sobota, 19 czerwca 2010

Kim jest agent Mosadu? Oto szczegóły

Miał wiele tożsamości

Kim jest agent Mosadu? Oto szczegóły

Gdy zatrzymywano go na lotnisku Okęcie w Warszawie, miał przy sobie paszport na nazwisko Uri Brodsky. Ale okazuje się, że to tylko jedna z jdego tożsamości. Podróżując po Niemczech, podawał się bowiem za kogoś innego. Tygodnik "Der Spiegel" ujawnia szczegóły działalności agenta izraelskiego Mosadu.

Przebywał on w Niemczech jako Alexander Verin. Analiza jego podróży, pobytów w hotelach i płatności, dokonywanych kartami kredytowymi wykazała, że posługiwał się także nazwiskiem Uri Brodsky - napisał "Spiegel".

Mężczyzna z paszportem wystawionym na nazwisko Uri Brodsky został zatrzymany 4 czerwca na Okęciu w Warszawie na podstawie Europejskiego Nakazu Aresztowania.

Niemiecka prokuratura zwróciła się do Polski o wydanie Izraelczyka, który podejrzany jest o poświadczenie nieprawdy i pomoc w sfałszowaniu dokumentów niemieckich.

Brodsky miał brać udział w przygotowaniach do zamachu na lidera radykalnego palestyńskiego ugrupowania Hamas w styczniu tego roku w Dubaju. Jak pisze "Spiegel", pomógł on w zdobyciu niemieckiego paszportu jednemu z późniejszych zamachowców, także domniemanemu agentowi izraelskich służb. To Brodsky miał zlecić adwokatowi z Kolonii złożenie wniosku o paszport.

"W Berlinie panuje spore oburzenie z powodu tego, że izraelskie służby specjalne powołały się w uzasadnieniu wniosku o przyznanie niemieckiego paszportu na rzekome prześladowania ze strony nazistów w III Rzeszy" - ujawnia "Spiegel".

Według mediów mężczyzna, któremu wydano niemiecki paszport na nazwisko Michael Bodenheimer, twierdził, że jego rodzice uciekli z III Rzeszy przed prześladowaniami Żydów.

"Spiegel" pisze, że rząd federalny nie wstrzyma ze względów politycznych dochodzenia przeciwko Izraelczykowi, pomimo nacisków ze strony izraelskich władz.

"W zaangażowanych w sprawę ministerstwach panuje zgodna opinia, że postępowanie odbywać się musi na podstawie czysto prawnych kryteriów" - cytuje "Spiegel" anonimowego członka rządu w Berlinie.

Rozmówca tygodnika dodaje, że ustawowo możliwe wstrzymanie postępowania ze względu na ważny interes publiczny nie wchodzi w grę.

Izraelski minister handlu Benjamin Ben-Eliezer powiedział "Spieglowi", że "zobowiązaniem Izraela jest chronić (zatrzymanego) przed wydaniem". "Ale nawet jeśli dojdzie do procesu w Niemczech, nie może to zaszkodzić dobrym stosunkom naszych państw" - dodał.

W czwartek polska prokuratura wysłała do Sądu Okręgowego w Warszawie wniosek o przekazanie Brodsky'ego do Niemiec.

czwartek, 10 czerwca 2010

Polscy śledczy mają zwiazane ręce

Cezary Gmyz 09-06-2010, ostatnia aktualizacja 10-06-2010 02:17

To nieprawda, że kontrolerzy nie mieli uprawnień, by zabronić lądowania prezydenckiego Tu-154

–   Premier   Tusk  powinien  poprosić  premiera  Putina,  by  strona rosyjska  przyspieszyła realizację pomocy prawnej – mówi „Rz” pełnomocnik rodzin  ofiar Rafał Rogalski
autor: Radek Pasterski
źródło: Fotorzepa
– Premier Tusk powinien poprosić premiera Putina, by strona rosyjska przyspieszyła realizację pomocy prawnej – mówi „Rz” pełnomocnik rodzin ofiar Rafał Rogalski

Jest pan jedną z niewielu osób, które znają materiał dowodowy zgromadzony przez polską prokuraturę w sprawie tragedii smoleńskiej. Czy podziela pan opinię o tym, że za katastrofę byli odpowiedzialni polscy piloci?

Rafał Rogalski, pełnomocnik rodzin ofiar, m.in. rodziny Kaczyńskich: Teoria o wyłącznej winie pilotów jest zdecydowanie przedwczesna. Z uwagi na rozwojowy charakter śledztwa być może powstanie nawet konieczność wykluczenia winy pilotów. To będzie zależało od wyników ostatecznych ustaleń. Aktualnie w aktach znajdują się już materiały, które wskazują na co najmniej współwinę innego podmiotu.

Jakiego?

Są wersje, które zakładają odpowiedzialność strony polskiej, ale są i takie, które zakładają odpowiedzialność strony rosyjskiej. W tym drugim przypadku chodzi o odpowiedzialność rosyjskiej kontroli lotów. W śledztwie prowadzonym przez polską prokuraturę żadna z tych wersji nie została wykluczona kategorycznie, a wszelkie przeciwne twierdzenia nie mają oparcia w materiale dowodowym.

Co wynika z zeznań rosyjskich kontrolerów, które ujawniła TVP?

Wynika z nich, że teza Edmunda Klicha (polskiego przedstawiciela przy Międzypaństwowej Komisji Lotniczej – red.) o wyłącznej odpowiedzialności polskich pilotów jest nieuprawniona i że rosyjscy kontrolerzy wprowadzali ich w błąd co do ścieżki lotu. Dopiero w ostatnich sekundach lotu pojawiły się komendy, które miały ten błąd naprawić. Porównując ścieżkę schodzenia samolotu z komendami wydawanymi przez Rosjan, nietrudno dojść do wniosku, że komendy były niewłaściwe. W zeznaniach obu kontrolerów są też zastanawiające sprzeczności. Nie wiemy dokładnie, jaką rolę w całej procedurze odgrywał kontroler, a jaką jego pomocnik. Nie wiem też, co podczas lądowania Tu-154 w wieży robiła trzecia osoba zidentyfikowana z imienia i nazwiska. Wersji powodów jej obecności i zadań można stworzyć wiele.

Pojawiły się też wątpliwości co do badań lekarskich, jakie kontrolerzy mieli przejść tuż przed katastrofą.

Tak. Nie jest jasne, w jakim byli stanie. Protokół w tym miejscu był poprawiany. Z pierwszej wersji wynikało, że kontrolerzy przeszli w tym dniu badania lekarskie. Z poprawionej – że badania się nie odbyły. To może rodzić podejrzenia, że ktoś chce ukryć, iż kontrolerzy byli niedysponowani. Nie dysponujemy na teraz jakimkolwiek materiałem dowodowym wykluczającym wątpliwości co do stanu dyspozycji kontrolerów.

Niedysponowani, czyli nietrzeźwi?

Nie mogę tego wykluczyć, zwłaszcza że nie mamy też informacji, czy po katastrofie przeszli testy na obecność alkoholu. Podkreślam jednak, że to hipoteza. Ale zastanawiające jest to, że – jak wynika ze stenogramu – wprowadzali pilotów w błąd i wydawali komendy z opóźnieniem.

Kim są ci kontrolerzy?

Tutaj też pojawiają się wątpliwości, zwłaszcza co do kontrolera o nazwisku Ryżenko. Zastanawiające jest, że jego delegacja na lotnisko Siewiernyj kończyła się 10 kwietnia, czyli w dniu katastrofy.

Jak ocenia pan decyzję o ujawnieniu stenogramów z kokpitu Tu-154?

Jako pełnomocnik rodzin ofiar byłem zdecydowanie za ujawnieniem treści tych zapisów. Ale chciałem, by odbyło się to na określonych zasadach. Z zapisami powinna się najpierw zapoznać prokuratura. I to ona powinna po analizie zadecydować, kiedy ujawnić stenogram, tak by nie zaszkodziło to dobru śledztwa. Przed publikacją z zapisem powinny zapoznać się rodziny osób, które zginęły w katastrofie, a dopiero potem społeczeństwo. Wątpliwe prawnie są też kompetencje Rady Bezpieczeństwa Narodowego do podjęcia decyzji o publikacji stenogramu. Myślę, że polscy prokuratorzy, którzy prowadzą to postępowanie, nie byli zachwyceni nagłym ujawnieniem stenogramu. Osobiście nie byłbym na ich miejscu zadowolony.

To nie jest przecież standardowa sytuacja, gdy prokurator zmuszony jest powziąć wiedzę o bardzo ważnym dowodzie z mediów, nikt nawet nie pyta go o zdanie, czy natychmiastowe ujawnienie nie zaszkodzi śledztwu. Stawiam w tym miejscu retoryczne pytanie: czy decydenci ujawnienia zapoznali się choćby z jedną kartą akt sprawy, czy przeprowadzili jakąkolwiek rozmowę z prokuratorami bezpośrednio zaangażowanymi w sprawę, czy ktokolwiek zapytał ich o zdanie? Wątpię. Fakt, iż rosyjscy kontrolerzy mogli się zapoznać z tymi zapisami zanim zostaną być może ponownie przesłuchani w drodze pomocy prawnej na wniosek polskiej prokuratury, może zaszkodzić śledztwu. O innych komplikacjach ze względu na dobro postępowania wspominać nie będę.

Jak decyzja o ujawnieniu stenogramu może wpłynąć na kontakty polskiej i rosyjskiej prokuratury?

Mariusz Kazana przed wylotem mówił wyraźnie, że wizyta nie jest przygotowana

Obawiam się, że niekorzystnie. Ujawnienie odbyło się mimo sprzeciwu Rosjan. A polskie śledztwo bazuje na tym, co ustalą Rosjanie. Boję się, że teraz może stanąć w miejscu, bo Rosjanie niechętnie będą przekazywać materiały ze swojego postępowania. Błędem było, że na początku nie podjęto z nimi negocjacji, by prowadzić wspólne śledztwo nie zaś dwa odrębne. Polscy prokuratorzy sformułowali już hipotezy śledcze, ale bez rosyjskich materiałów nie ma szansy, by je potwierdzić lub wykluczyć.

Jakich ważnych materiałów brakuje polskim śledczym?

Jest ich bardzo wiele. Przede wszystkim chodzi o protokoły oględzin miejsca katastrofy, protokoły przesłuchań świadków, zapisy rozmów na stanowisku kontroli, dokumentację ostatniego remontu tupolewa w Samarze w Rosji. Chcielibyśmy też ustalenia, jak często kontrolerzy kontaktowali się z Moskwą, bo wiemy, że były takie kontakty. Chcielibyśmy poznać treść tych rozmów. Niezbędne są też zapisy rozmów, jakie były prowadzone z iłem-76, który nie zdecydował się na lądowanie w Smoleńsku. Mamy niepotwierdzoną informację, że załoga iła sama zrezygnowała z lądowania. Trzeba jednak sprawdzić, czy to nie wieża zakazała im lądowania. Nie jest bowiem prawdą, że kontrolerzy nie mieli uprawnień, by zabronić lądowania.

Czy to prawda, że wieża podawała pilotom nieprecyzyjne dane?

Tak. Kontrolerzy twierdzą, że podali polskiej załodze gorsze dane na temat widoczności, niż były w rzeczywistości. Tłumaczą, że chcieli zniechęcić tupolewa do lądowania. Moim zdaniem to było działanie absolutnie niedopuszczalne. Pilot, podejmując decyzję, powinien dysponować danymi nie gorszymi ani nie lepszymi, lecz prawdziwymi. Rodzi się w tym miejscu pytanie, ile jeszcze nieprawdziwych informacji podali rosyjscy kontrolerzy polskim pilotom.

Na podstawie opublikowanego stenogramu formułowane są tezy o naciskach na pilotów. Czy są uprawnione?

Z formułowaniem tez powinniśmy poczekać na ustalenia polskich ekspertów, którzy dostali kopię zapisów z kokpitu. Z tego, co do tej pory opublikowano, nie wynika, że był jakikolwiek nacisk ze strony generała Andrzeja Błasika (szefa Sił Powietrznych, który aż do katastrofy był w kokpicie – red.). Jeżeli chodzi o dyrektora protokołu dyplomatycznego Mariusza Kazanę, to właśnie jemu mogło szczególnie zależeć na lądowaniu w Smoleńsku, a nie na lotniskach zapasowych. Problem w tym, że można było lądować w Mińsku lub Witebsku, ale nic nie było tam przygotowane, by przetransportować polską delegację na miejsce uroczystości. Mamy relacje świadków twierdzących, że Kazana przed wylotem mówił wyraźnie, iż wizyta nie jest przygotowana i w grę wchodzi tylko lądowanie w Smoleńsku. Podkreślam jednak: powinniśmy poczekać na odczytanie zapisu z kokpitu przez polskich ekspertów. W tej chwili 20 proc. materiału jest niezrozumiałe. Z tego, co na razie wiemy, formułowanie tezy o naciskach ze strony gen. Błasika, a tym bardziej prezydenta jest niedorzeczne i świadczące o złej woli tych, którzy takie oświadczenia składają.

Dlaczego stenogram ujawniono tak szybko?

Było to spowodowane naciskiem ze strony opinii publicznej. Wydaje mi się jednak, że bezpośrednią przyczyną była bardzo kłopotliwa dla rządzących informacja, która pojawiła się rano w dniu ujawnienia stenogramów, że z pułku specjalnego chce odejść 30 osób.

Reprezentuje pan pięć rodzin, które straciły bliskich w katastrofie. W jakiej są sytuacji?

Bardzo chcą poznać prawdę o katastrofie, niezależnie od tego, jaka ta prawda jest. Ogromnie przeżywają to, co się stało. To się czuje. Są też zaniepokojeni, że choć od tragedii minęły dwa miesiące, Rosjanie nie przekazują materiałów ze śledztwa i że do tej pory żaden wniosek o pomoc prawną nie został zrealizowany. Rodziny chcą skonsolidować swoje działania, powołując stowarzyszenie. Chodzi też o to, by skoordynować działania z pełnomocnikami innych rodzin.

Jak odebrał pan wiadomość o tym, że okradziono ofiary tragedii?

To kolejny sygnał, że teren katastrofy nie był prawidłowo zabezpieczony. Można też domniemywać, że oględziny miejsca tragedii były przeprowadzone niezgodnie z zasadami kryminalistyki. Źle świadczy to o stronie rosyjskiej. Oględziny miejsca katastrofy to czynność zasadniczo niepowtarzalna, tylko wyjątkowo przeprowadza się je po raz drugi. Już po rosyjskich oględzinach znajdowano części maszyny, nie mówiąc już o fragmentach ciał. Teren nie był zabezpieczony, a w dodatku ziemia została przekopana. Nie przyczynia się to do wyjaśnienia przyczyn tragedii.

Co wiemy dziś na temat wyników sekcji zwłok ofiar?

Niewiele. Właściwie to nie wiadomo, czy sekcje zostały w ogóle wykonane. Do Moskwy wysłano trzy grupy patomorfologów, kryminalistyków i biologów, którzy chcieli brać udział w sekcjach zwłok. Kiedy jednak dotarli na miejsce, Rosjanie oświadczyli, że sekcje zostały już wykonane.

Media przecież donosiły o tym, że w sekcjach brała udział minister zdrowia Ewa Kopacz, która ma doświadczenie w medycynie sądowej.

To przekłamanie. Pani minister pomagała w identyfikacji. Z całą odpowiedzialnością mówię – nie ma żadnych informacji, by w którejkolwiek sekcji zwłok brał udział jakiś polski patomorfolog. Bulwersuje mnie też sposób traktowania szczątków ofiar. Nie wszystkie ciała, które zachowały się w stosunkowo dobrym stanie, zostały ubrane przed włożeniem do trumien. Wiem o kilku takich przypadkach udokumentowanych fotograficznie. Ubierano tylko ofiary, których rodziny na czas dostarczyły odzież. Ponosi za to odpowiedzialność również strona polska.

Co można zrobić, by przyspieszyć śledztwo?

Polscy śledczy liniowi bardzo chcą dotrzeć do prawdy, ale wobec braków dowodowych (te są przecież w Rosji) mają związane ręce. Potrzebna jest wola najwyższych władz polskich oraz Prokuratury Generalnej (apeluję w tym miejscu), by wymusić na Rosjanach przekazanie wszelkich materiałów i zrealizowanie naszych wniosków o pomoc prawną. Tymczasem premier Donald Tusk twierdzi, że nie chce ingerować w śledztwo, bo prokuratura jest niezależna. Tu jednak nie chodzi o żadną ingerencję w śledztwo. Jestem przekonany, że szef rządu zaskarbiłby sobie przychylność opinii publicznej, gdyby zadzwonił do premiera Putina, który okazywał mu tyle sympatii, z prośbą o to, by strona rosyjska przyspieszyła realizację pomocy prawnej. Wszak sam minister sprawiedliwości Krzysztof Kwiatkowski przyznał, że ze strony rosyjskiej idzie to wolno.

Czym wobec braku rosyjskich materiałów zajmuje się polska prokuratura?

Badany jest np. wątek związany z być może polskimi zaniedbaniami w toku przygotowania wizyty w Katyniu. Chodzi m.in. o zaniedbania związane z ochroną, przelotem czy też jakże specyficzną odrębnością organizacyjną wizyt premiera i prezydenta. Niestety, mamy do czynienia nie tylko z opóźnieniami ze strony Rosjan, ale także polskiego MSZ. Z tego, co wiem, polscy prokuratorzy wciąż czekają na komplet dokumentacji dotyczącej przygotowań wizyty Lecha Kaczyńskiego i wcześniejszej o trzy dni Donalda Tuska. Dokumentacja może nam odpowiedzieć na kilka jakże istotnych pytań.

—rozmawiał Cezary Gmyz

sobota, 5 czerwca 2010

Nigeryjska mafia. Szpetne żony i narkotyki

Po przyjeździe rozglądają się za polskimi żonami. "Trudno o tym mówić, ale są one mało atrakcyjne" - powiedział nam urzędnik infiltrujący środowisko stadionowych handlarzy z Nigerii. Według informatora z policji, imigranci ci - wyglądający często jak "gangsta raperzy" - handlują też narkotykami.

Początkowo media niemal pominęły tragiczne zajścia na targowisku w pobliżu dawnego Stadionu Dziesięciolecia w Warszawie. Zajęte były relacjonowaniem walki strażaków o utrzymanie wałów chroniących stolicę przed powodzią.

Bezspornych faktów jest niewiele. 23 maja na bazar przyjeżdża sześciu nieumundurowanych policjantów, którzy mają za zadanie uderzyć w handlujących podrabianymi ciuchami. Dochodzi do szarpaniny. Postrzelony przez funkcjonariusza Maxwell Itoya mimo wysiłków lekarzy umiera. Zostawia żonę Polkę i trójkę dzieci. Policjant, z którego broni padł śmiertelny strzał, trafia na kilka dni do szpitala. Przez cały czas są przy nim żona i trójka dzieci. – To młody funkcjonariusz, ma cztery lata doświadczenia. Bez kar, chwalony za swoją pracę – wylicza Maciej Karczewski, rzecznik stołecznej policji.

Policjanci nie ukrywają, że po zatrzymaniu wnikliwie prześwietlili wszystkich 33 uczestników bójki. – Każdy z nich był już klientem naszego wymiaru sprawiedliwości – mówi oficer z komendy na Pradze-Południe, na której terenie znajduje się bazar.

Jak się dowiedzieliśmy, przeważają informacje o postępowaniach karnych za łamanie ustawy o znakach towarowych. Itoya odpowiadałby za to samo. Czyli straciłby towar, zapłacił grzywnę (od 200 do 1000 zł) i dostał wyrok w zawieszeniu.

Oficjalnie toczą się dziś dwa śledztwa. – Jedno w sprawie ewentualnego przekroczenia uprawnień przez policję – tłumaczy rzecznik prokuratury dla prawobrzeżnej Warszawy Renata Mazur. Równolegle ta sama prokuratura prowadzi drugie postępowanie: w sprawie czynnej napaści na policjantów. Spośród 33 zatrzymanych 25 usłyszało już zarzuty. Grozi im kara do 10 lat więzienia.

Wśród nich przeważają obywatele Nigerii, tylko nieliczni mieli karty pobytu. Jak to możliwe, że żyją bez przeszkód w kraju Unii? Odpowiedź znają urzędnicy zawodowo zajmujący się problemami imigracyjnymi. Nigeryjczycy do perfekcji wykorzystują patent na żonę.


Pracownik mazowieckiego urzędu wojewódzkiego opowiada: – Mam problem, gdy słyszę, że są tutaj legalnie. To skomplikowana prawnie sytuacja.

Mechanizmy zdobywania prawa pobytu jest proste i skutecznie powielane. Jeśli przyjeżdżają do Polski wprost z Nigerii, często mają dokumenty świadczące, że opłacili pierwszy semestr studiów. Równie popularną metodą jest zaproszenie od któregoś z klubów piłkarskich. Nie chodzi o Legię Warszawa. Zapraszają ich na testy prowincjonalne kluby, grające w najniższych ligach.

Żona do raju

Bywa, że przyjeżdżają po wojażach w innych krajach na zachodzie Europy. Urzędnicy twierdzą, że zależy to od aktualnej polityki migracyjnej różnych państw UE. – Ostatnio jest duża fala z Austrii – tłumaczy nasz rozmówca.

Po przekroczeniu granic zaczynają rozglądać się za polskimi żonami. Z obserwacji naszych rozmówców wynika, że rozpoznają trzy typy związków. Najrzadziej spotykane są przykłady prawdziwej miłości. Częściej małżeństwo bywa handlową transakcją. Przeważa metoda na rozkochanie w sobie Polki. Z rozmysłem, aby zdobyć dokumenty niezbędne do życia nad Wisłą i w kraju Unii. – Nie prowadzimy żadnych oficjalnych badań. Ale te obserwacje są rzetelne. Mamy obowiązek sprawdzać, czy związek małżeński nie jest fikcją i jest to wnikliwa procedura – tłumaczy nam oficer Straży Granicznej.

Dla badanych bywa ona upokarzająca. Rozpoczyna się wywiadem środowiskowym polegającym na dokładnym przepytaniu sąsiadów o pożycie pary. W kolejnym etapie funkcjonariusze odwiedzają mieszkanie. Niedawno na swoim blogu opisywał taką wizytę Jacek Łęski, współwłaściciel firmy z branży PR, którego żona pochodzi z Ukrainy: „...odwiedzili nas bez zapowiedzi dwaj panowie ze Straży...sprawdzili, ile mam skarpetek...zbadali, kto czym się myje i wyciera, zerknęli do bielizny, pokręcili się po ubikacji, potem kazali sobie pokazywać nasze zdjęcia...Kazali sobie pokazać wszystkie dokumenty: świadectwo ślubu, świadectwo urodzenia naszego syna, wyciągi bankowe, paszporty. Wszystko to Alina od pięciu lat zanosi co roku do urzędu do spraw obcokrajowców, by dostać przedłużenie karty czasowego pobytu”.


Sens takich wizyt tłumaczą nasi rozmówcy: – Najszybciej orientujemy się, gdy małżeństwo zostało kupione. Mężczyzna trzyma wtedy w mieszkaniu stanik i parę damskich majtek. Ma gotową legendę, że żona pojechała z chorym dzieckiem do teściowej. Gdy ją odszukujemy, okazuje się, że jest uzależniona od taniego wina i za małżeństwo dostała 2 tys. zł.

Niedawno stołeczni urzędnicy zajmowali się młodą efektowną dziewczyną, która za swoją rękę otrzymała 20 tys. zł. Wyznała, że potrzebowała gotówki na iPhone’a i dobrą zabawę. I że planowała przechytrzyć swojego męża, gdyż złożyła już podanie o rozwód.

– Dopiero podczas postępowania zrozumiała, że w rzeczywistości jest ofiarą. Że mąż nie da jej rozwodu. Że mają wspólnotę majątkową, co oznacza odpowiedzialność za jego długi. A także konieczność uzyskania jego podpisu przy niemal każdej prawnej czynności – tłumaczy jeden z naszych rozmówców.

Nie brakuje jednak kobiet, które są rzeczywiście zakochane w swoich Nigeryjczykach: – Trudno o tym mówić, ale są one mało atrakcyjne. Eufemistycznie ujmując: równie słabo rozwinięte intelektualnie. Przychodzą wraz z dziećmi i płaczą prawdziwymi łzami. Za późno orientują się, że zostały bezlitośnie wykorzystane – mówi urzędnik.

Dlaczego mimo bogatej wiedzy urzędników i skrupulatnych kontroli Nigeryjczyków w kraju przybywa? Chodzi o prawny kruczek: ważny akt małżeństwa z obywatelem kraju Unii Europejskiej wstrzymuje postępowanie uchodźcze. W praktyce oznacza to, że takiej osoby nie można wydalić. Choć Straż i urzędy ds. cudzoziemców mają świadomość fikcji, jaką jest ślub. Dlatego wojewodowie masowo odrzucają wnioski o karty czasowego pobytu, ale nie powoduje to wydalenia.


Reguły stadionu

Dziś handel w okolicach stadionu jest tylko bladym wspomnieniem po świetnych czasach sprzed rozpoczęcia budowy Stadionu Narodowego. Według szacunków policjantów oraz pracowników targowisk grupa Nigeryjczyków liczy 100 osób. Opanowali rynkową niszę: handlują podrabianymi markowymi ciuchami, butami i zegarkami.

– Klient widzi chaos. Dopiero wprawne oko zauważy, że tu wszystko jest dokładnie poukładane. Stadion ma swoje prawa i są one surowo przestrzegane – mówi właściciel firmy, która od 15 lat podnajmuje swój teren handlarzom.

Według jego relacji np. Ormianie i Gruzini zmonopolizowali handel przemycanymi papierosami i alkoholem. Murzyni zaś wyspecjalizowali się w handlu podróbkami markowych ubrań, butów i zegarków. Tyle że są detalistami. Grubymi rybami w tym biznesie są Azjaci. To oni sprowadzają kontenerami ciuchy szyte w chińskich fabrykach. Do Europy wjeżdżają jeszcze bez markowych naszywek. Dopiero w Polsce w pokątnych szwalniach dosztukowywane są metki Pumy, Adidasa czy Nike.

– Niedawno zlikwidowaliśmy taki warsztat. Kilka tysięcy par skarpetek, czapeczek leżało w magazynie gotowych do sprzedaży. Firmy tracą na tym piractwie dziesiątki milionów złotych – mówi Leszek Czaplicki, naczelnik warszawskiego wydziału zwalczania przestępczości gospodarczej.

Chcieliśmy dowiedzieć się, jakie straty ponoszą znane koncerny. Tyle że po śmierci Maxwella firmy nabrały wody w usta. Nie chcą być łączone z tragedią na stadionie. Gdy dopytujemy, że przecież policjanci byli tam w ich interesie, we wszystkich pada taka sama odpowiedź: – Sprawami kradzieży znaków towarowych zajmuje się specjalna komórka w naszej centrali.


Bracia w handlu

Choć Nigeryjczycy są detalistami, to zarabiają przyzwoicie. Według nieoficjalnych informacji parę butów kupują za 20 zł. Tę samą sprzedają za 100 zł. W dobrych czasach stadionu nawet drobniejsi handlarze zarabiali około 5 tys. Dziś – jak twierdzą – rzadko przez miesiąc zarobią 3 tys.

– Bywa, że podczas jednej akcji rekwirujemy towar wart 100 tys. zł. Takie same nieprzyjemności spotykają innych handlarzy, ale awantura jest tylko z Nigeryjczykami – mówi policjant z Pragi. Tłumaczy, że handlarze na stadionie zdają sobie sprawę z reguł gry. Wpadkę, utratę towaru i postępowanie karne wliczają w koszta swojej działalności.

– Wietnamczycy przyjmują kary bez słowa. Ormianie i Czeczeni tłumaczą się biedą i wojną. Dla czarnoskórych jesteśmy przez sekundę braćmi. Gdy to nie przynosi skutku, natychmiast stają się agresywni i krzyczą o rasistowskim podłożu kontroli – mówi doświadczony oficer policji.

– Moi ochroniarze mieli z nimi kilkanaście zatargów. Nigeryjczycy są po prostu agresywni, spodziewałem się od dawna tragedii – mówi jeden ze stadionowych handlarzy. I dodaje, że coraz bardziej przypominają oni bohaterów z teledysków gwiazdorów gangsta rap.

Zysków Nigeryjczyków nie uszczuplają podatki. Według naszych rozmówców z policji gotówka jest coraz częściej inwestowana w handel narkotykami. Tylko w tym tygodniu na Okęciu został zatrzymany Nigeryjczyk przemycający w swoim żołądku 1,5 kilograma kokainy. Także ich polskie oblubienice biorą udział w tym procederze. Wyroki wieloletniego więzienia w ciężkich, południowoamerykańskich więzieniach odsiaduje kilka z nich.

– Sprawa śmierci Maxwella I. jest śledztwem własnym prokuratury. To ona oceni zachowanie handlarzy i zakończoną tragedią akcję. Wykluczamy rasistowskie podłoże – mówi Mariusz Sokołowski, rzecznik komendanta głównego policji.

Kilkuset osobowy marsz upamiętniający śmierć Maxwella ruszył spod stadionu. Nigeryjczycy otwarcie handlowali swoimi podróbkami.

– Tym razem nie zareagowaliśmy. Ale nie możemy pozwolić na łamanie prawa. Bo jutro inni na naszych oczach będą sprzedawać podrabiany alkohol, a pojutrze już strzelać – mówi naczelnik Czaplicki.