czwartek, 2 października 2008

Senat uchwalił rządowy plan ratowania banków

PAP, ab
2008-10-02, ostatnia aktualizacja 2008-10-02 07:21

Amerykański Senat uchwalił rządowy plan ratowania systemu finansowego przez wykupienie długów banków inwestycyjnych kosztem 700 miliardów dolarów, odrzucony wcześniej przez Izbę Reprezentantów.

Zobacz powiekszenie
fot. AP
Henry Paulson
Ustawa wprowadzająca w życie plan przeszła w środę wieczorem (czasu lokalnego) większością głosów 74 do 25. Za było 40 senatorów demokratycznych, 33 republikańskich i niezależny senator Joe Lieberman. Występujący po głosowaniu przed kamerami TV senatorowie podkreślili, że uchwalenie planu jest owocem ponadpartyjnej współpracy Demokratów i Republikanów. Za planem głosowali obaj kandydaci na prezydenta: Barack Obama i John McCain.

Znaczna większość, jaką uzyskał rządowy plan, stwarza poważny nacisk na Izbę Reprezentantów, aby poszła w ślady Senatu. Izba ma głosować nad nim w piątek. Dochodzą z niej sygnały, że opozycja przeciw planowi słabnie.Izba odrzuciła pakiet w poniedziałek, głównie głosami Republikanów. Wywołało to gwałtowny spadek na giełdzie nowojorskiej - wskaźnik Dow Jones dołował ponad 700 punktów, najwięcej w jej historii (w liczbach absolutnych).

Prezydent George W. Bush, który po głosowaniu w Senacie podziękował mu za decyzję, wezwał do uchwalenia planu przez Izbę. Ponownie przypomniał, że zastrzyk gotówki do banków jest niezbędny, aby ponownie udzielały kredytów; w przeciwnym razie biznes może wstrzymać działalność, co doprowadzi do masowych redukcji zatrudnienia.

Plan uchwalony w Senacie znacznie różni się od pierwotnego planu, przedstawionego przez ministra skarbu Henry'ego Paulsona. Liczył on tylko trzy strony maszynopisu i sprowadzał się do wykupienia długów banków na koszt podatnika. Plan w tej postaci wywołał falę krytyki, głównie dlatego, że opinia publiczna odczytała go jako "ratowanie Wall Street", czyli chciwych i nieodpowiedzialnych bankierów, zamiast pomocy zwykłym ludziom, tracącym domy wskutek niemożności spłaty kredytów hipotecznych.

Fala bankructw i przymusowych sprzedaży banków silniejszym konkurentom zaczęła się jako efekt nagromadzenia przez nie "toksycznych aktywów", czyli papierów wartościowych opartych na długach hipotecznych. Administracja uzupełniła plan o zapisy o ubezpieczeniu dłużników i przyszłym nadzorze nad bankami; nie zadowoliło to jednak większości izby Reprezentantów.

Do ustawy ratunkowej dodano następnie powiększenie ze 100 tysięcy do 250 tys. dolarów puli ubezpieczenia depozytów bankowych z kasy federalnej, limit na płace i odprawy szefów wielkich banków - co ma zapobiec "złotym spadochronom" dla chciwych i nieodpowiedzialnych bankierów - oraz przedłużenie obowiązywania rozmaitych ulg podatkowych, łącznej wartości 110 miliardów dolarów, dla przedsiębiorstw, co powinno stymulować wzrost gospodarczy.

W tej rozszerzonej postaci plan - mający w końcowej formie objętość 45Śstronicowej książki - trafił do Senatu.

Sarah Palin zdała egzamin

Piotr Gillert 04-10-2008, ostatnia aktualizacja 04-10-2008 07:26

Obserwatorzy są zgodni: kandydatka republikanów na wiceprezydenta wyszła obronną ręką z największej próby w całej jej karierze

Joe Biden i Sarah Palin zakończyli debatę w pogodnych nastrojach
źródło: Reuters
Joe Biden i Sarah Palin zakończyli debatę w pogodnych nastrojach

– Miło mi pana poznać. Czy mogę mówić do pana Joe? – spytała na powitanie z rozbrajającym uśmiechem Palin starszego o 22 lata Josepha Bidena, nadając ton całemu spotkaniu.

Starcie Bidena z Palin w St. Louis pozbawione było atmosfery wrogości i agresji, jaka towarzyszyła niedawnej debacie prezydenckiej. Było od niej żywsze i swobodniejsze, nie tylko za sprawą osobowości obojga kandydatów na wiceprezydenta, ale też obranej przez nich strategii. Unikali bezpośrednich ataków na rywala, wręcz wyrażali wzajemny szacunek i sympatię, koncentrując negatywną energię na przełożonym przeciwnika.

Zwolennicy Palin, której blask przygasł nieco po dwóch telewizyjnych wywiadach, w których gubernator Alaski nie ustrzegła się serii gaf, mogli być zadowoleni. Nawet demokraci przyznawali, że Palin wypadła dobrze i nie popełniła poważnego błędu. – Konserwatyści odetchnęli zapewne z ulgą. Sarah Palin odrobiła pracę domową i zdała test – mówiła znana demokratyczna komentatorka i działaczka Donna Brazile.

Niektórzy prawicowi obserwatorzy chwalili panią gubernator za to, że udało się jej odbudować wizerunek twardej, zdecydowanej kobiety mówiącej do Amerykanów językiem małych miasteczek.

„Ona była gwiazdą, on był dobrodusznym przyjacielem dominującego przywódcy” – skwitowała publicystka „Wall Street Journal” Peggy Noonan, zauważając, że przez większość debaty Palin zamiast odpowiadać na pytania moderatorki czy dyskutować z Bidenem, mówiła wprost do telewidzów. Gdy pytania, na przykład o tematyce gospodarczej, nie bardzo jej pasowały, przechodziła nad nimi do porządku dziennego, mówiąc o tym, na czym się zna – na przykład o polityce energetycznej.

Umiejętnie dystansowała się od senackiego wizerunku rywala, podkreślając własny status outsidera. – O rany, to takie oczywiste, że jestem spoza Waszyngtonu i nie jestem przyzwyczajona do waszych metod działania – rzuciła z ironicznym uśmiechem w reakcji na długi wywód Bidena, który w zawiły sposób wyjaśniał, dlaczego głosował za inwazją na Irak, a teraz jest przeciwny wojnie.

Większość widzów pytanych o opinię tuż po zakończeniu debaty przyznała jednak zwycięstwo Bidenowi. Doświadczony senator trzymał swój słynny temperament na wodzy, unikał zgryźliwych uwag pod adresem rywalki, nawet gdy przekręciła nazwisko amerykańskiego głównodowodzącego w Afganistanie. Spór o wojny w Iraku i Afganistanie był jednym z nielicznych momentów, gdy posypały się iskry, choć stanowisko żadnego z kandydatów nie było zaskakujące. Biden podkreślał, że wojna w Iraku niepotrzebnie odciągnęła uwagę od głównego frontu walki z al Kaidą, jakim są Afganistan i Pakistan. Zapowiedział wycofanie wojsk znad Eufratu w ciągu niespełna półtora roku. Palin powtórzyła za Johnem McCainem, że Irak jest istotnym frontem wojny z terrorystami. To, że wyszła obronną ręką z debaty, jest dobrą wieścią dla republikanów, ale nie zmienia sytuacji McCaina, który w sondażach ma wyraźną stratę do Obamy.

Więcej o kampanii w naszym wydaniu online www.rp.pl/usa_wybory

Rzeczpospolita

wtorek, 30 września 2008

"O zestrzeleniu powinienem decydować ja"

Kaczyński: To prezydent powinien decydować, czy strącić porwany samolot

Lech Kaczyński uważa, że rozkaz o zestrzeleniu samolotu porwanego przez terrorystów powinien wydawać prezydent. To jego komentarz do sprawy, którą zajmował się Trybunał Konstytucyjny. Sędziowie uznali, że politykom nie wolno decydować o życiu lub śmierci niewinnych pasażerów. Do tej pory obowiązywało prawo, które zezwalało na wydanie takiej decyzji szefowi MON.

czytaj dalej...
REKLAMA

Prezydent Lech Kaczyński nie komentował wyroku. Mówił tylko, że nie podoba mu się prawo, które zezwala podjąć decyzję o zestrzeleniu porwanego samolotu ministrowi obrony narodowej. "Teoretycznie tego rodzaju uprawnienie powinno być uprawnieniem jednak prezydenta" - mówił Lech Kaczyński na konferencji prasowej w Elblągu.

Uzasadniał to atmosferą, jaka panuje w armii. "Jeżeli chodzi o obecnego ministra obrony narodowej - kłaniając mu się głęboko - to nie sądzę, aby takie uprawnienie było potrzebne. Bo na razie raczej, powiedzmy sobie, jest pewna ostrożność w naszej armii nagradzana" - mówił prezydent.

Ewidentnie nawiązywał do sierpniowego incydentu, gdy jeden z oficerów odmówił wykonania prezydenckiego polecenia. Wojskowy pilot lecący z prezydentem do Gruzji odmówił lądowania w Tbilisi. Tłumaczył to bezpieczeństwem. Mimo krytyki prezydenta, minister obrony nagrodził go za tę decyzję.

>>>Odmówił prezydentowi, rząd dał mu medal

Lech Kaczyński uspokajał słuchaczy mówiąc, że mając prawo do strzelania do samolotów rozmyślnie podejmowałby takie decyzje: "Ja byłem, jestem i pozostanę zwolennikiem kary śmierci za zabójstwo" - mówił Lech Kaczyński. "Natomiast nigdy w życiu bym nie podjął decyzji o tym, żeby życie tracili kompletnie niewinni ludzie, którzy nie są od tego, żeby walczyć" - zaznaczył prezydent.

Trybunał Konstytucyjny orzekł, że przepis pozwalający na zestrzelenie porwanego samolotu, który może być użyty do ataku terrorystycznego, jest niezgodny z konstytucją. Uznano, że nie można licytować się czyje życie jest ważniejsze - ludzi w samolocie, czy tych na ziemi, na których spadnie maszyna. Po drugie ustawa z 2004 roku nie precyzuje zagrożenia. Mówi jedynie o ochronie bezpieczeństwa państwa przed atakiem terrorystycznym. Może więc to być równie dobrze atak jedynie na budynki rządowe lub elektrownię.