poniedziałek, 16 czerwca 2008

Kazik: Wolałem grę w kapsle

Jacek Cieślak 14-06-2008, ostatnia aktualizacja 14-06-2008 13:39

Na moim osiedlu było paręnaście klatek schodowych i wszyscy spotykali się na podwórku. Kiedy w maju rozpoczynał się kolarski Wyścig Pokoju – zaczynała się też gra w kapsle - opowiada Kazik Staszewski.

źródło: Forum

Rz: Wydałeś „Niepiosenki”, opasłą, siedmiusetstronicową książkę z felietonami, czyli czujesz jeszcze przynależność do cywilizacji Gutenberga?

Czuję, ale sposób prezentowania informacji, kultury i sztuki zmienił się na moich oczach. Kiedyś czytałem sporo, w porównaniu z tym co obecnie – bardzo dużo. Teraz tylko dobra książka wciąga mnie do końca. Częściej porzucam lektury w trakcie, co kiedyś w ogóle mi się nie zdarzało. Im jestem starszy, tym bardziej szkoda mi czasu na coś słabego. Ale pewnie też przyzwyczaiłem się do treści podawanych w przystępny, lekkostrawny sposób. A książka wymaga wysiłku i czasu, którego permanentnie nam brakuje. Dlatego lektury znalazły się w końcówce peletonu.Prześcignęły je gazety i filmy, którym nie towarzyszy już rytuał chodzenia do kina. Kiedyś niedzielne wyjście z mamą na film było świętem, na które czekało się cały tydzień. Po wejściu DVD – filmy spowszedniały.Wszystko się zbanalizowało. Nawet zdjęcia. Kiedy oglądam stare rodzinne albumy – widać, jak przygotowywano się do ujęcia. Teraz pstryka się cyfrówką, a magia gdzieś wyparowała.

Polskich rockmanów trudno spotkać w teatrze. A ciebie?

Byłem w marcu w Teatrze Polonia Krystyny Jandy na spektaklu „Ucho, gardło, nóż” Vedramy Rudan. Ale jeśli chodzi o teatr, mam problem – kłopoty ze słuchem. Muszę siedzieć blisko sceny, bo niektórzy aktorzy, niemający za dobrej emisji głosu, są dla mnie niesłyszalni. Pamiętam „Napis” w Teatrze Współczesnym, w którym grają Marta Lipińska, Krzysztof Kowalewski i Leon Charewicz. Oni mogą mówić szeptem i nie mam problemu, żeby ich zrozumieć. Słuchając młodych, muszę się wytężyć.

Założę się, że filharmonia jest ostatnim miejscem, gdzie chodzi gwiazda rocka.

Chodzę rzadziej, ale bywam w tych najlepszych, za granicą. Niedawno byłem w Nowym Jorku w Lincoln Center na „Requiem” Mozarta i „Mszy koronacyjnej”. Bardzo je lubię, ale w mocnych wykonaniach, takich jak pod dyrekcją von Karajana z 1966. W Nowym Jorku grali kameralnie, dlatego niespecjalnie się zachwyciłem. Byłem też ostatnio w Filharmonii Wiedeńskiej. A w warszawskiej... chyba ostatnio jako dziecko.

Co przeczytałeś ostatnio od deski do deski?

„Szelmostwa niegrzecznej dziewczynki” Llosy.

A ma dla ciebie znaczenie, że pozycja jest z górnej półki?

Odkąd pamiętam albo coś było dla mnie dobre, albo złe. To jest dla mnie jedyny wyznacznik wartości, oczywiście subiektywny.

Pamiętasz swoją pierwszą lekturę?

Zacząłem od „Piotrusia Pierwszaka” Mieczysławy Buczkówny, fragmentami znam go na pamięć do dziś. Potem był „Piotruś zuch”. Miałem „Bajki” Andersena z ilustracjami Szancera.

Pamiętam, że „Dziewczynka z zapałkami” wk.... ła mnie swoją nieporadnością, chodzeniem bosymi nogami po śniegu. Współczucia żadnego nie wzbudzała. Czytałem też „Baśń o stalowym jeżu” Brzechwy.

Kontakt z popkulturą zaczynał się zazwyczaj dla twojego pokolenia od komiksowej historyjki dołączonej do gumy balonowej zwanej donaldówą. Z tobą było podobnie?

W moje ręce wpadły najpierw polskie komiksy kryminalne z serii „Ryzyko”, wcześniejsze od „Kapitana Żbika”. Kiedy czytałem zeszyty „Ścigać Fiata 03-17 WE” czy „Tajemnicę ikony” – „Ryzyko” już było historią.

Premiera była w 1967 r.

Kiedy chodziłem do podstawówki, wyszedł „Kloss” i „Podziemny front” o Batalionach Chłopskich i Armii Ludowej. Ale komiks nie był wcale ogólnie dostępnym towarem, nawet polskie rozchodziły się szybko. A o „Tarzana” – o którym mówiło się „Tażan”, „Flipa i Flipa”, „Metamorpho” czy „Miracleman” trzeba było powalczyć. Przenikały na czarny rynek, bo – czego dowiedziałem się później – w Polsce drukowano wydania dla Skandynawii, zarabiano w ten sposób dewizy. Serie, o których mówię, miały szwedzkie i norweskie teksty w dymkach. Można je było kupić na bazarach i w komisach. Kosztowały 10 – 15 zł. Niemało. Ja miałem łatwiej, bo mój tata mieszkał we Francji i przysyłał mi masę „Tarzanów”.

Byłem podjarany na komiksy także jako dorosły facet. Gdy dowiedziałem się, że są trzy części „Ryzyka” w idealnym stanie za 500 zł w komisie, nie zastanawiałem się ani chwili, i kupiłem. Teraz są u syna, bo ma bardziej bogobojny stosunek do komiksów.

Piszesz w „Niepiosenkach” o sposobach wchodzenia do kina na filmy dozwolone od lat 18. Dziś dla nastolatków to kompletny kosmos.Erotyka, a nawet porno, jest wszędzie.

Ale kiedy poszedłem z moimi chłopakami na film „Poniedziałek” z Kukizem i Bolcem – nie wpuścili nas. Zdziwiłem się, to było jednak jednostkowe zdarzenie. W moich czasach krążyły legendy na temat kolegów, którym udało się dostać na „Dzieje grzechu”. Zazdrościłem tym, którzy wyglądali dojrzalej. Po wielu próbach dostałem się na ten film doSkarbu, w gmachu Ministerstwa Finansów. Łatwo było przeniknąć na widownię Palladium. Najgorzej było w Atlanticu.

Ja wchodziłem na filmy dla dorosłych w Zdrowiu w Ministerstwie Zdrowia i Kulturze.

Mieszkałem na Niecałej i do obu kin też miałem blisko. W Kulturze byłem pierwszy raz na filmie od 18 lat, ale jeszcze z mamą. To było „Przepraszam, czy tu biją?”. Na drugi dzień wymogłem, żeby iść na „Ojca chrzestnego 2”. Wtedy zeznania przed komisją senacką mocno mnie wymęczyły. A dziś uważam tę część za lepszą od pierwszej. W kinie Czerniaków, które było zwykłą budą, biegały szczury. Szybko je zamknęli. Na rogu Chełmskiej i Czerniakowskiej była Czajka. Pamiętam drewniane krzesła i lokalną ekipę, której boss chciał zademonstrować siłę bicepsów i podniósł choinkę pod sufit, co spowodowało, że pospadała większość ozdób. Ciekawa była historia ze szwedzkim filmem „Człowiek, który przestał palić”. Sprowadzono go jako agitkę dla młodzieży, żeby nie truła się papierosami. Temat był mało atrakcyjny, ale film był oparty na zasadzie, że suma nałogów jest wartością stałą i bohater, żeby nie palić, pogłębiał swoje życie erotyczne. Mój szósty seans uświetniła wycieczka Azjatów z jednej z republik radzieckich w marynarkach obwieszonych medalami.

Kiedy na ekranie pojawił się szwedzki napis, wszyscy myśleli, że to koniec, i zaczęli wstawać z miejsc. A to był zwiastun raju, w którym niepalący mogli sobie biegać na golasa. Wycieczka była bardzo niezadowolona, że wszyscy zasłonili ekran. Wzywali do siadania. Pamiętam, że w PRL była taka paranoja, żeby nikt wysoki nie usiadł bliżej ekranu.

Sytuacja z „Misia”.

Były też kina ekskluzywne, jak Skarpa, Moskwa, Sawa, no i oczywiście Relax...

Żadne z nich już nie istnieje.

... do którego tata kolegi zdobył dwa bilety na pokaz dwóch części „Potopu” trwających prawie 6 godzin. Siedzieliśmy w pierwszym rzędzie na miejscach 2 i 3. To dopiero był relaks.

Kupujesz popcorn, idąc na film?

Sobie nie. Kupowałem dzieciom i to im zostało. Syn Janek, chociaż jest weganinem, bardzo przestrzega diety, nie je żadnych fast foodów, ale popcorn jest wyjątkiem.

Piszesz o programach dla dzieci. Zaczynały się w poniedziałek o 16.40 „Zwierzyńcem” z panem Sumińskim, który opowiadał o zwierzątkach.

Po latach dowiedziałem się, że był myśliwym. Chodził po lasach ze strzelbą i pruł do zwierząt, a potem nagrywał kawałki do „Zwierzyńca”. Programy dziecięce oglądałem dla filmów z wyjątkiem „Poryna Telesfora”, ale wtedy naprawdę byłem mały. Zygmunta Kęstowicza jeszcze nie było. Występował Maciej Damięcki.

W „Teleranku” był kącik „Niewidzialnej ręki” z hasłem „Niewidzialna ręka to także ty”.

To nie było w niedzielę, tylko w sobotę... A nie – jednak w niedzielę, bo przecież w sobotę chodziło się do szkoły!

W sobotę po locie Hermaszewskiego była „Orbita, telewizja młodych kosmonautów”.

Tego już nie oglądałem, wolałem grę w kapsle.

Przypomnijmy, że w kapslach od butelek pisało się nazwisko kolarza. Można też było nalać stearyny do środka i przylepić papierową koszulkę na sreberku. Kapsel pstrykało się palcem po trasach narysowanych kawałkiem cegły na chodniku bądź asfalcie.

To była część bogatego życia podwórkowego, którego – co obserwuję ze zgrozą – dzisiaj nie ma. Na moim osiedlu było paręnaście klatek schodowych i wszyscy spotykali się na podwórku. Kiedy w maju rozpoczynał się kolarski Wyścig Pokoju – zaczynała się też gra w kapsle. Trwała do końca roku szkolnego.

Młodzi ludzi wpadają dziś w ciąg telewizyjno-komputerowy. Byłeś niewolnikiem elektronicznych mediów?

To, że oglądałem dwa programy w telewizji, o niczym jeszcze nie świadczy. Trudno było wpaść w nałóg. O północy grano hymn i „dobranoc”. Teraz leci sieczka 24 godziny na dobę i z telewizora leje się rzyg. Ze zdziwieniem zauważam, że niektórzy rodzice stosują go jako uspokajacz dla dzieci. Mnie w takich sytuacjach nikt nie sadzał przed ekranem. Były oczywiście wydarzenia przez swoją wyjątkowość długo wyczekiwane. Na przykład „Studio 2” z fragmentem koncertu Jethro Tull, chociaż to były trzy, może cztery piosenki na krzyż. Albo „Cosmos 1999”. Widziałem to niedawno. To jest taka chała, że trudno sobie wyobrazić. A wtedy – biegło się ze szkoły do domu, żeby zdążyć.

Jakie miałeś telewizory?

Pierwszym odbiornikiem był Szmaragd, a potem Ametyst z zielonym przyciskiem. I długo nam służył.

Jowisza kupiliśmy, jak byłem na studiach. Mama dostała go w czasie kompletnej padaczki zaopatrzenia. Przez parę miesięcy chodziła do sklepu odhaczać się na społecznej liście. W końcu, przed wybuchem strajku studenckiego w 1981, to musiał być październik, powiedziała, że może odebrać telewizor. Poszliśmy z kolegą, przynieśliśmy go z Domu Towarowego Junior, za co mama dała nam pół litra wódki Bałtyckiej. Nie wiedziała, co zaczyna. Telewizory kolorowe były już wcześniej – ruskie Rubiny. Ale trzeba było z nimi walczyć o kolor i podobno wybuchały. Jowisz to już była westowa jakość!

Czy załapałeś się na pocztówkowy szał, o którym śpiewa Perferct w „Autobiografii”?

Nie. Miałem je, ale po kimś.

Pierwszą zagraniczną płytę kupiłeś za 600 zł, gdy pensja wynosiła 2 – 3 tysiące zł.

Bo albumów zagranicznych w oficjalnym obiegu nie było. Zacząłem chodzić na pchle targi, kiedy jeszcze się nie wymieniałem, tylko po to, żeby popatrzeć na płyty. Na początku na Mariensztat. Płyty zacząłem kupować na Wolumenie, na Bielanach. Potem jarmark przeniesiono na Kępę Potocką. Później była Skra i giełda płytowa w Hybrydach we wtorki, gdzie handlowały te same ekipy co na niedzielnych jarmarkach. Pamiętam, jak wyszły dwie zachodnie płyty z prawdziwego zdarzenia ABBA „Waterloo” i „Procol’s Night” Procol Harum po ich wizycie.

A pierwszą, jaką miałeś?

„Nikifor” No To Co. To było jeszcze w przedszkolu.

Jako przedszkolak tańczyłem przy „Opolskich dziouchach”.

To był pierwszy numer. Potem tata mi przysłał „Biały album” Beatlesów w pięknym wydaniu ze zdjęciami i plakatem.

Płyty słuchałem na adapterze Bambino, aż wszystko się rozpadło. Jak byłem we Francji, dostałem od ojca „Magical Mystery Tour”, a mama Louisa Armstronga. Zabrałem jej szybko płytę. No, a po śmierci ojca odziedziczyłem całą jego kolekcję z francuską piosenka, której nie słuchałem. Miałem komfortową sytuację płytową również dlatego, że siostra mojej mamy mieszkała w Anglii. Będąc u niej, uzbierawszy trochę funciaków, mogłem sobie kupić kilka płyt.

Czy teraz płyta jest dla ciebie wartością, czy wolisz MP3?

W ogóle nie korzystam z MP3 ani z muzyki z Internetu. Raz dlatego, że to kradzież, a dwa, bo MP3 słabo gra. Mam dobry sprzęt i wiem, co to jest dobra jakość. Płyta kompaktowa też mnie nie zadowala. Cieszę się z powrotu analogów. Miałbym ich drugie tyle co teraz, tylko zacząłem wszystko wyprzedawać, kiedy zostałem punkowcem. Handlarze w Hybrydach strasznie mnie robili w trąbę.

Najbardziej spektakularna moja porażka wiąże się z niespełnioną prośbą do angielskiej cioci. Chciałem od niej dostać „The Dark Side of The Moon”, ale była oszczędna, płyta właśnie wyszła, pewnie kosztowała ze 3 funty – dlatego w zamian przywiozła mi składankę Floydów z serii „Masters of Rock”. Byłem załamany.

Kiedy zacząłem się wyprzedawać, puściłem krążek za 400 zł. Po latach, przeglądając w 1983 r. katologi kolekcjonerskie, zobaczyłem, że album był wart 800 niemieckich marek! Dziś mam z sześć półek winyli.

A synowie?

Starszemu pokazałem kiedyś adapter. „No, fajny”, powiedział, „ale jak się tym piosenki zmienia?!”. „No wiesz, trzeba ramię podnieść i przełożyć igłę”. „Ręcznie?”. Był zdegustowany. Ale ostatnio mówił, że nie wyobraża sobie, jak można słuchać muzyki z kompaktów.

Przyznałeś się przy okazji wydania zbioru felietonów do prób prozatorskich. Czy to rezultat nudy na zajęciach z socjologii?

To niedokończony rozdział mojej twórczości, ledwo rozpoczęty. Twardy orzech do zgryzienia, mimo że teraz przeżywam renesans młodzieńczej energii i dobrych fluidów. Chciałbym więcej pisać, a jest dla mnie niepojętą historią, żeby usiąść na 6, 8 godzin i pisać. Mam 45 lat, a czas płynie szybko, mam go coraz mniej.

Felietony to owoc pisania przez kilkanaście lat, ale krótkich form. Od tego postanowiłem zacząć. Sam lubię czytać krótkie formy – Rafała Ziemkiewicza czy Macieja Rybińskiego, a ze starszych – Stefana Kisielewskiego czy Janusza Głowackiego. W muzyce jestem pewny swego, jeśli chodzi o pisanie – będę obserwował reakcje na „Niepiosenki”. Może zyskam argument, żeby usiąść i dokończyć trzy rozgrzebane opowiadania. Jedno z nich – „Upadłem” – jest pisane strumieniem świadomości, rozpoczyna się od sytuacji, że budzę się pijany w piwnicy, nie wiem, gdzie jestem i co robiłem.

A masz coś jeszcze w szufladzie?

Zacząłem „Alfabet”, opisałem już kilkadziesiąt nazwisk, jednak zobaczyłem, że to, co powstało, jest słabiutkie. Ale co miałem napisać, że ten lub ów ciągnie koks na okrągło? Nie mam takiego prawa. Można kogoś skrzywdzić i pokłócić się do końca życia. Mam też „Wywiady wymyślone”.

Z kim?

Z wymyślonymi ludźmi. Z dostojnikiem kościelnym, sędzią piłkarskim. To sposób na przemycanie prawdziwych informacji.

Jesteś jeszcze kibicem piłki?

Po tym, czego się dowiedziałem o polskiej lidze, powiedziałem, że koniec z tym. Ale reprezentacji daje jeszcze kredyt zaufania, choć nie wiem, jak będzie. Zawsze, gdy typowałem wyniki – było na odwrót. Dlatego teraz mówię, że Niemcy zostaną mistrzem Europy, Polska nie wyjdzie z grupy, a czarnym koniem będzie Austria. Mam nadzieję, że moje przepowiednie znowu się nie spełnią.

Co z Kultem po odejściu Banana?

Jest rozpoczęta płyta, ale od tego, co było, będziemy się chcieli odciąć nie tylko personalnie, ale i muzycznie.

Wspominałeś o nagraniu piosenek Silnej Grupy Pod Wezwaniem.

Będę jej piosenki i Kazimierza Grześkowiaka, także takie hity jak „Chłop żywemu nie przepuści” i „Odmieniec”.

Źródło : Rzeczpospolita

Ameryka jest gotowa na wygranie mundialu

Marcin Harasimowicz 15-06-2008, ostatnia aktualizacja 15-06-2008 14:53

- Rzeczywiście istniała taka możliwość, aby Żurawski grał w tym sezonie w naszej drużynie. Zamiast tego wybrał jednak Grecję - mówi Alexi Lalas, jeden z najwybitniejszych amerykańskich piłkarzy wszech czasów, obecnie generalny menedżer Los Angeles Galaxy

Alexi Lalas
źródło: AP
Alexi Lalas

W ubiegłym roku rozpoczął Pan najdroższy w historii amerykańskiej piłki projekt o nazwie „David Beckham”. Jak daleko sięga Pańska wizja budowy gwiazdorskiej drużyny, czy ma już Pan w głowie nazwiska kolejnych wirtuozów, których zamierza ściągnąć do Kalifornii?

- Na razie przyglądamy się, jak jego obecność wpływa na zespół zarówno na boisku, jak i poza nim. Musimy zagwarantować, że będzie miał wokół siebie zawodników na odpowiednim poziomie. Nie zatrudnimy drugiego Beckhama, bo po pierwsze – nie stać nas na to, a po drugie – zabraniają tego przepisy MLS. Teraz najważniejszym zadaniem oraz wyzwaniem dla nas jest to, jak wykorzystamy obecność Davida w L.A. dla budowy fundamentów mocnego, zakorzenionego klubu, nie tylko z myślą o Ameryce, ale również w sensie globalnym. Rozumiemy, że to jest proces, który zajmie trochę czasu. Wysłaliśmy jednak wiadomość całemu światu – Galaxy to zespół, który podpisał kontrakt z Beckhamem, ma w składzie najlepszego piłkarza rodem z USA w osobie Landona Donovana oraz trenera z niesamowitym nazwiskiem i doświadczeniem – Ruuda Gullita. Z tego chcemy być znani. Ale to dopiero pierwszy etap. W kolejnym – chcemy zacząć wygrywać na dużą skalę i przygotować się do następnego, wielkiego transferu. Skoro mamy pewność, że David zostanie z nami na kilka lat, na pewno będziemy szukać drugiej, wielkiej gwiazdy w Europie.

Europejska prasa wymieniała nazwiska Thierry’ego Henry’ego, Ronaldinho, Ronaldo…

- Będziemy przyglądać się każdej możliwej opcji. Ludzie w Europie nie zdają sobie jednak sprawy ze specyfiki MLS i obowiązującego w niej limitu wynagrodzeń, który mocno ogranicza naszą swobodę. Jako organizacja Galaxy wiemy, że bylibyśmy w stanie wygenerować więcej pieniędzy na transfery, ale z drugiej strony rozumiemy, że polityka władz ligi pozwala utrzymać wszystkim klubom płynność i stabilność finansową.

Nie sądzi Pan jednak, że te przepisy tak naprawdę zatrzymują rozwój Major League Soccer? Przy limicie wynagrodzeń nigdy nie będziecie w stanie konkurować z największymi ligami w Europie?

- Zatrzymują rozwój niektórych zespołów, to prawda. Tutaj w Ameryce ludzie podają jednak inny przykład – w takiej Anglii Chelsea, Manchester United, Arsenal oraz Liverpool mają najwięcej pieniędzy, wydają miliony i każdego roku dzielą między sobą miejsca w czołówce ligi. Z amerykańskiego punktu widzenia ta powtarzalność jest nudna, odbiera emocje oraz element równości szans, który charakteryzuje rozgrywki w różnych dyscyplinach sportu w naszym kraju. MLS wychodzi z założenia – jesteśmy tak mocni, jak nasz teoretycznie najsłabszy zespół. Każda drużyna musi mieć dobrych zawodników. Kibice w Europie tego nie rozumieją.

Nie rozumieją jeszcze jednej rzeczy, a mianowicie, że władze ligi kontrolują rynek transferowy. To już jest socjalizm w najczystszej postaci!

- Wiem, wiem (śmiech). Z każdym rokiem ta sytuacja zmienia się jednak na korzyść. W końcu pozwolono nam przecież na podpisanie umowy z Beckhamem…

Wśród kandydatów do gry w barwach Galaxy wymieniano niedawno kapitana reprezentacji Polski Macieja Żurawskiego. Potwierdza Pan zainteresowanie tym zawodnikiem?

- Tak. Rozmawiałem z nim. Odpowiem tak – dobrym skutkiem transferu Beckhama jest to, że wzbudziliśmy zainteresowanie na całym świecie, a złym, że ludzie myślą teraz, iż w Kalifornii pieniądze rosną na palmach i możemy je w każdej chwili zerwać w dowolnych ilościach… Na świecie jest tylko jeden Beckham, piłkarze muszą myśleć realnie. Jeżeli grasz głównie dla pieniędzy – Stany Zjednoczone nie są najlepszym miejscem dla kontynuowania kariery. Jeżeli natomiast chcesz przeżyć przygodę, samodzielnie albo z rodziną, w młodym albo starszym wieku, mieć fajne życie, zdobyć nowe doświadczenia, to zapraszamy. Los Angeles oferuję niepowtarzalny styl życia, okazję poznania różnych kultur, wzbogacenia osobowości. Z drugiej strony – kariera zawodowego piłkarza jest krótka, więc wcale mnie nie dziwi chęć zgromadzenia oszczędności, ustawienia się na całe życie. Ja to naprawdę rozumiem.

Rozmawialiście z innymi polskimi piłkarzami?

- Nie, interesował nas tylko Żurawski. Rzeczywiście istniała taka możliwość, aby grał w tym sezonie w naszej drużynie. Zamiast tego wybrał jednak Grecję. Proszę mi powiedzieć – czy grecka ekstraklasa jest rzeczywiście taka wspaniała?

Nie sądzę.

- No widzi pan… Ale tam zapłacili mu więcej pieniędzy.

Żurawskiemu chodziło jednak również o dobre przygotowanie do finałów mistrzostw Europy.

- Być może. Ale czy David nie gra cały czas w reprezentacji Anglii? Właśnie puszczamy go pod koniec maja na kolejne zgrupowanie.

Jak ocenia Pan dotychczasowe efekty pobytu Beckhama w Los Angeles?

- Na solidną czwórkę (w oryginale: „solid B”, w Ameryce obowiązuje inna skala ocen). Poprzedni sezon był trudny, ponieważ każdy chciał obejrzeć Beckhama, a tymczasem on leczył uraz za urazem. Takie są jednak realia sportu – zawodnicy czasem, po prostu, chorują. David kreuje wokół siebie tak olbrzymie zainteresowanie, że nierzadko stwarza to olbrzymią presję, która spada również na innych zawodników, nieprzywykłych to takiego zamieszania wokół drużyny. To jest dla nich także zupełnie nowe doświadczenie. Na szczęście teraz mamy grupę piłkarzy, która dojrzała w ciągu roku. Oni już zdają sobie sprawę z sytuacji, w której się znajdują, wiedzą kto to są paparazzi, z kim należy rozmawiać i o czym, a z kim nie. Że to co powiedzą, zostanie wydrukowane w gazetach całego świata.

Czy Beckham pomaga swoim kolegom z zespołu?

- Tak. Stara się pomagać, a przy tym sam uczy się ciągle specyfiki tej ligi. Na treningach pracuje jednak bardzo ciężko, będąc przykładem dla wszystkich pozostałych. Najważniejsze jest jednak to, co robi w trakcie meczu. Wtedy widać, dlaczego jest prawdziwą gwiazdą. Potrafi sprostać tej olbrzymiej presji, skierowanym na niego oczom wszystkich kibiców i grać tak, jak potrafi najlepiej. Tym wzbudza szacunek innych zawodników.

Pan osobiście był częścią wspaniałej reprezentacji USA na mistrzostwach świata w 1994 roku, kiedy nieoczekiwanie awansowaliście do 1/8 finału i omal nie wyeliminowaliście późniejszych mistrzów, reprezentację Brazylii z Romario i Bebeto w składzie. Wtedy rozpoczęła się moda na soccer w Ameryce, powstała MLS…

- To było cudowne lato. Dla piłki nożnej w Stanach Zjednoczonych i dla mnie osobiście. Ludzie w Ameryce zobaczyli, że „soccer” może fascynować. Dzięki sukcesowi na mundialu w 1994 roku powołano do życia Major League Soccer. Wierzę zresztą, że już niebawem znów dostaniemy organizację mistrzostw świata, a wtedy zrobimy jeszcze trzy razy lepszą imprezę niż przed czternastoma laty.

Od pewnego czasu reprezentacja USA radzi sobie bardzo dobrze. Na mistrzostwach świata w 2002 roku awansowała do najlepszej ósemki, regularnie ma miejsce w pierwszej dziesiątce rankingu FIFA.

- Powszechnie mówi się, że nasza reprezentacja to ciągle zespół rozwojowy, dopiero budujący swoją siłę. Tak naprawdę nikt jednak, żaden trener, nie lubi grać przeciwko Amerykanom. Problem polega na tym, że rywale nie mają nic do wygrania. Jak nas pokonają, powszechna reakcja będzie – no tak, to tylko reprezentacja USA. A gdy przegrają – jak to, nie daliście rady Amerykanom? Prawda jest taka, że jesteśmy dużo lepsi, niż ludzie powszechnie myślą. Aby zdobyć mistrzostwo świata potrzebne są talent, doświadczenie i tradycja, co już mamy, a także czwarty czynnik – szczęście. Nieważne, czy jesteś Brazylią, czy Niemcami, potrzebujesz szczęścia, aby wygrać mundial.

Czy teraz soccer wzbudza większe zainteresowanie wśród młodzieży, ludzie w USA bardziej garną się do uprawiania tej dyscypliny sportu? Czy możecie stać się wreszcie bardziej konkurencyjni dla koszykówki, baseballa, hokeja oraz futbolu amerykańskiego?

- Absolutnie. Teraz powoli kariery rozpoczynają piłkarze z pokolenia wychowanego na sukcesie z 1994 roku. „Soccer” stał się częścią ich stylu życia. To się nie dzieje z dnia na dzień, ten proces zajmuje więcej czasu, ale efekty powoli są widoczne. Przez tych czternaście lat zrobiliśmy niewiarygodne postępy. Czy wyobraża pan sobie, co się stanie w trakcie kolejnych 14 lat?

Mistrzostwo świata dla USA?

- O tak! Mamy już dobry zespół, doświadczonych piłkarzy, a także tradycję, bo od 1990 roku nieprzerwanie bierzemy udział w mistrzostwach świata. Potrzebujemy tylko trochę szczęścia. Tego, że piłka odbije się od kolana, kostki, a nawet ucha zawodnika stojącego w murze i wpadnie do siatki w 90. minucie decydującego meczu… Tak wygrywa się wielkie turnieje. Jedna akcja, jeden strzał mogą zmienić wszystko.

Źródło : Rzeczpospolita

Porażka z Chorwacją na pożegnanie z Euro

Paweł Gawlik, pap 16-06-2008, ostatnia aktualizacja 16-06-2008 20:14

Jeden punkt ugrała reprezentacja Polski w swoim pierwszym starcie w mistrzostwach Europy. W swoim ostatnim występie przegrała 0:1 z Chorwacją. Do ćwierćfinału z grupy B oprócz Chorwatów awansowali także Niemcy, którzy wygrali z Austrią 1:0.

 Mecz Polska-Chorwacja na stadionie w Klagenfurcie
autor zdjęcia: Piotr Nowak
źródło: Fotorzepa
Mecz Polska-Chorwacja na stadionie w Klagenfurcie
 Mecz Polska-Chorwacja na stadionie w Klagenfurcie
autor zdjęcia: Piotr Nowak
źródło: Fotorzepa
Mecz Polska-Chorwacja na stadionie w Klagenfurcie
Polscy kibice wciąż wierzą w awans do ćwierćfinału
autor zdjęcia: Piotr Nowak
źródło: Fotorzepa
Polscy kibice wciąż wierzą w awans do ćwierćfinału

Polacy zaczęli bardzo odważnie. Pierwszy rzut rożny wywalczyli już w 4 minucie, jednak dośrodkowanie Krzynówka wybili chorwaccy obrońcy. trzy minuty później dośrodkowywał Łobodziński, ale Jacek Krzynówek nie sięgnął piłki. Dwóch kolejnych rzutów rożnych nie zdołali Polacy zamienić na groźne sytuacje bramkowe.

W 14. minucie pierwszą znakomitą sytuację mieli Chorwaci. Sam na sam z Arturem Borucem znalazł się Danijel Pranjic, nie trafił jednak w bramkę. Trzy minuty później dogodną okazję do strzału miał Rakitić. Zbyt mocno wypuścił sobie jednak piłkę. Boruc przed wybiciem popisał się jeszcze dryblingiem na linii pięciu metrów.

Polacy wciąż próbują atakować, ale to Chorwaci stwarzają groźniejsze sytuacje. W 27 minucie po błędzie Dudki Boruc z trudem broni uderzeni Klasnicia.

W 28 minucie kontuzji doznał Knezevic, którego zastąpił Vedran Corluka.

Najgroźniejszą sytuację drużyna z Bałkanów stworzyła w 30 minucie. Po kolejnym błędzie obrony Klasnic miał przed sobą tylko Artura Boruca. Strzelił po ziemi, polski bramkarz wyszedł z bramki i z dużym trudem wykopał piłkę przed siebie.

Po dobrym początku Polacy stanęli. Chwilę po strzale Klasnicia Boruc musiał bronić silne uderzenie z ostrego kąta Rakiticia. Strzał głową Corluki po dośrodkowaniu z rzutu minął słupek polskiej bramki.

Pod koniec pierwszej połowy Polacy poukładali grę. Jednak to Chorwaci ponownie stworzyli groźną sytuację - po raz kolejny ze starcia z bałkańskim napastnikiem zwycięsko wyszedł Boruc. Polski bramkarz rozgrywa kolejny znakomity mecz na mistrzostwach!

Druga połowa

W przerwie boisko opuścił ukarany wcześniej żółtą kartką Mariusz Lewandowski. Zastąpił go piłkarz Wisły Kraków, Adam Kokoszka.

W 52. minucie padła pierwsza bramka dla Chorwacji. Przy strzale po ziemi Klasnicia Artur Boruc był bez szans.

W 55. minucie Łobodzińskiego zmienił Euzebiusz Smolarek.

W 59. minucie po dośrodkowaniu Pranjicia Polaków uratowała poprzeczka. Trzy minuty później polscy piłkarze stworzyli pierwszą groźną sytuację. Płaskie dośrodkowanie Wawrzyniaka z pierwszej piłki doszło do Rogera. Brazylijczyk z polskim paszportem nie trafił jednak w bramkę.

W 66. minucie kolejny groźny strzał po ziemi oddał Pranjic. Boruc popisał się kolejną pewną interwencją. Chwilę później piękną akcję rozegrali Polacy - Saganowski podał piętą z pierwszej piłki do Wawrzyniaka, ten odegrał na skrzydło do Rogera. Dośrodkowanie trafiło na głowę Saganowskiego, jednak strzał napastnika Southampton z pięciu metrów w ekwilibrystyczny sposób obronił Runje. Po tej akcji Saganowski opuścił boisko; zmienił go Tomasz Zahorski.

W 81 minucie Smolarek oddał strzał sprzed pola karnego, piłka otarła się tylko o słupek. Cztery minuty później w sytuacji sam na sam z bramkarzem strzelił wysoko nad poprzeczką.

W 86 minucie najlepszą sytuację dla Polski w tym meczu zmarnował rezerwowy Zahorski. Sam na sam z bramkarzem uderzył mocno, ale prosto w jego ręce.

W poprzednich spotkaniach Polacy przegrali z Niemcami 0:2 i zremisowali z Austrią 1:1, tracąc bramkę w ostatniej minucie meczu z rzutu karnego.

Chorwacja, po zwycięstwach z Austrią (1:0) i Niemcami (2:1) zapewniła już sobie pierwsze miejsce w grupie. Na ostatni grupowy mecz wystawiła rezerwowy skład.

W polskiej drużynie od pierwszej minuty wystąpi na lewej obronie Jakub Wawrzyniak. Grający wcześniej na tej pozycji Michał Golański popełniał błędy zarówno w spotkaniu z Niemcami, jak i Austrią. W pierwszej jedenastce wybiegnie także na boisko Rafał Murawski, który zastąpi Euzebiusza Smolarka.

Austria - Niemcy 0:1, czerwone kartki dla trenerów

Polacy z uwagą obserwowali spotkanie na stadionie Ernsta Happela w Wiedniu, gdzie gospodarze mistrzostw grali z reprezentacją Niemiec. Austriacy atakowali, ale to ich rywale zdobyli jedyną bramkę meczu.

Spotkanie było bardzo nerwowe. W 26 minucie reprezentant Austrii, Aufhauser uderzył w twarz Podolskiego. Sędzia nie widział jednak dobrze tego zdarzenia i pozwolił piłkarzom kontynuować grę.

W 41 minucie napięta atmosfera na boisku udzieliła się także trenerom. Za kłótnie z sędzią technicznym zarówno Hickersberger, jak i Low otrzymali czerwone kartki i musieli udać się do szatni.

Chwilę po rozpoczęciu drugiej połowy bramkę dającą Niemcom prowadzenie zdobył z rzutu wolnego z 25 metrów Michael Ballack.

Składy:

Polska: 1-Artur Boruc - 13-Marcin Wasilewski, 14-Michał Żewłakow, 5-Dariusz Dudka, 3-Jakub Wawrzyniak - 17-Wojciech Łobodziński (55. 7-Euzebiusz Smolarek), 18-Mariusz Lewandowski (ŻK) (46. 23-Adam Kokoszka), 19-Rafał Murawski, 8-Jacek Krzynówek - 20-Roger Guerreiro - 11-Marek Saganowski (67. 21-Tomasz Zahorski).

Chorwacja: 23-Vedran Runje - 6-Hrvoje Vejic (ŻK), 2-Dario Simic, 15-Dario Knezevic (27. 5-Vedran Corluka), 22-Danijel Pranjic - 7-Ivan Rakitic, 8-Ognjen Vukojevic, 13-Nikola Pokrivac, 16-Jerko Leko - 21-Mladen Petric, 17-Ivan Klasnic.

Sędziowie: Kyros Vassaras, asystenci: Dimitris Bozatzidis i Dimitris Saraidaris (wszyscy Grecja), techniczny: Olegario Benquerenca (Portugalia)

Stadion: Woerthersee w Klagenfurcie (30 000).

Źródło : "Rz" Online