". 

Do krajów Afryki Zachodniej, Czadu i Nigru uczestniczących w wojnie malijskiej obiecały dołączyć także Burundi i Uganda, których wojska pod flagą Unii Afrykańskiej, do spółki z oddziałami z Kenii i Etiopii, wygrały w zeszłym roku wojnę w Somalii przeciwko tamtejszym talibom.

Ciężki sprzęt płynie do Mali. Francuzi szykują się na drugi Afganistan


Foto: EMA / ECPA-DDo Mali wysłano głównie lekkie i mobilne oddziały Legii Cudzoziemskiej oraz te stacjonujące w byłych koloniach

Islamscy rebelianci umykają przed francuskimi wojskami, nie stawiając istotnego oporu. Pozornie wojna z malijskimi rebeliantami wygląda na łatwe zwycięstwo. Ale to może być pozór. Dlaczego bowiem Francuzi ściągają na front coraz więcej żołnierzy i ciężki sprzęt?

W weekend kolumna francuskich wojsk i podążających za nimi Malijczyków dotarła do Gao, jednego z dwóch najważniejszych miast na północy Mali, okupowanej od miesięcy przez islamskich rebeliantów.

Wojska francuskie i malijskie zdobyły "twierdzę" islamistów

Wojska malijskie...
czytaj dalej »
Przedstawiciel malijskiego wojska określił Gao jako "twierdzę" islamistów. Walki o miasto nie były jednak intensywne, miało w nich zginąć zaledwie "kilkunastu" rebeliantów.

Efemeryczny wróg

Podobnie wyglądało zdobywanie wszystkich innych pozycji islamistów, którzy ustępują przed nacierającymi Francuzami, nie podejmując z nimi walki. Rebelianci są zapewne świadomi tego, że w polu nie mają szans w starciu z dobrze uzbrojonymi i wyszkolonymi wojskami Paryża, wspieranymi na dodatek z powietrza.

Francuzi zastrzegają przy tym, że islamiści są znacznie lepiej zorganizowani, wyszkoleni i uzbrojeni, niż początkowo zakładano. Nie przekłada się to na jakieś sygnalizowane problemy na polu walki. Być może tego rodzaju zapewnienia mają na celu usprawiedliwienie zwiększenia obecności wojskowej w Mali.

Obecnie Francja ma w Mali około 2,5 tysiąca żołnierzy, w większości pochodzących z stałych baz francuskich w okolicznych krajach afrykańskich. Siły te są jednak nieustannie wzmacniane.

Ściągają posiłki

Źródło: EMA / armée de l’AirAmerykanie pomagają Francji samolotami transportowymi C-17 i latającymi cysternami
Ustanowiono most powietrzny pomiędzy Francją a malijską stolicą Bamako, którym nieustanie są transportowane posiłki. Ponieważ francuskie wojsko nie posiada własnych dużych samolotów transportowych, wsparcia udzielają kraje NATO. Francuzów do Mali wożą C-17 Globemaster z Kanady, Wielkiej Brytanii i USA, oraz wynajęte ukraińskie transportowce An-124 Rusłan.

Powietrzem można jednak przewozić jedynie ograniczone ładunki i jest to bardzo drogie. W ostatnich dniach z Tulonu do portu w graniczącej z Mali Gwinei wyruszył duży okręt desantowy Dixmude klasy Mistral, wyładowany po brzegi uzbrojeniem. Dowódca okrętu powiedział, że zabrano "rekordową" ilość sprzętu w historii Mistrali.

Na pokładach Dixmude umieszczono kilkadziesiąt różnych pojazdów, od transporterów opancerzonych Nexter (odpowiednik naszych Rosomaków), po szereg ciężarówek logistycznych. Nie podano konkretnych liczb, ale według dowódcy okrętu "pojazdy ustawione jeden za drugim ciągnęłyby się na sześć kilometrów" i ważą około dwóch tysięcy ton.

Źródło: EMA / Marine NationalePłynący z Franci Dixmude jest wyładowany wojskiem i uzbrojeniem po "brzegi"
Nie sprecyzowano też liczby zaokrętowanych żołnierzy, ale Mistrale mogą ich zabrać maksymalnie 700, aczkolwiek 450 jest wartością optymalną, jaką można przewieźć relatywnie "komfortowo".

Unikanie walki

Transportowanie tak znacznych posiłków do Mali świadczy o tym, że Paryż nie spodziewa się szybko wycofać z tego kraju. Wręcz przeciwnie, szykuje się na dłuższe zaangażowanie. 

Wojskowi mają nieoficjalnie rozważać nawet wysłanie kilku czołgów Leclerc, najcięższych wozów pancernych francuskiej armii. Tego rodzaju pojazdy okazały się bardzo przydatne w Afganistanie, gdzie swoje Leopardy wysłali Kanadyjczycy i Duńczycy. Czołgi są "nie do ugryzienia" przez słabo uzbrojonych rebeliantów, a na dodatek same dysponują potężną siłą ognia.

Źródło: EMA / Marine NationaleOkręt z posiłkami ma dotrzeć do celu w najbliższych dniach
Wszystko to świadczy o tym, że Francuzi nie mają złudzeń co do interwencji w Mali. Łatwe sukcesy w "odbijaniu" terytorium teoretycznie utrzymywanego przez islamistów są pozorne. Rebelianci po prostu unikają walki, w której nie mają szans i zachowują siły na kolejną fazę konfliktu.

Słabość władz

Gdy Francuzi odbiją już wszystkie większe miasta utrzymywane przez islamistów, będą musieli w jakiś sposób przywrócić w nich władzę rządu w Bamako i ugruntować ją. Będzie to znacznie trudniejsze zadanie niż wstępna ofensywa. Rząd centralny jest skrajnie słaby i dysponuje symbolicznymi siłami zbrojnymi.

Jak przyznał amerykański generał Carter Ham z Dowództwa Afryka, gdy instruktorzy USA przez kilka lat próbowali szkolić Malijczyków, tak aby sami mogli kontrolować radykalnych islamistów na swoim terytorium, popełniono istotne błędy. Malijscy żołnierze mieli otrzymać sporo wiedzy z zakresu działania na polu bitwy, ale mają poważne braki w zakresie "wartości i etyki", czyli nie czują się przedstawicielami oraz obrońcami państwa i narodu, co przekłada się na niskie morale, skłonność do dezercji i organizowanie zamachów stanu.

Źródło: EMA/ECPADFrancuzi blisko współpracują z malijskim wojskiem. Natarcie na północ kraju formalnie prowadzą siły połączone
Tego rodzaju wojsko nie będzie więc w stanie utrzymać zdobyczy poczynionych przez Francuzów. Gdyby ci szybko się wycofali po odtrąbieniu zwycięstwa, islamiści najprawdopodobniej wróciliby ze swoich kryjówek na Saharze i historia zatoczyłaby koło.

Długa perspektywa

Paryż szykuje się wiec na długą misję. Najprawdopodobniej zadania "garnizonowe" i codziennej kontroli miast przejmą wojska państw afrykańskich, które powoli spływają do Mali. Obecnie jest ich niemal dwa tysiące. Nie są to oddziały dorównujące Francuzom, ale przewyższające o klasę Malijczyków. 

Francuskie wojsko natomiast przejmie zapewne funkcje szybkiego reagowania i będzie koncentrowało się na odpieraniu niebezpiecznych ataków islamistów, a siły specjalne będą tropiły i eliminowały rebeliantów w ich kryjówkach.

Zostanie więc tym samym zastosowany model interwencji wypracowany już w Afganistanie. Pytaniem otwartym jest to, na ile sprawni okażą się islamiści. Czy dorównają w skuteczności zaprawionym w partyzantce Pasztunom i wciągną Francuzów w "bagno", czy też będzie to "modelowa" interwencja, która skutecznie uniemożliwi radykalnym islamistom powiązanym z Al-Kaidą utworzenie swojego państewka na Saharze.