piątek, 20 sierpnia 2010

Rutkowski: za sprawę Iwony wziąłem 15 tys. złotych

Rozmawiają Roman Daszczyński i Marek Sterlingow
2010-08-19, ostatnia aktualizacja 2010-08-19 17:40

Krzysztof Rutkowski: Skacze na mnie 10 ludzi w kominiarkach. Przez chwilę myślę, że porwanie. Ale patrzę, że dwóch ma kamery. I wtedy mnie olśniło - to ludzie od Szymona Majewskiego chcą mnie wkręcić


Fot. Dominik Sadowski / Agencja
Fot. Kamil Gozdan / Agencja Gaze Krzysztof Rutkowski wraz z grupa ochotników przeszukują las w związku z zaginięciem Iwony
Fot. Kamil Gozdan / Agencja Gazeta
Krzysztof Rutkowski wraz z grupa ochotników przeszukują las w związku z...

Fot. Kamil Gozdan / Agencja Gazeta
Roman Daszczyński, Marek Sterlingow: Dzięki sprawie Iwony znów jest pan na czołówkach gazet. Ale policjanci patrzą na pana sceptycznie. Mówią: to były funkcjonariusz ZOMO, który nie zna się policyjnej robocie.

Krzysztof Rutkowski: (śmiech) Pracowałem też na komisariacie na Ursynowie. Moja kariera wygląda tak: z policji odchodzę w 1986. Moi kumple, byli milicjanci, zakładają pierwszą polską agencję ochrony. Securitas. W 1990 idę na swoje, powstaje Biuro Detektywistyczne Rutkowski. Szkół faktycznie nie kończyłem, ale mam doświadczenie. Za ujęcie Jędrzeja, cyngla łódzkiej ośmiornicy dostaję w 2002 podziękowanie od Adama Rapackiego, dzisiejszego wiceministra spraw wewnętrznych. To co, on głupi jest? Nie zna się na robocie?

Policjanci mówią, że zdziera pan z ludzi, nic nie dając im w zamian.

- Bzdura. Moi klienci są na pewno bardziej zadowoleni od klientów policji. Zresztą nie interesują mnie opinie tych policjantów, którym się nie chce, tych niespełnionych urzędasów, którzy przychodzą do domu, zakładają bambosze, oglądają serial "Detektyw" i się frustrują. Żona mówi: "zobacz Kazik, tak się pracuje, a nie jak ty w tej komendzie w nosie dłubiesz. A w domu tylko piwskiem zalewasz mordę. Zobacz jak Rutkowski żyje, pieniądze ma, zobacz czym jeździ". Taki sfrustrowany typ nigdy nie powie o mnie dobrego słowa.

Ile pan zarabia?

- Biorę tyle pieniędzy, ile warta jest sprawa. Jeżeli jest to oszustwo na dużą skalę i udaje nam się odzyskać mienie, to biorę nawet 30-40 proc. jego wartości. Za odzyskanie samochodu bierzemy 20-25 proc. wartości. Za takie sprawy jak zaginięcie Iwony biorę 15 tys. zł i nic więcej. Sprawę poprowadzę od początku do końca, nawet jeżeli będę musiał do tego dołożyć. Głośny temat to dla mnie reklama.

Jak został pan gwiazdą?

- Któregoś dnia przychodzi do mnie młody Walter z TVN i pyta, czy nie zrobiłbym dla nich programu. Chodzi mu o serial dokumentalny. Powiedziałem, że ja nie wiem, czy to tak wyjdzie jak będą kamery. Udaje się. Robimy 80 odcinków. Ludzie rozpoznają mnie na ulicy. Potem wchodzę w politykę, ciągnę w górę wynik wyborczy Samoobrony, zostaję posłem.

Aż zostaje pan aresztowany. Jak to było?

- Jest lipiec 2006. Dostaję telefon od biznesmena z Będzina, że ma problem z haraczownikami. Mówię mu: "jadę do Wisły, wskoczę do was po drodze". Umawiamy się na stacji benzynowej Orlen w Katowicach. Dojeżdżam. Mam nowiutkie BMW 7. Czekam. Raptem zajeżdża mi przed maskę volswagen transporter. Wybiega 10 funkcjonariuszy uzbrojonych w broń maszynową, z kilofami, w hełmach kominiarkach i goglach. Przez chwilę myślę, że porwanie i są to ostatnie chwile mojego życia. Potem zacząłem myśleć, że to jakaś pomyłka, że może uważają, że samochód jest kradziony i robią akcję przeciwko złodziejom. Ale patrzę, że dwóch wyskakuje z kamerami. Olśnienie: to muszą być ludzie od Szymona Majewskiego. On wcześniej trzy razy próbował mnie wkręcić i za każdym razem go wyczuwałem. Ale jak zaczynają mnie kopać po nerkach, to już wiem, że to nie Majewski.

Tylko ABW.

- Zachowują się niefajnie, wykręcają mi ręce. Potem podchodzi dziewczyna i przykłada mi pistolet do łba, aż czuję zimno rury. Trzęsącym się głosem mówi: "Jest pan aresztowany za poświadczenie nieprawdy, pranie brudnych pieniędzy". Potem powtarza jeszcze raz: "jest pan aresztowany". Skuwają mnie z tyłu, wciągają do transportera, sadzają między dwoma bysiorami. Lecą teksty: "Widzisz kurwo! Ty zawijałeś do tej pory. A teraz to my ciebie zawijamy. Nie mogłem już w patrzeć na ciebie i te twoje pierdolone programy w TVN". Też im pyskuję: "To trzeba se było, kurwo, kanał zmienić. Pierdol się. I weź te brudne łapy". Łapią mnie wtedy za włosy i walą twarzą o zagłówek fotela.

Dokąd pana zabierają?

- Do centrali ABW w Katowicach. Telewizje są już przygotowane, TVN dostaje cynk od Ziobry, który chce mieć dobrą prasę. Ci panowie, którzy byli z kamerami, od razu puszczają to na Onecie. Później kamery stoją już wszędzie, pod sądem, szpitalem, w każdym punkcie gdzie byłem.

Co dalej?

- Prowadzą mnie do jakiegoś pokoju. Cały czas są brutalni. Aż w końcu sadzają mnie na krzesło i przychodzą dobrodzieje. Ta dwójka z ABW, ruda i jej kolega. Ci sami, którzy byli potem przy Blidzie. Jestem od wielu godzin bez jedzenia - mdleję, trafiam do szpitala. Sąd przyjeżdża do mojego łóżka i wlepia trzy miesiące aresztu.

Czyli jakieś dowody mieli?

- Dwa wymuszone zeznania, gdzie jeden ze świadków już oświadczył przed sądem, że był nakłaniany przez prokuraturę i ABW do złożenia fałszywych zeznań. Drugi - baron paliwowy - powiedział, że poinformował mnie o tym, że pierze u mnie kasę. Co było kłamstwem. Obiecali mu, że go wypuszczą. I tak puścili go dopiero po mnie. Teraz sąd oddał mi już kaucję, cofnął zakaz opuszczania kraju, mogę jeździć po całym świecie. Baron zaś żąda ode mnie pieniędzy za zmianę zeznań. Nie wiem, czy działa w dalszym ciągu ze służbami. Gdybym ja poszedł na ten numer i dla świętego spokoju położył mu kasę, dzisiaj bym znów siedział. Bo byłbym winny. A tak, wszystko zaczyna im się rozłazić w rękach.

Wróćmy do aresztowania.

- To jest akurat dzień moich imienin. Ordynator z kardiologii, ludzki człowiek, mówi: "dzisiaj, panie Krzysztofie, pan zostanie tutaj". Ale ta noc w szpitalu to dla mnie męczarnia. Wiem, że czeka mnie piekło. Ja, który do tej pory zamykałem seriami, teraz idę siedzieć. Mam ochotę się powiesić, na sznurku od spłuczki w toalecie. Poważnie to rozważam. Gdybym miał klamkę, znaczy spluwę, to palnąłbym sobie w łeb.

Ale czemu, skoro jest pan niewinny?

- Z bezsilności i strachu. Człowiek myśli, ze go zaraz wykończą, upokorzą. Nie wiem, co czeka mnie w puszce. Jestem po prostu przerażony. Boję się traktowania przez współwięźniów. Jak psa, jak frajera. Mam być najniżej w hierarchii, być tym najgorszym. Policjanci jak zdejmują mundur, są Kowalskimi, nikt ich nie rozpoznaje. Mnie znają wszyscy. Obawiam się, że trafię na bandziorów, którzy będą chcieli wdeptać mnie w ziemię. Ze szpitala wywożą mnie jak królową angielską, głównym wejściem. Do pierdla też wchodzimy największa bramą. Wszędzie dziesiątki dziennikarzy. Pytania, wywiady. Telewizje huczą.

Nic dziwnego, jest pan znaną osobą.

- Prowadzą śledztwo, ale tylko na pokaz. W moim domu nie robią nawet przeszukania. Nie wiem dlaczego, chyba nie ustalili adresu. Dwóch funkcjonariuszy przyszło tylko do domu, który sprzedałem dwa lata wcześniej. Nie wiedzą gdzie mieszkam? Jeżeli robi się taką poważną akcję, to gościa trzeba obserwować ze trzy dni wcześniej. Sprawdza się jego telefon, gdzie jeździ, gdzie śpi. Wchodzi mu się centralnie na chatę i bierze jako jeńca w domu. Potem przeszukanie. A oni to robią tak na kolanie, na łapu-capu. Ale ich celem jest: zatrzymać, zgnębić, pokazać. Reszta nieważna. Po co proces, po co dowody? Gościa trzeba pokazać jak go skuwają, jak leży. Mnie wyznaczono jako jednego z pierwszych do tego teatru. Wszystkie media trąbią o moim zatrzymaniu na pierwszym miejscu. Wozy transmisyjne wszędzie. Mnie do aresztu w Bytomiu wiozą na sygnale, przy przezroczystym oknie, ludzie na przejściach dla pieszych machają do mnie, ja do ludzi. Policyjny konwój, kurwa jego mać.

Dojeżdżacie do aresztu.

- Otwierają się wrota aresztu i wjeżdżamy na dziedziniec. Kiedyś to był klasztor. Co najpierw widzę? Funkcjonariusza służby więziennej, który taką turystyczną małpką robi mi pamiątkowe zdjęcie. Czuję się jak małpa w zoo. Bandyterka z okien zaczyna się drzeć: "Jebać skurwysyna, jebać Rutkowskiego! Nie żyjesz kurwo, jesteś trupem, pisz testament!". Czuję się niefajnie. Nawet funkcjonariusz ABW jest przejęty. "O kurwa, panie Krzysztofie, nie zazdroszczę panu". Ja mu na to: "Dziękuję". Myślę, że faktycznie jest źle. Wiem, że jestem pod kluczem i nie ma innej rady, muszę się tym pogodzić. Wyrwany jestem z życia gwiazdy, z życia, gdzie wszystko podają na srebrnych tacach, gdzie wbijam się w schemat, który znam tylko z filmów. Najpierw idziemy do pokoju dyrektora aresztu. Jest tam szef ochrony i jego zastępca. Jeden z funkcjonariuszy staje przy drzwiach. Proszą mnie żebym usiadł i pytają, czy wypiję kawę. Ja im na to, że bardzo chętnie. Proszę jeszcze wodę, żeby było po wiedeńsku. Raptem czuję, że te wszystkie złe emocje zaczynają odchodzić.

Dyrektor mówi tak: "panie Krzysztofie, my wiemy czym się pan zajmuje. Możemy panu zagwarantować jedno: w tym areszcie włos z głowy panu nie spadnie. I dobrze, że pan tu do nas trafił". Myślę: porządne chłopy. Wypijam kawę. Oni: "to w takim razie zapraszamy na pokoje". Dają szlafrok, ręczniki, wszystko nowe. Wchodzę do celi i nie wierzę własnym oczom. Byłem przygotowany na brudną, obskurną, zasyfiałą celę. A widzę duże przestronne pomieszczenie, w stylu gotyckim, wyglądające lepiej niż niejeden pokój hotelowy, w którym mieszkałem robiąc różne akcje. Jestem w szoku. W drzwiach mijają mnie malarze, którzy odnawiali celę. Szerokie łóżko, materac jeszcze w folii, czyściutko, łazienka. Wkrótce przynoszą mi telewizor. Myślę: żyjemy, żyjemy!

Trąbią o panu we wszystkich wiadomościach.

- Pamiętam taki program: Janusz Kaczmarek mówi, jak gdyby zwracając się do mnie: "Panie Rutkowski, u nas nie ma magii nazwisk". Ja to oglądam już w celi. Jak go później przymknęli za przeciek w sprawie Leppera, nie mogłem się oprzeć i zadzwoniłem do niego. Nie odbierał, więc nagrałem się sekretarkę: "Jak się pan czuł z kajdankami na rękach?". Oni w ten sposób niszczyli ludziom życiorysy. Ja wiedziałem, ze jestem niewinny i kierowałem się zasadą prostą: bohaterem jesteś dotąd, dopóki się nim czujesz. Jeżeli ci przetrącą kark, wychodzisz tak jak wyszedł Łyżwiński. O, przepraszam, Łyżwiński nie wyszedł. On wyjechał kabrioletem napędzanym własnymi rękoma, znaczy na wózku. Zobaczcie jak ludzie, którzy przechodzą areszt, marnieją, do jakiego stanu psychicznego są doprowadzani, jak bardzo się boją.

Jest pan przesłuchiwany?

- W śledztwie chcą ode mnie tego samego co od wszystkich innych. Mówią: "my pana, panie Krzysztofie puścimy, ale musi nam pan dać dwie osoby". I padają nazwiska dwóch moich znajomych z policji i prokuratury. Wiedzą, że obydwaj są moimi frendasami, bardzo dobrymi przyjaciółmi. Odmawiam.

Jak wygląda pana życie w areszcie?

- Przez cały czas nie mam najmniejszego kontaktu z żadnym więźniem. Totalna izolacja. Dla mnie - w porządku. Poczucie samotności? Nie. Trzeba umieć prowadzić ze sobą dialog. Jak ktoś się nudzi sam ze sobą, to może i ma problem. Ja się nie nudzę z Rutkowskim. Druga sprawa to telewizja, a szczególnie polskie seriale. Wielu z tych aktorów czy polityków znam osobiście. Nawet nie wiedziałem, że można czekać na takie filmiki. Jako telewidz zaprzyjaźniłem się wręcz z wieloma postaciami z Plebanii, Klanu. Teraz znów nie mam na to czasu. Czasami, jak jestem w domu, włączam telewizor i wtedy aż mi przykro, bo czuję jakbym ich porzucił. Może to się wydaje śmieszne u takiego człowieka jak ja, bez sentymentów, ale tam w areszcie te filmy i ci ludzie to była dla mnie najbliższa rodzina. O, jeszcze namiętnie oglądałem program Roberta Janowskiego "Jaka to melodia". On jest moim starszym kolegą z liceum z Sochaczewa. No więc w tej celi miałem też kumpla ze szkoły.

Jakoś sobie to życie w więzieniu zorganizowałem. Cały czas staram się dbać o siebie, dobrze się odżywiam. Rano sto pompek, sto brzuszków, sto wiader z wodą na każdą rękę. I to samo wieczorem. Taka dyscyplina. Wszystko robię o określonej porze. Kawa. Nie cały czas, tylko w odpowiednim momencie. W areszcie to daje pewien rytm życia, czego zresztą nigdy nie miałem.

Kiedy pana zwalniają?

- Po pół roku. Z zaskoczenia. Z wieściami przychodzi szef ochrony. Mówi, że jestem wolny. Z radości aż go całuję.

Ma pan co robić po wyjściu?

- Po wyjściu rzucam się na pracę. Muszę firmę wyprowadzić na prostą. Mam zaległości z ZUS, ale wprowadzam w firmie system naprawczy i teraz mam już prawie wszystkie spłacone. Teraz jestem szczęśliwy. Jestem wolny, roboty w bród. Związałem się ze wspaniałą dziewczyną, Agnieszką. Mam piękny dom w Łodzi, 500 metrów z basenem, jeżdżę kabrioletem bmw 650, mam radiowozy dodge, pracuje dla mnie na stałe 10 osób. Konkurencji praktycznie nie mam. Wszystkie inne biura zajmują się głównie jednym tematem - śledzeniem niewiernych żon. Nikt nie chce podejmować się takich spraw, w których policji trzeba włożyć palce w oczy.

Chcę napisać taki poradnik dla biznesmenów i polityków, których zawijają. Co mają przy sobie trzymać, jakie bagaże spakowane, jakie rzeczy przechodzą w areszcie, a jakie nie. Z czym możesz pójść i ci tego nie wyrzucą do śmieci. Żadnych sprejów, wszystko musi być w szytfcie.

Myśli pan, że będzie na to popyt?

- Ludzie tego nie rozumieją, ale wiele osób ma ryzykowną robotę. Bo ryzykownie jest wszędzie tam, gdzie w grę wchodzi władza albo pieniądze, albo decyzje które kogoś uszczęśliwią albo unieszczęśliwią. Zawsze znajdzie się jakaś grupa, która się zbierze, żeby ci dokopać. Ale na razie nie mam czasu na książki, tyle mam zleceń. Do tego ciągle głowę zawracają mi fanki.

Fanki?

- To są takie klientki, które wymyślają sobie zdarzenia, byle tylko się ze mną poznać. Ale na to trzeba uważać. Raz dzwoni do mnie z Lublina taka przesympatyczna pani Ilonka. Jest psychologiem, skończyła resocjalizację. Ilonka opowiada mi, ze została pobita przez ludzi ze swojego miasta. Ja: "to niech pani zgłosi to na policję". Ona, że zgłosiła, ale policja sobie nie daje rady. Odbieram ją z dworca PKS. Wychodzi gwiazda, odwalona, fajna dziewczyna, Duży biust, kozaczki, szpila 12 centymetrów, ciągnie za sobą walizeczkę. Siada w samochodzie, nogę na nogę założyła, pokazała pończoszkę. Mówię: "biorę tę sprawę, pani Ilonko". Jedziemy na stację benzynową, kupuję flaszkę i prosto do hotelu. Spędziamy ze sobą kilka dni. Ilonka po powrocie do domu zaczyna przysyłać maile z serduszkiem na służbową skrzynkę. Moja ówczesna dziewczyna lekko dziwi się, o co tu chodzi. Potem Ilonka zaczyna atak. Wchodzi w system esemesów i telefonów. Dziennie wykonuje około 400 połączeń na telefon alarmowy biura, blokuje numer i wysyła 500-600 esemesów, łącznie ze zdjęciami fragmentów swojego ciała. W jednym z esemesów pisze tak: "jeżeli się ze mną nie ożenisz, to przyjedzie Janusz z CBŚ z Katowic i cię rozpierdoli z kałacha". Co mam zrobić? Idę na policję. Ja się nie boję Ilonki, ale sparaliżowała mi biuro. Policjanci mówią: "to ją ściągaj". Dzwonię: "Dobra. Ilonka, wygrałaś, ja się boję, żeby mnie Janusz z kałacha nie rozpierdolił, więc przyjeżdżaj do Łodzi, będę z tobą". Zwabiamy ją na komisariat. Ale jest sprytna, ukrywa kartę do telefonu w plastrze antynikotynowym i nie ma żadnego dowodu. Komendant mnie wzywa: "aleście narozrabiali z dyżurnym, niewinną dziewczynę do puchy wsadziliście". Zatrzymują jej telefon do badań i puszczają. A Ilonka idzie prosto do sklepu, kupuje nowy telefon i dzwoni do mnie: "Janusz cię rozpierdoli". I tak dalej. W końcu sprawę kieruję do sądu. Dają jej warunkowe umorzenie, bo sam o to proszę. Dostaje kuratora i się uspokaja. Teraz ma inny patent. Dała ostatnio ogłoszenie w Gazecie Ostrołęckiej: "mężczyzna do wynajęcia" i mój numer telefonu.

Źródło: Gazeta Wyborcza Trójmiasto

wtorek, 20 lipca 2010

Tomasz Nałęcz: Zawsze kłóciliśmy się nad grobami

  • Data publikacji: 20.07.2010 08:00

Nawet gdy uznawaliśmy jakąś postać za wielką, przy jej pochówku pojawiały się wątpliwości. Słowackiego też "upartyjniono" - uważa prof. historii Tomasz Nałęcz

"Super Express": - W cieniu kłótni o krzyż pod pałacem mówi się już o przyszłym pomniku upamiętniającym katastrofę smoleńską. To będzie pomnik zgody, czy znów się nie uda?

Prof. Tomasz Nałęcz: - Skończy się kłótnią. Nikt nie ma wątpliwości, że ofiarom tej tragedii należy się pomnik. I na tym powszechna zgoda się skończy. Pojawi się gorący spór o miejsce upamiętnienia oraz odpowiedzialność prezydenta Kaczyńskiego za katastrofę.

- Na razie nie jest to poważna hipoteza. Coraz więcej fragmentów stenogramów wskazuje nawet na błąd lub brawurę pilota.

- Nigdy nie zgodzę się z wersją, że zawinił pilot. Za dobrze znam i szanuję to środowisko, żeby uwierzyć, że pilot naraziłby kogokolwiek sam z siebie. Nie odpowiada mi prześmiewczy ton posła Palikota, ale nie zgadzam się też z opinią, że nie powinniśmy o tym dyskutować. Z braku dyskusji i refleksji biorą się takie decyzje, jak pochówek na Wawelu, który był politycznym wynoszeniem prezydenta na narodowy piedestał...

- Na ten piedestał wyniesiono kilka postaci, w których przeszłości można doszukać się rzeczy niezbyt chwalebnych. Generał Sikorski leży na Wawelu właściwie dlatego, że zginął w katastrofie pełniąc służbę…

- No nie! Generał Sikorski był premierem rządu na uchodźstwie, Naczelnym Wodzem. Człowiekiem, który swoimi decyzjami we wrześniu 1939 roku ratował ciągłość państwa polskiego, heroicznie o nie walcząc…

- …...a jednocześnie osłabiał to państwo, zamykając w obozach internowania wiele wybitnych osób. Tylko dlatego, że byli jego przeciwnikami politycznymi. W czasie wojny!

- Można powiedzieć, że w ten sposób chciał uczynić swoją politykę skuteczniejszą. Pamiętajmy, że mówiąc o wydzielonych obozach, do których trafiali przeciwnicy Sikorskiego, musimy wspomnieć o tym, że już w 1940 r. usiłowano go odsunąć od władzy na drodze zamachu stanu. Nie ma jednak w historii postaci ocenianych jednoznacznie. Pochówek Lecha Kaczyńskiego przypominał tylko jedno podobne wydarzenie i był nim pogrzeb marszałka Piłsudskiego. Tylko te dwie postaci pochowano na Wawelu, zanim historia wydała o nich osąd. W przypadku Piłsudskiego dystans kilkudziesięciu lat potwierdził jego wagę w dziejach. Lech Kaczyński musi na taki osąd jeszcze poczekać.

- Czy w ciągu minionych 200 lat Polacy potrafili dojść do zgody w sprawie pochówku i upamiętnienia którejś z ważnych postaci naszej historii?

- Chyba tylko w przypadku Reymonta. Nie tylko nie było kłótni, ale licytacja, kto w lepszy sposób uczci tę postać. Autor "Chłopów" zmarł niedługo po otrzymaniu Nagrody Nobla, był raczej człowiekiem centrum, unikającym ostrych sądów w jedną czy drugą stronę. I zdecydowano się na miejsce znakomite. Jego grób dał początek Alei Zasłużonych na warszawskich Powązkach.

- I na Reymoncie zgoda się skończyła.

- Zawsze kłóciliśmy się nad grobami. Nawet gdy uznawaliśmy jakąś postać za wielką, pojawiały się wątpliwości. Weźmy przypadek Słowackiego. Nawet ludzie nielubiący jego poezji nie podważą jego wielkości. W międzywojniu przeciwko pochowaniu go w grobach królewskich protestował Kościół. Pamiętał mu drastyczne oceny papieża związane z obojętnością Watykanu wobec powstania listopadowego.

- Przy okazji endeccy publicyści dołożyli mu za to, że był ulubionym poetą Piłsudskiego.

- Tak, Słowackiego też "upartyjniono". Nie podobał się też Żeromski, któremu wypomniano postępowe poglądy. Kontrowersje budziły także pochówek i upamiętnienie Romana Dmowskiego czy Józefa Piłsudskiego. Krytyka Grobu Nieznanego Żołnierza była zaś odpryskiem walki politycznej z gen. Sikorskim, który forsował ten projekt jako minister spraw wojskowych.

- Śmierć głowy państwa w trakcie kadencji siłą rzeczy narzuca porównania z zabójstwem Gabriela Narutowicza…

- I przy zachowaniu wszelkich proporcji dzisiejszy spór też w jakiś sposób przypomina tamtą atmosferę. Porównywanie nagonki na Narutowicza z krytyką prezydenta Kaczyńskiego jest jednak ignorancją i nieuczciwością. Narutowicza obrzucono stekiem inwektyw i pomówień. Tak o Lechu Kaczyńskim nie mówili nawet najskrajniejsi wrogowie. Mówię o proporcjach, bo tamta atmosfera doprowadziła szalonego człowieka do popełnienia zbrodni. Co więcej, po śmierci prezydenta część endecji adorowała grób zabójcy - Niewiadomskiego i krzyż, który pocałował przed wykonaniem na nim wyroku śmierci. Jak widać, awantura o krzyż nie jest u nas niczym nowym.

- Narutowicz do dziś nie ma jednak pomnika ani tablicy pamiątkowej w miejscu zabójstwa.

- Uczczono go jednak w inny sposób, który jako naukowcowi spodobałby mu się zapewne bardziej. Mówię o budowie miasteczka akademickiego im. Narutowicza w Warszawie. Istnieje do dziś, służąc studentom od czasów przedwojennych. Kompleks przy placu Narutowicza przetrwał wojnę niemal nienaruszony. Natomiast tablice pamiątkowe i pomniki endecja rzeczywiście blokowała, choć była tylko w opozycji.

Prof. Tomasz Nałęcz

Historyk, polityk lewicy

sobota, 10 lipca 2010

Opinia specjalistów ws. urzędu wiceprezydenta

wczoraj, 16:58 MK / PAP
Urna wyborcza, fot. AFP
Urna wyborcza, fot. AFP

Urząd wiceprezydenta jest zbędny w polskim systemie parlamentarno-gabinetowym - tak konstytucjonaliści komentują pomysł szefa SLD Grzegorza Napieralskiego dotyczący powołania takiego urzędu. Posłowie PO, PiS i PSL są sceptyczni, ale nie wykluczają dyskusji.

W czwartek Napieralski zaproponował wprowadzenie w Polsce urzędu wiceprezydenta - nominowanego przez prezydenta wybranego w wyborach powszechnych - który mógłby jednocześnie być szefem Biura Bezpieczeństwa Narodowego.

Pozwoliłoby to też - zdaniem szefa SLD - na uniknięcie takiej sytuacji, jaka miała miejsce w czwartek, gdy obowiązki prezydenta sprawowały trzy osoby. Rano był to prezydent elekt Bronisław Komorowski, który jako marszałek Sejmu został p.o. prezydenta po śmierci Lecha Kaczyńskiego. Po zrzeczeniu się przez Komorowskiego funkcji marszałka, obowiązki prezydenta przejął marszałek Senatu Bogdan Borusewicz, a po wyborze nowego marszałka Sejmu - w czwartek wieczorem - p.o. prezydenta został Grzegorz Schetyna.

- To nie jest dobry pomysł - ocenił dr Ryszard Balicki z Uniwersytetu Wrocławskiego. - Urząd wiceprezydenta wiąże się raczej z systemem czysto prezydenckim, gdzie prezydent skupia całą władzę wykonawczą, stąd tam jest bardzo potrzebny wiceprezydent, gdyby coś się stało z prezydentem - zaznaczył konstytucjonalista.

Jego zdaniem w polskim systemie - parlamentarno-gabinetowym - powołanie urzędu wiceprezydenta mijałoby się z celem. - To niepotrzebne tworzenie kolejnego urzędu, wysoko postawionej osoby, która tak naprawdę nie miałaby konkretnych zadań - zauważył. Pytany o pomysł, by wiceprezydent był jednocześnie szefem BBN, ocenił to jako próbę "znalezienia zajęcia dla nowo tworzonego urzędu".

Polska wypracowała własną tradycję - mówił Balicki - według której w szczególnych sytuacjach, określonych w konstytucji, prezydenta zastępuje marszałek Sejmu. Formuła ta sprawdziła się - według niego - po katastrofie smoleńskiej. - Ja bym tego nie zmieniał. (...) Działamy pod wpływem chwili, kiedy doszło do zastępstwa i to drugiego stopnia, kiedy wchodził również w grę marszałek Senatu. To jest jednak sytuacja wyjątkowa - zaznaczył.

Także konstytucjonalista Piotr Winczorek podkreślał w rozmowie z PAP, że "pewną tradycją narodową od okresu międzywojennego" jest przejmowanie obowiązków prezydenta przez marszałka Sejmu. Jak mówił, po tragedii smoleńskiej sytuacja skomplikowała się, bo marszałek Sejmu - p.o. prezydenta - Bronisław Komorowski był jednocześnie kandydatem na prezydenta. - Ale gdyby tak nie było, gdyby ktoś inny kandydował, nie marszałek, wszystko by się odbywało w sposób bezgłośny - ocenił.

Winczorek, podobnie jak Balicki, jest zdania, że urząd wiceprezydenta "nie przystaje" do polskiego ustroju parlamentarno-gabinetowego. - Chyba że (Napieralski) chce ten ustrój zasadniczo zmienić i wprowadzić system prezydencki, to wtedy można o tym mówić - dodał konstytucjonalista. Podkreślił, że wiceprezydent jest "instytucją systemu prezydenckiego, a nie systemu parlamentarnego czy parlamentarno-gabinetowego". - Wiceprezydenci są w tych krajach obecnie, w których jest system prezydencki. Stany Zjednoczone to typowy przykład - dodał.

Parlamentarzyści PO, PiS i PSL - pytani przez PAP, jak oceniają propozycję Napieralskiego - byli raczej sceptyczni, choć nie wykluczali dyskusji na ten temat.

Wiceszef klubu PO Waldy Dzikowski powiedział, że Platforma Obywatelska nie uchyla się od dyskusji na ten temat. Jak dodał, wydaje się jednak, że to "lekko amerykański sposób". Zaznaczył, że państwo polskie po tragedii smoleńskiej "dało sobie radę", a ciągłość władzy została utrzymana.

Zdaniem Dzikowskiego propozycja Napieralskiego to "kolejny element do debaty konstytucyjnej, rozmów na ten temat". Jednocześnie - mówił poseł PO - propozycja szefa SLD może wynikać z jego chęci podtrzymania zainteresowania swoją osobą. "Kampania się skończyła, a Grzegorz Napieralski ją kontynuuje" - zauważył.

- Pomysł Napieralskiego jako jeden z wielu pomysłów mógłby być np. omówiony przez konwent konstytucyjny" - mówił z kolei rzecznik PiS Mariusz Błaszczak. Jak przypomniał, PiS proponował powołanie konwentu zajmującego się tematem zmian w konstytucji, w którego skład weszliby politycy, naukowcy i eksperci. "Ten projekt został odrzucony przez PO, szkoda - zaznaczył.

W opinii Błaszczaka w czwartek "wywołano chaos na zapotrzebowanie polityczne PO". "Równie dobrze przecież pan Bronisław Komorowski mógł nie zrzekać się mandatu poselskiego i mógł być marszałkiem do czasu zaprzysiężenia, ale widać chodziło o to, w naszej ocenie, żeby odsunąć uwagę opinii publicznej od spraw naprawdę ważnych na takie sprawy, które nie są istotne" - powiedział.

Eugeniusz Kłopotek (PSL), pytany o propozycję szefa SLD, powiedział: - Na dzisiaj nie zawracajmy sobie tym głowy. - Póki co naprawdę mamy ważniejsze sprawy w naszym kraju niż się zastanawiać, czy ma być wiceprezydent w naszym kraju czy nie - zaznaczył. Jak dodał, "w przyszłości" można dyskutować także i o tym pomyśle przy okazji rozmów nad kształtem konstytucji.

Urząd wiceprezydenta istnieje w 59 państwach, m.in. w Stanach Zjednoczonych, Argentynie, Brazylii, Kolumbii, Nigerii, Kenii, RPA i Indiach. W Europie wiceprezydenta ma tylko Bułgaria, Cypr i Szwajcaria.

W Stanach Zjednoczonych kadencja wiceprezydenta trwa cztery lata. Wybierany jest on wraz z prezydentem. Wiceprezydent zastępuje prezydenta w przypadku jego śmierci, rezygnacji lub usunięcia z urzędu; jest też przewodniczącym Senatu.

W Bułgarii wiceprezydenta wybiera się razem z prezydentem w wyborach bezpośrednich na pięcioletnią kadencję, a w Szwajcarii wyboru wiceprezydenta i prezydenta dokonuje na rok Zgromadzenie Federalne. Następnie wiceprezydent zastępuje prezydenta.

Na Cyprze zgodnie z konstytucją wiceprezydent powinien być Turkiem, a prezydent - Grekiem.

Autor: MK Źródła: PAP