środa, 23 kwietnia 2014

Ruszają zdjęcia do "Czasu honoru". Cały sezon będzie o powstaniu warszawskim


mwi
23.04.2014 15:03
A A A Drukuj
Antoni Pawlicki (drugi z lewej)

Antoni Pawlicki (drugi z lewej) (Fot. mat. prasowe)

Niespełna tydzień do rozpoczęcia zdjęć do siódmego sezonu serialu TVP 2 - "Czasu honoru". Tym razem w całości poświęconego powstaniu warszawskiemu. W obsadzie znaleźli się m.in. Edyta Olszówka, Borys Szyc i Ireneusz Czop.
Warszawa, Milanówek, Dolny Śląsk, przeszło trzy miesiące zdjęć i powrót Antoniego Pawlickiego, którego bohater zginął w piątej serii. Akcja jednak z powrotem przeniesie się do czasów II wojny światowej, więc powrót uzasadniony. - W chronologii całego serialu stanowi powrót do wydarzeń wcześniejszych - donoszą twórcy.



Dobre i wreszcie polskie

"Czas honoru" to wciąż jeden z ciekawszych i niestety nielicznych polskich seriali ostatnich lat, który nieźle przyjęła branża i widzowie.

Zadebiutował w 2008 roku w TVP 2. Oglądalność każdego odcinka to średnio przeszło 2 mln widzów, produkcja zgarnęła też kilka nagród (m.in. przyznawane na WorldFest Independent Film Festival w Houston oraz New York Festivals). Ostatni sezon zebrał mieszane recenzje, co nie znaczy, że ekipa serialowa ma zamiar złożyć broń.

Powstańczy szlak, powstańcze losy

Co jeszcze nowego? W obsadzie - obok m.in. Jana Wieczorkowskiego, Jakuba Wesołowskiego, Macieja Zakościelnego, Magdaleny Różczki, Olgi Bołądź, Agnieszki Więdłochy czy Karoliny Gorczycy - pojawią się Borys Szyc, Edyta Olszówka i Ireneusz Czop.

TVP ujawnia, że tym razem opowieść będzie się toczyła wokół "powstańczego szlaku bojowego jednego oddziału", złożonego z bohaterów poprzednich sezonów i nowych postaci, "młodych ludzi z rozmaitych warszawskich środowisk". To o ich powstańczych losach opowie serial.



Tak to zapowiadają scenarzyści:

Ostatnie dni lipca 1944. Przez Warszawę ciągną kolumny niemieckich wojsk wycofywanych z frontu wschodniego. W mieście rośnie napięcie - sztabowcy Armii Krajowej debatują nad wybuchem powstania. W lokalach konspiracyjnych tysiące młodych ludzi czekają codziennie na decyzję.

(...) Janek, Bronek, Michał i Władek zostają przydzieleni do kompanii specjalnej, która w czasie Powstania ma stanowić osłonę Komendy Głównej. W oczekiwaniu na ogłoszenie godziny "W" dowódca kompanii, "Krawiec", nakazuje im odebranie pod Warszawą zrzutu specjalnego kuriera z instrukcjami od rządu londyńskiego. Do powstania przygotowuje się też niemiecka strona. Najlepiej zorientowany w przygotowaniach Polaków jest szef gestapo, Lars Rainer, z raportów jego agentów wynika, że wybuch Powstania jest kwestią najbliższych dni.

"Inżynier", przejęty przez oddział kurier, ma informacje, które będą miały wpływ na decyzję o rozpoczęciu Powstania. Jednak kiedy "Inżynier" dociera do Komendy Głównej, nikt nie chce go wysłuchać - decyzja o wybuchu Powstania zapadła nieodwołalnie
.

Emisja 12 nowych odcinków ma się odbyć jesienią tego roku. Autorami scenariusza są Jarosław Sokół i Ewa Wencel, reżyserią zajął się Jan Hryniak, twórca "Tricku" i "Trzeciego".


poniedziałek, 21 kwietnia 2014

MON kupi najnowocześniejsze myśliwce świata

  • MON kupi najnowocześniejsze myśliwce świata

MON kupi najnowocześniejsze myśliwce świata. Resort obrony planuje zakup F-35, tak zwanych samolotów piątej generacji. Na razie szczegóły kontraktu są owiane tajemnicą.

F-35 /AFP

F-35
/AFP

Minister obrony Tomasz Siemoniak pytany o ten temat mówi niewiele. Zaznacza, że w tej chwili za wcześnie mówić o konkretach i wiążących decyzjach. Szef MON przypomniał w rozmowie z IAR, że wojsko planuje zakupy na wiele lat do przodu. Są rozważane różne kwestie, w tym myśliwce f-35. Nie oznacza to, że już zapadła decyzja w tej sprawie. 

Wiadomo za to, że nowoczesne F-35 miałyby zastąpić wysłużone Su-22 oraz Mig-29, których resursy również niedługo się skończą. Publicysta magazynu "Polska Zbrojna" Tadeusz Wróbel przewiduje, że nowych myśliwców trzeba będzie kupić co najmniej cztery eskadry, czyli ponad 60 maszyn. 

Reklama

Zdaniem Tadeusza Wróbla największym problemem myśliwców piątej generacji jest ich cena. Jeszcze niedawno za egzemplarz - bez systemu i uzbrojenia - trzeba było zapłacić 200 milionów dolarów. Teraz ceny trochę spadły. Producent przewiduje, że jeśli produkcja ruszy pełną parą, myśliwce jeszcze stanieją i będzie je można kupić po 80-90 milionów za sztukę. 

Do tego trzeba doliczyć koszty systemu, czyli wyszkolenie personelu latającego i obsługę techniczną, a także części zamienne i uzbrojenie. Eksperci szacują, że taki kontrakt pochłonie około dziecięciu miliardów dolarów. 

Myśliwce piątej generacji mogłyby się pojawić w Polsce w 2020 roku



Czytaj więcej na http://fakty.interia.pl/polska/news-mon-kupi-najnowoczesniejsze-mysliwce-swiata,nId,1413110?utm_source=paste&utm_medium=paste&utm_campaign=firefox

niedziela, 20 kwietnia 2014

Roman Wilhelmi: anioł spod ciemnej gwiazdy

Roman Wilhelmi Foto: BE&W

Cha­ry­zma­tycz­ny, bez­kom­pro­mi­so­wy, pełen nie­okieł­zna­nej ener­gii, na sce­nie dawał z sie­bie wszyst­ko. Żył szyb­ko, in­ten­syw­nie, nie oszczę­dzał się. "Linię życia mam długą", mówił kie­dyś w jed­nym z wy­wia­dów. Do ostat­nich chwil snuł da­le­ko­sięż­ne, am­bit­ne plany. Zmarł po cięż­kiej cho­ro­bie, za­le­d­wie kilka mie­się­cy po pięć­dzie­sią­tych pią­tych uro­dzi­nach.

Był dziec­kiem nie­sfor­nym i trud­nym do po­skro­mie­nia. Przez lata uczęsz­czał do szko­ły w Alek­san­dro­wie Ku­jaw­skim, pro­wa­dzo­nej przez ojców z To­wa­rzy­stwa Sa­le­zjań­skie­go, do któ­rej prze­nie­śli go zde­spe­ro­wa­ni ro­dzi­ce, wie­rząc, że może księ­ża na­uczą chłop­ca dys­cy­pli­ny. Nad jego cha­rak­te­rem nie za­pa­no­wa­no, ale to tam, za­in­spi­ro­wa­ny przez księ­dza o nader ar­ty­stycz­nej duszy, za­de­biu­to­wał na sce­nie... gra­jąc w ja­seł­kach Je­zu­sa; wła­śnie wtedy na­ro­dzi­ło się jego za­in­te­re­so­wa­nie ak­tor­stwem. Za­czął się roz­wi­jać, ćwi­czył, wy­grał nawet kon­kurs re­cy­ta­tor­ski w po­znań­skim radiu i, za­chę­co­ny od­nie­sio­nym wów­czas suk­ce­sem, po­sta­no­wił wresz­cie sta­nąć przed ko­mi­sją pod­czas eg­za­mi­nu do szko­ły ak­tor­skiej. Nie­wie­le bra­ko­wa­ło, by oblał – dzień wcze­śniej spu­chła mu cała twarz i ledwo mógł mówić (cudem wy­gło­sił przy­go­to­wa­ny wiersz); zna­lazł się jed­nak na li­ście przy­ję­tych mimo wy­raź­ne­go sprze­ci­wu Adama Ha­nusz­kie­wi­cza, który sta­now­czo nie zga­dzał się na przy­ję­cie Wil­hel­mie­go do grona stu­den­tów, ar­gu­men­tu­jąc swą de­cy­zję nie­wy­star­cza­ją­cym wzro­stem aspi­ru­ją­ce­go ak­to­ra. I cho­ciaż stu­dia ukoń­czył z do­sko­na­łym wy­ni­kiem, a nie­któ­rzy pro­fe­so­ro­wie mieli go za ogrom­ny ta­lent, długo nie mógł się prze­bić.

REKLAMA

Kiedy dy­rek­to­rem te­atru zo­stał Alek­san­der Bar­di­ni, czło­nek war­szaw­skiej PWST i men­tor Wil­hel­mie­go, młody aktor zo­stał ze­pchnię­ty na drugi plan. Na po­cząt­ku chciał nawet wy­je­chać do innej czę­ści kraju, ale pro­fe­sor na­mó­wił go na po­zo­sta­nie w War­sza­wie. I Wil­hel­mi zo­stał, choć przez dłu­gie mie­sią­ce mu­siał za­do­wa­lać się ro­la­mi epi­zo­dycz­ny­mi i nie­roz­wi­ja­ją­cy­mi, gdyż Bar­di­ni (zresz­tą po­dob­nie jak Ha­nusz­kie­wicz) miał go za dość ni­ja­kie­go, po­zba­wio­ne­go ar­ty­stycz­nej oso­bo­wo­ści i mniej uta­len­to­wa­ne­go od ko­le­gów z roku; do­pie­ro Ja­nusz War­miń­ski po­zwo­lił mu za­ist­nieć na sce­nie.

Ar­ty­sta pełen sprzecz­no­ści

Roman Wil­hel­mi wy­zna­wał, że przez długi czas nie miał dy­stan­su ani do sie­bie, ani do swo­jej pracy. Ne­ga­tyw­ne re­cen­zje go za­ła­my­wa­ły, nie po­tra­fił śmiać się ze swo­ich sła­bo­stek, był za­pa­trzo­nym w sie­bie ego­istą, igno­ro­wał to, co dzia­ło się wokół niego, a na ko­le­gów z ze­spo­łu pa­trzył z wyż­szo­ścią. Do­pie­ro po kilku la­tach udało mu się zwal­czyć wiele spo­śród tych cech; prze­stał za­bie­gać o uwagę i dbać o to, co pisze o nim prasa. Nie zmie­ni­ło się jedno – Wil­hel­mi po­zo­stał sa­mot­ni­kiem, nie­prze­pa­da­ją­cym za ludź­mi ze swo­je­go oto­cze­nia, nie in­te­gro­wał się, uni­kał wspól­nych im­prez, praca ze­spo­ło­wa była dla niego ka­tor­gą i nie po­tra­fił się w niej od­na­leźć. Ko­chał ak­tor­stwo, nie ak­to­rów. Nic więc dziw­ne­go, że re­ży­se­rzy czę­sto sobie z nim nie ra­dzi­li, nie po­tra­fi­li zro­zu­mieć jego ar­ty­stycz­nych kon­cep­cji, zaś ze wzglę­du na szcze­ry i twar­dy cha­rak­ter nie prze­pa­da­li za nim ko­le­dzy z pracy. Zda­rza­ły się też Wil­hel­mie­mu na­pa­dy agre­sji, sły­nął ze swo­jej po­ryw­czo­ści, a tym, któ­rzy mu pod­pa­dli, po­tra­fił po­rząd­nie – i cel­nie – na­wrzu­cać. Z dru­giej jed­nak stro­ny za­pa­mię­ta­no go rów­nież jako duszę to­wa­rzy­stwa, męż­czy­znę o nie­prze­cięt­nej in­te­li­gen­cji, sły­ną­ce­go z do­sko­na­łe­go po­czu­cia hu­mo­ru. Był pełen sprzecz­no­ści i dzię­ki temu sta­wał się jesz­cze bar­dziej in­te­re­su­ją­cy; wła­śnie tę część swo­jej oso­bo­wo­ści prze­no­sił na ekran, umie­jęt­nie wy­ko­rzy­stu­jąc ją przy two­rze­niu po­sta­ci.

Naj­le­piej czuł się jed­nak w ro­lach ko­me­dio­wych, choć re­ży­se­rzy nie chcie­li an­ga­żo­wać go do fil­mów lek­kich; Wil­hel­mi iry­to­wał się, że jego po­sta­ciom za­wsze mu­siał to­wa­rzy­szyć wiel­ki dra­mat. Nie­for­mal­nie mia­no­wa­no go czo­ło­wym od­twór­cą ról ne­ga­tyw­nych bo­ha­te­rów na ekra­nie i w te­atrze, ale wy­jąt­ko­wo mu to nie prze­szka­dza­ło; uwa­żał, że czar­ne cha­rak­te­ry są znacz­nie cie­kaw­sze. Po­go­dził się z tym, że jest ska­za­ny na gry­wa­nie typów spod ciem­nej gwiaz­dy, i sku­piał się, by ich zro­zu­mieć, chciał, żeby stali się jak naj­bar­dziej wia­ry­god­ni. W pracę an­ga­żo­wał się całym ser­cem, dążył do per­fek­cji, swo­ich bo­ha­te­rów roz­pra­co­wy­wał i do­pra­co­wy­wał, póki sam nie był za­do­wo­lo­ny z efek­tu; a jed­no­cze­śnie stwa­rzał wra­że­nie, że gra ot tak, mi­mo­cho­dem, nie­dba­le, dając się po­nieść emo­cjom.


Choć żył teatrem, nie odrzucał propozycji filmowych. Na długie lata zaszufladkowała go rola Olgierda Jarosza w serialu "Czterej pancerni i pies", choć grany przez Wilhelmiego bohater ginie dość szybko. Planowano wprawdzie jakoś go wskrzesić, wprowadzić do scenariusza brata bliźniaka czy też sobowtóra Olgierda, ale sam zainteresowany po przeczytaniu wstępnych szkiców zdusił te plany w zarodku. Później latami czekał na jakąś ważniejszą ekranową rolę, i tak bardzo bał się, iż znowu przylepią mu łatkę, że na początku odrzucił rolę w "Karierze Nikodema Dyzmy" (zdecydował się ponoć dopiero wtedy, gdy ktoś sprytnie napomknął, że następnym kandydatem typowanym do tej roli jest Jerzy Stuhr. Wilhelmi nie znosił konkurencji i nie wierzył, że ktoś mógłby go godnie zastąpić).

Nie wiedział, że umiera

REKLAMA

Nigdy nie narzekał na brak powodzenia u kobiet, jednak nie był partnerem łatwym w pożyciu. Aktorce Iwonie Bielskiej, z którą był w związku na odległość (on wówczas pracował w Krakowie, ona pomieszkiwała w Warszawie) fundował prawdziwą uczuciową huśtawkę; potrafił zadzwonić do niej i oznajmić, że jeśli zaraz do niego nie przyjedzie, skoczy z balkonu. Potem Wilhelmi oświadczył się koleżance z akademika, Danucie, i szybko wzięli ślub. Żona wspominała go jako człowieka wspaniałego, choć konfliktowego. Rozstali się po dziewięciu latach małżeństwa, ale pozostali w dobrych stosunkach. Aktor, niezrażony uczuciowymi niepowodzeniami, nie zrezygnował z poszukiwania miłości i wkrótce stanął przed ołtarzem poza raz drugi, tym razem z Mariką, węgierską tłumaczką. Doczekali się syna Rafała, ale i ten związek nie przetrwał. Według relacji przyjaciół, po rozwodzie Wilhelmi nie interesował się losem dziecka, aż wreszcie matka, pozbawiona środków finansowych, wyjechała wraz z synem do Austrii w poszukiwaniu lepszego życia. Wilhelmi przełknął gorzką pigułkę i znowu wrócił do gry. Romans z Grażyną Barszczewską skończył się szybko, z powodu, oczywiście, różnicy charakterów. Ostatnią partnerką aktora była sekretarka planu filmowego, Liliana; to dla niej Wilhelmi powolutku zaczął zmieniać swoje życie, próbował się uspokoić i wyciszyć, nieco zwolnić. Za późno.

Mówi się, że wykończył go stres tłumiony dużymi ilościami alkoholu i wypalanymi w nadmiarze papierosami. Podobno nie wiedział, że umiera. Lekarze nie dawali mu jednak prawie żadnych szans, ich diagnoza była bezlitosna: rak wątroby z przerzutami do płuc. Do ostatnich chwil, dopóki tylko pozwalało mu zdrowie, Wilhelmi pracował, grał. Albo faktycznie nie zdawał sobie sprawy z powagi sytuacji, albo nie dopuszczał faktów do świadomości. Planował udział w kolejnych występach, napomykał nawet o przeprowadzce do Francji.

Zmarł 3 listopada 1991 roku. Miał zaledwie 55 lat.