poniedziałek, 10 lutego 2014

Droga Trynkiewicza z pierwszej ławki do celi śmierci

"Iloraz inteligencji 121. Egocentryk, samotnik". Droga Trynkiewicza z pierwszej ławki do celi śmierci

"Iloraz inteligencji 121. Egocentryk, samotnik". Droga Trynkiewicza z pierwszej ławki do celi śmierci Foto: PAP/Grzegorz Michałowski Mariusz Trynkiewicz we wtorek opuści zakład karny

Mariusz Trynkiewicz. Dla lekarzy egocentryk z ilorazem inteligencji 121. Jedynak i oczko w głowie rodziców. Na podwórku "grubas", a dla siebie chłopak "podobny do nikogo". Prymus z pierwszej ławki z nieobronioną przez błędy w maszynopisie magisterką. "Życiowy pechowiec" - mówił o sobie. Obcy, który straszył sąsiadów wizjerem w drzwiach z wymalowanymi od wewnątrz więziennymi kratami.

Nieśmiały prymus

Trynkiewicza plan na wolność: zmienię nazwisko, zacznę wszystko od nowa

Zabijał - jak...
czytaj dalej »
Matka urodziła Mariusza Trynkiewicza w wieku 26 lat. O dziecko starali się z mężem od dawna.

Lekarze powiedzieli, że byłoby lepiej, gdyby nie planowali kolejnych. Gdy Mariusz dopytywał o to, dlaczego nie ma brata, odpowiadała cierpliwie: "bo nie możemy".

- To typowy jedynak, tak go wychowywaliśmy - przyznawała. Otaczany troską, trochę rozpuszczony, do świata podchodził z wyższością.

To ona miała z Mariuszem najlepszy kontakt. Rozmawiali dużo i - wydawało się - o wszystkim.

- Była spokojna. Byłem kochany, wszystko robili dla mnie - tak Trynkiewicz opisywał swoje dzieciństwo.

Pytany o wady matki, odpowiadał: "za długo się mną zajmowała, rozpieszczała mnie".

Ojciec był na uboczu. Ciągle zawalony pracą "starszy wizytator Kuratorium" nie interesował się jego sprawami osobistymi.

- Ale można było liczyć na jego pomoc. Nie prowokował konfliktów, był opanowany - charakteryzował ojca. Z wyglądu czuł się podobny do matki, "psychicznie do nikogo".

Jako dziecko nie chorował. Jakieś zapalenie uszu, odra, najpoważniejsza żółtaczka zakaźna. Bardziej martwił jego brak kontaktu z otoczeniem - opowiadała Urszula Trynkiewicz.

Zauważyłam, że był skryty, typ samotnika. Dało się to zauważyć od najmłodszych lat.

Przezwiska? Grubas, gdy byłem w 3-4 klasie. (Mariusz Trynkiewicz)

Z materiałów procesowych

Do szkoły Mariusz poszedł w wieku sześciu lat.

Za troskę odwdzięczał się najlepszymi laurkami. Po lekcjach szedł do domu, bo nie miał z kim biegać po podwórku. Nie był wysportowany, nie imponował kolegom i koleżankom.

A jedna bardzo mu się podobała - córka koleżanki matki, widywali się w szkole. Gdzieś w okolicach trzeciej-czwartej klasy zaczęli za nim wołać "grubas". Tamtej koleżanki nigdy już nie zaczepił, "nie miał śmiałości".

Kompleks jedynaka

Do I Liceum Ogólnokształcącego im. Bolesława Chrobrego dostał się bez egzaminów. Ale prowadzenie za rączkę zaczynało mu coraz bardziej ciążyć. Opuścił się w nauce, wagarował. "Nie przejawiał zainteresowania ukończeniem szkoły" - pisał w notatce na żądanie prokuratury dyrektor liceum.

Zapytany później o  najmniej przyjemne wspomnienie z domu Trynkiewicz wróci do tamtego okresu - "bo wyrządzał rodzicom krzywdę".

Pierwszą klasę jeszcze jakoś przeszedł. Z jednym egzaminem poprawkowym. W połowie drugiej był już w innej szkole. Papiery zabrał ojciec, postanowili, że młody Trynkiewicz przeniesie się do technikum. Ale musi nadrobić różnice programowe żeby nie stracić roku.

Uczył się kilka tygodni, zaliczył wszystkie przedmioty i roku nie stracił.

W technikum znowu odżył. "Należał do uczniów więcej niż dostatecznych", ale nadal "nie uczestniczył aktywnie w życiu klasy", był "niechętny do zwierzeń" i "nielubiany przez kolegów".

Akt prawdziwej łaski. Tak powstawała ustawa, która pozwala wypuścić Trynkiewicza

To wąska grupa...
czytaj dalej »
Typowy dzień? Mariusz wracał prosto ze szkoły do domu. Był pierwszy.

O godz. 15 z pracy w przychodni lekarskiej przychodziła matka. Pracowała tam jako laborantka. Na końcu ojciec. Razem jedli obiad, później "każdy zajmował się swoimi sprawami". Tata pisał sprawozdania, mama rozwiązywała krzyżówki. Wieczorem parzyła synowi herbatę, "taką mocniejszą, przestudzoną, jak lubił" i siadali wszyscy razem w pokoju przed telewizorem.

To wtedy w Trynkiewiczu zaczęło rozwijać się marzenie o posiadaniu "braciszka, którym mógłby się opiekować".

Z marzeniem przyszło z kolei zainteresowanie małymi chłopcami, o czym mówił sam w składanych wyjaśnieniach.

Rodzice bardziej interesowali się oskarżonym niż on sam.

Z uzasadnienia sądu

Technikum Trynkiewicz ukończył w 1981 r. Pracę dyplomową pisał o obozach zagłady w Polsce w czasie II wojny światowej. Ale to dobre wyniki na olimpiadach z wiedzy technicznej miały dać mu bilet wstępu bez egzaminu na uczelnie pedagogiczne. Przynajmniej tak się wszystkim wydawało.

Zamiast brata "chłopcy"

Wybór padł na Wyższą Szkołę Pedagogiczną w Krakowie. Podobno na cztery dni przed egzaminami dowiedział się, że jednak będzie musiał je zdawać.

Taką miał wersję, chociaż nikt jej nie sprawdzał. Powiedział, że nie pojedzie. - Był bardzo załamany. Przeżywał to ogromnie - wspominała mama. Wtedy po raz pierwszy zauważyła u niego tak "poważne załamanie nerwowe". Na szczęście trwało krótko.

Rodzice znów przybiegli z pomocą. W "Tygodniku Piotrkowskim" Urszula Trynkiewicz przeczytała o utworzeniu filii WSP w Kielcach i namówiła syna, żeby zdawał. Nabór był we wrześniu. Znów: kilka tygodni nauki i sukces.

Za kilka lat w uzasadnieniu wyroku skazującego Trynkiewicza na śmierć sąd stwierdzi: "rodzice bardziej interesowali się oskarżonym niż on sam".

Na roku same dziewczyny, ich trzech. Zawarli umowę, że nie będą wiązać się z koleżankami. Tak przynajmniej Trynkiewicz tłumaczył matce to, dlaczego nie chodzi na randki.

Ale Mariusz się łamie, próbuje. Poznaje Beatę. Przyprowadza ją do domu. Idealną partnerkę charakteryzuje tak: "czysta i zadbana", taka z jego charakterem i żeby lubiła spędzać z nim czas na działce.

Były strażnik o Trynkiewiczu: więzień szczególny. Nie mógł siedzieć w celi z innymi

Reporterka...
czytaj dalej »
Beata lubi wszystko. Już przed sądem powie, że chciała od tej znajomości więcej niż jej kolega, że mogła doprowadzić ona do "wywiązania się jakiegoś uczucia" i że "gdyby zaproponował małżeństwo to nie spotkałby się z odmową".

Mariusz to czuje. Któregoś dnia oświadcza matce, że będzie się żenił. Ta, zdziwiona, radzi synowi żeby poczekał z decyzją. Trynkiewicz czeka i coraz bardziej dociera do niego, że to nie jego świat.

Ostateczny dowód dostaje latem 1984 roku. Jako wychowawcy jadą z Beatą na kolonie. Próbują uprawiać seks. Ale nic nie wygląda tak, jak powinno. Nie udaje się. Więcej prób Trynkiewicz już nie podejmie.

Życiowy pech

Ostatnie dwa lata studiuje zaocznie. Wcześniej idzie mu raz lepiej, raz gorzej. Średnia 3,5. Ale egzaminy zdaje. Dużo czyta: Edmunda Niziurskiego, coś z przygody, "Pana Samochodzika". Na studiach ma opinię "odludka". W tym czasie musi już pracować, takie przepisy. Kolejny raz z pomocą przychodzi wtedy ojciec. Mariusz dostaje pracę w szkole podstawowej nr 11 w Piotrkowie Trybunalskim. Prowadzenie zajęć praktyczno-technicznych dla chłopców z klas V-VIII rozpoczyna 1 września 1984 r. Zostaje opiekunem koła fotograficznego, później prowadzi też szkolne koło strzeleckie.

Byłem prowadzony za rączkę, jakoś nie mogłem pokazać rodzicom, że bez ich łaski jestem w stanie coś osiągnąć. (Mariusz Trynkiewicz)

Ciągle to widmo samobójstwa wisiało nad nami. Byłam już tym umęczona. (Urszula Trynkiewicz)

Z materiałów procesowych

Z notatki urzędowej dyrektora na temat Trynkiewicza-nauczyciela: "Do zajęć lekcyjnych przygotowywał się sumiennie (...) Uczniowie chętnie uczestniczyli w zajęciach fakultatywnych prowadzonych przez kol. Trynkiewicza, potrafił uatrakcyjnić i urozmaicić ich treść. Młodzież garnęła się do niego (...)".

I dalej: "Uosobienie ma flegmatyczne, jest małomówny, raczej nieśmiały. W stosunku do współpracowników kulturalny i koleżeński."

Większą cierpliwość ma do młodszych chłopców.

W 1986 roku zaprzyjaźnia się ze swoim uczniem Arturem K. Chłopiec odwiedza go w mieszkaniu rodziców pod ich nieobecność, zostaje na noc. Ale podobno nie śpią w jednym łóżku. - Traktowałem go jak brata. Przebywanie z nim sprawiało mi zadowolenie. Kochałem go, gdyż się nim opiekowałem. Myśli związanych z odbyciem stosunku z tym chłopcem nie miałem. Ja go inaczej traktowałem, niż innych chłopców. To był mój brat - tłumaczy później prokuratorom podczas przesłuchania, które sąd uzna za najbardziej wartościowe pod względem dowodowym.

W tym samym roku Trynkiewicz uzyskuje absolutorium. W lipcu ma obronić pracę magisterską. Jedzie na uczelnię i po kilku godzinach wraca na działkę do rodziców ze spuszczoną głową. Praca odrzucona. Mariusz mówi, że to przez błędy w maszynopisie. Od tego momentu wszystko dzieje się już błyskawicznie.

Odrzucenie pracy traktuje jako największą dotychczasową porażkę. "Życiowy pech", "zawsze coś było przeciwko mnie" - tak będzie wspominał tamten rok podczas rozmów z prokuratorami. Ale najgorsze dopiero nadchodzi.

Tydzień po terminie obrony Trynkiewicz dostaje wezwanie do wojska.

Zemsta zapisana w tatuażu. "Nie wiem, czy dalej bym nie zabijał"

Powtarzał, że...
czytaj dalej »
- Był załamany, nie jadł, prosił męża, aby pomógł mu załatwić odroczenie chociażby do grudnia tego roku - wspominała matka. Pewnie by się udało, gdyby nie to, że lipiec - wszyscy znajomi ojca na urlopach.

Z wyjaśnień Trynkiewicza: "(...) byłem prowadzony za rączkę, jakoś nie mogłem pokazać rodzicom, że bez ich łaski jestem w stanie coś osiągnąć".

Mariusz po raz pierwszy zaczyna wspominać o samobójstwie. Te słowa paraliżują rodziców: Urszula Trynkiewicz w prokuraturze: "Ciągle to widmo samobójstwa wisiało nad nami. Byłam już tym umęczona".

Upalny dzień. Syn przychodzi w grubych sztruksach i koszuli. Cały na czarno. Matka zauważa, że wygląda to tak, jakby nosił żałobę. Trynkiewicz odpowiada, że nosi. Po kim? "Po sobie".

Wojsko, więzienie, piętno

Koszalin, Szkoła Podchorążych Rezerwy, wrzesień 1986 r. Trynkiewicz rozpoczyna szkolenie. "Był podchorążym przeciętnym. Cechowała go skrytość i małomówność, unikał kontaktów z kolegami, był typem samotnika" - pisze o nim dowódca w opinii służbowej.

W Koszalinie jest źle. Ojciec pomaga i syna udaje się przenieść do Skierniewic. A tam jeszcze gorzej. W rozmowach z matką narzeka, że koledzy się z niego śmieją i każą mu spać w szatni, że "dłużej tego nie wytrzyma". Staje się coraz bardziej nerwowy.

Trynkiewicz ofiary łowił nad jeziorem. Nie zabijał, "gdy nie było warunków"

Często wychodzi na przepustki do domu. Kiedy jest Piotrkowie szuka małych chłopców. Dwóch na przełomie 1986/87 roku siłą zaciąga na działkę rodziców.

Milicja szybko go łapie. Wyrok: 1,5 roku w zawieszeniu na dwa lata. Ale perspektywa więzienia Trynkiewicza nie przeraża. W czerwcu 1987 r. zwabia do domku letniskowego 12-letniego Szymona F. - wrażliwego chłopaka, który tego dnia zdaje egzamin do szkoły muzycznej. Przetrzymuje go tam przez pięć godzin.

Każe mu się rozebrać, położyć na łóżku i pozwolić dotykać swojego ciała. Kolejny proces i kolejny wyrok: razem z tym poprzednim odwieszonym Trynkiewicz musi odsiedzieć 2,5 roku.

- Największe piętno na moim charakterze wywarł pobyt w więzieniu. To dla mnie koszmar - mówi rok później prokuratorom, gdy będzie już formalnie podejrzany o dokonanie czterech zabójstw.

Trynkiewicz siedzi w tzw. "sztywnej celi": z zabójcą, robotnikiem i aferzystą gospodarczym. Ale siedzi krótko, bo już po miesiącu od wydania wyroku sąd zgadza się na czteromiesięczną przerwę w odbywaniu kary.

To w jej trakcie - 4 lipca i 29 lipca - Trynkiewicz zabije w swoim mieszkaniu najpierw Wojciecha P. a później Krzysztofa K., Artura K. i Tomasza Ł., za co sąd skaże go na karę śmierci.

"My home is my castle"

Jeżeli dane ci jest chodzić po cienkim lodzie współczesnego życia, ciągnąc za sobą milczące wyrzuty miliona załzawionych oczów, nie bądź zdziwiony, gdy szczelina w lodzie pojawi się pod Twoimi nogami.

Napis, który Mariusz Trynkiewicz umieścił nad drzwiami mieszkania

Nad drzwiami wejściowymi mieszkania umieści napis: "my home is my castle" ("mój dom jest moją twierdzą").

I jeszcze jeden, dłuższy: "Jeżeli dane ci jest chodzić po cienkim lodzie współczesnego życia, ciągnąc za sobą milczące wyrzuty miliona załzawionych oczów, nie bądź zdziwiony, gdy szczelina w lodzie pojawi się pod Twoimi nogami".

Zamontuje dodatkowy wizjer i zaklei go folią z rysunkiem imitującym więzienne kraty. Od zewnątrz ozdobi drzwi wizerunkiem końskiego łba, który zaniepokoi sąsiadów.

Ale, kiedy jeden z chłopców będzie krzyczał "ludzie, ratunku!", nikt nie zareaguje. Każdy pomyśli, że to tylko rodzinna awantura. A dzielnicowy napisze: "W miejscu zamieszkania posiadał dobrą opinię, gdyż prowadził spokojny i ustabilizowany tryb życia".

Po tym jak Piotrków obiegła informacja o zabójstwie chłopców, Mariusza odwiedził ojciec. Kazał mu wyrzucić wszystkie noże, dla spokoju. "Po co ci one?" - pytał.

Iloraz inteligencji: wysoki. Poziom agresji: przeciętny

Ujawniamy opinię biegłych ws. Trynkiewicza: Bardzo wysokie prawdopodobieństwo popełnienia czynu zabronionego

"Prawdopodobieńst...
czytaj dalej »
Czwartego dnia Trynkiewicz przyszedł wieczorem do mieszkania rodziców. Prosił żeby zrobić mu herbaty, "takiej mocniejszej, przestudzonej, jak lubi". - (...) Że napijemy się wspólnie, bo dla niego to jest bardzo ważny dzień (...) - zeznawała matka.

Z koleżankami poszła na pogrzeb zamordowanych dzieci. - Od pogrzebu z synem już się nie widziałam.

Dzień później Trynkiewicza zatrzymała MO.

A lekarze po obserwacji napisali: "iloraz inteligencji 121", "zdolność planowania", "jednostka o sporych ambicjach i potrzebie prestiżu", "uczuciowość silnie egocentryczna", "nastawiony wyłącznie na zaspakajanie swoich potrzeb", "kompleks jedynaka", "przeciętny poziom agresji".

Tekst powstał na podstawie akt z procesu Mariusza Trynkiewicza, udostępnionych przez Sąd Okręgowy w Piotrkowie Trybunalskim.

11 lutego Trynkiewicz będzie mógł wyjść na wolność. Dziś sąd będzie decydował, czy zamknąć go w ośrodku terapeutycznym.

ZOBACZ JAK W 1989 ROKU UCHWALANO USTAWĘ, KTÓRA POZWOLIŁA TRYNKIEWICZOWI WYJŚĆ NA WOLNOŚĆ.

piątek, 24 stycznia 2014

Reforma polskiej armii. Jak zmiany wpłyną na Wojska Specjalne?

Po­czą­tek roku przy­niósł wiel­kie zmia­ny w pol­skiej armii. Re­for­ma sys­te­mu kie­ro­wa­nia i do­wo­dze­nia Si­ła­mi Zbroj­ny­mi RP, obej­mu­ją­ca całą armię, wy­wo­ła­ła jed­nak kon­tro­wer­sje w od­nie­sie­niu do Wojsk Spe­cjal­nych. MON broni wpro­wa­dzo­nych zmian pod­kre­śla­jąc, że nie będą mieć one ne­ga­tyw­ne­go wpły­wu na funk­cjo­no­wa­nie Spe­cjal­sów. Re­for­mę kry­ty­ku­je jed­nak gen. Roman Polko, oce­nia­jąc, że jest to "po­wrót do prze­szło­ści, do cha­osu i do­mi­na­cji re­gu­la­mi­no­wej pro­ce­du­ry nad zdro­wym roz­sąd­kiem i spój­no­ścią".

Wojsko PolskieWojsko PolskieFoto: Maciej Swierczynski / Agencja Gazeta

Zmiany wprowadzane z początkiem 2014 roku objęły cała armię. Zgodnie z założeniami reformy struktur dowodzenia, z dniem 31 grudnia 2013 r. rozformowane zostały dowództwa Rodzajów Sił Zbrojnych; w miejsce dotychczasowych czterech odrębnych dowództw powstały dwa dowództwa połączone - Dowództwo Generalne Rodzajów Sił Zbrojnych i Dowództwo Operacyjne RSZ. Pierwsze z nich odpowiada za przygotowanie armii do działań i jej funkcjonowanie w czasie pokoju, drugie - za dowodzenie wojskami wydzielonymi do misji zagranicznych i przejmujące dowodzenie w czasie kryzysu lub wojny. Wojska Lądowe, Siły Powietrzne, Marynarka Wojenna i Wojska Specjalne są reprezentowane w Dowództwie Generalnym RSZ przez swoje inspektoraty.

Podczas apelu inaugurującego działalność Dowództwa Generalnego Rodzajów Sił Zbrojnych na początku stycznia minister obrony narodowej Tomasz Siemoniak podkreślił jednak, że prace nie zakończyły się wraz z przełomem roku. - Właśnie teraz przypadnie najtrudniejszy, najcięższy czas - powiedział minister.

BBN na swojej oficjalnej stronie już w czerwcu zamieścił komunikat dotyczący planowanych zmian w wojsku. Napisano w nim, że "planowana reforma systemu kierowania i dowodzenia Siłami Zbrojnymi RP zakłada racjonalną konsolidację systemu dowodzenia wokół jego trzech podstawowych funkcji – planowania strategicznego, bieżącego dowodzenia ogólnego i dowodzenia operacyjnego – sprzężonych bezpośrednio z kierowaniem politycznym oraz ujednolicenie systemu na czas pokoju, kryzysu i wojny".

Wprowadzanie reformy armii w Wojskach Specjalnych wywołało jednak spore kontrowersje, dotyczące m.in. ich autonomii. Według części ekspertów, zmiany dotyczące dowództwa utrudnią funkcjonowanie tych wojsk, ponieważ będą zaprzeczeniem zasady "force user-force provider", która stanowiła m.in. o szybkości reagowania Specjalsów w sytuacjach kryzysowych. Doszło także do zmian personalnych - gen. bryg. Jerzy Gut został dowódcą Sił Specjalnych, zastępując na tym stanowisku gen. bryg. Piotra Patalonga, który stanął na czele utworzonego Inspektoratu Wojsk Specjalnych.

Proces zmian strukturalnych w dowództwie Wojsk Specjalnych eksperci ocenili jednak jako dość chaotyczny. Istniejące do 31 grudnia 2013 roku Dowództwo Wojsk Specjalnych zostało zastąpione Dowództwem Sił Specjalnych, które istniało zaledwie 10 dni; w jego miejsce powołano Centrum Operacji Specjalnych.

Ministerstwo Obrony Narodowej, w oficjalnym komunikacie z 7 stycznia 2014 r., tłumaczyło, że Centrum Operacji Specjalnych powstanie na bazie Dowództwa Sił Specjalnych, które określono mianem "przejściowej struktury". "Utworzenie Centrum Operacji Specjalnych (COS) wpisuje się w trwający proces budowania nowych struktur kierowania i dowodzenia Siłami Zbrojnymi. Jego lokalizacja w Krakowie pozwoli na wykorzystanie bogatego dorobku, wiedzy i umiejętności, jakie posiada kadra służąca w dotychczas działającym Dowództwie Wojsk Specjalnych" - napisano. W komunikacie podkreślono, że COS przyczyni się do ujednolicenia struktur dowodzenia w czasie pokoju, kryzysu i wojny.

Ppłk Sońta: reforma nie wpłynie negatywnie na Wojska Specjalne

- Reforma armii nie wpłynie negatywnie na poziom wyszkolenia czy działania Wojsk Specjalnych. Dziś jest zdecydowanie za wcześnie, by dokonywać oceny reformy, ale nie ma podstaw do twierdzenia, że stworzony system będzie niewydolny - mówi w rozmowie z Onetem ppłk Jacek Sońta. Rzecznik MON podkreśla, że "generalnym" założeniem reformy dowodzenia jest wydzielenie dowodzenia operacyjnego i dowodzenia ogólnego, a rozwiązania przyjęte w odniesieniu do Wojsk Specjalnych "wpisują się w tę koncepcję".

- W tym miejscu należy podkreślić znaczenie Inspektoratu Wojsk Specjalnych – organu, który ma właśnie zajmować się stworzeniem warunków do szkolenia jednostek Wojsk Specjalnych. Będzie także wykonywał zadania związane z pełnieniem funkcji gestora sprzętu - stwierdził ppłk Sońta.

Rzecznik MON zaznaczył, że reforma systemu kierowania i dowodzenia ma charakter całościowy, w związku z czym objęła wszystkie rodzaje sił zbrojnych - w tym także Wojska Specjalne. Wojskowy, zapytany o autorów zmian, odpowiada, że pracowało nad nimi "wiele gremiów".

- Wśród nich znaleźli się m.in. pełnomocnik MON ds. wdrażania nowego systemu zarządzania, kierowania i dowodzenia Siłami Zbrojnymi RP oraz dwudziestopięcioosobowy zespół ds. Nowego Systemu Kierowania i Dowodzenia SZRP; w jego skład weszli oficerowie reprezentujący różne rodzaje Sił Zbrojnych, Sztab Generalny WP, Dowództwo Operacyjne itp. Współpracowano również z oficerami Wojsk Specjalnych - mówi ppłk Sońta.

Wojskowy podkreśla, że celem tego zespołu było wypracowanie nowych struktur dowodzenia oraz dokumentów, bez których nie można było dokonać reformy. Jak przypomina, ramy prawne reformy zostały wyrażone w ustawie o zmianie ustawy o urzędzie Ministra Obrony Narodowej oraz niektórych innych ustaw, którą 22 lipca 2013 r. podpisał prezydent Bronisław Komorowski.

- Przyjęta reforma nie wpłynęła na nasze zobowiązania sojusznicze. Na przykład, zobowiązania NATO-wskie, jakim jest dowodzenie komponentem wojsk specjalnych w Siłach Odpowiedzi NATO, realizować będzie Centrum Operacji Specjalnych oraz wydzielone do tego Komponentu Zadaniowe Zespoły Bojowe z Jednostek Wojsk Specjalnych. Za szkolenie wojsk specjalnych i w tym zakresie współpracę międzynarodową będzie odpowiadał Inspektorat Wojsk Specjalnych w Dowództwie Generalnym Rodzajów Sił Zbrojnych - powiedział rzecznik Ministerstwa.

Centrum Operacji Specjalnych, utworzone w miejsce Dowództwa Sił Specjalnych, zainaugurowało swoją działalność 10 stycznia (pierwsza informacja o tej zmianie pojawiła się w oficjalnym komunikacie MON już 7 stycznia). Oznacza to, że Dowództwo funkcjonowało zaledwie 10 dni. Takie tempo zmian wywołało zdziwienie ekspertów, którzy twierdzili, że jest to dowód na brak przemyślanej koncepcji odnośnie armii. Jaki był powód tak szybkiej zmiany w strukturze dowódczej Wojsk Specjalnych? - pytamy.

Ppłk Sońta odpowiada, że Dowództwo Sił Specjalnych "od początku było pomyślane jako struktura przejściowa, która pozwoliła przygotować funkcjonowanie COS". - Było to niezbędne, by właściwie przygotować docelową strukturę, jaką zgodnie z założeniami reformy systemu kierowania i dowodzenia Siłami Zbrojnymi jest Centrum Operacji Specjalnych. Takie rozwiązanie pozwoliło na kompleksowe przygotowanie funkcjonowania Centrum - zaznaczył rzecznik. - Udało się je zakończyć szybciej niż planowaliśmy i dlatego10 stycznia możliwe było oficjalne zainaugurowanie działalności Centrum Operacji Specjalnych - dodał.

- Mówienie o braku koncepcji jest nieuprawnione. Wojska Specjalne były, są, i będą wizytówką naszych Sił Zbrojnych - zadeklarował ppłk Sońta w rozmowie z Onetem.

Gen. Roman Polko: ta reforma to powrót do przeszłości

- Wprowadzana reforma to powrót do przeszłości, do chaosu i dominacji regulaminowej procedury nad zdrowym rozsądkiem i spójnością - w taki sposób zmiany dotyczące Wojsk Specjalnych komentuje gen. Roman Polko. W 2006 roku prezydent Lech Kaczyński powierzył generałowi zadanie opracowania koncepcji funkcjonowania tych wojsk w strukturze sił zbrojnych i przedstawienia jej ówczesnemu ministrowi obrony narodowej Radosławowi Sikorskiemu.

Akceptacja ministra pozwoliła generałowi na powrót do wojska i wprowadzenie tej koncepcji w życie. Wojskowy w rozmowie z Onetem przypomina jej dwa zasadnicze cele - zwiększenie możliwości bojowych sił specjalnych rozproszonych w strukturze MON, poprzez zapewnienie im niezbędnej autonomii oraz spełnienie wymagań wynikających z definicji działań specjalnych, czyli przedsięwzięć realizowanych przy użyciu zasobów niekonwencjonalnych.

- Ten cel udało się osiągnąć w 100 procentach. Jedność dowodzenia i autonomia wojsk specjalnych przełożyła się na skuteczne działania Specjalsów w Afganistanie, świetne relacje z naszymi amerykańskimi partnerami i powierzenie nam dowodzenia siłami specjalnymi w strukturach NATO - podkreślił gen. Polko.

- A jest to dorobek zaledwie 6 lat istnienia Dowództwa Wojsk Specjalnych, które w międzyczasie zaliczyło wędrówkę z Warszawy przez Bydgoszcz do Krakowa – bo poszczególni ministrowie nie mogli się do końca zdecydować, gdzie to dowództwo powinno funkcjonować - dodał były dowódca GROM.

Zdaniem gen. Polko, reforma "z pewnością" utrudni współdziałania polskich Specjalsów z wojskami specjalnymi sojuszników Polski, a także "postawi pod znakiem zapytania dotychczasowy dorobek". Wojskowy zwraca uwagę, że największym problemem jest potraktowanie sił specjalnych jak każdego innego rodzaju wojsk "pod jeden schemat, jeden sznyt".

- Tymczasem siły specjalne ze względu na swój charakter i możliwości stanowią element wypełniający lukę między działaniami służb specjalnych, które mogą być za słabe, a działaniami sił konwencjonalnych, które z kolei mogą być zbyt mocne w danej sytuacji - zauważył gen. Polko.

- Reforma, która nie uwzględnia szczególnego charakteru wojsk specjalnych: konieczności ograniczenia kręgu osób dopuszczonych do informacji o zadaniach tych sił i posiadania własnej, krótkiej ścieżki dostępu do najważniejszych decydentów - ogranicza nasze możliwości współdziałania z kooperantami. Oni nie mają takich ograniczeń i oczekują z naszej strony podobnych standardów - wylicza w rozmowie z Onetem.

Gen. Polko skrytykował także sam proces zmian w strukturze dowództwa Wojsk Specjalnych, mówiąc, że "żołnierze wojsk specjalnych i opinia publiczna powinni poznać nazwiska planistów, koszty tych działań i uzasadnienie tych irracjonalnych decyzji".

- Decyzje te były tak tajne, że gdy na początku stycznia rozmawiałem z jednym z oficerów Dowództwa Sił Specjalnych i zapytałem go, w jakiej strukturze teraz służy, stwierdził z rozbrajającą szczerością, że sam nie wie. A przecież zaskakiwać to powinniśmy wroga na polu walki, a nie własne siły rozbijając ich morale - dodał generał w rozmowie z Onetem.

Zaborowski: mam nadzieję, że dorobek Specjalsów nie zostanie zmarnowany

Swoje zastrzeżenia wobec reformy armii wyraził Zbyszek Zaborowski z sejmowej Komisji Obrony Narodowej. - Mam poważne wątpliwości, czy połączone dowództwa sił zbrojnych zadbają efektywnie o szkolenie i przygotowanie specyficznych rodzajów sil zbrojnych jak Marynarka Wojenna, Lotnictwo czy też Wojska Specjalne. W obecnej sytuacji trudno mówić o jakiejkolwiek autonomii Wojsk Specjalnych - powiedział poseł SLD w rozmowie z Onetem.

Zdaniem Zaborowskiego, jeżeli priorytetem jest wprowadzenie połączonych operacji wojskowych i wzorujemy się na modelach zachodnich, to należało wprowadzić kolegium połączonych szefów sztabów rodzajów sił zbrojnych tak, jak jest w USA, ale utrzymać samodzielne dowództwa rodzajów sił zbrojnych, które dbałyby o rozwój i przygotowanie bojowe specyficznych formacji wojskowych.

- Jak będzie wyglądała realna współpraca między Dowódcą Operacyjnym RSZ, a Dowódcą Generalnym RSZ, w nowym modelu dowodzenia, będziemy mogli ocenić dopiero po upływie pewnego czasu. Bóg raczy wiedzieć, jak na tym wyjdą Wojska Specjalne - zaznaczył poseł Sojuszu.

Zaborowski przypomniał, że polskie Wojska Specjalne, w dotychczasowym modelu funkcjonowania, osiągnęły wysoką gotowość bojową, mogą się też pochwalić realnymi osiągnięciami na polu walki, m.in. w Iraku i Afganistanie. - Mam nadzieje, że ten dorobek nie zostanie zmarnowany, a współpraca polskich Specjalsów z wojskami naszych sojuszników takich jak Francja czy USA zostanie utrzymana. Z naszych doświadczeń i instruktorów korzystają również wojska specjalne państw NATO-wskich Europy Środkowej - dodał.

Poseł SLD, zapytany o szybką drogę do ustanowienia Centrum Operacji Specjalnych, ocenił, że świadczy ona o "niedopracowaniu reformy dowodzenia polskimi siłami zbrojnymi, mimo że przygotowania trwały od dłuższego czasu". - Można mieć tylko nadzieję, że zanim nastąpi nowy, poważny kryzys międzynarodowy, sztabowcy w polskiej armii skończą rozruch nowego systemu - podkreślił Zaborowski w rozmowie z Onetem.

Wielkie wyzwanie w 2014 roku

W 2014 roku na Wojska Specjalne czeka wiele wyzwań, o których na początku stycznia mówił gen. Jerzy Gut. Polacy, w ramach ćwiczenia całości NATO-wskiego komponentu operacji specjalnych pod kryptonimem Noble Sword-14, będą musieli potwierdzić zdolność, którą wywalczyli w czasie ćwiczenia Cobra-13. W 2014 roku dojdzie także do wycofania komponentu Wojsk Specjalnych z Afganistanu, biorących udział w misji ISAF.

czwartek, 16 stycznia 2014

Mój szczerbaty górnik


Judyta Watoła, Dariusz Kortko 2011-12-16
  • Górnicy, którzy zginęli podczas pacyfikacji kopalni Wujek fot. IPN Katowice

Masakra w kopalni Wujek - 30 lat później. - Prokuratorzy kazali nam wpisywać "egzekucję prawnie uznaną". Zbuntowaliśmy się, bo jaka tu "egzekucja prawnie uznana"?! Wpisywaliśmy "zabójstwo przez postrzał" - mówią lekarze, którzy dokonywali sekcji zwłok górników. Pierwszy raz publicznie opowiadają o tamtych zdarzeniach

W niedzielę 13 grudnia 1981 r. było mroźno. W południe żony górników z Wujka zaczęły gotować obiady, bo mimo że był stan wojenny, szychty mężów nikt nie odwołał. Górnik przed robotą musi się dobrze najeść. 

W pracy dowiedzieli się, że Jan Ludwiczak, szef komisji zakładowej "Solidarności", został aresztowany. W poniedziałek kończyła się nocna zmiana, ale oni z kopalni nie wyszli. Rozpoczęli strajk i zażądali: uwolnić Ludwiczaka, odwołać stan wojenny, respektować Porozumienia Jastrzębskie. 

We wtorek w nocy pod kopalnię zaczęły podjeżdżać oddziały ZOMO, wojska i czołgi.

Obok kopalni przejeżdżały autobusy miejskie z centrum Katowic do Centralnego Szpitala Klinicznego.

Umorusani górnicy stali przy płocie, a pasażerowie machali im z autobusów. Uśmiechnięci górnicy odmachiwali. 

- 16 grudnia rano jechałam do pracy "dwunastką", przez szybę spojrzałam na jednego z górników. Spotkaliśmy się wzrokiem, pomachałam mu, odmachał i uśmiechnął się do mnie szeroko. Spostrzegłam, że jest szczerbaty, zapamiętałam jego twarz - wspomina dr Stanisława Kabiesz-Neniczka.

Rozkaz pacyfikacji dotarł do oddziałów pod Wujkiem 16 grudnia w południe. W blokach na osiedlu wyłączono prąd. Czołgi zrobiły wyłomy w murze kopalni, do środka wdarło się ZOMO. O godz. 12.30 ludzie na osiedlu usłyszeli strzały. Nikt nie widział, co się działo na miejscu, kopalnia została otoczona szczelnym kordonem. - Słychać było strzały, ale pomyślałam, że to tylko na postrach. Do głowy mi nie przyszło, że strzelają do ludzi - mówi lekarka.

Ktoś otworzył okna prosektorium

Zabitych przewieziono do Zakładu Medycyny Sądowej w Ligocie. - Rankiem 17 grudnia, idąc z przystanku do pracy, zauważyłem, że w budynku dawnego prosektorium są otwarte okna. Zdziwiłem się, kto w taki mróz otwiera okna? Jeszcze nie wiedziałem, że tam leżą górnicy - mówi Adam Korecki, technik sekcyjny. 

Prof. Władysław Nasiłowski, kierownik Zakładu Medycyny Sądowej, jeden z założycieli uczelnianej "Solidarności", przed wejściem do zakładu zastał milicjantów i żołnierzy. Cały zakład był obstawiony. Przywitał go prokurator wojskowy i kazał niezwłocznie zrobić sekcje zwłok. 

- Tego prokuratora znaliśmy wcześniej - mówi dr Krystian Rygol, specjalista medycyny sądowej. - Mieliśmy z nim dobre relacje. Ale jak przyszedł w mundurze, wszystko się zmieniło. Zrobiło się wrogo.

Ciała górników trzeba było przewieźć z dawnego prosektorium do nowego, w budynku zakładu. Jakieś 200 metrów. Wychodzili po nie parami: lekarz z laborantem. - Mieliśmy metalowe wózki na chyboczących się kółkach. Pchaliśmy je po śniegu i zamarzniętym lodzie - wspomina. - Nikt nas nie pilnował.

Korecki: - Ciała jednego czy dwóch górników leżały na katafalku. Reszta na ziemi pod ścianą. Ci, którzy otworzyli okna, nie znali się na rzeczy. Zwłoki muszą być przechowywane w zimnie, ale nigdy nie w temperaturze poniżej zera. 

Ułożyli ciała na stołach sekcyjnych. - Mieliśmy zacząć sekcje niezwłocznie, ale nie umieliśmy się pozbierać. Patrzyłem na ich ciała i myślałem, że to zbrodnia. Profesor stał nad jednym z górników i płakał - wspomina dr Rygol. - Podzieliliśmy się pracą. Każdy lekarz dostał swojego górnika.

- Zarządziłem, żeby sekcje przeprowadzać ze szczególną starannością - pamięta prof. Nasiłowski. - Zawsze staramy się jak najlepiej, ale tym razem bałem się, że będą naciski, że dojdzie do jakichś machinacji. Wszystkie dokumenty sporządzaliśmy w wielu kopiach, jedne zostały w zakładzie, inne ukryliśmy.

Przewidywałem, że prokuratorzy wojskowi i esbecy będą chcieli przejąć zwłoki górników po sekcjach. Pospiesznie napisałem tekst oświadczenia, że zwłoki należy wydawać wyłącznie rodzinom. Podsunąłem to prokuratorowi. Podpisał.

Prokurator: Rozkaz niewykonalny

Dr Rygol: - Podczas sekcji od razu było widać, że nie były to strzały przypadkowe. Kule trafiały w głowy, klatki piersiowe.

- Spojrzałam na twarz górnika, któremu miałam robić sekcję. To był ten mój szczerbaty, który się do mnie jeszcze wczoraj uśmiechał - mówi dr Kabiesz-Neniczka. - Umówiliśmy się między sobą, że jeśli ktoś znajdzie w ciele górnika kulę, postara się ją zatrzymać. Większość ran była na przestrzał, ale akurat u "mojego" górnika był wlot, nie było wylotu. Znalazłam tę kulę, ale prokurator patrzył mi na ręce. Zabrał ją.

Prof. Nasiłowski: - W prosektorium ginęły dowody. Musieliśmy przy wojskowych rozbierać ciała. Zabrali nie tylko kulę, ich ubrania też. Szkoda, bo ten pocisk mógł być ważnym dowodem. Dzięki niemu można było ustalić, który z zomowców zabił, wystarczyło przeprowadzić badania balistyczne. Nie zrobiono tego.

Do karty zgonu każdego górnika lekarz musiał wpisać przyczynę zgodnie z międzynarodową klasyfikacją. - Prokuratorzy kazali nam wpisywać numer, który oznaczał "egzekucję prawnie uznaną" - mówi dr Rygol. - Wtedy w Polsce była kara śmierci. Zbuntowaliśmy się, bo jaka tu "egzekucja prawnie uznana"?! Wpisywaliśmy "zabójstwo przez postrzał". 

Prokurator zadzwonił do swoich przełożonych. Meldował, że "rozkaz jest niewykonalny". Z rozmowy wynikało, że jego przełożony się burzył, a prokurator tylko powtarzał: "Niewykonalny". 

Wszyscy górnicy mają wpisane w kartach zgonu "zabójstwo przez postrzał". Wyszliśmy z tego czyści.

Przyszli do domu, wyciągnęli pistolet

- Wieczorem 17 grudnia przyszli do mnie do domu - mówi prof. Nasiłowski. - Wyciągnęli pistolet i położyli na stole. Nie grozili, tylko powiedzieli, że władze chcą same dysponować zwłokami. Odmówiłem. Partyzanta, który przeżył wojnę, nie da się tak łatwo straszyć.

Kiedy potem wojskowi, którzy byli w zakładzie, próbowali jeszcze przeszkadzać, gdy oddawaliśmy ciała rodzinom, wyjmowałem oświadczenie prokuratura garnizonowego i pokazywałem, że on tak kazał.

Korecki: - Byli dwaj esbecy, którzy cały czas kręcili się przy rodzinach. Udawali, że oni też są rodziną. Siedzieli z nimi i ich słuchali.

Prof. Nasiłowski: - Staraliśmy się jakoś pielęgnować rodziny górników. Robiliśmy herbatę, podawaliśmy krople na serce. Bardzo im współczułem, płakałem z nimi, bo to był straszny szok. Staraliśmy się ich jakoś pocieszać. Pytacie, jak można pocieszać w takiej chwili? Mówiliśmy, że ich bliscy zapłacili życiem za to, co uznawali za wielką wartość. Za wolność i godność. Wujek był zbrodnią na naszej nadziei, dlatego tak jaskrawo to przeżywaliśmy.

- Krewni chcieli zobaczyć ciała zmarłych - mówi dr Kabiesz-Neniczka. - Denerwowali się, że im się nie pozwala. W końcu powiedzieliśmy prokuratorowi, żeby do nich wyszedł i jakoś im to wyjaśnił. Ale on był jeszcze bardziej zdenerwowany niż my. Bał się wyjść do rodzin. W końcu wyszedł, ale nie w mundurze, tylko w lekarskim kitlu.

Czekoladki generała

Kopie dokumentów z sekcji zwłok zachowały się w Zakładzie Medycyny Sądowej. Papiery uporządkowane, spięte w szarej teczce. Dzięki temu po latach łatwo odtworzyć, że:

* badania sekcyjne zostały wykonane pod kierunkiem profesora przez asystentów Katedry i Zakładu Medycyny Sądowej Śląskiej Akademii Medycznej: dr. Jerzego Szczepańskiego, dr. Jarosława Wędrychowskiego, dr. Krystiana Rygola, dr Stanisławę Kabiesz-Neniczkę, dr. Konrada Kowalskiego i dr Urszulę Pałkę; 

* przy badaniach obecny był prokurator Karol Koch. Protokoły z sekcji sporządzono w kopiach, których drugie egzemplarze (trzecie pozostały w zakładzie) miały być wydane na potrzeby kancelarii generała Jaruzelskiego i które prokurator Koch w tym celu zabrał; 

* 17 grudnia 1981 r. wykonano badania sekcyjne sześciu górników: Zenona Zająca, lat 22 - postrzał klatki piersiowej uszkadzający płuca i aortę; Ryszarda Gzika, lat 35 - postrzał śmiertelny mózgo-czaszki; Zbigniewa Wilka - postrzał od tyłu w okolicy lędźwi z uszkodzeniem jelit i dużego naczynia żylnego; Bogusława Kopczaka, lat 28 - postrzał brzucha z uszkodzeniem jelit i krwotokiem do jamy otrzewnej; Józefa Czekalskiego, lat 48 - postrzał klatki piersiowej w okolicy łuku żebrowego z uszkodzeniem naczyń krwionośnych brzucha; Józefa Gizy, lat 24 - postrzał śmiertelny szyi z rozerwaniem tętnicy szyjnej;

* dwa dni później odbyła się sekcja Andrzeja Pełki, lat 19, który zmarł w Szpitalu Górniczym w Katowicach Ochojcu (postrzał w głowę z uszkodzeniem mózgu); 4 stycznia 1982 r. wykonano sekcję zwłok Joachima Gnidy (zmarł 2 stycznia z wyniku postrzału głowy z uszkodzeniem podstawy czaszki), a 26 stycznia zbadano zwłoki Jana Stawisińskiego, lat 22, który zmarł w Szpitalu Górniczym w Katowicach 25 stycznia 1982 r. w wyniku przestrzału czaszki z uszkodzeniem obu półkul mózgu.

Tuż przed świętami 1981 r. do szpitala w Ligocie w odwiedziny do rannych górników przyjechał gen. Roman Paszkowski. Był wojskowym, którego w dzień po wprowadzeniu stanu wojennego mianowano na wojewodę katowickiego. Nie zajmował się pacyfikacją kopalni. Towarzyszący mu oficer niósł kosz wypełniony prezentami: czekolady, pomarańcze i kawa. W czasie gdy sklepy świeciły pustkami, to były prawdziwe rarytasy. Górnicy nie chcieli prezentów. 

Śledztwo umorzone

20 stycznia 1982 r. wojskowa Prokuratura Garnizonowa w Gliwicach umorzyła śledztwo wobec 17 funkcjonariuszy plutonu specjalnego ZOMO. Wszyscy przyznali się do użycia broni, ale zapewniali, że strzelali w górę, na postrach. 

W 1990 r., gdy komisja sejmowa zapytała prof. Nasiłowskiego, co o tym sądzi, odpisał: "We wszystkich przypadkach uderza względna celność postrzałów zadanych w zasadzie w ważne dla życia anatomicznie miejsca, tj. głowę, klatkę piersiową, tułów".

PS Prokurator Karol Koch awansował do Naczelnej Prokuratury Wojskowej, z której odszedł w 1997 r. Nie udało nam się do niego dotrzeć.

Gen. Roman Paszkowski był wojewodą katowickim do 1985 r. Do 1990 był szefem Rady Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa. W kwietniu 1989 organizował pierwszą pielgrzymkę Rodzin Katyńskich do Katynia. Zmarł w 1998 r. 

Dziewięciu zabitych, 21 rannych

24 czerwca 2008 r. Sąd Apelacyjny w Katowicach ogłosił: zomowcy, którzy 16 grudnia 1981 r. pacyfikowali kopalnię Wujek, są winni śmierci dziewięciu górników. 

Romuald Cieślak, dowódca plutonu, został skazany na sześć lat więzienia za sprawstwo kierownicze zabójstwa. 14 szeregowych członków plutonu za udział w bójce z użyciem broni palnej dostaje wyroki od trzech i pół roku do czterech lat. 

Z procesu obronną ręką wychodzi Marian Okrutny, były wiceszef Milicji Obywatelskiej w Katowicach (uniewinniony), i Teopold Wojtysiak (sprawa umorzona, bo do górników nie strzelał). 

Oskarżony gen. Czesław Kiszczak ze względu na stan zdrowia był sądzony w odrębnym procesie w Warszawie (w 2008 r. sprawa została umorzona z powodu przedawnienia).

To był już trzeci proces. W dwóch poprzednich zomowcy byli uniewinniani, a sądy wyższych instancji uchylały wyroki uniewinniające. - W 1981 r. można było z łatwością ustalić, kto strzelał - dodaje prof. Nasiłowski. - Wystarczyło pozbierać kule i dopasować do broni.