niedziela, 30 września 2007

Ziobro odpowiada ws. marihuany

Oświadczenie Zbigniewa Ziobry/Newsweek.pl, JG /17:09

Zbigniew Ziobro
AFP

"Podane w dniu dzisiejszym na stronach internetowych tygodnika Newsweek informacje zawarte w artykule »Proces, który zmienił życie Zbigniewa Ziobry«, jakobym kiedyś przed laty chciał kupić marihuanę są tak samo prawdziwe, jak to, że w każdy poniedziałek rano w redakcji Newsweeka autorzy tekstu – Panowie Andrzej Stankiewicz i Piotr Śmiłowicz, wspólnie z Redaktorem Naczelnym – Panem Michałem Kobosko molestują seksualnie pięcioletnich chłopców" - pisze w oświadczeniu Zbigniew Ziobro.
Sprawę opisuje "Newsweek Polska": W tej historii jest wszystko: potajemne nagrywanie, prowokacje, próba wsadzenia za kratki swoich dawnych kolegów, a nawet zeznania świadków, że Zbigniew Ziobro chciał kupić marihuanę. "Newsweek" dotarł do akt procesu sprzed kilkunastu lat, który zmienił życie obecnego ministra.

"Ta sprawa sądowa obrosła już legendą" - pisze tygodnik. - Minister sprawiedliwości przedstawia ją niemal jak swą prawniczą inicjację. Jak wziętą z życia historię, która uświadomiła mu patologię wymiaru sprawiedliwości i skłoniła do działalności publicznej. Być może tak rzeczywiście było. Dlaczego więc minister sprawiedliwości nie chce, by ze szczegółami zapoznali się dziennikarze? - pytają autorzy tekstu, na który już dzisiaj odpowiada minister Zbigniew Ziobro.
"»Newsweek« od dłuższego czasu przoduje w podawaniu kłamliwych informacji na temat mój i moich bliskich współpracowników. Pozbawieni jakichkolwiek hamulców redaktorzy »Newsweeka« nie wahają się wyrządzać krzywdy nawet mojej najbliższej rodzinie, podając na jej temat nieprawdziwe informacje. Widać, że jest to zaplanowane i celowo prowadzone działanie. Z uwagi na powtarzającą się wielokrotnie skrajną nierzetelność i podawanie nieprawdziwych informacji, ktoś mógłby odnieść wrażenie, że jest to działanie na zlecenie tych, którzy obawiają się mojej konsekwencji i uczciwych działań jako Ministra Sprawiedliwości i Prokuratora Generalnego" - twierdzi minister sprawiedliwości.

"W związku z regularnie powtarzającymi się pomówieniami na mój temat, na temat moich współpracowników i najbliższej rodziny, postanowiłem podać do sądu zarówno Redaktora Naczelnego tygodnika »Newsweek«, pana Michała Kobosko, jak i autorów wspomnianych kłamliwych publikacji" - oświadczył minister.

"Newsweek" od wielu miesięcy starał się o wgląd w akta śledztwa. Najpierw odmówił Sąd Okręgowy w Krakowie. Po pytaniach tygodnika akta zostały ściągnięte z sądu do Ministerstwa Sprawiedliwości. I pewnie szybko pod Wawel nie wrócą, bo czeka na nie kolejka dziennikarzy.

Autorzy artykułu, czyli Andrzej Stankiewicz, Piotr Śmiłowicz poradzili sobie bez pomocy ministra. Dotarliśmy do akt i do informacji w nich zawartych, które mogą nieco nadkruszyć idealnie skrojony wizerunek Zbigniewa Ziobry. To historia o trzech kolegach, z których jeden został ministrem, drugi niemal wylądował w kryminale, a trzeci się popłakał.

Wszystko działo się w 1992 roku, gdy Zbigniew Ziobro studiował prawo na Uniwersytecie Jagiellońskim. To przeciętny student, trochę odludek, który najlepsze relacje utrzymuje ze swoim dawnym licealnym kolegą z Krynicy Jarosławem Gałką. Przez jakiś czas nawet razem mieszkają w mieszkaniu Ziobry na ulicy Fałata.

Gałka studiował na krakowskiej Akademii Rolniczej. Postanowił wciągnąć Zbyszka do swego towarzystwa. W ten sposób Ziobro poznał Marka Krawczyka, kumpla Gałki z rolniczej uczelni.

- Ze Zbyszkiem utrzymywałem normalne stosunki koleżeńskie. Pomiędzy nami nie było żadnych zatargów, nieporozumień - zezna później Krawczyk w śledztwie. Pod tym enigmatycznym opisem kryją się wspólne imprezy, dyskoteki, podrywanie licealistek. Bo Krawczyk był zaprzeczeniem Ziobry - hedonista, uwielbiający kobiety, wino i śpiew. Gałka z Krawczykiem chcieli rozruszać drętwego Zbyszka.

Informacje na ten temat znajdują się w aktach, ale niektórych szczegółów czytelnikom oszczędzimy. Dość powiedzieć, że Gałka i Krawczyk w akademiku uprawiali marihuanę.

- Pewnego dnia zgłosił się do mnie Ziobro. Chciał kupić susz na skręta - opowiada "Newsweekowi" Krawczyk. Czy przyszły minister chciał "przypalić"? Podczas procesu zeznał, że to Krawczyk chciał go uzależnić, bo zaproponował mu susz za darmo. Być może także Ziobro już wtedy szukał haków na Krawczyka. Bo o ile posiadanie małej ilości marihuany było wtedy dozwolone, to handel - już nie.

Gwiazda reprezentacji Serbii: Anja Spasojević

wp.pl 05.09.2007 21:59

| Wiadomości |Sylwetka | Skład | Gwiazda




(fot. FIVB)
Do ubiegłorocznych mistrzostw Świata w Japonii Serbia była uważana za drużynę niezłą, ale niezdolną do wielkich rzeczy. Zawodniczki tego zespołu grały w znanych klubach w całej Europie, jednak były tam zwykle w cieniu wielkich gwiazd. Po brązowym medalu MŚ 2006 wiele się zmieniło. Teraz to Serbki są gwiazdami, a najjaśniejsza z nich to Anja Spasojević.

Urodzona 4 lipca 1983 roku w Belgradzie Anja pochodzi z rodziny mającej sportowe tradycje. Jej ojciec był koszykarzem Crvenej Zvezdy Belgrad i występował nawet w juniorskiej reprezentacji Jugosławii. W koszykówkę grał także jej brat, ale „Aki” wybrała siatkówkę. Początek jej przygody z tą dyscypliną sportu przypadł na trudne lata wojny na Bałkanach. Często zdarzał się, że Anja trenowała, gdy jej miasto było bombardowane.

Pierwszym klubem Anji Spasojević była oczywiście Crvena Zvezda. Jednak jej talent został szybko dostrzeżony przez wysłanników włoskich klubów i już w 2004 roku serbska przyjmująca przeniosła się do jednego z najlepszych klubów w Italii – Asystelu Novara. Tam zetknęła się z wielkimi gwiazdami volleya – Małgorzatą Glinką, Virginie de Carne i Sarą Anzanello.

Spasojević już w pierwszym sezonie wywalczyła sobie miejsce w podstawowej szóstce, ale nie zdobyła z Asystelem żadnego trofeum. Trafiła na dość słaby okres klubu z Novary – w ciągu trzech lat występów w jego barwach wywalczyła tylko Superpuchar Włoch (2005) i Puchar Top Teams (2007) mający w stosunku do Ligi Mistrzów drugorzędne znaczenie. W ostatni sezonie w Asystelu „Aki” grała razem z naszą Katarzyną Skowrońską-Dolatą. Nieco zniechęcona brakiem znaczących sukcesów po zakończeniu obecnych rozgrywek odeszła z klub i podpisała kontrakt ze szwajcarskim Volero Zurych.

Największym osiągnięciem w karierze Anji Spasojević jest brązowy medal Mistrzostw Świata 2006. Serbki, występujące w Azji jeszcze pod szyldem Serbii i Czarnogóry spisywały się na siatkarskim mundialu wspaniale. Już w pierwszym meczu pokonały broniące tytułu Włoszki, a potem dotarły aż do półfinału, m.in. rozbijając Polki 3:0. W meczu o finał Anja i jej koleżanki z zespołu nieco przestraszyły się Brazylii, ale w spotkaniu o brąz raz jeszcze rozprawiły się z Italią. Medal dla Serbii był największą niespodzianką MŚ 2006.

Anja Spasojević gra na pozycji przyjmującej, mierzy 187 centymetrów, w ataku skacze na wysokość 308 centymetrów, w bloku – 300. Jest bardzo wszechstronną zawodniczką, jej dużym atutem jest zagrywka (została najlepiej serwującą siatkarką Final Four Pucharu Top Teams 2007), bardzo skuteczna jest też w ataku. Nieco słabiej spisuje się w przyjęciu, ale i w tym elemencie rzadko kiedy schodzi poniżej przyzwoitego poziomu.

"Aki" nie zdecydowała się, wzorem ojca i brata na uprawianie koszykówki, ale dyscyplina ta jest jej dość bliska, podobnie jak tenis. Chętnie spróbowała by także jazdy na nartach, ale na to będzie mogła sobie pozwolić dopiero po zakończeniu kariery. Jej ulubieni pisarze to Sidney Sheldon i David Morell, chętnie też słucha muzyki Popowo-Rockowej i R&B.

Uczta dla oczu: nowy gmach Akademii Muzycznej

Tomasz Malkowski
2007-09-28, ostatnia aktualizacja 2007-09-28 18:11
Zobacz powiększenie
Atrium jest jednym z pierwszych w Katowicach zadaszonym placem miejskim
Fot. Bartłomiej Barczyk / AG

Nowy budynek katowickiej Akademii Muzycznej działa jak gigantyczny instrument, a sala koncertowa to największe drewniane pudło rezonansowe w Polsce

Zobacz powiekszenie
Fot. Bartłomiej Barczyk / AG
W sali koncertowej oniemieją z zachwytu nawet najbardziej wybredni melomani
Zobacz powiekszenie
Fot. Bartłomiej Barczyk / AG
Akademia Muzyczna to połączenie nowoczesności z tradycją
Rozbudowa Akademii Muzycznej trwała dwa lata. Była konieczna, bo uczelnia nie mieściła się już w stuletnim neogotyckim gmachu. Projekt wybrano w ogólnopolskim konkursie, w którym zwyciężył katowicki architekt Tomasz Konior.

Tuż za starym budynkiem, pomiędzy ulicami Damrota i Zacisze, wyrósł kompleks Centrum Nauki i Edukacji Muzycznej, zwany pierwotnie symfonią. To jedyna tego typu placówka w Polsce, sam obiekt jawi się jako najciekawszy budynek w Katowicach ostatnich lat. Jest ceglany, jednak od zabytkowego różni się tym, że praktycznie nie ma okien. Z ulicy widać wyłącznie monumentalne bryły.

Architekt pomiędzy starą a nową częścią pozostawił wolną przestrzeń, którą nazywa spacją. Powstało w ten sposób atrium, które tylko przeszklono, tak by pozostawić wrażenie otwartej przestrzeni, oddechu pomiędzy różnymi epokami. To serce całego kompleksu, z jednej strony domyka je ceglana elewacja zabytkowego budynku, z drugiej nowa, betonowa część. Nad głową jedynie szklany dach i niebo.

Nowy obiekt otwiera się na wewnętrzny dziedziniec na całej szerokości niczym krużganki. Na poszczególnych piętrach rozlokowano pomieszczenia związane z nauką, m.in. bibliotekę i archiwum muzyczne. Obie części "zszywają" wiszące w powietrzu kładki z eterycznymi szklanymi balustradami.

Kontemplacja neogotyku

Część katowiczan narzeka, że rozbudowa przesłoniła tylną elewację akademii. Wizyta w atrium z pewnością rozwieje ich wątpliwości, bo nowa część, całkowicie prosta, została podporządkowana historycznej. W wielkim holu można wręcz kontemplować neogotyckie detale czy też mieniącą się różnymi odcieniami starą cegłę.

Atrium jest jednym z pierwszych w Katowicach zadaszonym placem miejskim. W zagłębieniu zostaną posadzone bambusy, opadające schody stworzą mały amfiteatr, który będzie idealny na koncerty jazzowe. Tutaj będzie można wypić kawę, siedząc w fotelu na styku architektury różnych stuleci.

- Najtrudniej było zaprojektować szklany dach, bo jego konstrukcja nie mogła za bardzo obciążyć zabytkowego budynku - tłumaczy Konior. Stalowa konstrukcja podtrzymująca szkło oraz zamknięte w srebrzystych rurach przewody klimatyzacyjne nadają lekki industrialny posmak dziedzińcowi.

Architektowi udało się pogodzić stare z nowym bez zbędnego naśladownictwa. Postawił tylko na podobny "zapis nutowy", czyli cegłę, z której buduje swoją symfonię. Jednak brzmienie jest już całkiem nowe. Z zewnątrz kubiczne; lewitujące bryły rozbudowy kontrastują ze starym budynkiem bogatym w wieżyczki. Nie ma jednak zgrzytu, bo spokojne bryły pokornie stają się tłem dla zabytku. Jedyną ekstrawagancją jest motyw wysuniętych nieco przed lico cegieł, które wyglądają niczym poruszone klawisze fortepianu.

Budynek jak matrioszka

Zagłębianie się we wnętrza budynku jest jak zabawa z rosyjskimi matrioszkami, gdzie w jednej lalce ukryta jest kolejna, mniejsza. Tutaj pod ceglanym płaszczem budynku odkrywamy jego żelbetową strukturę, którą w wielu miejscach wyeksponowano. Z surowego betonowego holu można przejść do atrium przy starym budynku bądź do mniejszego atrium, oddzielającego budynek mieszczący część dydaktyczną od części stricte koncertowej. Ta mniejsza spacja to wąska szczelina pomiędzy nowymi, ceglanymi ścianami; dynamizmu nadaje jej przebijająca się, obła drewniana ściana sali koncertowej. - To taki brzuch architekta - żartuje Konior. Pod tym drewnianym kokonem znajdują się główne drzwi do sali. Za nimi inny świat, jakbyśmy znaleźli się we wnętrzu arki albo olbrzymiej szkatułki. Na widowni na melomanów czeka prawie 500 czerwonych aksamitnych foteli.

- Cały budynek to taki przeskalowany instrument, gdzie pudłem rezonansowym jest sala koncertowa. Zaprojektowanie jej było największym wyzwaniem. Postawiliśmy na salę z uchylnymi ścianami, za którymi jest dodatkowa przestrzeń wybrzmiewania - tłumaczy Konior. Po automatycznym otwarciu szeregu drewnianych okiennic kubatura sali wzrasta z 6,5 do 11 tys. m sześc., otrzymuje się dzięki temu pogłos niczym w kościele, wskazany dla dużych koncertów symfonicznych. Zamknięta sala będzie lepsza dla kameralnych występów. Przy jej projektowaniu wykonywano specjalne próby akustyczne. Drewniane sale koncertowe są teraz najbardziej w cenie, takie powstają dziś od Finlandii po Japonię.

Architektoniczny high-tech

Dla słuchaczy przestrzeń wybrzmiewania będzie niewidoczna, jej wygląd daleki jest od wyobrażeń o przybytku muzyki klasycznej. Wypełniają ją pomosty techniczne i przewody, które biegną też nad salą. Dzięki temu łatwo można zmieniać aranżację akustyczną i oświetleniową sali. Taka elastyczność to novum w polskiej architekturze, nawet sala w nowej Filharmonii Łódzkiej nie ma takiej technologii. Na scenie jest miejsce dla stuosobowego chóru i tak samo licznej orkiestry. W kilka sekund płaska podłoga może zamienić się schody potrzebne dla wykonawców. Cała scena spoczywa na hydraulicznych podnośnikach.

Imponujące wrażenie robi zaplecze dla muzyków, jest tu nawet reżyserka dźwięku, bo sala koncertowa może być zarazem olbrzymim studiem nagraniowym. Orkiestry będą mogły tu nagrywać płyty. Nad garderobami na ostatnim piętrze znajdują się apartamenty.

Na tyłach kompleksu zachował się mały, niepozorny ceglany budynek. Mało kto pamięta, że w latach dwudziestych ubiegłego wieku mieściły się tu kwatery prywatne wojewody, szkołę zajmował wtedy urząd wojewódzki do czasu, aż powstała siedziba przy ul. Jagiellońskiej. Mały domek to teraz rektorat, który z nowym budynkiem łączy szklany pomost. Na tylnym dziedzińcu pojawił się kamienny japoński ogród, widoczny z głównego holu przez przeszklenia.

Studenci będą mogli korzystać z uroków tego budynku już od października. Melomani na pierwszy koncert muszą jednak poczekać do grudnia, kiedy nastąpi uroczysta inauguracja nowej sali. Zapowiada się wspaniała uczta - nie tylko dla uszu, ale i dla oczu.