sobota, 5 lipca 2014

Jak nagrali Giertycha


Agnieszka Kublik, Wojciech Czuchnowski
05.07.2014 , aktualizacja: 04.07.2014 21:10
A A A Drukuj
Roman Giertych, Jan Piński, Piotr Nisztor

Roman Giertych, Jan Piński, Piotr Nisztor (Fot. Albert Zawada/Agencja Gazeta, Mieczysław Włodarski/Reporter, Jakub Ostałowski/Fotorzepa/Forum)

Przy trzech butelkach wódki były wicepremier i dwaj prawicowi dziennikarze negocjowali cenę, za jaką ma się nie ukazać książka o Janie Kulczyku. Jeden z rozmówców nagrał całe spotkanie.
Artykuł otwarty
3 lipca 2014 r., godz. 19.54. Dziennikarz „Wprost" Michał Majewski ogłasza na Twitterze: „Nowe taśmy » Wprost «. Mocne i nie kelnerów. Po co piszę? Żebyśmy nie mieli ponownej wizyty służb w redakcji".

Próbujemy się dowiedzieć, o co chodzi. Czy to dalszy ciąg afery podsłuchowej i do tygodnika wpłynęła kolejna porcja nagrań rozmów polityków w warszawskich restauracjach?

Moc i design
Lexus IS- poznaj go już teraz.
#
Reklama BusinessClick
Sylwester Latkowski, naczelny "Wprost", nie chce powiedzieć. Pisze tylko SMS-y: "to nie to, o czym inni myślą", "to żadna z kelnerskich taśm", "chodzi o trzy osoby", "publikacja w poniedziałek". Nie padają żadne nazwiska.

4 lipca 2014 r., godz. 9.14. Kancelaria adwokacka Romana Giertycha, byłego polityka prawicy, wicepremiera w rządzie PiS. Na jego pocztę przychodzi dziewięć pytań z tygodnika "Wprost" od Latkowskiego i Majewskiego. Pytają o spotkanie z 18 sierpnia 2011 r.

Uczestniczyli w nim adwokat Giertych oraz Jan Piński (wówczas naczelny efemerycznego tygodnika "Wręcz Przeciwnie", wcześniej, w 2009 r., z rekomendacji LPR kierował "Wiadomościami" TVP) i Piotr Nisztor (dziennikarz "Rzeczpospolitej"). Ta dwójka dziennikarzy była wtedy zaprzyjaźniona z Ligą Polskich Rodzin, której Giertych był kiedyś szefem.

Niektóre z pytań przesłanych wczoraj do Giertycha są bulwersujące, np. zawierają kompromitujące sugestie obyczajowe pod adresem wielu osób, także tych, które zginęły w katastrofie smoleńskiej.

Latkowski z Majewskim pytają, czy podczas spotkania Giertych negocjował z Nisztorem kupno "przez podstawioną spółkę" "niepublikowanej książki o Janie Kulczyku", najbogatszym Polaku.

Chcą też wiedzieć, czy Giertych w 2011 r. "groził" Kulczykowi "publikacją książki" i ile chciał od niego za "wyłączność" na publikację.

W pytaniach jest sugestia, że Giertych proponował Nisztorowi 400 tys. zł za prawa do książki "plus procent od tego, co uda się wynegocjować od Kulczyka". Miał też plany szantażowania "najbogatszych Polaków, w tym Michała Sołowowa i Leszka Czarneckiego".

Najostrzejsze są trzy ostatnie pytania. Dotyczą niewybrednych żartów Giertycha: że chciał publikować listę stu najbardziej wpływowych homoseksualistów, że zamierzał zdradzić orientację seksualną znanego polityka, a także że żartował z katastrofy smoleńskiej, w tym z ostatniej rozmowy telefonicznej braci Kaczyńskich.

Wersja Giertycha

Z powyższych pytań jasno wynika, że "nowe taśmy" zapowiedziane w czwartek przez Majewskiego to rozmowa Giertych - Nisztor - Piński z sierpnia 2011 r.

Nagrał ją z ukrycia Nisztor, dziennikarz specjalizujący się w publikacji podsłuchów. To właśnie Nisztor skontaktował niedawno "Wprost" z osobą oferującą nielegalne podsłuchy polskich polityków. Tak zaczęła się afera podsłuchowa.

Niecałą godzinę po otrzymaniu wczoraj maila z pytaniami od Latkowskiego i Majewskiego Giertych dzwoni do "Gazety Wyborczej". Chce rozmawiać. - Uważam, że wobec tego, że zostałem nielegalnie nagrany przez Piotra Nisztora, który chce teraz to nagranie opublikować, nie obowiązuje mnie już tajemnica adwokacka co do treści tego spotkania. W tym momencie moje zobowiązania wobec klienta, który mi to zlecił, przestają mieć znaczenie - mówi.

Wzburzony Giertych przedstawia nam swoją wersję wydarzeń. - Latem 2011 r. dostałem niecodzienne zlecenie od klienta, który jest w bliskich relacjach z Janem Kulczykiem, co sprawdziłem. Nie mogę podać nazwiska tego klienta. Chodziło o kupienie książki o Kulczyku od pana Nisztora. "Chcę Jasiowi zrobić prezent" - tak klient zapewniał mnie, że chce pomóc Kulczykowi, bo w książce są przykre informacje o ojcu Kulczyka, który był wtedy stary i schorowany i nie przeżyłby tego - opowiada.

- Kulczyk znał jej fragmenty, bo Nisztor mu je wysyłał, szantażując ich publikacją - twierdzi Giertych. - Miałem Nisztorowi powiedzieć, że zakładam spółkę wydawniczą, która będzie drukować książki o znanych biznesmenach. Spotkałem się z Nisztorem w towarzystwie drugiego dziennikarza, Jana Pińskiego. Zaproponowałem Nisztorowi 400 tys. zł za kupno praw autorskich na spółkę, która nie istniała. Klient chciał, bym zaproponował kwotę, a potem miałem zerwać negocjacje. Miałem wysondować cenę jak przy przetargu. Nisztor się zgodził, ale chciał więcej. Żeby pokazać gest dobrej woli, przyniósł mi wydruk kilku rozdziałów książki.

Mamy wydruk 213 stron tej książki. Rzeczywiście w dużej części dotyczyła ona Henryka Kulczyka, ojca biznesmena (Henryk Kulczyk zmarł w 2013 r.).

Giertych zaprzecza zawartej w pytaniach "Wprost" sugestii, że chciał z Nisztorem szantażować Kulczyka: - Jeżeli tak to nagranie będzie podane, to znaczy, że zostało zmanipulowane. W razie czego fakt tego zlecenia potwierdzi osoba, która je złożyła. Zresztą na własną rękę sprawdziłem, że nie było to działanie przeciwko panu Kulczykowi.

- Żartował pan z polityków gejów i katastrofy smoleńskiej? - pytamy adwokata.

Giertych: - Cóż, mogły być mocno antypisowskie dowcipy i złośliwości pod adresem homoseksualnych polityków. Być może żartowałem też z samego Kulczyka, chciałem przed Nisztorem ukryć zleceniodawcę.

Przekleństwa?

Giertych: - O, tak. Język był dostosowany do tego bandyty i gangstera, bo dla mnie Piotr Nisztor to gangster, a nie dziennikarz.

Były wicepremier przyznaje, że rozmowie towarzyszył alkohol. Ile i jaki, nie pamięta. - Trochę tego było, chociaż ja się nigdy nie upijam - zapewnia.

Podkreśla: - Jedno jest pewne: ta książka nigdy się nie ukazała, a więc mogę założyć, że transakcja została zrealizowana albo że książka okazała się niegroźna.

Zdaniem Romana Giertycha pytania "Wprost" i zapowiedź opublikowania taśm, które mają go kompromitować, to odwet za krytykowanie zachowania tygodnika przy aferze podsłuchowej. Od wielu dni były wicepremier publicznie twierdzi, że ujawniając podsłuchy, redakcja bierze udział w przestępstwie. Doradzał też szefowi MSZ Radosławowi Sikorskiemu, by sprawców nielegalnych nagrań ścigać jako zorganizowaną grupę przestępczą.

Wersja Pińskiego

- Pamięta pan to spotkanie? - pytamy Pińskiego. - Wszystko pamiętam - deklaruje.

Piński przypomina sobie, że w trójkę wypili trzy butelki wódki o pojemności 0,75 l, było dużo jedzenia, spotkanie trwało dwie, dwie i pół godziny i ostatecznie padła oferta 450 tys. zł.

Czy nagranie jest kompromitujące dla Giertycha?

Piński: - Nie, ludzie po wódce żartują i przeklinają, na pewno głupio nam będzie, gdy ludzie będą to czytać lub tego słuchać, ale Giertych nie powiedział niczego nielegalnego i zdrożnego.

Jakie żarty?

Piński: - O homoseksualnych politykach, coś tam było o rozmowie braci tuż przed katastrofą smoleńską.

Piński twierdzi, że w tym samym czasie Nisztor rozmawiał też z Jarosławem Sroką z Kulczyk Holding. Sroka pracuje dla Kulczyka od 2007 r., zasiada w zarządzie, odpowiada za komunikację korporacyjną i marketingową. Po tej rozmowie o książce zrobiło się cicho.

Pytamy o to Srokę. Jest poirytowany, że to "jakieś szaleństwo", bo od dwóch dni dostaje takie pytania. Zaprzecza, by negocjował z Nisztorem kupno praw do książki. W końcu jednak przyznaje, że w sierpniu 2011 r. rozmawiał z Nisztorem o książce, bo to był jego "obowiązek jako osoby odpowiedzialnej za wizerunek firmy". Wypytywał go, "co to za książka", a Nisztor przyznał mu, że nad nią pracuje.

Sroka twierdzi, że ani on, ani nikt inny z firmy Kulczyka tej książki nie wykupił. Ale po spotkaniu z Nisztorem Sroka stracił zainteresowanie tą publikacją. Dlaczego? Sroka: - Nie jestem w stanie odpowiedzieć na to pytanie.

Milczenie Nisztora

Książka Nisztora o Kulczyku od kilku lat była przedmiotem legend. Nie jej treść, lecz to, dlaczego mimo że powstała, nigdy nie ujrzała światła dziennego.

Zaraz po wybuchu afery podsłuchowej Nisztora zapytała o nią Dominika Wielowieyska w TOK FM. Wyraźnie się zmieszał i nie chciał odpowiedzieć. Czy rozmawiał o książce z Giertychem? - zagadnęła. Nisztor odparł, że "miał z nim wiele rozmów".

Kilka dni później w "Rzeczpospolitej" zapytany wprost, "czy napisał książkę o Kulczyku i wziął pieniądze za jej niewydanie", Nisztor mówił, że to "zupełnie nieuzasadnione i nieprawdziwe sugestie". - Od dłuższego czasu zbieram materiał, który będzie przedmiotem kilku publikacji książkowych. Przygotowuję też książkę "Nietykalni", obszerny fragment będzie dotyczył Jana Kulczyka.

O tym, co się stało z książką o biznesmenie, Nisztor milczy.

wtorek, 1 lipca 2014

Polska musi rozliczyć zakup F-16. Wydamy 1,9 miliarda dolarów


1 lipca 2014, 06:45

Ostatnia rata za F-16 to wielokrotność postulowanej przez prezydenta podwyżki wydatków na obronność.


Samolot F16

Samolot F16

źródło: Bloomberg

Jeszcze do 2010 r. wysokość wydatków na zakup samolotu F-16 regulowała specjalna ustawa, która nakazywała wydawanie na ten cel 0,05 proc. PKB. Kwota ta nie była wliczana do obowiązkowego 1,95 proc PKB przeznaczanego na armię. Od 2011 r. odsetek ten nie jest już ściśle określony, a poziom wydatków ustala się co roku w ustawie budżetowej.

Za rok mamy się ostatecznie rozliczyć za kupno samolotów. Ostatnią płatność za F-16 można uiścić na dwa sposoby. Pierwszy: zamienić ją na długoterminowy kredyt spłacany w ratach. Warunek: Polska musiałaby spłacić część kapitału z tytułu zadłużenia zaciągniętego już na zakup myśliwców. Umowa nie określa, ile miałoby to być, teoretycznie mógłby więc wystarczyć nawet 1 dolar.

Opcja kredytowa ma jednak zasadniczą wadę. Kredyt byłby oprocentowany według stopy stałej, dość wysokiej, bo około pięcioprocentowej, a to postawiłoby pod znakiem zapytania opłacalność takiego przedsięwzięcia. Polska, emitując obligacje zapadające w lipcu 2025 r., oferuje dziś inwestorom kupon od nich na poziomie 3,25 proc., czyli dużo niższym.

>>> Polska zwiększy wydatki na wojsko. Zobacz, jakie będą konsekwencje tej decyzji

F-16 już nie na raty

Dlatego bardziej prawdopodobna jest spłata voucheru F-16 w całości. I tu jest dodatkowy problem: między Ministerstwem Finansów a Ministerstwem Obrony Narodowej może dojść do różnicy zdań, czy taki wydatek na zbrojenia powinien być uwzględniany w limicie nakładów na armię w wysokości 1,95 proc. PKB. MF jest za, MON – przeciw. Resort obrony już się zresztą nie interesuje tymi kwestiami. Lotnictwo wojskowe odebrało samoloty i z nich korzysta.

– To umowa międzyrządowa, którą obsługuje resort finansów – usłyszeliśmy w resorcie obrony. Dlatego zapewne uregulowanie płatności za F-16 zostanie potraktowane jako wydatek ekstra. – Z powodu konfliktu na Ukrainie gotowość do sfinansowania wydatków na obronność jest znacznie większa niż w ostatnich latach. Dlatego będzie większa skłonność, by zaabsorbować ten wydatek i przekroczyć 1,95 PKB. Ale to by oznaczało szukanie oszczędności gdzie indziej – zauważa Jakub Borowski z Credit Agricole. Przyszłoroczne wydatki automatycznie powiększyłyby się bowiem o 5,8 mld zł, licząc po aktualnym kursie dolara, co może się przełożyć na wyższy deficyt budżetowy.

Co więcej, taki scenariusz spowoduje wzrost potrzeb pożyczkowych. To kwota, którą trzeba co rok wydawać na spłatę starych długów, odsetki od zadłużenia i finansowanie deficytu. Przyszłoroczne potrzeby i tak nie są małe, sam wykup obligacji na rynku krajowym to koszt blisko 80 mld zł. Dla porównania w tym roku było to niespełna 62 mld zł. Płatność za F-16 zwiększyłaby raczej zagraniczną część potrzeb. I bez niej MF musi znaleźć równowartość około 5 mld dol., by spłacić zapadające w przyszłym roku obligacje emitowane w dolarach, we frankach szwajcarskich i w jenach.

Czytaj też: Tajny program polskiej armii: żołnierz przyszłości zrewolucjonizuje wojsko

Mniej na wyborczą kiełbasę

– Wyłączenie wydatku na F-16 z limitu nakładów na armię może spowodować, że rząd będzie miał mniejsze pole manewru na ekstrawydatki, które wpisywałyby się w rok wyborczy – mówi Grzegorz Maliszewski, ekonomista Banku Millennium. Ekspert zwraca jednocześnie uwagę, że nie ma ryzyka dla wypełnienia zobowiązań Polski wobec UE. Deficyt sektora finansów publicznych od dawna uwzględnia wydatki na zakup myśliwców.

– Jest za to ryzyko pogorszenia kasowego wyniku budżetu. Ale można tego uniknąć, sprawnie zarządzając innymi wydatkami, np. przesuwając pieniądze pomiędzy poszczególnymi kategoriami – mówi Maliszewski. Według niego nie powinno być za to problemu ze sfinansowaniem płatności dzięki emisjom nowych obligacji. Warunek: nie może spaść popyt na polski dług ze strony zagranicy. – Jest to prawdopodobne, jeśli gospodarka nadal będzie się rozwijać, a prawdopodobieństwo podwyżek stóp będzie tak niskie jak obecnie – uważa ekspert.

Dla resortu finansów wydatek na samoloty będzie za to argumentem, by na razie nie zwiększać w ustawie poziomu wydatków na wojsko do 2 proc. PKB, czego chce Bronisław Komorowski. Zmiana postulowana przez prezydenta to ok. 800 mln zł rocznie, czyli siedem razy mniej, niż trzeba wysupłać na ostatnią ratę za F-16.

Pułapka offsetowa

Program zakupu F-16 dzięki umowom offsetowym miał się okazać potężnym impulsem dla polskiej gospodarki. Chodziło o zobowiązania strony wygrywającej przetarg do zainwestowania w Polsce 9,7 mld dol. z uwzględnieniem tzw. mnożników offsetowych. Z tej puli producent F-16 Lockheed Martin zobowiązał się zrealizować projekty o wartości co najmniej 6 mld dol. Realizacja zobowiązań LMC nastąpiła w trzech etapach w ciągu 10 lat.

Po latach program offsetowy jest oceniany jednak krytycznie. Już w 2009 r. NIK wskazywała, że jedynie co czwarty zrealizowany projekt faktycznie przyczynił się do modernizacji gospodarki i restrukturyzacji przedsiębiorstw. Pozostałe dawały tylko bieżące korzyści pojedynczym zakładom. NIK wskazała na błędy popełnione przez polską stronę w trakcie negocjacji.

NIK podała również pozytywne przykłady, jak uruchomienie produkcji nowych typów amunicji w zakładach Mesko czy rozbudowę zakładów General Motors w Gliwicach. Dzięki offsetowi uruchomiono w Bydgoszczy Krajowe Centrum Serwisowe, które jest pierwszym w Europie Środkowej centrum dla tych samolotów. Wnioski z realizacji offsetu dla F-16 doprowadziły do zmiany koncepcji. Obecnie ma ona polegać nie tyle na szukaniu równowartości ceny zakupu w inwestycjach, ile na przepływie nowoczesnych technologii do Polski i unowocześnianiu przemysłu obronnego.

poniedziałek, 30 czerwca 2014

Największy skandal w historii mundialu

Nie­miec­cy pił­ka­rze śmia­li się i szy­dzi­li ze swo­ich ry­wa­li. „Siód­mą bram­kę za­de­dy­ku­ję ro­dzi­nie, a ósmą swo­je­mu psu" – miał po­wie­dzieć jeden z za­wod­ni­ków przed star­ciem z Al­gie­rią w 1982 roku. Tre­ner Jupp Der­wall za­po­wie­dział, że jeśli jego dru­ży­na prze­gra, na­za­jutrz wraca z Hisz­pa­nii do kraju po­cią­giem. Miał taśmy z na­gra­nia­mi me­czów Al­gie­rii, ale nawet ich nie po­ka­zał za­wod­ni­kom, bojąc się, że go wy­śmie­ją. Spo­tka­nie za­koń­czy­ło się szo­ku­ją­cym zwy­cię­stwem Lisów Pu­sty­ni 2:1. Jak się oka­za­ło, był to do­pie­ro po­czą­tek praw­do­po­dob­nie naj­więk­sze­go skan­da­lu w hi­sto­rii mi­strzostw świa­ta.

Mecz Niemcy - Algieria z 1982 roku Foto: AFP

Sam prze­bieg meczu Niem­ców z Al­gie­rią, mimo iż z sen­sa­cyj­nym za­koń­cze­niem, dla całej hi­sto­rii nie ma więk­sze­go zna­cze­nia. W pierw­szej po­ło­wie żadna z dru­żyn nie zdo­by­ła bram­ki. Sztu­ki tej do­ko­nał do­pie­ro w 54. mi­nu­cie Rabah Ma­djer. Gdy 13 minut póź­niej Karl-He­inz Rum­me­ni­ge do­pro­wa­dził do re­mi­su, wy­da­wa­ło się, że Niem­cy od­wró­cą losy spo­tka­nia. Kilka chwil póź­niej Lisy Pu­sty­ni po­now­nie jed­nak ob­ję­ły pro­wa­dze­nie po golu La­kh­da­ra Bel­lo­umie­go i tym razem przy­pil­no­wa­ły go do końca. Przed Al­gie­rią, de­biu­tu­ją­cą wów­czas na mun­dia­lu, otwo­rzy­ła się ogrom­na szan­sa awan­su do ko­lej­nej fazy tur­nie­ju.


Lisy Pu­sty­ni sy­tu­ację skom­pli­ko­wa­ły sobie w dru­gim meczu, prze­gry­wa­jąc z Au­strią 0:2. W ostat­niej serii gier po­dej­mo­wa­li naj­słab­sze w gru­pie Chile i wy­so­kie zwy­cię­stwo za­pew­ni­ło­by im prawo gry w II run­dzie. Dru­ży­na z Afry­ki pro­wa­dzi­ła już 3:0, ale osta­tecz­nie wy­gra­ła tylko 3:2 i mu­sia­ła cze­kać na wie­ści z Gijon. Wtedy nie było jesz­cze prze­pi­su mó­wią­ce­go o roz­gry­wa­niu ostat­nich spo­tkań fazy gru­po­wej jed­no­cze­śnie. Mecz Niem­ców z Au­strią od­by­wał się dzień po star­ciu Al­gier­czy­ków z Chile. Aby Afry­ka wy­wal­czy­ła pierw­szy, hi­sto­rycz­ny awans do ko­lej­nej fazy, Au­stria mu­sia­ła­by nie prze­grać z Niem­ca­mi lub Niem­cy mu­sie­li­by swo­je­go ry­wa­la po­ko­nać trze­ma bram­ka­mi.

Wszyst­ko za­czę­ło się bły­ska­wicz­nie. W 11. mi­nu­cie do­środ­ko­wa­nie z lewej stro­ny bo­iska otrzy­mał Horst Hru­besch i z naj­bliż­szej od­le­gło­ści wpa­ko­wał piłkę do siat­ki. Był to ostat­ni emo­cjo­nu­ją­cy mo­ment tego meczu. Przy okrzy­kach wście­kłych al­gier­skich ki­bi­ców, obie dru­ży­ny sku­pi­ły się wy­łącz­nie na po­da­wa­niu piłki w stre­fie obron­nej. Sta­ty­sty­ki bru­tal­nie po­ka­zy­wa­ły, że Niem­cy i Au­stria­cy, mając wynik da­ją­cy awans jed­nym i dru­gim, zwy­czaj­nie nie chcia­ły sobie zro­bić już krzyw­dy. Cel­ność podań była na po­zio­mie 98 proc., gdyż nie­mal wszyst­kie wy­ko­ny­wa­no na wła­snej po­ło­wie. Nie od­da­no już żad­ne­go strza­łu w świa­tło bram­ki.

Ki­bi­ce z Al­gie­rii, któ­rych na sta­dio­nie było kilka ty­się­cy, za­czę­li w trak­cie meczu wy­ma­chi­wać bank­no­ta­mi, su­ge­ru­jąc, że spo­tka­nie było usta­wio­ne. Hisz­pa­nie krzy­cze­li „wy­no­cha, wy­no­cha" i su­ge­ro­wa­li, by pił­ka­rze po ostat­nim gwizd­ku jesz­cze się po­ca­ło­wa­li. Jeden z nie­miec­kich fanów spa­lił na­to­miast na try­bu­nach flagę swo­je­go kraju.

Ga­ze­ty też nie zo­sta­wi­ły su­chej nitki na pił­ka­rzach. Nie­miec­kie dzien­ni­ki swoje re­la­cje ty­tu­ło­wa­ły „Wstydź­cie się!". Ho­len­der­ska prasa mecz okre­śli­ła, jako „pił­kar­skie porno". Willi Schulz, były re­pre­zen­tant kraju, na­zwał wszyst­kich za­wod­ni­ków gra­ją­cych w tym spo­tka­niu gang­ste­ra­mi, a sam mecz prze­szedł do hi­sto­rii jako „pakt o nie­agre­sji" lub po pro­stu „hańba w Gijon".

Re­zer­wo­wy w tam­tych cza­sach Lo­thar Mat­theus na za­rzu­ty od­po­wia­dał krót­ko: awan­so­wa­li­śmy i to jest naj­waż­niej­sze.   Gdy wście­kła na swo­ich pił­ka­rzy grupa nie­miec­kich fanów udała się pod ich hotel, zo­sta­ła przez za­wod­ni­ków ob­rzu­co­na ba­lo­na­mi z wodą. Naj­da­lej w swo­jej hi­po­kry­zji po­su­nął się na­to­miast Hans Tschak, szef au­striac­kiej de­le­ga­cji, kry­ty­ku­jąc wście­kłych al­gier­skich fanów. – Oczy­wi­ście dzi­siej­szy mecz zo­stał zdo­mi­no­wa­ny przez tak­ty­kę. Ale 10 000 synów pu­sty­ni po­ja­wia się na sta­dio­nie, by wy­wo­łać skan­dal tylko dla­te­go, że mają w kraju za mało szkół. Jakiś szejk wy­cho­dzi ze swo­jej oazy, po trzy­stu la­tach czuje za­pach Pu­cha­ru Świa­ta, i myśli, że może otwie­rać swój pysk – mówił wów­czas.

Al­gier­czy­cy zło­ży­li ofi­cjal­ny pro­test do FIFA, ale trzy i pół go­dzi­ny po spo­tka­niu przy­szła od­po­wiedź: wynik nie może być zmie­nio­ny. Fe­de­ra­cja po­sta­no­wi­ła je­dy­nie, że od tego mo­men­tu ostat­nie mecze fazy gru­po­wej roz­gry­wa­ne będą w tym samym cza­sie. – Nasza hi­sto­ria zmu­si­ła FIFA do do­ko­na­nia zmian. To nawet lep­sze, niż nasze zwy­cię­stwa. To ozna­cza, że Al­gie­ria zo­sta­wi­ła nie­za­tar­ty ślad w hi­sto­rii piłki noż­nej – po­wie­dział strze­lec zwy­cię­skiej bram­ki z Niem­ca­mi, La­kh­dar Bel­lo­umi. – Było warto zo­ba­czyć dwie po­tę­gi uma­wia­ją­ce się na wynik i trzę­są­ce się ze stra­chu przed Al­gie­rią. Oni awan­so­wa­li sprze­da­jąc swój honor, my od­pa­dli­śmy z pod­nie­sio­ny­mi gło­wa­mi – dodał Cha­aba­ne Me­rze­ka­ne, prawy obroń­ca Lisów Pu­sty­ni.

Po la­tach za­czę­ły na­to­miast wy­cho­dzić nie­zna­ne wcze­śniej fakty – pił­ka­rze z Al­gie­rii mogli w tam­tym cza­sie grać po nie­świa­do­mym za­ży­ciu środ­ków do­pin­gu­ją­cych. Sen­sa­cyj­ne in­for­ma­cje w me­diach o moż­li­wej afe­rze sprzed ponad 30 lat po­ja­wi­ły się za spra­wą Mo­ha­me­da Cha­iba. Był on w ka­drze Al­gie­rii na mi­strzo­stwa świa­ta w Mek­sy­ku (1986), ale nie ro­ze­grał na tej im­pre­zie ani jed­ne­go spo­tka­nia. Chaib po­in­for­mo­wał kilka lat temu agen­cję AFP, że ośmiu byłym pił­ka­rzom re­pre­zen­ta­cji uro­dzi­ły się nie­peł­no­spraw­ne dzie­ci. On sam ma trzy córki, które uro­dzi­ły się z za­ni­kiem mię­śni. Za­żą­dał on, by ujaw­nio­no praw­dę, su­ge­ru­jąc jed­no­cze­śnie, że tra­gicz­ne wy­pad­ki mogę mieć zwią­zek z za­ży­wa­niem przez pił­ka­rzy pi­gu­łek nie­zna­ne­go po­cho­dze­nia.

Na ła­mach dzien­ni­ka "El Watan" Ra­chid Ha­ni­fi, który kie­dyś też był le­ka­rzem w al­gier­skiej eki­pie, przy­po­mi­na, że przed mi­strzo­stwa­mi świa­ta w 1982 roku tre­ne­rem re­pre­zen­ta­cji był Ro­sja­nin Gien­na­dij Rogow, który przy­wiózł ze sobą le­ka­rza. Ha­ni­fi bez­sku­tecz­nie pró­bo­wał do­trzeć do do­ku­men­tów me­dycz­nych ekipy.

Dja­mel Menad, który brał udział w eli­mi­na­cjach do MŚ w 1982 roku, ale na fi­na­ły nie po­je­chał, mówił w te­le­wi­zji "Nes­sma TV" o tym, że pił­ka­rzom po­da­wa­no "żółte ta­blet­ki". Za­wod­ni­kom mó­wio­no jed­nak, że są to zwy­kłe wi­ta­mi­ny. Wiel­ce praw­do­po­dob­ne jest jed­nak, że tak nie było. Zresz­tą sam Ha­ni­fi po­dej­rze­wa, że pił­ka­rze zo­sta­li ofia­ra­mi do­pin­gu, nie wie­dząc o tym.

- Po­łą­cze­nie przy­pad­ków cho­rób dzie­ci ze sto­so­wa­niem do­pin­gu przez pił­ka­rzy nie jest ewi­dent­ne, ale bar­dzo moż­li­we - stwier­dził były le­karz re­pre­zen­ta­cji Al­gie­rii.

- Wszy­scy by­li­śmy kró­li­ka­mi do­świad­czal­ny­mi - miał po­wie­dzieć jeden z by­łych re­pre­zen­tan­tów na ła­mach "El Watan", który pra­gnął po­zo­stać ano­ni­mo­wy.

Afera do­pin­go­wa nie zmie­nia jed­nak ha­nieb­nej hi­sto­rii z usta­wie­niem meczu mi­strzostw świa­ta. Hi­sto­rii, za którą obec­na re­pre­zen­ta­cja Al­gie­rii bę­dzie chcia­ła się już w po­nie­dzia­łek zre­wan­żo­wać  Niem­com. Po­czą­tek meczu 1/8 fi­na­łu o godz. 22.

Współ­pra­ca: To­masz Ka­lem­ba, Eurosport.​Onet.​pl