czwartek, 18 kwietnia 2013

NIE: Tusk na podsłuchu

Artykuł archiwalny z numeru 14/2013


Kogo obgadywali politycy podczas meczu Polska–Ukraina?

Postanowiliśmy dobrać się władzy do dupy. Ale jak to zrobić, skoro dupę tę chroni gruba moczochłonna pielucha?
Otóż, drodzy Państwo, istnieje na świecie wynalazek, za który należy się Nagroda Nobla we wszystkich kategoriach – kardioidalny mikrofon kierunkowy Yukon DSAS. Co za cholera siedzi w środku tego 40-centymetrowego urządzenia, diabli raczą wiedzieć, niemniej dzięki działaniu w zakresie częstotliwości 500-10000 Hz, czułości na częstotliwości 1000 Hz wynoszącym 20+5 mV/Pa i wzmocnieniu dźwięku do 66dB da się usłyszeć przez ten mikrofon pierdnięcie myszy z odległości 50 m. Firma Yukon, znana niegdyś z produkowania przyrządów optycznych i nasłuchowych na potrzeby wojska, po upadku Związku Radzieckiego przekształciła się w spółkę międzynarodową i udostępniła swe technologie na rynku cywilnym. Korzystają z niej służby specjalne wielu krajów, muzycy operowi, ornitolodzy chcący odróżnić trele lecącego pochwodzioba żółtodziobego od czarnodziobego… I my.

Historii naszych wycieczek za kulisy władzy nie będziemy opisywać, bo nie starczyłoby miejsca. Z ultraczułym mikrofonem siadaliśmy już i na trybunie sejmowej, i w sejmowych korytarzach, zwiedzaliśmy z nim knajpy i ministerstwa – za każdym razem z nagrań wychodziła jednak bezbarwna pulpa, której wielogodzinny odsłuch przynosił mizerne rezultaty. Lepiej było wypatrywać okazji do naprawdę ładnego strzału. Taka nadarzyła się 22 marca podczas niesławnego meczu piłkarskiego Polska–Ukraina.

Od czasów upadku kariery Zbigniewa Chlebowskiego i jego słynnych pokątnych hazardowych rozmów na cmentarzach, trudno być pewnym, komu i gdzie przyjdzie ochota na podsłuchiwanie władzy. Ostatnim miejscem, na którym poważny polityk spodziewałby się chyba obecności wścibskiego mikrofonu jest dokładnie przeczesana przez BOR, odgrodzona od plebsu barierkami i rzędami krzeseł trybuna VIP na liczącym 55 tys. gardeł Stadionie Narodowym.

Udaliśmy się nań za ciężkie pieniądze – kupiony od koników za prawie 600 zł bilet do sektora G37 (tuż nad lożą VIP) przygarnął red. Jaruga, a sektora D20 (340 zł, tuż obok loży VIP) red. Marszał. Z przepustkami dla mediów, które mogliśmy załatwić, nie dostalibyśmy się tak blisko władzy, ale za to nie mielibyśmy problemów z wniesieniem sprzętu. Kontrola licznych ochroniarzy była nieprzyjemna, ale na szczęście niezbyt dokładna – na wydarzenia tego typu nie można wnosić urządzeń rejestrujących dźwięk i obraz, ale nam udało się przemycić sprzęt (w tym podręczny wzmacniacz, przedwzmacniacz, dyktafon i reduktor szumów) w butach typu śniegowce, w których red. Marszał wyglądał jak nastolatka, a red. Jaruga jak transseksualista, który rozmyślił się zaraz po operacji zmiany płci.
Ciekawe urządzenia pospinane kablami wzbudzały szerokie zainteresowanie pijanej publiczności i puszczonych samopas bachorów, ale na szczęście nie stadionowych stewardów i chodzących dwójkami patroli policji.
Gdy już odegrano Mazurka Dąbrowskiego, gawiedź posadziła dupy, a sędzia zagwizdał i 22 facetów zaczęło się pocić, podzieliliśmy łupy w stadionowej windzie. Pierwszy dostępu do licznie zgromadzonych gwiazd spróbował Jaruga.
Loża prezydencka, w której zasiadł Bronisław Komorowski z Wiktorem Janukowyczem i nieco na krzywy ryj prezydent Węgier Janos Ader, była niestety poza zasięgiem pracy urządzenia. Mimo najszczerszych chęci nie dało się nagrać ich reakcji na dwie szybko stracone przez Polaków bramki. Było to szczególnie intrygujące, bo gdy cały stadion krzyczał kurwa! i ja pierdolę!, Komorowski posługiwać się musiał dobrą miną do dramatycznej gry.
Po lewej stronie od loży prezydenckiej, w sektorze V01 zgromadzili się nie mniej ważni goście: Donald Tusk, Grzegorz Schetyna, Aleksander Kwaśniewski z żoną, Lech Wałęsa, Bogdan Borusewicz, Jerzy Buzek, a także byli piłkarze i obecni działacze PZPN: Zbigniew Boniek, Roman Kosecki (poseł PO) oraz Marek Koźmiński.
Dostęp do nich od strony Marszała był wręcz wymarzony. Funkcjonariusze BOR tracili czujność, wgapiając się w sytuację na boisku, a jeśli już się rozglądali, to w górę, czy aby nikt nie planuje zrzucić worka kartofli na piękny umysł premiera.
Wbrew temu, co mogłoby się wydawać, dobrze wycelowany mikrofon kardioidalny doskonale sprawdził się w warunkach stadionowych. Bez przeszkód docierały do niego dźwięki oddalone o ok. 20 m (trzeba zaznaczyć, że na trybunach VIP-ów jest dużo ciszej niż na pozostałych), a jego immanentną cechą jest niemal całkowite odcinanie nawet najgłośniejszych dźwięków dochodzących pod kątem 90 stopni z boku oraz z tyłu).
W ciągu 20 minut pierwszej oraz 45 minut drugiej połowy udało nam się zarejestrować następujące dialogi. Ich ocenę pozostawiamy Czytelnikom.

Po ok. 35 minutach pierwszej połowy LECH WAŁĘSA znika na zapleczu loży. GRZEGORZ SCHETYNA rozmawia z DONALDEM TUSKIEM:
S: - Ale czapkę przyodział. I wciąż z tym tabletem. W szpitalu nago zdjęcia, klata w Miami, jakieś małpie cyrki…
T: - Technologia nie dla każdego. Jak ta z Poznania od teatru, y… no, chuja papieża…
S: - No, wrąbała się po uszy. Posuną ją, nie ma siły.
T: - Tym bardziej, że on nie aż taki chuj. Na moje kapował, ale teraz czyszczą.
S: - Czyszczą. A Lecha z gejami za murem powinni posadzić na trybunie.
T: - To by przeskoczył (śmiech).
S: - A potem zakaz stadionowy…
T: - I co on, bidul, będzie robił? Żonkę męczyć, bo już dosyć Ameryki.

Operator telewizyjny pokazuje DONALDA TUSKA na stadionowym telebimie. Kibice zaczynają gwizdać. Ponownie GRZEGORZ SCHETYNA zwraca się do Tuska.
S: - Gwizdajcie, debile, gwizdajcie…
T: - Cicho, mogą nas jeszcze pokazywać. Tamto (stadionowy telebim – przyp. red.) niekoniecznie gra, co w telewizji…
S: - To po cholerę kamerzysta prowokuje?
T: - A co, ma mecz pokazywać? (śmiech). A debile swoją drogą (śmiech). Kanclerzem Niemiec bym był. Po nogach by całowali. A i w piłkę lepiej.

ROMAN KOSECKI (wiceprezes PZPN i poseł PO) do GRZEGORZA SCHETYNY o ZBIGNIEWIE BOŃKU, prezesie PZPN.
K: - O, rudy idzie… Kurwa, nie dość że rudy, to jeszcze jakiś dzisiaj rozczochrany.
S: - Ale przy Lato to on jest królowa brytyjska.
K: - Ja tam Lato lubiłem. W interesach zawsze się wywiązywał.
S: - Solidny, mówisz?
K: - Jego robota to Euro. Muchowa tylko do zdjęć, minki robić. Ale on niemedialny był. To go…
S: - Ale co nabrał, to nikt mu nie zabierze. Daj, Boże, każdemu takie. Daj, Boże.

DONALD TUSK do ROMANA KOSECKIEGO, którego syn Jakub wszedł na boisko w drugiej połowie.
T: - E, widzę synek po tatusiu odziedziczył. Zapieprza jak chiński skuterek.
K: - Ja w jego wieku byłem młodszy (śmiech).
T: - Widział… (niewyraźny fragment). Ale się nie podniesiemy. 3:1 i będzie koniec. Albo czwartą wbiją. Zero grania…
(Do Tuska podchodzi asystent, wręcza mu telefon. Tusk znika w kuluarach. Po kilku minutach wraca do Koseckiego).
T: - Związane ręce mam. Grzesiu będzie startował, obiecuje, pogra, we mnie nie uderzy.
K: - Się rozumie.
T: - Bo jak walnie, to i jemu się po łbie dostanie. Nie mogę, wiesz, teatrzyk musi odegrany zostać.
K: - A ty czemu kwitów nie każesz wyciągnąć?
T: - Ostatni do tego jestem. Od napierdalania to bokserzy są. Zresztą atmosfery nie ma, nastroju, rozumiesz…
K: - Bo na ciebie nic nie ma. Zresztą spokojny jesteś.
T: - Nie ma, nie ma… Każdy swoje za kołnierzem ma. Ale za długo siedzę, żeby z byle kijkiem wyskakiwać.
K: - I słusznie. Na spokojnie jedziemy, na spokoju.

BOGDAN BORUSEWICZ do MARKA KOŹMIŃSKIEGO, wiceprezesa ds. zagranicznych PZPN, chwilę po akcji niewykorzystanej przez Ludovica Obraniaka, spolszczonego Francuza.
B: - Matko Boska…
K: – Pan się cieszy, że w piłkę trafił (śmiech).
B: – A, to ten Francuzik… W białym mu dobrze (śmiech).
K: – Ale nie w formie zupełnie.
B: – Dobrze, że żabojad z boiska do okopu nie ucieka (śmiech).

JOLANTA KWAŚNIEWSKA, mijając się w przejściu z LECHEM WAŁĘSĄ.
K: – A skąd pan takie ciepłe dostał (Wałęsa trzymał w ręku kubek z gorącym napojem – przyp. red.)?
W: – A tam dają, za szkłem.
K: – Ziąb okrutny.
W: - Przynajmniej piciu przynoszą, a tam (w zwykłych sektorach – przyp. red.) stój pani w kolejce jak do czyśćca.
K: – (Śmiech) Niech pan koniecznie ucałuje ode mnie małżonkę.
W: – A pani męża. Godzinę już siedzi, rękę podał, ale słowem się nie odezwie.

ALEKSANDER KWAŚNIEWSKI do DONALDA TUSKA i GRZEGORZA SCHETYNY tuż przed końcowym gwizdkiem.
K: - Dziękujemy, gra marna, cięgi zbieramy, ale miło było.
S: – Od Ukraińców dostać, straszny wstyd.
T: – Przy takim kopaniu to o San Marino się boję.
S: – Chociaż ty to Ukrainę miło wspominasz.
K: – Głódź był moim actimelkiem (śmiech).
T: – Widzimy się jak umówione.
K: – Jak zwykle. Dzięki!
(Chwilę po odejściu Kwaśniewskiego).
T: – Patrz go, jaki chujek opalony.
S: – Ale Jola zmarzła. Cienki kożuszek taki.
Zabezpieczając się przed ewentualnymi zarzutami natury prawnej, informujemy, iż wszystkie rozmowy zostały przez nas zarejestrowane i będą zrozumiałe nawet dla głuchoniemych biegłych. Co zaś się tyczy zarzutów natury etycznej – powyższe rozmowy, choć miały charakter prywatny, padły w miejscu publicznym. A że je usłyszeliśmy dzięki wyjątkowo czułym uszom, cóż… Nieetyczne to było wypuszczanie Kwaśniewskiej na mecz w cienkim kożuszku!

MICHAŁ MARSZAŁ

ROBERT JARUGA

sobota, 13 kwietnia 2013

Ma 9 lat, a już spotykał się z papieżem i prezydentami. Oto Kola Łukaszenko


Andrzej Poczobut
 
06.04.2013 , aktualizacja: 07.04.2013 21:45
A A A Drukuj
Aleksandr Łukaszenko ze swoim synem Nikołajem i Hugo Chavezem

Aleksandr Łukaszenko ze swoim synem Nikołajem i Hugo Chavezem (Fot. Ariana Cubillos AP)

Lubi broń i wojskowy uniform, więc od prezydenta Rosji dostał wykonany ze złota bojowy pistolet. Ubrany w wojskowy mundurek, przyjmuje defilady, uczestniczy nawet w oficjalnych spotkaniach na najwyższym szczeblu. To Kola Łukaszenko, syn Aleksandra. Jak wygląda jego życie?
Z Grodna pisze Andrzej Poczobut

Choć ma zaledwie dziewięć lat, niezależny tygodnik "Nasza Niwa" umieścił go na 43. miejscu listy stu najbardziej wpływowych Białorusinów. Przed głową Cerkwi prawosławnej metropolitą Fiłaretem, zastępcą szefa administracji prezydenta i wszystkimi opozycyjnymi politykami.

Kola miał już audiencje u papieża Benedykta XVI, spotykał się z Hugo Chavezem, Raulem Castro, prezydentami Rosji, Ukrainy czy Armenii. Lubi broń i wojskowy uniform, więc od prezydenta Rosji dostał wykonany ze złota bojowy pistolet. A ponieważ prezydent Aleksander Łukaszenka niemal wszędzie pojawia się z najmłodszym synem, prócz tradycyjnego przydomka "Baćka" (po białorusku "ojciec") zyskał drugi - "Tata Koli".

Królewicz na scenie

W kwietniu 2008 r. Łukaszenka niespodziewanie pojawił się publicznie w towarzystwie maleńkiego chłopczyka. Razem pracowali na budowie wielkiej hali sportowej, mieszając i wylewając beton. Nazajutrz zdjęcie prezydenta i dziecka obiegło czołówki wszystkich państwowych gazet.

Kim jest ten chłopczyk? - głowili się dziennikarze. Odpowiedzi nie było. - Nie chcę snuć domysłów, nie wiem też, w jaki sposób chłopczyk trafił na czyn społeczny. Ale dobrze popracował z Aleksandrem Grigorijewiczem, zrobiliśmy im zdjęcie i umieściliśmy na swoim portalu - oznajmił Paweł Lohki, sekretarz prasowy Łukaszenki.

Tożsamość chłopca szybko przestała być tajemnicą. Kilka dni później w telewizyjnym reportażu można było zobaczyć, że chłopczyk zwraca się do prezydenta "tata". W ten sposób Białorusini dowiedzieli się, że ich przywódca ma nie dwóch, a trzech synów. Najmłodszy, Kola, urodził się w 2004 r. Jego matką jest Iryna Abelskaja, przez wiele lat osobista lekarka Łukaszenki.

Dlaczego dopiero w 2008 r. Kola został pokazany Białorusinom? W tym czasie prezydent podpisał umowę ze znanym brytyjskim fachowcem od PR, lordem Timothym Bellem, który miał zadbać o polepszenie wizerunku Białorusi na Zachodzie. Uważa się, że publiczne eksponowanie maleńkiego syna to był właśnie pomysł Bella na ocieplenie wizerunku polityka nazywanego "ostatnim dyktatorem Europy".

Sam Łukaszenka to dementował: - To nie jest żadna piarowa kampania. Co, jestem jedynym prezydentem, który ma dzieci? Tak, Kola stał się częścią polityki. Taki jest jego los, bo urodził się u ojca-prezydenta.

Tylko z ojcem

Od momentu pierwszego publicznego pojawienia się, Kola stale towarzyszy ojcu. Ubrany w wojskowy mundurek, przyjmuje defilady - salutują mu nie tylko żołnierze, ale nawet białoruscy generałowie. Często wizytuje razem z ojcem zakłady pracy, spotyka się z weteranami II wojny światowej czy odwiedza imprezy kulturalne. - Jeżeli dowie się z telewizji, że gdzieś byłem, a jego ze sobą nie zabrałem, to robi mi awanturę - skarżył się Łukaszenka.

Być może to sprawiło, że razem z tatą Kola uczestniczy nawet w oficjalnych spotkaniach na najwyższym szczeblu. W 2009 r. w trakcie pertraktacji z prezydentem Armenii Serżem Sarkisjanem Kola siedział na kolanach Łukaszenki i kładł mu głowę na ramię. To był debiut chłopca podczas międzynarodowych negocjacji, a dziecko czuło się niepewnie i milczało.

Kilka miesięcy później, w trakcie rozmów z Wiktorem Juszczenką, Kola nie miał już tremy i zdecydowanie popędzał ojca, by ten kończył spotkanie z prezydentem Ukrainy. - Tato, długo jeszcze? - zwracał się do Łukaszenki na oczach zdumionych Ukraińców. - Histerię mi urządził: "Weź mnie na kolana, przecież jesteś moim tatą". I co tu powiesz, przecież dookoła dziennikarze - tłumaczył się później prezydent Białorusi.

W trakcie wizyty w Watykanie w 2010 r. chłopca zainteresowała szwajcarska gwardia papieża, którą Kola określił mianem klaunów. - Jacy to żołnierze... Przecież nie mają naramienników - mówił. - Cały szereg przed nim stał na baczność. Kola szybko porządek tam zaprowadził - chwalił się prezydent Białorusi.

Już w przedszkolu Kola demonstrował swój charakter. Łukaszenka mówił, że syn nie chce - tak jak inne dzieci - kłaść się po obiedzie spać i idzie od razu do dyrektorki, by ta pozwoliła mu w tym czasie bawić się. Oczywiście, natychmiast dostawał pozwolenie.

Dwa lata temu Kola poszedł do szkoły, ale teraz podobno uczy się w domu. Dlaczego podjęta została taka decyzja, nie wiadomo. - Ma ciężki charakter, jak jego ojciec - wyznał szczerze Łukaszenka.

Chłopca nigdy nie widziano z matką. Rosyjska prasa spekulowała, że Łukaszenka nie pozwala Irynie Abelskiej widywać syna. Sam prezydent nigdy nie wypowiadał się na ten temat.

Chce do specnazu

59-letni dziś Łukaszenka kilkakrotnie mówił, że widzi w Koli swego następcę i że przyjdzie dzień, kiedy chłopiec zostanie prezydentem Białorusi. Później dementował te słowa. Według niego cała historia z Kolą-następcą miała zostać zmyślona przez opozycję. - Chcieli nastraszyć ludzi, że Łukaszenka tyle lat jest już u władzy, a tu zamierza rządzić do czasu, dopóki syn nie wyrośnie - mówił prezydent, który został głową białoruskiego państwa w 1994 r. Potem zmienił konstytucję, likwidując przepis ograniczenia kadencji prezydenta do dwóch.

Niechęć Białorusinów do rządzącego już 19 lat Łukaszenki jest dziś po części przerzucana na Kolę. W internecie często wypominają chłopcu, że urodził się poza związkiem małżeńskim, do tego regularnie kolportowane są przeróżne plotki na jego temat. Według nich chłopczyk a to miał pogryźć stewardesę, a to opluć milicjanta. Ma to pokazać, że Koli wszystko wolno.

- W mojej ocenie społeczeństwo negatywnie reaguje na osobę Koli, bo jego obecność w trakcie oficjalnych spotkań jest ewidentnie nie na miejscu. To tak jakby dyrektor firmy zabierał na ważne spotkania dzieci i pozwalał im bawić się obok, a sam prowadził pertraktacje - uważa medioznawca Aleś Ancipienka.

Niechęć Białorusinów do Koli powoduje, że Łukaszenka już dziś martwi się o los syna. - Dziś wszyscy są dobrzy, ładne piosenki o tobie śpiewają, a później będą się z kijami na ciebie rzucać - mówił prezydent podczas jednej z konferencji prasowych, odnosząc się do sytuacji, gdyby stracił władzę. - Jedynie, czego chcę, to żeby nie znęcano się nad mymi dziećmi, zwłaszcza nad maleńkim. Żeby mogli spokojnie żyć i pracować, by nie wypominano im ojca.

Jaka będzie przyszłość Koli, dziś nie sposób przewidzieć. Starsi synowie Łukaszenki są urzędnikami państwowymi. Wiktor jest doradcą prezydenta ds. bezpieczeństwa i nadzoruje działalność wszystkich resortów siłowych, a Dzmitryj jest szefem prezydenckiego klubu sportowego.

Sam Kola w krótkim wywiadzie dla jednej z łotewskich stacji telewizyjnych powiedział, że chce zostać żołnierzem specnazu, by bronić swojej ojczyzny.


Cały tekst: http://wyborcza.pl/1,75477,13688017,Ma_9_lat__a_juz_spotykal_sie_z_papiezem_i_prezydentami_.html#Cuk#ixzz2QLLTBmXV

czwartek, 4 kwietnia 2013

Kabaret Pod Wyrwigroszem o smoleńskiej mgle, trotylu i "zajeb...tym" Antonim, co "spisek chytrze wykrył". Będzie awantura?


Agnieszka Kublik
 
04.04.2013 , aktualizacja: 04.04.2013 17:33
A A A Drukuj
Kadr z teledysku Kabaretu Pod  Wyrwigroszem

Kadr z teledysku Kabaretu Pod Wyrwigroszem (Fot. Youtube)

- My nie drwimy z katastrofy smoleńskiej. Poddajemy satyrze to, co się wokół tej katastrofy w Polsce dzieje. Z jednej strony teorie o sztucznej mgle, o zamachu, a z drugiej strony potworny chaos w śledztwie - członkowie Kabaretu Pod Wyrwigroszem wyjaśniają nam, dlaczego kilka dni przed rocznicą katastrofy smoleńskiej opublikowali kontrowersyjny teledysk poświęcony smoleńskiej katastrofie


Agnieszka Kublik: Trzeba odwagi, by tak kabaretowo wyśpiewać katastrofę smoleńską?

Maurycy Polaski: - Żeby nam się lepiej rozmawiało, ustalmy jedno: my nie drwimy z katastrofy smoleńskiej. To była ogromna tragedia narodowa. Pamiętam, jak 10 kwietnia, trzy lata temu, spotkaliśmy się z kolegami z kabaretu i wszystkim nam cisnęły się do oczu łzy. Tym teledyskiem chcieliśmy wyrazić naszą opinię na temat zamieszania wokół sprawy smoleńskiej.

Zrobiliście premierę tego teledysku kilka dni przed 3. rocznicą katastrofy smoleńskiej? To nie może być przypadkowy zbieg okoliczności.

M.P.: - Dla nas przypadkowy, bo związany z przydługą zimą. Tekst piosenki był gotowy pół roku temu. Czekaliśmy ze zdjęciami, bo atakowały mrozy i obawialiśmy się o sprzęt filmowy. Tak więc termin publikacji jest całkowicie przypadkowy. Poza tym proszę mi znaleźć dobry termin premiery dla akurat tego teledysku...

Wyszło na to, że w ten sposób obchodzicie 3. rocznicę katastrofy.

M.P.: - W ten sposób, czyli jak?

Obśmiewając smoleńskie hipotezy.

M.P.: - Poddajemy satyrze to, co się wokół tej katastrofy w Polsce dzieje. Z jednej strony teorie o sztucznej mgle, o zamachu, a z drugiej strony potworny chaos w śledztwie, pocięcie wraku przez Rosjan i to, że nie chcą nam go zwrócić. Z trzeciej strony my Polacy, którzy musimy na to wszystko patrzeć...

Łukasz Rybarski: - Zadajemy pytania, na które każdy sam musi sobie odpowiedzieć. Jest tu mnóstwo symboliki, bardzo się przyłożyliśmy do realizacji tego nagrania.

Jakie pytanie jest dla was najważniejsze?

Ł.R.: - O naszą przyszłość, czyli jak długo jeszcze będziemy się o to kłócić.

Jak długo?

Ł.R.: - Pewnie bardzo długo, niestety.

Tytuł "Oddział specjalny" jest aluzją do...

Ł.R.: - Do oddziału specjalnego w siłach zbrojnych i w szpitalach psychiatrycznych. Jak kto sobie to odczyta, to jego wybór.

Drwicie z brzozy ...

Ł.R.: - To jest przekaz artystyczny, satyryczny przede wszystkim, a podstawowym narzędziem satyry jest przesada. Stąd taki sposób prezentacji.

Na pewno na poważnie nie jest o sztucznej mgle ukrytej w magnetycznej bombie czy trotylu schowanym w kurzych kuprach.

Ł.R.: - Usiłujemy się wpasować w rzeczywistość znaną nam, jak i pewnie większości, z mediów. Naszą rzeczywistość przesłania mgła. I to jest polski problem.
Śpiewacie o Antonim, co "spisek chytrze wykrył".

Ł.R.: - Bo wykrył. Oglądałem jego konferencje prasowe, na których to wszystko opowiadał. Patrzyłem na niego z otwartymi ustami...

"Zajebisty mąż stanu", tak widzicie Antoniego Macierewicza: "Ja powiem ci, Waniusza, co specjalistów ściągnął aż ze Stanów. Jak wielki jest w Rzeczpospolitej duch, co zrobił tak zajebistego męża stanu".

Ł.R.: - To takie młodzieżowe, slangowe określenie. Już się potocznie nie mówi "fajny" czy "wspaniały". Nie lubimy tego słowa, ale tutaj jest ważne, bo funkcjonuje jako najwyższy stopień od "wspaniały".


Macierewicz może poczuć się spostponowany. A jak wytoczy wam proces?

Ł.R.: - Gdybyśmy żyli w Chinach, Korei Płn. czy na Białorusi, to można by mieć o to obawy. Gdyby u nas satyryków oskarżać o ich teksty, toby wszyscy siedzieli w więzieniu. Mam nadzieję, że pan Antoni jako inteligentny facet ma poczucie humoru. Znaczy: tego nie wiem na pewno, ale podejrzewam go, że ma.

Stańczyk na końcu jest bardzo poważny.

Ł.R.: - Bo to jest bardzo poważna sprawa. Doskonała puenta. Stańczyk na obrazie Jana Matejki martwi się o to, że w 1514 r. straciliśmy Smoleńsk. Na obrazie Matejki za oknami jest Wawel. I tak się nam to wszystko jakoś poskładało...

Wasz Stańczyk martwi się o ...

Ł.R.: - Jak wszyscy, o Polskę posmoleńską. Matejko to przewidział.






Cały tekst: http://wyborcza.pl/1,75478,13680100,Kabaret_Pod_Wyrwigroszem_o_smolenskiej_mgle__trotylu.html#MT#ixzz2PVsT23ue