niedziela, 24 sierpnia 2008

Siatkarze USA z olimpijskim złotem po 20 latach przerwy

dsz
2008-08-24, ostatnia aktualizacja 2008-08-24 14:58
Zobacz powiększenie
Fot. STEFANO RELLANDINI REUTERS

Siatkarze USA w meczu godnym finału olimpijskiego pokonali Brazylię 3:1 (20:25, 25:22, 25:21, 25:23) i zdobyli złoty medal! To kolejny sukces Amerykanów po zwycięstwie w finale Ligi Światowej. Siatkarze z USA zdobyli olimpijskie złoto po 20 latach przerwy

Blog Rafała Steca: Koniec ery »

Kiedrosport: Moja klasyfikacja medalowa »

Napisz bloga po igrzyskach »

Amerykańska siatkówka w Pekinie święci sukcesy. Do finałów awansowały obie ekipy z USA. Kobiety po słabym meczu uległy w finale Brazylijkom. Rewanż na rywalu mieli wziąć w niedzielę rano panowie, którzy po zaciętym spotkaniu pokonali w półfinale brązowych medalistów Rosjan 3:2. Ostatnie złoto olimpijskie Amerykanie zdobyli w 1988 w Seulu. Minęło więc 20 lat, a Brazylia nie wydawała się już tak mocna, jak jeszcze przed kilkoma miesiącami.

Pierwszy set spotkania przebiegał pod dyktando Canarinhos, którzy mieli sobie sporo do udowodnienia po przegranych finałach Ligi Światowej, rozgrywanych bądź co bądź właśnie w Brazylii.

Kibice, którzy wstali wcześnie, aby obejrzeć zmierzch brazylijskiej hegemonii, przynajmniej w pierwszym secie, srogo się zawiedli. Brazylia w pierwszym secie w pełni przypominała drużynę, która od lat wiedzie prym w światowej siatkówce. W ataku i obronie dwoiła się ikona Canarinhos - Giba, który w pewnym momencie, mimo dużego prowadzenia, przeskoczył dwie bandy, aby ratować przegraną piłkę.

Brazylijczycy nie dali szans Amerykanom i wygrali pierwszą odsłonę spotkania 25:20.

W drugim secie niesamowitą serią popisali się na początku Amerykanie. Po świetnych zagraniach Claytona Stanley'a prowadzili już 6:0! Brazylijczycy nie mogli poradzić sobie z atomowymi serwami siatkarza z USA. Na początku drugiego seta oglądaliśmy siatkówkę z najwyższej półki, z pewnością dorównującą swoim poziomem randze spotkania. Na pierwszą przerwę techniczną Amerykanie schodzili prowadząc 8:1. Gra wyrównała się i, co ważne dla siatkarzy z USA. toczyła się punkt za punkt. Brazylijczycy nie mogli znaleźć sposobu na świetnie atakujących Amerykanów na drugą przerwę techniczną schodzili przegrywając 10:16.

Po przerwie, Canarinhos, którzy nie mieli już nic do stracenia rzucili się do odrabiania strat. Świetnie zaczął funkcjonować ich blok, dzięki któremu doprowadzili do stanu 15:17. Amerykanie przełamali niemoc w ataku i w końcówce seta znów zaczęli dominować na boisku, dzięki czemu wygrali drugiego seta 25:22. Decydujący punkt zdobył nie kto inny, jak bohater z początku seta, Clayton Stanley.

Trzeci set był bardzo zacięty. Żadna z drużyn nie mogła z początku wypracować sobie przewagi. Udało się to dopiero Amerykanom, którzy na pierwszą przerwę techniczną schodzili prowadząc 16:13. Bernardo Rezende wydawał się być coraz bardziej zaniepokojony i zdenerwowany. Amerykanie grali swoje, okazywali się lepsi w długich wymianach. Przy stanie 19:14 dla USA trener Canarinhos poprosił o czas. Brazylijczycy zaczęli grać lepiej i zdobyli kilka punktów pod rząd.

Przy wyniku 21:19 to z kolei trener Amerykanów był zmuszony wykorzystać przerwę. Świetnie w ataku USA spisywał się William Priddy, a Bernardo Rezende bezsilnie gestykulował i pokrzykiwał coś w stronę swoich podopiecznych. Siatkarze USA wygrali trzeciego seta 25:21.

Kolejny set zapowiadał się niezwykle ciekawie. Aktualni jeszcze mistrzowie olimpijscy zostali postawieni pod ścianą. Z kolei drużyna USA kroczyła po kolejny po zwycięstwie w finałach Ligi Światowej triumf.

Początek czwartego seta można było zapisać minimalnie na korzyść Brazylii, która zeszła na pierwszą przerwę techniczną prowadząc 8:6. Dwupunktowa przewaga utrzymała się również do drugiej przerwy technicznej. Kiedy wydawało się, że set jest już rozstrzygnięty, dwukrotnie blokiem zagrali Amerykanie i zrobiło się 20:19 dla Canarinhos, a później punkt zdobył rewelacyjny w tym meczu Stanley. 20:20. Niezwykle długa wymiana, Brazylijczycy atakują w siatkę i jest 21:20 dla USA! Amerykanom w meczu wychodziło wszystko. Nawet po pozornie nieudanych zagraniach, piłka spadała na parkiet po drugiej stronie siatki. Canarinhos byli bezradni. Przy stanie 23:22 dla USA na zagrywce stanął Giba. Rezende uznał jednak, że jego gwiazda jest za bardzo zdenerwowana i dokonał zmiany. Nie pomogło. 24:22 dla USA i piłka meczowa. Na zagrywce stanął Stanley i uderzył z całej siły. Brazylijczycy wybronili. Jednak później już nie dali radę. Mecz skończył chyba najlepszy w drużynie USA - Clayton Stanley.

Wynik czwartego seta: 25:23 dla USA.

sobota, 23 sierpnia 2008

Prezydent: Tacy jak Tusk nie powinni być politykami » Prezydent: Tacy jak Tusk nie powinni być politykami

Kaczyński: Za tarczę część grzechów będzie im odpuszczona

Witold Waszczykowski znajdzie pracę w Kancelarii Prezydenta - potwierdza w wywiadzie dla DZIENNIK prezydent Lech Kaczyński. Nie wyklucza też dalszych zmian w kancelarii. Ujawnia także, dlaczego śmiał się, gdy premier Donald Tusk przemawiał po angielsku w trakcie podpisywania umowy o tarczy antyrakietowej. I tłumaczy, dlaczego Tusk nie powinien być politykiem.

czytaj dalej...
REKLAMA

Michał Karnowski, Anna Wojciechowska: Panie prezydencie, jest wreszcie umowa o tarczy antyrakietowej. Czy dziś potwierdziłby pan swoje słowa sprzed kilku tygodni, że pan może nie być prezydentem, ale Polska musi mieć tę instalację?
PREZYDENT LECH KACZYŃSKI: Tak. To była naprawdę historyczna chwila. Ta umowa bardzo umacnia nasz sojusz z USA. Co ciekawe prezentujemy w tej sprawie bardzo podobny sposób myślenia z panią Condoleezzą Rice. W naszej optyce wcale nie chodzi o to, że boimy się rosyjskich czołgów. Tu idzie przede wszystkim o silniejsze związki z USA, które są nam niezbędne. Nie dlatego, żebym był jakoś wyjątkowo proamerykańskim politykiem. Ale dlatego że jestem politykiem propolskim. I wiem doskonale, to wiedzą zresztą także w Rosji, jak bardzo tarcza wzmacnia Polskę. Wiele byłem gotów za to oddać. Ale ostatecznie umowę udało się sfinalizować wskutek wydarzeń w Gruzji. Moja wiedza bowiem jest taka, że rząd nie zakładał dojścia do porozumienia z Amerykanami, przynajmniej przed wyborami w USA.

Ma pan prezydent wiedzę, że zapadła taka decyzja polityczna w rządzie Donalda Tuska?
Tak sądzę. Choć nie znam wszystkich szczegółów, bo wymiana informacji między nami jest w tej chwili na bardzo niskim poziomie.

Saakaszwili przetrwa?
Teraz wydaje się, że tak. Ale ja jechałem do Gruzji w przekonaniu, że realizowany będzie właśnie wariant usunięcia go. A utrata Gruzji przez zachód, to utrata rzeczywiście całego środkowego wschodu.

A to prawda, że łączy pana jakaś nadzwyczajna przyjaźń z Saakaszwilim? Pojawiły się plotki, że jest pan ojcem chrzestnym jednego z jego dzieci.
Nie, to nieprawda. Ja mogę powiedzieć, że go lubię. Bardzo miło mi się z nim rozmawia. Sympatyczny, pełen wigoru i energii.

A będzie pan prowadził jeszcze jakieś działania na rzecz przyznania MAP Gruzji?
Będę robił wszystko, by tak się stało. Rozmawialiśmy o tym z Condoleezzą Rice i sądzę, że w grudniu tak się stanie. Klucz jest w rękach Niemiec.

Pana prezydentura wyraźnie żegluje w stronę polityki zagranicznej. Jest coś, co chciałby pan zostawić po sobie w dziedzinie polityki krajowej?
To nie tak. Choćby w środę uczestniczyłem w spotkaniu na temat planowanej przez rząd reformy oświaty. Po jej ewentualnym wprowadzeniu będziemy mieli w Polsce nie jeden, a wiele systemów oświaty. Nastąpi dalsze pogłębienie dezintegracji i to na różnych płaszczyznach – od tej, która związana jest z narodowotwórczą funkcją szkoły przez dezintegrację społeczną. Także kontrola społeczna nad prowadzeniem polityki oświatowej zostanie osłabiona, gdyż samorządy, szczególnie wojewódzkie, są w dużej mierze anonimowe, nie skupiają na sobie społecznej uwagi. Nie widzę też poważnych przesłanek, by liczyć na to, że zapobiegnie się przeniesieniu na teren oświaty różnych dziwnych nastrojów miejscowych establishmentów, nastrojów, które można określić jako transfer lojalności z własnego kraju na sąsiada, silniejszego sąsiada. Słyszałem już o niewielkim muzeum w małym mieście na ziemiach zachodnich, gdzie niechętnie patrzą na plany wystaw związanych z 90-leciem odzyskania niepodległości. Miejscowi notable sądzą, że trzeba się koncentrować na lokalnej historii, która przez wiele wieków nie była polska. Obawiam się, że tacy ludzie będą układali programy szkolne, a potem będzie za późno. A przecież i w elitach większych ośrodków, jak Gdańsk, występują różne egzaltacje.

Stawia pan tezę, że polskość jest dziś zagrożona?
Mamy kryzys polonizmu, pisano już o tym już przeszło 20 lat temu. Mam na myśli oczywiście polskość rozumianą nie nacjonalistycznie, czego jestem wrogiem. Chodzi mi o polski patriotyzm. W tym sensie polskość jest zagrożona. Pewne procesy są widoczne, szczególnie na ziemiach, gdzie obecne są mocne wpływy innych krajów. Nie widać tego w Warszawie, ale w Trójmieście już bardzo dobrze.

Skoro krytykuje pan tak ostro te nadmierne usamorządowienie szkolnictwa, które - jak pan mówi - dominuje w projektach rządowych, to nie możemy nie zapytać, jaką ma pan alternatywę?
W oświacie popieram jeden plan: żeby za pomocą kontrolowanego przez państwo, ale zewnętrznego systemu ocen szkół powoli wyrównywać ich poziom. Szkoły podstawowe mogą być administrowane przez samorządy, ale w sprawach programowych pewne minimum musi pozostać sprawą państwa. Także w przypadku szkół prywatnych. Nie może być tak, że jest 27 różnych podręczników do jednego przedmiotu. To jest bowiem komercja obliczona tylko na to, by 27 podmiotów mogło zarobić. Ja rozumiem potrzebę swobody kreacyjnej nauczycieli, ale jakieś ograniczenia w tym obszarze muszą być. To państwo odpowiada za to, żeby wychować młode Polki i Polaków.

Za mundurkami zniesionymi przez ten rząd pan płacze?
Niespecjalnie się tym tematem przejmuję. Nie płaczę, ale też wiem, że szkoła nie może być galerią mody.

A czy w polityce krajowej widzi pan jakieś pole, na którym możliwe jest porozumienie pana z rządem?
Trzeba wziąć pod uwagę bardzo daleko idące różnice przekonań. Program rządu, jak sądzić po zapowiedziach, bo w praktyce niewiele się dzieje, jest zamysłem wielkiej dezintegracji. Oświata jest tu tylko przykładem ściśle związanym z prowadzoną już polityką kulturalną odrzucającą w praktyce dorobek poprzedniego rządu, jego plany polityki historycznej. Ale mamy też projekty zmian w administracji, w prokuraturze, mamy plany rozbicia mediów publicznych. To wszystko jest dość spójną całością, tak samo jak spójny był program poprzedniego rządu nastawionego na integrację, co można wykazać w działaniach niemal każdego resortu. Jest więc trudno, choć sądzę, że można znaleźć coś, co by łączyło.

Ale nie obawia się pan, że bez takiego porozumienia Polska nie ruszy w żadnej dziedzinie?
Może przypomnę, że dotąd stosowałem weto bardzo oszczędnie i nie mam zamiaru wszczynać wojen, ale do planów dezintegracji się nie przychylę.

Takie ciągłe znoszenie się dwóch ośrodków władzy sprawi, że suma dwóch lat w kluczowych dla Polski problemach będzie zerowa. Pan planuje zgłoszenie jakiś własnych inicjatyw w najbliższym czasie?
Moje doświadczenie z tym parlamentem jest takie, że ustawy nawet dotyczące tak niepolitycznych i oczywistych spraw jak fundusz dla ofiar katastrof żywiołowych odrzucane są z miejsca. Słyszę też jakieś zupełnie zdumiewające interpretacje konstytucji, z których wynika, że przekraczam swoje uprawnienia. Krótko mówiąc, konstytucja obowiązuje, ale do granic woli grupy rządzącej. Na takim poziomie kultury politycznej i prawnej trudno coś zdziałać, ale być może w niedługim czasie zostanie uzgodniona ustawa o bezpieczeństwie narodowym. Liczę też na porozumienie w sprawach kombatantów. W innych wskazanych kwestiach potrzebne jest przede wszystkim porozumienie w Sejmie. Chętnie będę je wspierał wszystkimi dostępnymi mi metodami.

A ma pan prezydent coś do zaoferowania w dziedzinie służby zdrowia? Jakiś własny plan? Bo na razie słychać tylko o niezgodzie na projekty rządowe.
Będę organizował dyskusje różnych środowisk. Osobiście byłem zwolennikiem starego projektu PiS (finansowanie budżetowe), ale wiem, że nie znalazł on poparcia. Wydaje mi się, że jesteśmy świadkami ponadpartyjnego porozumienia, które może doprowadzić do sformułowania rozsądnego planu działań i wynikających zeń projektów ustaw. Chodzi o wspólną pracę panów posłów Piechy, Balickiego i Dorna. Jeśli chcieliby mojego wsparcia, chętnie pomogę. Natomiast plany zrodzone w podkomisji sejmowej wydają się wielkim zagrożeniem chaotyczną prywatyzacją, nadużyciami, a w dalszej konsekwencji niszczą społeczny charakter służby zdrowia, godzącą w mniej zamożnych pacjentów komercjalizacją.

Wskutek czego konkretnie?
Przez oddawanie wszystkiego samorządom, a potem w konsekwencji dalszy transfer majątku: oddawanie szpitali i szkół różnym podmiotom.

A co pan dziś sądzi o idei taniego państwa? Jest realizowana?
Zawsze mówiłem, a opierałem to na doświadczeniu, że państwo może być albo tanie, albo dobre. Nawet kiedy PiS wysuwał to hasło, byłem przeciw. Ale dobre państwo to najpierw dobry rząd, a z tym na razie jest kiepsko. Mamy zapowiedzi zmian, o których już mówiłem i bardzo dużo propagandy. Tu jest sedno sprawy. Może się to jeszcze zmienić, ale w hierarchii rządów po 1989 roku ten gabinet ma pozycję niewysoką. Nawet SLD wystąpił przeciw niektórym pomysłom tego gabinetu, choć przecież w antykaczyźmie prześcigało chyba PO.

I teraz to SLD może być sojusznikiem w osiągnięciu pana celów? Podobno na słynnym spotkaniu z Grzegorzem Napieralskim zawarł pan prezydent pakiet porozumień. Nie tylko w sprawie ustawy medialnej, ale także w kwestii służby zdrowia?
Spotkałem się z Napieralskim i to była dobra rozmowa z politykiem z pokolenia mojej córki. Oczywiście jesteśmy nie tylko z innych pokoleń, ale także z całkowicie odmiennych opcji. Ale rozmawiać trzeba.

Polubiliście się?
Ja w ogóle lubię ludzi. On naturalnie ma inny styl bycia, ale oceniam go nieźle.

I rozmawialiście aż przez cztery godziny. Trudno uwierzyć, by tylko z sympatii.
Z tymi czterema godzinami nie przesadzajmy. Ja kilka razy wychodziłem z tego spotkania a w tym czasie rozmowę kontynuowali moi ministrowie. Sądzę, że można z nimi powstrzymać taką politykę społeczną, która jest w interesie 10 proc. społeczeństwa, a przeciw interesom 90 procent. I tu współpraca rzeczywiście mnie interesuje. Nie dogadamy się jednak na pewno w polityce zagranicznej czy historycznej, nie mówiąc już o zagadnieniach moralnych.

Ale jednak współpraca z tym SLD już nie jest według pana tak bardzo kompromitująca?
Po pierwsze gdy chodzi o głosowania w Sejmie, to zawsze różne rzeczy się zdarzają. Nie jeden raz głosowali posłowie z różnych stron politycznego spektrum. Słowo „kompromitacja” jest tu zupełnie niewłaściwe.
Poza tym nastąpiła częściowa zmiana pokoleniowa. Napieralski nie ma już na sumieniu PRL-u, jest na to za młody. Do prawdziwej socjaldemokracji jeszcze długa droga, ale może coś się zaczyna, choć jeśli patrzeć na niektóre decyzje, to mają stromo pod górę.

Wystawia pan prezydent ekipie Donalda Tuska druzgocącą ocenę. Ale gdy spotykacie się ponowie w cztery oczy, to przecież potraficie razem usiąść i normalnie rozmawiać. Często nawet bardzo długo. Mówi pan prezydent wtedy premierowi, to co nam przed chwilą: Donald, Tobie o nic nie chodzi? Co premier na to wtedy odpowiadał?
Dochodzi między nami często do ostrej wymiany zdań, Ale umówiliśmy się, że te rozmowy pozostają między nami i nikt jeszcze tej zasady nie złamał.

Czy to prawda, że podczas jednego ze spotkań Donald Tusk poprosił pana o pomoc w zorganizowaniu spotkania pomiędzy nim a Jarosławem Kaczyńskim?
Była rzeczywiście taka sytuacja. Ja nie traktowałem wtedy tego poważnie. Ale nie sądzę, żeby takie spotkanie było niemożliwe.

A z punktu widzenia prezydenta nie wydaje się wręcz niezbędne?
Po pierwsze to nie jest moja decyzja, tylko Jarosława Kaczyńskiego. A sądzę, że musiałby wiedzieć, że chodzi o coś poważnego, a nie na przykład o to, by pomóc naciskać Pawlaka, do czego by się pewnie nie palił. Zobaczymy jeszcze, co się będzie działo we wrześniu, w październiku. Rząd może uznać polityczne realia, i w tym fakt, że w 2005 roku zostałem wybrany prezydentem, reprezentując klarowny program polityczny i że mam nie tylko prawo ale i obowiązek wobec wyborców tego programu bronić i mam odpowiednie narzędzia konstytucyjne.

Tyle, że poziom agresji w tym Sejmie jest już zupełnie irracjonalny, nie pozwala na zrobienie czegokolwiek.
To jest całkowita prawda. Tyle, że począwszy od czerwca 2005 roku łatwo ustalić kto do tego stanu doprowadził, jaki szeroki front, bo nie o jedną partię tu chodzi, wywołał to, co prof. Ryszard Legutko nazwał celnie wścieklizną polityczną. Wydawało mi się, że po wyborach w 2007 roku to się może skończy, ale było to złudzenie. To trwa.

Taka jednoznaczna opinia utrudnia panu prezydentowi odgrywanie roli mediatora. A przecież w takich momentach wszystkie oczy zwracają się w stronę prezydenta.
Po to, by prezydent był skutecznym arbitrem muszą być zachowane pewne warunki. Wszyscy muszą uznawać, że Konstytucja obowiązuje niezależnie od tego, czy im się to w danym momencie podoba czy nawet bardzo nie podoba. Wszyscy muszą w słowach i czynach uznawać, że prezydent zgodnie z Konstytucją jest pierwszą osobą w państwie, muszą przestrzegać ustalonych precedencji, dobrych obyczajów itd. To po pierwsze. Po drugie być arbitrem nie oznacza nie dostrzegać rzeczywistości, a ta jest taka, jaka jest. Jeśli ktoś napadnie na przechodnia, ciężko go pobije, ale dostanie też kilka kuksańców na co będzie reagował histerią i żądaniami, by mógł bić bez żadnej reakcji bitego, to zadaniem arbitra nie jest przyznać mu racje, a powiedzieć mu: przestań bić i przeproś, a dopiero później przekonywać bitego, by zrezygnował z rewanżu. I takiej roli chętnie się podejmę. Nie bardzo wierze, by ktoś chciał przepraszać, ale może przynajmniej okładanie się skończy i o to zwrócę się do wszystkich stron.

Jaką formę może przyjąć ta inicjatywa?
Zobaczymy. Jest choćby instytucja orędzia. Ale niewątpliwie potrzebne jest uspokojenie tego napięcia, tak by ponadpartyjnie rozwiązać pewne sprawy.

A nie jest tak, że pan sam daje się wciągać niepotrzebnie w te konflikty?
Jak niby?

Choćby pokazując na chwilę przed podpisaniem tarczy, że zaproszenie na tę uroczystość jest zaadresowane "pan Lech Kaczyński". To albo błąd albo złośliwość rządu, ale natychmiastowe ujawnienie sprawy wciąga pana prezydenta w mało poważny jednak konflikt.
Zapewniam, że w ogóle bym tego nie zauważył, gdyby nie ostentacyjne okazywanie braku szacunku głowie państwa przez co najmniej dużą część Platformy. Nie chcę wchodzić w szczegóły, ale przy okazji porozumienia o tarczy były tego kolejne przykłady. Tu już nie chodzi o mnie, choć nie znajduję w moim życiorysie niczego, co kazałoby mnie mniej szanować niż moich poprzedników, ale o brak szacunku dla państwa, dla Konstytucji. Na przykład moje spóźnienie było wynikiem takich działań.

Niektórzy komentatorzy sugerowali, że to pan się chciał spóźnić, żeby podkreślić swoją rolę.
No właśnie - o wywołanie takich komentarzy chodziło. A my ruszyliśmysamochodem w momencie gdy przyszedł sygnał, zgoda z Biura Ochrony Rządu. I jechaliśmy dość szybko.

Sugeruje pan, że to złośliwe, celowe działanie rządu?
Sami to oceńcie. Ostentacja jest widoczna chyba gołym okiem.

A dlaczego uśmiechał się pan prezydent na początku przemówienia premiera?
Bo mnie strasznie bawi, jak ktoś, kto słabo zna angielki rzuca się do przemawiania w tym języku. A w ogóle śmieszyło mnie to, że premier nie uznaje zwyczaju, który jest szanowany w całej Europie: prezydent zawsze przemawia przed premierem.

Druga strona przywołuje z kolei przykład Czech, gdzie na podobnej uroczystości, prezydenta w ogóle nie było.
Ale to była decyzja prezydenta Klausa, który z cała pewnością przemawiałby pierwszy, gdyby był obecny. U nas sytuacja była inna.
Oczywiste jest, że ja chciałem umowy z Amerykanami.

Jest interpretacja, że te wszystkie konflikty to nawet nie tyle kwestia realnych różnic między panem a premierem, że po prostu zaczęła się już gra o prezydenturę w latach 2010-2015.
Realne różnice są ogromne i o tym mówiłem, ale to że chodzi o kampanię jest ewidentne Ale dla mnie nie ma znaczenia. Jestem prezydentem teraz i interesuje mnie dobre wykonywanie tej funkcji. I nie mogę się godzić na ciągłe negowanie i podważanie podstawowych faktów i uprawnień.

W obecnych sondażach prezydenckich premier Tusk wygrywa z panem zdecydowanie.
Już raz, w 2005 roku, wygrał w sondażach. I to jest jego główny problem. Wszystko bierze się z tego, że on nie potrafi przeżyć porażki w poprzednich wyborach prezydenckich. A jeśli ktoś nie potrafi zmierzyć się z porażką, to jest wiele zajęć, jakie może wykonywać ale z pewnością nie może być w polityce.

Będzie się pan ubiegał o następną kadencję?
Biorąc pod uwagę korzyści z zachowanie ciągłości władzy i obawę przed obecnymi rządami, uważam, że muszę zrobić wszystko, by Polska była lepiej rządzona. Będę zatem pewnie powtórnie startował. A już na pewno nie sondaże będę kierowały moją decyzją. Przypominam, że kiedy rozpoczynałem ubiegać się o prezydenturę w poprzednich wyborach miałem w sondażach 4 proc. poparcia.

Gdyby pan prezydent podjął inną decyzję, to podobno w grę wchodzi - czy nawet aspiruje - Zbigniew Ziobro.
Nie sądzę, by to wchodziło w grę. Prezydent w Polsce nie powinien mieć 40 lat. Aleksander Kwaśniewski też już o tym świetnie wie, o czym sam mi mówił. Wie to też Ziobro i wcale się nie rwie.

A pan sam jak tak naprawdę czuje w roli prezydenta?
To co jest trudne, to kompletne pozbawienie prywatności. Pomału staram się jednak walczyć o własną wolność. Kilka dni temu poszliśmy z żoną do restauracji i nic szczególnego się nie działo, nie wzbudzałem jakiegoś nadzwyczajnego zainteresowania.

Której restauracji?
(śmiech) Byliśmy w dwóch, ale na pewno nie powiem w których. Było miło, potraktowano nas jak zwykłych klientów, czyli tak jak trzeba.

A dostrzega pan problem w swoim najbliższym otoczeniu współpracowników? Wielu wskazuje, że właśnie organizacja pana kancelarii szwankuje, co ma przełożenie na pana społeczny odbiór. Czy z tego wynika dymisja Anny Fotygi?
Przyczyny odejścia były całkowicie osobiste. Wszelkie dywagacje polityczne nie mają tu sensu.

Będą dalsze zmiany?
Zmiany zawsze są nieuniknione. Ale ja mam raczej stałe, świetne ekipy. Elżbieta Jakubiak np. to jedna z najzdolniejszych osób w polskiej polityce.

Pani Jakubiak nie ma już w Kancelarii. Z relacji ludzi, którzy z bliska to obserwują wyłania się jednak obraz kancelarii jako dworu pełnego koterii, opisywaliśmy to w DZIENNIKU.
To całkowita bzdura. Napisaliście, że toczy się jakaś walka o dostęp do ucha prezydenta. To kuriozalne bo ona nie miałaby sensu, zważywszy, że ja podszeptom słabo ulegam i źle na nie reaguję. Zresztą także Donald Tusk mówił mi, że nieprawdziwie opisaliście jego mecze w piłkę nożną.

Gdy pytamy o zmiany, to chcielibyśmy także dowiedzieć się, czy ma pan prezydent poczucie, że osobiście popełnił jakieś błędy?
Popełniam błędy, ale naprawdę jestem tak często krytykowany, że nie ma potrzeby, bym się do tego chóru przyłączał. Ale jeszcze raz podkreślam - nie jestem nieomylny, nie uważam się za nieomylnego, zdarza mi się zrobić coś, czego później żałuję, albo też czegoś nie zrobić, czy nie dopilnować, by zrobiono.

A nie była błędem zgoda na to, by to Antoni Macierewicz był likwidatorem WSI?
Oczywiście, że nie. Nikt inny by tego nie wykonał. W czasie gdy rządził Kazimierz Marcinkiewicz to ja de facto zajmowałem się likwidacją WSI. Tak jak zresztą w dużej mierze prowadziłem wtedy - trochę na zasadzie zadań zleconych - operację kupna przez PKN Orlen litewskiej rafinerii Możejki - a także w dużej mierze politykę zagraniczną czy kościelną. Ja też pacyfikowałem konflikty społeczne za pomocą grupy Elżbiety Jakubiak i do momentu, kiedy to robiłem, żadnego większego konfliktu nie było.

Z tego wynika, że Marcinkiewicz w roli premiera też był błędem?
O nie! Ja z tą decyzją nie mam nic wspólnego. Gdyby to ode mnie zależało Marcinkiewicz nigdy nie byłby premierem.

Mówi pan w istocie o swoich drobnych błędach, nie widzi jak rozumiemy większego problemu w Kancelarii Prezydenta. Gdzie zatem jest problem - bo owszem sondaże świętością nie są - ale jednak wyraźnie wskazują, że ma pan poważny problem z odbiorem własnych działań i intencji przez dużą część Polaków.
Jeszcze raz powtarzam, że nie jestem doskonały i pewnie ma to jakiś wpływ na moje notowania. Ale jednocześnie przypominam, ze niektóre potężne media ogłosiły żałobę w momencie mojej wygranej, kiedy jeszcze nic nie zrobiłem. Jeśli wziąć pod uwagę wykształcenie, drogę życiową, osobiste ale także rodzinne związki z tym etosem społecznym, który kształtował pozytywny nurt naszej historii, rolę w "Solidarności”, doświadczenie państwowe, to naprawdę nie było najmniejszych powodów, by mnie atakować. Ale oczywiście chodziło z jednej strony o interesy establishmentu, a z drugiej o to, że wskazany wyżej związek z etosem bardzo wielu nie odpowiada. Dlaczego trudno tu wywodzić, ale nie odpowiada i to przekłada się na stosunek mediów, ich nader intensywne działania i wreszcie na sondaże.

I pan nie jest w stanie przełamać bariery mediów?
To jest trudne. Ja oczywiście będę próbował. Interesy establishmentu są niezmienne, ale poglądy wielu dziennikarzy mogą ewoluować. Zobaczymy.

Z drugiej strony to drugi szef pana Kancelarii, Andrzej Urbański, kieruje telewizją publiczną. Trudne w tej sytuacji obwiniać za wszystko media.
To niemądra teza, że TVP jest przychylna mnie czy PiS. Urbański jest całkowicie autonomiczny, a TVP zdarzają się gorsze programy niź TVN.

Urbański zawodzi, źle kieruje telewizją?
Urbański jest bardzo miły i lubię sobie z nim pogadać wieczorem. I tyle mogę powiedzieć dziś na jego temat.

Warto było zatem wetować ustawę medialną, by walczyć o zachowanie dla niego prezesury, skoro TVP jest gorsza od TVN?
Państwo sobie ułatwiają zadanie. Mówiłem przecież, że niektóre są gorsze. Są w TVP programy wartościowe, jak choćby program Bronisława Wildsteina, który jak cały nurt przywracania pamięci jest dla mnie, i co ważniejsze dla naszej zbiorowej świadomości, bardzo istotny. Tak jak inne, dla których warto bronić telewizji publicznej. Warto jej bronić także jako instytucji narodowej, ale jeśli chodzi o serwisy informacyjne większej różnicy chyba nie ma.

Podobno, by zmierzyć się z przekazami mediów centralnych, planuje pan więcej jeździć po kraju?
Rzeczywiście najpewniej do takiego objazdu dojdzie. Ale co do konkretów, zobaczymy.

Wydarzenia w Gruzji mogą być początkiem jakiegoś przełomu, nowej jakości w relacjach międzynarodowych?
Za wcześnie, by o tym mówić. Na ocenę trzeba poczekać z pół roku. Jednakże od wysoko postawionej osoby usłyszałem dziś, że relacje z Rosją długo jeszcze nie wrócą do stanu sprzed kryzysu w Gruzji.

Powinniśmy Putina dalej zapraszać?
Na razie odłożył wizytę i trzeba to przyjąć z całkowitym spokojem. Dla obecnej Rosji Polska jest krajem, który w którejś tam kolejności powinien wrócić do jej strefy wpływów. Rachuby na odegranie roli pośrednika nie mają podstaw. Niemcy i Francja, są w Europie strategicznym partnerem Rosji. Pośrednicy nie są potrzebni. Poprawa stosunków mogłaby nastąpić jedynie kosztem naszych strategicznych interesów na Wschodzie i kosztem naszej suwerenności energetycznej. Kiedy się to zmieni? Sądzę, że nieprędko. Trzeba tu myśleć w kategoriach długookresowych. Jeśli nie ma takich powodów jak Gruzja, to znaczy gdy ten konflikt będzie rozwiązany, trzeba dbać, by stosunki były poprawne. Jeśli będą sygnały jakichś pozytywnych zmian - reagować, ale przede wszystkim cierpliwość i świadomość, że nic szybko.

A czego dziś w relacjach międzynarodowych możemy się obawiać? Czy widzi pan w kilkuletniej perspektywie jakieś zagrożenie kryzysem?
To zależy od Iranu. Jeśli będzie kryzys to na linii Iran-Izrael. Są też rzeczy, których nigdy się nie da przewidzieć. Sytuacja zaś samej Polski jest póki co taka, że jesteśmy w UE, bardzo ważnej wspólnocie i przed nami dwie perspektywy: albo będziemy mieli coś tam do powiedzenia albo nic. Moja ostatnia akcja w Gruzji, powiedzmy sobie otwarcie, miała faktycznie charakter partyzancki. Prezydent Sarkozy pojechał tam w porozumieniu, jak się domyślam, z kanclerz Merkel. Polityka międzynarodowa bowiem dziś właśnie odbywa się w dużym stopniu przez telefon. I jest pytanie, czy się będzie na tych łączach telefonicznych czy nie.

Pan, słyszymy, jest często z Georgiem Bushem?
Często? Rozmawiałem z nim kilka razy. Najczęściej rozmawiam z Adamusem a także z Juszczenką, Klausem, przywódcami krajów tego naszego regionu. Natomiast w tym centralnym obiegu telefonicznym ani ja, ani Tusk, nie jesteśmy. I to jest problem.

Minister Sikorski apelował, by ujawnił pan stenogramy ze słynnego przesłuchania, jakie zorganizował pan w sprawie tarczy z jego i ministra Waszczykowskiego udziałem.
Nie sądzę, by to było w jego interesie.

Jednak on sam mówi, że jest.
To widzimy to inaczej.

Czy to prawda, że przygarnie pan do pracy w swojej kancelarii drugiego bohatera tej konfrontacji Witolda Waszczykowskiego?
Tak potwierdzam. Na jakim stanowisku, to jeszcze zobaczymy.

Ma pan panie prezydencie jakiś głębszy żal do ministra Sikorskiego?
To złe określenie. Uważam, że to jest zły wybór polityczny premiera Tuska, tak jak przedtem to był zły wybór premiera Marcinkiewicza, podtrzymany później przez jakiś czas przez premiera Kaczyńskiego. Nie będę wchodził w szczegóły, ale nie mam niestety podstaw do tego, by zmienić swoje oceny.

A jak ocenia pan kondycję głównej opozycji czyli PiS?
Niezła kondycja jak mi się zdaje, ale powinno być lepiej. Partia jest skonsolidowana. Pokazało to choćby głosowanie nad wetem, ale na przykład front medialny mógłby być lepszy. Wiem, że trudno sprawnym w politycznej pracy i zasłużonym kolegom, często przyjaciołom powiedzieć: nie chodźcie do telewizji, bo nienajlepiej wypadacie, ale sądzę, że trzeba. Jednak nie zamierzam się wtrącać, dziś jestem bezpartyjny i nie mam partyjnej natury. Nie byłem w PC, wbrew kłamstwom to była partia jednego Kaczyńskiego, a nie dwóch. W PiS też byłem krótko, choć zawdzięczam tej partii prezydenturę Warszawy a dziś Polski. Nie mam partyjnej natury jak mój brat, który tę robotę bardzo lubi.

Prezes Kaczyński powinien przyjąć ludzi, którzy na zakręcie odpadli?
Zdecydowanie odradzałbym. Oni odeszli, bo chcieli w najgorszym dla tej partii momencie przejąć władzę, nie przejmując odpowiedzialności. Nie jestem od udzielania rad PiS-owi, ale wydaje mi się, że ci panowie wybrali już swoją drogę. Ich inicjatywa, jeśli się powiedzie, może oderwać prawe skrzydło PO i doprowadzić do wyklarowania się sytuacji, tzn. PO byłaby partią liberalną i lewicową. Jestem przeciwnikiem wprowadzania wyborców w błąd, a obecny kształt PO trochę, a może i nie trochę w błąd wprowadza.

Panie prezydencie, jeszcze jedno pytanie na koniec, bo nas męczy: czy jest coś dobrego, co zrobił rząd Tuska?
Zawarli umowę o tarczy, zachowali CBA, i za to niezależnie od wszystkiego część grzechów będzie im odpuszczona, szczególnie jeśli pójdą dalej.

Srebrna Maja!

nat , zyt 23-08-2008, ostatnia aktualizacja 23-08-2008 09:02

W przedostatnim dniu igrzysk dziewiąty medal dla Polski. Maja Włoszczowska zdobyła srebro w kolarstwie górskim. Aleksandra Dawidowicz uplasowała się na dziesiątej pozycji.

Maja Włoszczowska
autor zdjęcia: Rafał Guz
źródło: Fotorzepa
Maja Włoszczowska

Zwyciężyła Niemka Sabine Spitz. Na trzecim miejscu finiszowała Rosjanka Irina Kalentiewa.

Czas zwycięskiej Niemki to 1:45.11. Włoszczowska straciła do niej 41 sekund, a nad trzecią Rosjanką miała 36 sekund przewagi. Aleksandra Dawidowicz przyjechała z ponadsześciominutową stratą do prowadzącej.

Zawodniczki miały do przejechania sześć okrążeń trasy, która w sumie miała 27 kilometrów. Wyścig rozegrano w promieniach palącego słońca, w upale przekraczającym 30 st. Celsjusza.

W tak trudnych warunkach wiele startujących miało poważne problemy, trudów nie wytrzymały i wycofały się m.in. broniąca tytułu wywalczonegow Atenach Norweżka Gunn-Rita Dahle Flesjaa, mistrzyni świata Hiszpanka Margarita Fullana i liderka klasyfikacji generalnej Pucharu Świata Kanadyjka Marie-Helene Premont.

Od początku wyścigu bardzo szybkie tempo narzuciła Sabine Spitz. W połowie pierwszego okrążenia oderwała się od czołówki i szybko uzyskała kilku sekundową przewagę. Grupę pościgową prowadziła Maja Włoszczowska, tuż za nią była Chinka Chengyuan Ren.

Do końca drugiego okrążenia Chinka jechała razem z Polką, raz po raz zawodniczki zmieniały się na prowadzeniu. Gdy z rywalizacji odpadła Premont i Fullana, w grupie pościgowej obok Polki została tylko Chinka i Rosjanka Irina Kalentiewa.

Na początku trzeciego okrążenia, gdy Włoszczowska przyśpieszyła, rywalki nie były w stanie utrzymać jej tempa jazdy i Polka samotnie rozpoczęła pogoń za Spitz. Jednak Niemka doskonale przygotowana do igrzysk olimpijskich, cały czas jechała szybko, jej przewaga nad Włoszczowską do końca piątego okrążenia wynosiła prawie minutę.

Na ostatnim kółku trasy Włoszczowska przyśpieszyła i na mecie jej strata do Spitz wyniosła 41 s. Pod koniec wyścigu jadąca dotychczas na trzeciej pozycji Kanadyjka Catharine Pendrel osłabła, co natychmiast wykorzystała Rosjanka Kalentiewa. Wyprzedziła rywalkę i wywalczyła brązowy medal.

- To był bardzo trudny wyścig, na srebrny medal pracowałam przez kilka ostatnich lat. Sukces zawdzięczam nie tylko sobie, wielka w tym zasługa trenerów - powiedziała na mecie Maja Włoszczowska.

- Dla mnie najtrudniejsze było ostatnie okrążenie, gdy się trochę zdekoncentrowałam. Miałam wywrotkę, bardzo się obawiałam, czy uszkodzenia roweru nie są na tyle poważne, że nie będę mogła dalej jechać. Na szczęście moje obawy się nie potwierdziły - stwierdziła Spitz.

Debiutująca w igrzyskach olimpijskich Aleksandra Dawidowicz zajęła dziesiąte miejsce. Polka przez dłuższy czas jechała na doskonałej, szóstej pozycji, ale pod koniec czwartego okrążenia miała na trudnej technicznie trasie upadek i straty nie zdołała później odrobić.

"Zadziałał system Małysza"

Maja Włoszczowska: Większość kolarzy je przed startem makaron, ale na śniadanie to jakoś nie pasuje. Wraz z Olą zjadłyśmy musli z odrobiną gorącej wody i jogurtu, a do tego kawałek białego pieczywa z bananem i miodem. Można powiedzieć, że system Małysza poskutkował również w kolarstwie

Wielka szkoda, że na pierwszej rundzie upadek zaliczyła Marga Fulana, która jechała przede mną. Musiałam zejść z roweru i zbiegać. Właśnie ten moment wykorzystała Spitz i oderwała się od stawki. Ten epizod praktycznie zadecydował o losach złotego medalu - gdyby nie upadek Hiszpanki, to pewnie jechałabym z Niemką. Nie jest jednak powiedziane, że utrzymałabym się do samej mety. Najważniejsze, że mam medal.

Sylwetka

Maja Włoszczowska zaczęła uprawiać kolarstwo górskie w 1996 roku w Śnieżce Karpacz, a jej pierwszym trenerem był Zdzisław Szmit. W 2000 roku odniosła pierwszy duży sukces, zdobywając w Sierra Nevada (Hiszpania) tytuł wicemistrzyni świata juniorek.

Znakomicie spisywała się w 2001 roku, gdy została mistrzynią Europy i wicemistrzynią świata juniorek, a także zdobyła brązowy medal szosowych mistrzostw świata w Lizbonie w wyścigu juniorek. Dziennikarze sportowi wyróżnili ją za te osiągnięcia tytułem najlepszej polskiej cyklistki roku.

Po niezbyt udanym następnym sezonie (myślała nawet o zakończeniu kariery), Włoszczowska ponownie sukcesy zaczęła odnosić w 2003 roku. Gdy miała niespełna 20 lat wygrała niespodziewanie pierwszą konkurencję mistrzostw świata kolarzy górskich w Lugano - maraton.

W kolejnych latach stale utrzymywała się w światowej czołówce. W 2004 i 2005 roku wywalczyła tytuł wicemistrzyni świata w wyścigu elity. Wraz z koleżankami sięgała po medale MŚ w klasyfikacji drużynowej (3. miejsce w 2004 roku i 2. w 2007). Kilkakrotnie sięgała po złoto mistrzostw Polski, zarówno w rywalizacji MTB, jak i na szosie.

Jak twierdzi, jej największą zaletą jest odwaga, a wadą - niecierpliwość. Jej ulubioną potrawą jest łosoś z grilla z gotowanymi warzywami. Słucha różnej muzyki, lubi piosenki Tiny Turner.

PAP