sobota, 14 lutego 2009

Piosenka dla Europy 2009 - najbardziej absurdalny konkurs roku

  • Lidia Kopania

Obejrzeliśmy konkurs "Piosenka dla Europy 2009". Wygrała Lidia Kopania - znów będzie nas reprezentować liryczna diwa, więc postanowiliśmy niezależnie przyznać nasze nagrody. Oto małe podsumowanie tego wieczoru według Infomuzyki.

Lidia Kopania - I Don't Wanna Leave

Nagrody Infomuzyki:

- najlepsza piosenka festynowa - Stachursky
- polskie "San Remo" - Ola Szwed i Marco Bocchino
- najlepszy sobowtór Andrzeja Urbańskiego - Det Betales
- najlepsza podróbka Modern Talking i najlepsza blond fryzura - Man Meadow
- najlepszy headbanging - Dali
- najlepsze flaki z olejem - ex aequo Lidia Kopania i Artur Chamski
- najlepszy kabaret starszych panów - IRA
- najlepsza inspiracja kulinarna - Tigrita Project
- nagroda specjalna "I po co Wam to było" i najlepszy krawat - Renton
- najlepsza podróbka centrum handlowego "Złote Tarasy" - nowa siedziba Telewizji Polskiej
- najlepsi prowadzący - ex aequo Paulina Chylewska i Radek Brzózka (w rankingach szli łeb w łeb)

Pragniemy również przyznać wyróżnienia:
- zbyt mała sukienka (bluzka?) Paulli
- najlepszy uśmiech - Rafał Olbrychski
- najlepszy tekst na podryw - "nie znam jej pinu, ale znam kod puk do jej serca!" - Andrzej Lampert, zespół PIN
- najlepszy strój z folii aluminiowej - Dominika Gawęda, Blue Cafe
- najlepszy przerywnik programu - kulisy serialu "Ranczo"
- najlepszy bohater drugiego planu - widz Adam

środa, 11 lutego 2009

Rokita: traktowali mnie z niemiecką nienawiścią do Polaka

Magdalena Kursa, Bartosz T. Wieliński, Wojciech Pelowski
2009-02-11, ostatnia aktualizacja 2009-02-11 18:18

Po awanturze z załogą Jan Rokita został we wtorek wyprowadzony w kajdankach z samolotu "Lufthansy". - Broniłem żony. Niemieccy policjanci obrażali Polaków - przekonuje. Noc spędził na komisariacie. Uratowała go polska konsul i... Wikipedia

Nelli i Jan Rokitowie
Fot. Anna Bedyńska / AG
Nelli i Jan Rokitowie
SONDAŻ
Jan Rokita to:

awanturnik
bronił słusznej sprawy

Jan Rokita mówi "Gazecie", że początek tej sprawy "miał charakter surrealistyczny". Niemiecka policja przekonuje, że "pasażer w wieku 49 lat" był agresywny. Rokita: - Nie chcę mówić, że to powszechna praktyka, ale mnie traktowali, jak psa. Z niemiecką nienawiścią do Polaka.

Według policji: uparty

O awanturze z udziałem małżeństwa Jana i Nelli Rokitów poinformował serwis informacji od czytelników Alert24.pl.

Rokitowie mieli wracać we wtorek wieczorem Lufthansą z Monachium do Krakowa. Samolot miał start o 21.25, był opóźniony. - Siedziałem trzy rzędy za miejscem Rokitów. Pan Jan chciał samowolnie umieścić swój i żony płaszcz w szafce w klasie biznes, a leciał w ekonomicznej - relacjonował na "Halny". Według niego, stewardessa przeniosła płaszcze do klasy ekonomicznej, a Rokita zaczął się sprzeciwiać i kłócić. Stewardessa poszła do kapitana. Ten wyprosił Rokitę.

"Halny": - Próbowano przekonać pana Jana by dobrowolnie opuścił samolot. Niestety, pan Jan kurczowo trzymał się fotela. Około 22.30 pojawili się panowie w policyjnych mundurach. Skuli byłego posła i wyprowadzili z samolotu. Ruszyła za nim żona.

Peter Kammerer, rzecznik miejscowej policji, potwierdził "Gazecie", że we wtorek o godzinie 22:15 kapitan jednego z samolotów Lufthansy wezwał policjantów, by usunęli z pokładu jednego z pasażerów w wieku 49 lat. Nie chciał potwierdzić, że chodzi o Rokitę, bo zabraniają tego przepisy.

Według policji pilot prosił, by Rokita sam opuścił samolot, bo wcześniej miał awanturować się ze stewardesą. - Nie chciał zapiąć pasów bezpieczeństwa, kłócił się, a w końcu odepchnął stewardesę - mówi Kammerer. Gdy na pokład wkroczyła policja, Rokita dalej był uparty i został wyprowadzony siłą i w kajdankach. Kammerer: - Postawiono mu zarzuty naruszenia nietykalności cielesności, zakłócenia spokoju i złamania przepisów o ruchu lotniczym.

Według linii: eskortowany

Początkowo niemieccy policjanci chcieli, by Rokita wpłacił kilka tysięcy euro kaucji. Jednak, gdy stwierdzili, że jest obywatelem UE (i prawdopodobnie po interwencji konsula polskiego) zrezygnowali z niej.

Piotr Pietrzak, rzecznik lotniska w Balicach: - Na pokładzie samolotu obowiązują przepisy państwa, w którym jest on zarejestrowany. W tym przypadku to samolot niemieckiej Lufthansy.

Oficjalne oświadczenie Biura Komunikacji Korporacyjnej Lufthansy: "Możemy potwierdzić, że 10 lutego pasażer został eskortowany przez władze niemieckie z samolotu, który obsługiwał rejs LH3336 z Monachium do Krakowa. Jeśli zachodzi taka sytuacja, że zachowanie pasażera mogłoby zagrozić bezpieczeństwu lotu, to linia lotnicza może odmówić transportu takiego pasażera. Odpowiedzialność za tę decyzję ponosi załoga lub kapitan danego rejsu."

- To wszystko, co możemy powiedzieć w tej sprawie - usłyszeliśmy w agnecji PR reprezentującej niemiecką linię w Polsce.

Według Rokity: maksymalnie grzeczny

Więcej mówi Jan Rokita: - Nieprzyjemna, dość antypatczna, wściekła stewardesa upokarzała niepełnosprawnego Hindusa, a w moją żonę rzuciła jej kapeluszem. Potem zabrała się za nasze zimowe płaszcze i zaczęła je upychać do pełnego bagażnika. Płaszcze wyleciały na podłogę, ona więc ze wściekłością wcisnęła je jeszcze raz do luku bagażowego. Położyłem je w inne miejsce. Wtedy zaczęła na mnie krzyczeć i kazała opuścić samolot. Nie zgodziłem się. Po 20 minutach wpada policja, mówi, że pilot kazał mnie wyprowadzić. Jest prawie północ, jesteśmy zmęczeni, wracamy tranzytem z Włoch, w Monachium nie mamy hotelu. Odmówiłem opuszczenia samolotu, ale byłem maksymalnie grzeczny. Policjanci jednak wykręcili mi ręce, skuli kajdankami, przewrócili na podłogę. Nauczony sytuacjami z lat 80-tych krzyczałem głośno: Ratunku!

Z relacji jednego ze pasażerów wiemy, że nikt nie pomógł byłemu posłowi. - Samolot był opóźniony... - mówił.

Rokita: - Policjanci wyzywali mnie najbardziej wulgarnymi niemieckimi określeniami. Żądali 8 tys. euro i grozili 40 dniami więzienia. Pojawiło się też sporo antypolskich komentarzy. Sytuacja odmieniła się, gdy na miejscu pojawiła się konsul generalny RP w Monachium Elżbieta Sobótka. Po rozmowie z nią i zaglądnięciu do Wikipedii zaczęto traktować nas zupełnie inaczej. Kajdanki zdjęli mi o 5 nad ranem. Przyszli też ich wyżsi rangą oficerowie. Przeprosili.

Jan Rokita wniósł dwa akty oskarżenia: przeciwko jednemu z policjantów i stewardesie. - Traktowali mnie jak psa, z niemiecką nienawiścią do Polaka - twierdzi.

Incydent z Lufthansą zakończył się zamieszczeniem na "czarnej liście". - Na tej samej, co terrorystów. Zakazano mi wchodzenia na pokłady ich samolotów, a nawet przekraczania progu ich terminali. Montują teraz przeciwko mnie oskarżenie. Na szczęście udało mi się kupić bilet LOT do Krakowa. Z panią konsul musiałem jednak przejść bramki na tym piekielnym, lufthansowskim lotnisku - mówi Rokita, który chce przeprosin i od policji niemieckiej, i od niemieckiego narodowego przewoźnika. Śledztwo w jego sprawie prowadzi monachijska prokuratura.

Źródło: Gazeta Wyborcza

sobota, 7 lutego 2009

A, B, DC. List z Waszyngtonu 12.01.09

Natalia Pamuła
2009-01-26, ostatnia aktualizacja 2009-01-28 15:23

Zobacz powiększenie

Pomimo ostentacyjnego luksusu i przepychu amerykańskiej stolicy prężnie działa tu scena punkowo-anarchistyczna

Zobacz powiekszenie
Fot. Kenneth Lambert / AP
Kapitol widziany od strony rzeki Potomac
Zobacz powiekszenie
Fot. Shutterstock
Tłumy przed Capitolem w dniu inauguracji Baraca Obamy, Waszyngton, USA
Zobacz powiekszenie
Fot. Joe Marquette / AP
Kapitol
Zobacz powiekszenie
Fot. Teru Iwasaki / AP
Z Nowego Jorku, Bostonu czy Filadelfii prawie co godzinę odjeżdża autobus do Waszyngtonu DC. Ta licząca ok. 600 tys. mieszkańców metropolia każdego roku przyciąga miliony turystów. Poza słynnym Washington Mall, kompleksem pomników, galerii, muzeów, budynków rządowych, amerykańska stolica ma do zaoferowania wiele innych atrakcji.

***

Do założonej w 1800 r. Biblioteki Kongresu (tuż obok Kapitolu) można swobodnie wejść. Pod koniec XVIII w. Thomas Jefferson wrócił z Paryża i wystawił na sprzedaż przywiezione stamtąd książki. Rząd zdecydował się na ich kupno mimo sprzeciwu wielu kongresmanów. Dziś Biblioteka Kongresu liczy ok. 115 mln jednostek (jednostką może być np. 1 tys. grafik) i każdego dnia się powiększa. Przygodnemu turyście trudno będzie korzystać z jej zbiorów, ale bez kłopotu uzyska jednodniową przepustkę uprawniającą do wizyty w czytelni.

Długa kolejka oczekujących do wejścia na Kapitol może skutecznie zniechęcić. Po bliższych oględzinach okazuje się jednak, że kolejki są dwie - dla Amerykanów i dla cudzoziemców (ta druga o wiele krótsza). Amerykanie nierzadko stoją w kilometrowym sznurze i potrzebują specjalnych zaproszeń z biura senatora lub kongresmena reprezentującego ich stan. Od cudzoziemców ochrona Kapitolu nie wymaga żadnych przepustek, wystarczy pokazać paszport lub inny dowód tożsamości. Senat oraz Izbę Reprezentantów można zwiedzać na własną rękę, ryzykując zagubieniem w ogromnych podziemiach i labiryntach korytarzy, lub wynająć przewodnika. W czasie wakacji są nimi zazwyczaj studenci nauk politycznych bądź licealiści, którzy nierzadko przyjeżdżają z odległych stanów, by zdobyć pierwsze doświadczenie w pracy. Szczegółowo opowiadają o historii Kapitolu, tłumaczą, gdzie co się znajduje i jaką ma funkcję, a także wdają się w ogólne rozważania na temat amerykańskiej historii i polityki.Widok na Kapitol:


Wyświetl większą mapę

***

Waszyngton w porównaniu z innymi stolicami świata jest wyjątkowo mały. Liczba mieszkańców jest niepewna i zmienna, bowiem większość z nich to pracownicy administracji rządowej - co cztery bądź osiem lat następuje ich wymiana. 60 proc. mieszkańców to Afroamerykanie, choć w radzie miasta przeważają osoby białe. Nie tylko pod względem struktury społecznej Waszyngton znacznie odbiega od innych amerykańskich miast. Nie jest częścią żadnego stanu, lecz należy do Dystryktu Kolumbii. Pentagon, czyli siedziba Departamentu Obrony USA, terytorialnie wykracza poza Dystrykt i przynależy do stanu Wirginia. Aż do lat 70. XX w. Waszyngton podlegał bezpośrednio Kongresowi Stanów Zjednoczonych - prawo interwencji w jego sprawy wciąż pozostaje w mocy. W Senacie delegat DC nie ma prawa głosu, a jego funkcja sprowadza się do reprezentacji miasta. Waszyngton słynie również z najwyższych podatków w całym kraju - 10 proc. dochodów płynie do wspólnej kasy (średnia w pozostałych stanach to 6 proc.). Dlatego też miasto nie ma takiej siły przyciągania jak inne ośrodki na wschodnim bądź zachodnim wybrzeżu.

***

Dzielnicą skupiającą prominentów jest Georgetown. Ulokowane na wzgórzu, z dala od metra wydaje się odseparowane od reszty miasta. Mieszkańcy narzekają na brak kolejki podziemnej, gdyż wracając z pracy do domu, utykają w ogromnych korkach. W czasie budowy metra bogata arystokracja zamieszkująca okolicę protestowała przeciwko planom lokalizacji linii w jej sąsiedztwie, obawiając się najazdu biedniejszej części ludności na swoje zadbane ulice. Georgetown to w rzeczywistości jedna główna ulica - M St - z luksusowymi sklepami.

Widok ulicy M St:


Wyświetl większą mapę

Przylegają do niej małe uliczki z niską i zwartą zabudową. Domów nie odgradzają płoty, dając tym samym wrażenie wspólnoty. Georgetown nie tylko nie jest w pełni skomunikowane z resztą Waszyngtonu, ale dodatkowo odgrodzone od niego barierą naturalną - rzeką Potomac. W ciepłe letnie dni na rzece widać wiele luksusowych motorówek i jachtów. Pomiędzy nimi przepływają kajaki, które za kilka dolarów za godzinę można wynająć w pobliskiej przystani.

Przeciwwagą dla bogatego Georgetown, słynnego także z prestiżowego Georgetown University, jest dzielnica Adams Morgan. Swą dobrą opinię zawdzięcza restauracjom i barom serwującym dania z całego świata. Etiopska kuchnia sąsiaduje tu z arabskim kebabem i japońskim sushi. Piątkowe imprezy w lokalach trwają do białego rana. W odróżnieniu od Georgetown Adams Morgan charakteryzuje się egalitaryzmem. Jej społeczność jest wielokulturowa, przeważają przybysze z Ameryki Południowej, Afryki i Bliskiego Wschodu. Szczególnie chętnie do Adams Morgan zaglądają ludzie młodzi, zainteresowani jej kolorytem oraz niskimi cenami w barach i pubach.

***

Liczba wegan przypadająca na liczbę mieszkańców należy tu pewnie do najwyższych w całych Stanach. Bary wegańskie cieszą się ogromną popularnością. W porze śniadaniowej Sticky Fingers (1370 Park Rd. NW, okolice Columbia Heights) bądź Asylum (Adams Morgan, U St. Corridor, 1213 U St. NW) pękają w szwach. Często otwarte są od godz. 6 rano do 15. Kawa pochodząca z fair trade, wegańskie ciasta, kanapki z kotletem sojowym to tylko nieliczne ze sprzedawanych zestawów. Przed pracą przychodzą tu przede wszystkim anarchiści, którzy skupili się w okolicach U St. Corridor. Wielu z nich utrzymuje się z wyprowadzania psów i kotów. Powstał nawet The Brighter Days Collectiv (Kolektyw Jaśniejsze Dni) składający się z siedmiu osób, które codziennie zajmują się psami pracowników obsługujących maszynę rządową (godzina spaceru - 16 dol.). Żelazną regułą grupy jest zasada, że dojeżdżają tylko tam, gdzie można dostać się rowerem, z autobusów lub metra korzystają tylko w wyjątkowo srogie zimy. The Brigher Days Collectiv ma dobrą opinię i właściciele chętnie powierzają ich opiece swoich milusińskich, często także na kilka dni (opłata - 50 dol. za dobę).

W Waszyngtonie silny jest także ruch tzw. straight edge. Są to ludzie, którzy wyrzekli się spożywania alkoholu, przygodnego seksu oraz zażywania narkotyków. Przynależność do subkultury komunikują poprzez wytatuowanie w widocznym miejscu na ciele trzech "X". Można ich spotkać w barze Black Cat (U St. Corridor, 1811 14th St. NW). W weekendy odbywają się tu punkowe i hardrockowe koncerty. Pracownicy i bywalcy lokalu do dziś wspominają, jak kilka lat temu na występ czeskiego zespołu rockowego przyszedł Vaclav Havel. Black Cat, Sticky Fingers świadczą o tym, że każdy ośrodek władzy budzi kontrreakcję. W Waszyngtonie jest to szczególnie widoczne - poszczególne dzielnice są od siebie odseparowane i bardzo się różnią. Anarchiści nie prowadzą dialogu z decydentami. O przyszłym kształcie miasta (i kraju) każdy rozmawia w swoim środowisku. Do starcia opinii dochodzi najczęściej na ulicy, podczas protestów.

***

W okolicach Kapitolu - z wyjątkiem prezydenta i jego rodziny w Białym Domu - nikt nie mieszka. Po zmroku ulice A, B, C etc. (nazwane są literami alfabetu) pustoszeją. Pracownicy rozjeżdżają się do swoich domów, by opuścić je wraz z kadencją kolejnego prezydenta.



Źródło: Gazeta Turystyka