piątek, 18 lutego 2011

Jestem germanistką. Za 5 zł sklejam pudełka

wysłuchała Anita Karwowska
2011-02-16, ostatnia aktualizacja 2011-02-16 18:14

W urzędzie pracy byłam na 19 spotkaniach. Dwudziesty raz będę w marcu. Na czarno dorabiam w drukarni. Po ośmiu godzinach układania 20-kilogramowych paczek mam gąbkę zamiast mózgu



Od redakcji: A jeśli to nie jest wina Ewy?

Ewy rozsądny plan na życie: skończyć studia licencjackie, iść do pracy, zarobione pieniądze wydać na magisterium.

Od dwóch i pół roku nie może znaleźć pracy. Pierwsza, ósma, dziewiętnasta rozmowa kwalifikacyjna. I wciąż te same, bezsensowne oferty dla akwizytorów. Na magisterium nie odłoży, jedynie na bilet na wyjazd z kraju.

Jest świadoma swoich wad, ale i mocnych stron (potrafi przekonująco się „sprzedać”).

Jednak od pracodawców i w urzędach pracy słyszy: nie masz pracy? Sama jesteś temu winna.

No bo jakże to, że młoda, inteligentna, wykształcona osoba nie może sobie poradzić w 300-tysięcznym mieście? Przecież Polska do Zielona Wyspa.

A jeśli takich osób jak Ewa jest znacznie więcej? Przecież - wskazują na to statystyki - dla coraz większej liczby absolwentów jest coraz mniej etatów, a pozostają im co najwyżej kiepskie fuchy?

Jak planować swoje życie, nie mogąc myśleć o choćby minimalnej stabilizacji?

Opowieść Ewy

Na pomoc rodziców nie można wciąż liczyć

- Naprawdę chcesz posłuchać historii bezrobotnej licencjatki? Mam 25 lat, mieszkam pod Białymstokiem, w średniozamożnej rodzinie. Mama od ponad 30 lat zajmuje się domem, nie pracuje. Tata, wolny duch, harleyowiec. Robi i naprawia motocykle. Raz pieniądze są, raz nie ma. Starsza siostra ma sklep.

Ja wybierałam się na studia, do Warszawy czy Torunia, ale policzyliśmy i wyszło, że za mieszkanie, przyjazdy i utrzymanie zapłacę więcej niż za prywatną uczelnię w Białymstoku. Zrobiłam więc licencjat z filologii germańskiej w Wyższej Szkole Finansów i Zarządzania. Rok studiów dziennych za 4 tys. zł. Ojciec szarpnął się i sfinansuje studia. Stwierdził: studiuj na serio, na pracę będziesz miała czas.

W tym czasie udzielałam korepetycji z niemieckiego. Zdarzało się, że miesięcznie zarabiałam tysiąc złotych. Ale były miesiące bez pieniędzy. Po licencjacie, w lipcu 2008 r., zdecydowałam, że dopóki nie znajdę pracy, nie ma mowy o dalszych studiach.

Ogłaszałam się w portalach rekrutacyjnych, w prasie, odpowiadałam na każde ogłoszenia. Nie chciałam pracować jako nauczycielka, bo nie mam do tego predyspozycji.

Z bazaru do biura? To niemożliwe

Pracy szukałam w Białymstoku i okolicznych miastach. Byłam na kilkudziesięciu rozmowach kwalifikacyjnych, choć zwykle zainteresowanie pracodawców kończyło się po rozmowie telefonicznej. Wszyscy szukają osób z doświadczeniem. A jakie ja mam doświadczenie? Handel ciuchami na rynku w wakacje? Pracę w galerii handlowej? Kiedyś wpisałam to w CV i oczywiście usłyszałam: z bazaru do biura? A czy to hańba? Przecież na sekretarkę mogliby mnie przyjąć. Znam niemiecki i angielski, Office'a, programy pocztowe, internet, jestem zorganizowana. Ale w Białymstoku to za mało.

A mojej córce się udało

Niedawno byłam na rozmowie o staż w bibliotece uniwersyteckiej. Wysłał mnie urząd pracy. Ustawiłam się w kilkunastoosobowej kolejce, choć wolne było jedno miejsce. Kobietę, która ze mną rozmawiała, dziwiło wszystko.

Po pierwsze: dlaczego urząd pracy mnie do nich przysłał, bo oni chcą nie filologa, tylko bibliotekoznawcę. Po drugie: dlaczego nie mam żadnego doświadczenia i jedynie licencjat.

Nie chciałam jej opowiadać o moich problemach finansowych. Bibliotekarka stwierdziła, że jej córka po anglistyce takich problemów z pracą jak ja nie ma. Znów poczułam się głupio.

Po jelenie to do lasu

W portalach internetowych jest mnóstwo ogłoszeń do pracy biurowej. Ale zwykle okazuje się, że to akwizycja. Kiedyś się na to nabierałam. Na moje ogłoszenie odpowiedział mężczyzna, który oferował pracę w promocji artykułów przemysłowych w markecie w Białymstoku. Zaprosił do biura, wszystko wyglądało jak trzeba. Umówił się ze mną i kilkoma innymi dziewczynami na konkretną datę, obiecywał umowy. Gdy spotkałyśmy się z nim, okazało się, że o żadnym markecie nie ma mowy. Zawiózł nas do Suwałk. Tam okazało się, że mamy na ulicy wciskać ludziom lipne perfumy. Powiedziałam gościowi: - Po jelenie to do lasu. Wsiadałam w PKS i wróciłam do domu. Inne dziewczyny zostały. Ten facet do dziś działa w naszym mieście i poluje na ofiary.

Psujesz mi wizerunek

Próbowałam też w sklepie z ubraniami w galerii handlowej. Właściciel zasugerował mi, że jako komunikatywna i konkretna zostanę kierowniczką. Zaczęłyśmy od sprzątania. Miałyśmy dostać 10 zł za godzinę. Czekałyśmy na umowy dwa tygodnie. A właściciel wciąż zwodził, że najpierw musi przyjrzeć się jak pracujemy. W tym czasie robiłam wszystko: obsługa klienta, układanie ubrań, obsługa kasy, rozpakowywanie towaru. Podpadłam dwukrotnie. Pierwszy raz, gdy ciągnęłam po podłodze 60-kilogramowy karton z towarem z windy. Sama ważę 45 kg, nie mogłam go podnieść. Szef burknął:, że psuję wizerunek sklepu, bo wygląda na to, że jestem wykorzystywana. Drugi raz podpadłam, gdy nie chciałam wejść na zepsutą drabinę. Bez ubezpieczenia i umowy nie chciałam ryzykować. Następnego dnia dostałam 600 zł za trzy tygodnie pracy. Oczywiście pod stołem.

Urzędnik wysłucha i doda otuchy

Zarejestrowałam się w pośredniaku w październiku 2008 r. Byłam na 19 spotkaniach. Dwudziesty raz będę w marcu. Dziś już nic mnie tam nie dziwi, ale na początku miałam poczucie absurdu. Białostocki urząd pracy funkcjonuje w ten sposób, że gdy nie ma propozycji pracy, to wpisuje w papiery formułkę: "Sklep: Oferta". Oznacza to, że bezrobotny ma zgłosić się do filii urzędu pracy. Poszłam tam raz. Urzędniczka przy biurku gapiła się na tablice, na których wisiały oferty wycięte z gazet.

Teraz więc chodzę do urzędu tylko po to, żeby mieć pieczątkę w książeczce ubezpieczeniowej. Do kolejek już się przyzwyczaiłam, znam twarze urzędniczek. Te młodsze są przychylniejsze, starsze mną gardzą. Ostatnio urzędniczka obsługując mnie jednocześnie rozmawiała przez telefon ze swoim dzieckiem. Nie poświęciła mi jednej chwili.

Po co nam pani?

Kiedyś urząd wysłał mnie na staż do Ochotniczych Hufców Pracy. Na dzień dobry pytanie, czy jestem zainteresowana, czy tylko po pieczątkę. Chciałam staż. - A co pani wie o OHP? - spytali mnie. - Nic, ale przyszłam się dowiedzieć. No i dowiedziałam się: - Pomagamy młodym ludziom w trudnej sytuacji i nie potrzebujemy dodatkowego balastu. Znów poczułam się jak idiotka.

W urzędzie wysyłają też na szkolenia. Mi proponowali dwutygodniowy kurs obsługi kasy fiskalnej, choć już to umiem czy podstawy obsługi komputera - choć całe życie pracuję z komputerem, o czym powiedziałam urzędniczce. Usłyszałam: - To żadne wytłumaczenie.

Dostępny był jeszcze kurs ze stylizacji paznokci. Następnym razem się zapiszę.

Teraz dorabiam w drukarni obok domu. Praca na czarno. Zaczynam o siódmej rano. Po pracy mam gąbkę zamiast mózgu. Układam 20-kilogramowe paczki i sklejam opakowania. Mam pistolecik na klej albo pędzelek i jadę tak przez osiem godzin dziennie. Rzadko gadam z ludźmi. Mało z kim mam wspólne tematy. Zarabiam 5 zł za godzinę, ale nie narzekam, bo 40 zł dniówki to już coś. Taki już nasz polski kapitalizm. Po południu siadam do korepetycji. Miesięcznie wyciągam połowę tego, co w drukarni.

Chcę iść na swoje

Chciałabym zarabiać 2 tys. zł, aby nie jeść tylko chleba z masłem i kilka lat chodzić w jednej kurtce. Czuję się dorosła, mogłabym mieszkać sama. Rodzice też by chcieli. Odkąd skończyłam studia, przyjęli strategię: dostaniesz jeść i dach nad głową, ale musisz radzić sobie sama. Wszystko, co mam na sobie, kosmetyki i książki kupuję za swoje. Czuję, że zawiodłam rodziców, bo jest im przykro, że się marnuję. Rozumiem ich. Mają swoje lata, chcą odetchnąć, pobyć sami.

Myślę o rodzinie, ale przecież skoro sama nie mogę się utrzymać, to co mówić o dziecku. Koleżankom, które mają dzieci, jest jeszcze trudniej. Mnóstwo pracodawców nie rozumie, że trzeba dziecko odebrać z przedszkola albo posiedzieć z nim, gdy jest chore.

Niech inni też coś mają

Mam też jedno ciche marzenie: założyć prywatne przedszkole. Profesjonalne, z sercem do dzieci. Ale nie mam pieniędzy, aby starać się o dofinansowanie, poza tym trudno ruszyć z biznesem w Białymstoku. Lubię kino i literaturę skandynawską. Uwielbiam czytać. Książki są drogie, ale nie mogę oprzeć się i je kupuję. Jak trochę nazbieram, to niosę je do osiedlowej biblioteki. Niech inni też coś mają.

System kopie w d...

Nie myślę już o umowie o pracę. Chcę się tylko rozwijać. Znam języki, a nigdy nie byłam za granicą. Powoli odkładam na wyjazd do Finlandii. Na jesień. Mam tam znajomych, pomogą.

I wiesz co? Już nie wstydzę się, że jestem bezrobotna. To nie moja wina, tylko chorego systemu, który takich jak ja kopie w d...

Dla młodych Polaków pracy nie ma*

demografia

• 2008: młodych w wieku 20-24 lata: 3,076 mln

• 2009: młodych w wieku 20-24 lata: 2,97 mln

• 2010: młodych w wieku 20-24 lata: 2,9 mln

absolwenci szkół wyższych

• absolwenci szkół wyższych 2007/2008: 420 tys.

• absolwenci szkół wyższych 2008/2009: 440 tys.

nowe miejsca pracy

• styczeń 2007: 237 tys.

• styczeń 2008: 178 tys.

• styczeń 2009: 151 tys.

• styczeń 2010: 182 tys., czerwiec: 132 tys.

młodzi bezrobotni

(czerwiec 2008: bezrobotni do 25 roku życia - 276 tys.;

(czerwiec 2009: bezrobotni do 25 roku życia: 358 tys.

(czerwiec: 2010: bezrobotni do 25 roku życia: 372 tys., grudzień - 428 tys.

*dane GUS

czwartek, 17 lutego 2011

ICAO może zrewidować MAK


Rada ICAO sprawdzi, czy Rosjanie złamali postanowienia aneksu 13 do konwencji chicagowskiej, jeśli strona polska zwróci się z takim wnioskiem

Rada Międzynarodowej Organizacji Lotnictwa Cywilnego (ICAO) może zweryfikować Międzypaństwowy Komitet Lotniczy (MAK) pod kątem zamieszczenia na jego stronie internetowej dokumentacji sekcyjnej gen. Andrzeja Błasika. Takiej możliwości nie przewiduje w ogóle załącznik 13 do konwencji chicagowskiej, według którego miało przebiegać badanie przyczyn katastrofy smoleńskiej.

Analiza sądowo-lekarska z autopsji ciała dowódcy Sił Powietrznych została umieszczona na stronie internetowej rosyjskiej komisji w jednym z załączników do raportu końcowego MAK. Andrzej Błasik określany jest jako "niezidentyfikowany mężczyzna" lub "trup nr 4".
- W raporcie końcowym powinno być ujęte tylko to, co dotyczy okoliczności i przyczyn wypadku - mówi w rozmowie z "Naszym Dziennikiem" prof. Marek Żylicz, ekspert międzynarodowego prawa lotniczego, członek Państwowej Komisji Badania Wypadków Lotniczych. - Kwestia badania zawartości alkoholu niekoniecznie stanowi okoliczność i przyczynę wypadku. W związku z tym niewłaściwe było poruszenie tej sprawy w raporcie - dodaje. Wariantu upublicznienia dokumentacji sekcyjnej nie przewiduje w ogóle załącznik 13 do konwencji chicagowskiej, według którego miało przebiegać badanie przez MAK przyczyn katastrofy smoleńskiej. Jak czytamy w rozdziale 5 aneksu pt. "Badanie", państwo prowadzące badanie wypadku organizuje badania medyczne członków załogi, pasażerów i personelu związanych ze zdarzeniem, ale medyczne lub prywatne informacje, dotyczące osób uczestniczących w wypadku, może udostępnić "tylko w tych przypadkach, kiedy odpowiednie władze danego państwa, odpowiedzialne za wymiar sprawiedliwości, ustanowią, że ich ujawnienie jest ważniejsze niż negatywne skutki, które mogą wyniknąć z takiego działania bezpośrednio dla kraju oraz w skali międzynarodowej, jak również dla danego lub przyszłych badań". Rosjanie złamali ten przepis. Publikacja dokumentacji sekcyjnej gen. Błasika na stronie internetowej rosyjskiej komisji to tylko jeden z przykładów łamania procedur aneksu 13. Konwencja chicagowska, która reguluje zasady międzynarodowego ruchu lotniczego, w załączniku 13 ustanawia zasadę, że państwo-właściciel samolotu ma prawo w przypadku różnic zdań co do treści raportu końcowego wezwać państwo badające katastrofę do uzgodnienia wspólnego stanowiska. Do tego nie doszło. Tych uchybień ze strony MAK jest więcej, jak choćby takie, że polski akredytowany i jego doradcy nie mieli dostępu do wszystkich badań i dokumentacji. Jak zaznacza prof. Żylicz, polski rząd nie może być związany ustaleniami i wnioskami dokumentu sporządzonego przez MAK z naruszeniem aneksu 13. Co zatem może zrobić strona polska? Może, a nawet powinna starać się o uregulowanie niewyjaśnionych kwestii na szczeblu rządowym. Rząd może zabiegać o to, by Rosjanie uzupełnili dokument MAK. Możliwe jest na przykład uzupełnienie raportu przez to, że rząd rosyjski nakaże to MAK. Tak samo rząd Federacji Rosyjskiej może nam dostarczyć pewne dane, ale nie poprzez MAK, co jednak działoby się poza przepisami konwencji chicagowskiej. Jeżeli uzgodnienia nie będą możliwe w drodze rozmów międzyrządowych, możemy zwrócić się do ICAO, ale jedynie w zakresie prawidłowości zastosowania przez komisję rosyjską procedur określonych w konwencji chicagowskiej. - Jeżeli zwrócimy się i zapytamy Radę ICAO, czy słusznie Rosjanie interpretują aneks 13, to rada nie będzie mogła odmówić zajęcia się tą sprawą - tłumaczy prof. Żylicz.

To zależy od rządu

Pod koniec stycznia Stowarzyszenie Rodzin Katyń 2010 zwróciło się z prośbą o interwencję rządu polskiego u odpowiednich władz Federacji Rosyjskiej w sprawie zamieszczonej na stronach internetowych MAK ekspertyzy sądowo-lekarskiej gen. Andrzeja Błasika. "Pragniemy zwrócić uwagę, że poza aspektami etyczno-moralnymi publikacja ta stanowi naruszenie tajemnicy lekarskiej i ochrony dóbr osobistych według prawa polskiego i Unii Europejskiej. Publikowanie dokumentów medycznych bez zgody osoby, której dotyczą, lub jej spadkobierców, tak jak w przypadku gen. Błasika, jest karygodne w prawodawstwie każdego kraju. Mimo że MAK jest instytucją rosyjską, publikacja dotyczy polskiego obywatela i jego rodziny mieszkającej na terenie Rzeczypospolitej Polskiej, której praw i dóbr państwo polskie zobowiązane jest bronić" - czytamy w liście otwartym Stowarzyszenia skierowanym do Donalda Tuska. Na odpowiedź kancelaria premiera ma sześć tygodni. - Oczekuję pozytywnej odpowiedzi rządu i spodziewam się też jego działań zakończonych pozytywnym efektem. Podanie do publicznej wiadomości protokołu sekcji medycznej jest tak karygodnym i tak bezdyskusyjnym złamaniem obowiązującego prawa, że chyba inaczej trudno do tego podejść - mówi w rozmowie z "Naszym Dziennikiem" Zuzanna Kurtyka, wdowa po Januszu Kurtyce, prezesie Instytutu Pamięci Narodowej. Według Bartosza Kownackiego, pełnomocnika Ewy Błasik oraz pięciu innych rodzin ofiar, informacje, "których często nie mają sił ani odwagi czytać rodziny zmarłych", nie powinny być znane nikomu poza wąską grupą specjalistów zajmujących się badaniem sprawy. - Nie było i nie ma podstaw faktycznych ani prawnych, aby ujawnić te dokumenty. Państwo polskie powinno robić wszystko, by chronić rodziny ofiar przed ich upublicznieniem - uważa adwokat. Jak zauważa, publikacja tych dokumentów to naruszenie kodeksu karnego, a konkretnie artykułu 231 traktującego o naruszeniu uprawnień przez funkcjonariusza publicznego interesu publicznego lub prywatnego. Co może w tej konkretnej sytuacji zrobić rodzina gen. Błasika? Jak tłumaczy prof. Żylicz, pełnomocnicy rodzin mogą występować do polskiego rządu ze swoimi uwagami, wskazując na konkretne naruszenie przez Rosjan załącznika 13 konwencji z 1944 roku. Nie mogą jednak w tej sprawie wystąpić bezpośrednio do ICAO. Takiej procedury odwołań ze strony rodzin ofiar nie przewiduje załącznik 13 konwencji z Chicago.

Nie uznajemy raportu

Zdaniem dr. hab. Karola Karskiego, posła PiS, specjalisty z zakresu prawa międzynarodowego, ICAO nie będzie się angażowała w działania MAK związane z katastrofą smoleńską, gdyż jest to poza jej kompetencjami. - ICAO to organizacja międzynarodowa lotnictwa cywilnego, która już stwierdziła, że katastrofa z 10 kwietnia była katastrofą państwowego statku powietrznego. Poza tym trzeba też pamiętać o tym, że stałym członkiem ICAO jest Rosja, a ona już zadba o to, by takie stanowisko tej instytucji zostało utrzymane - zauważa Karski. Jak jednak zaznacza prof. Żylicz, ICAO rzeczywiście "z zasady" nie zajmuje się sprawami samolotów państwowych. Ale niezależnie od tego, na mocy konwencji, której stroną jest i Polska, i Rosja, Rada ICAO jest zobowiązana rozpatrzyć każdą sprawę dotyczącą interpretacji konwencji i jej aneksów. Kontrolę przeprowadza grupa ekspertów z USOAP (ang. Universal Safety Oversight Audit Program), organu ICAO. Gremium to bada wszystkie aspekty dotyczące bezpieczeństwa żeglugi powietrznej, a więc: kwestie legislacji, organizacji kontroli ruchu i urządzenia lotnisk, a także organizację badania wypadków. Profesor Żylicz twierdzi, że końcowym efektem takiej kontroli jest zawsze postawienie konkretnych wniosków. Mogą one zawierać aprobatę lub też wskazania co do zastosowania korekty działań danej instytucji. Prawo to dotyczy Międzypaństwowego Komitetu Lotniczego, który jest instytucją uznawaną przez ICAO. Eksperci podkreślają, że jeśli chodzi o możliwość zastosowania procedur odwoławczych, to nie można byłoby ich stosować w zakresie rezultatów badania katastrofy smoleńskiej, a jedynie w zakresie prawidłowości zastosowania procedur określonych w konwencji chicagowskiej. Do ICAO można by się więc odwołać tylko w tej kwestii, czy MAK nie naruszył konkretnych przepisów załącznika 13 zastosowanych do procedowania tego wypadku. ICAO nie może jednak podważyć treści samego raportu, tylko stwierdzić, że MAK naruszył kolejne procedury tego załącznika. Nie mogłaby więc weryfikować tego dokumentu merytorycznie ani wydać raportu zastępczego. ICAO nie może też nałożyć na rosyjską komisję żadnej kary grzywny czy też zakazać jej działania. Jak zaznacza prof. Żylicz, ICAO ze względu na uwagi strony polskiej może jednak zrewidować swoją ocenę MAK, posługując się własnymi wewnętrznymi przepisami, ustalanymi przez USOAP. W ocenie eksperta, gdyby ICAO orzekła, że nastąpiło złamanie konkretnych zapisów konwencji, MAK mógłby utracić opinię instytucji bezstronnej, co miałoby ujemny wpływ na reputację i przyszłe działanie komisji rosyjskiej. To oczywiście pociągnęłoby za sobą skutki finansowe. ICAO może też dokonać oceny kwalifikacji MAK jako instytucji powoływanej do badania wypadków lotniczych. Według prof. Żylicza, ICAO nie musi uzależniać swojego stanowiska od tego, czy MAK raport przysłał, czy też nie. - Raport został upubliczniony, wnioski ogłoszone przez Anodinę doszły do światowych mediów. To nam daje podstawę do reagowania na jego tezy - tłumaczy ekspert. - Jeżeli MAK chce zastosować się do aneksu 13, to powinien przekazać raport do ICAO - tłumaczy Żylicz. Jeśli to jednak nie nastąpi, ICAO nie ma możliwości wprowadzenia żadnych sankcji wobec MAK, może to jedynie odnotować. - My nie uznajemy tego raportu. Możemy zareagować na to, co Rosjanie już zrobili, że naruszyli aneks 13, który mieli zastosować zgodnie z porozumieniem z Polską. Raport przygotowali nierzetelnie, stronniczo i podali to do publicznej wiadomości. To daje podstawy do naszej reakcji, jeśli to nie pomoże, nasz rząd może zwrócić się do ICAO. Nie obligują go tu żadne ramy czasowe - ocenia Żylicz. Jaka będzie decyzja rządu Donalda Tuska w tej sprawie? Z pytaniem zwróciliśmy się do Kancelarii Prezesa Rady Ministrów - czekamy na odpowiedź.
Anna Ambroziak


poniedziałek, 7 lutego 2011

Spotkanie Trójkąta Weimarskiego i Rosji? "Francja chętnie weźmie w nim udział"

mar
2011-02-07, ostatnia aktualizacja 13 minut temu
Angela Merkel i Bronisław Komorowski przed Pałacem Wilanowskim
Angela Merkel i Bronisław Komorowski przed Pałacem Wilanowskim
Fot. Sławomir Kamiński / Agencja Gazeta

Spotkanie przywódców Trójkąta Weimarskiego i Rosji? Takiej możliwości nie odrzucają zarówno Bronisław Komorowski, jak i Nicolas Sarkozy. - Jeśli do takiego spotkania miało by dojść, Francja chętnie weźmie w nim udział - powiedział Sarkozy po rozmowach podczas szczytu Trójkąta Weimarskiego, który trwa w Warszawie. Prezydent Francji wyraził uznanie wobec Bronisława Komorowskiego za jego podejście do Rosji.

Prezydent Bronisław Komorowski i minister spraw zagranicznych Radosław Sikorski czekający na gości
Fot. Sławomir Kamiński / Agencja Gazeta
Prezydent Bronisław Komorowski i minister spraw zagranicznych Radosław Sikorski...
Angela Merkel, Nicolas Sarkozy i Bronisław Komorowski przed Pałacem Wilanowskim
Fot. Sławomir Kamiński / Agencja Gazeta
Angela Merkel, Nicolas Sarkozy i Bronisław Komorowski przed Pałacem Wilanowskim


Angela Merkel, Nicolas Sarkozy i Bronisław Komorowski rozmawiali dziś w Pałacu Wilanowskim o możliwości rozwoju dalszej współpracy w ramach Trójkąta, omówili również m.in. wspólną politykę bezpieczeństwa i obrony. - Polska konsekwentnie opowiada się za pogłębieniem tej polityki - mówił na wspólnej konferencji prasowej podsumowującej rozmowy Bronisław Komorowski.

Jak podkreślił, podczas rozmów przedstawił też główne cele naszej prezydencji w UE. Merkel zapewniła podczas konferencji, że Niemcy będą wspierać Polskę i jej priorytety podczas jej przewodnictwa, w tym ważny dla naszego MSZ projekt Partnerstwa Wschodniego.

Sarkozy: Cenię Komorowskiego za jego podejście do Rosji

- Przyjemnie jest być na tym szczycie. Bardzo cieszę się, że Polska, którą zawsze uznawałem za jeden z wielkich krajów europejskich chce odgrywać większą rolę w sprawach europejskich, zwłaszcza na polu integracji. Cieszę się, że mamy wspólne poglądy w wielu sprawach, m.in. ws. obronności - mówił prezydent Sarkozy po rozmowach w ramach Trójkąta Weimarskiego - powiedział Nicolas Sarkozy podczas konferencji.

- Cieszę się, że prezydent Komorowski chce doprowadzić do pogłębienia współpracy między Polską a Rosją. To zgodnie z tym, o czym rozmawialiśmy z panią kanclerz Merkel - dodał.

Na pytanie, czy byłoby możliwe spotkanie przywódców Trójkąta z przedstawicielem Rosji, prezydent Komorowski odpowiedział, że nie widzi przeszkód.

- Podejście pana prezydenta do Rosji jest bardzo odważne. Podobnie jak wszelkie inne działania, które mają pokazać, że zimna wojna się skończyła. Jeśli do takiego spotkania miało by dojść, Francja chętnie weźmie w nim udział - dodał Sarkozy.

Szkolenia dyplomatów, wymiana młodzieży, współpraca TVP z Arte

Komorowski poinformował też, że podczas rozmów padły deklaracje współpracy na polu kultury i nauki. - Jest zgoda na pogłębienie współpracy w obszarze polityki społecznej, wspieranie wymiany młodzieży - mówił. Jak dodał, rozmowa dotyczyła także współdziałania w zakresie szkolenia dyplomatów, co - argumentował Komorowski - "jest istotne w procesie ujednolicania standardów i wiedzy".

- Mówiliśmy też o możliwości pogłębienia współpracy w ramach instytutów naukowych, które były instytutami niemiecko-francuskimi. Chcielibyśmy, by to objęło także polskie zaangażowanie - podkreślił polski prezydent.

Rozmowa przywódców Polski, Francji i Niemiec dotyczyła też perspektywy współpracy telewizji. - Była umowa o współdziałaniu telewizji Arte z TVP. Będziemy dążyli do odbudowania tej współpracy, ważnej dla kształtowania wizerunku naszych krajów - dodał Komorowski, a Sarkozy poparł ten plan.

- Trójkąt Weimarski może mieć jeszcze większe znaczenie, jeśli chodzi o społeczeństwo obywatelskie - zgodziła się kanclerz Merkel.

Szczyt Trójkąta Weimarskiego w Warszawie

Merkel przyjechała do pałacu punktualnie w południe. Parę minut później pojawił się Sarkozy. Powitanie rozpoczęło się od odegrania hymnów Francji, Niemiec i Polski. Tuż po tym rozpoczęły się rozmowy trójstronne w pałacu.

To pierwszy szczyt Trójkąta po ponad czteroletniej przerwie. Poprzednie spotkanie przywódców państw Trójkąta odbyło się w Niemczech w 2006 roku. W 2008 roku prezydent Lech Kaczyński odwołał swoją obecność na szczycie. Nasz prezydent przez spotkaniem podkreślał, że liczy na wznowienie i zacieśnienie współpracy, eksperci widzą słabe szanse. Wskazują, że formuła Trójkąta wyczerpała się, a jego uczestnicy mówią różnymi głosami np. ws. Rosji

Rosati: Musimy wykorzystać szczyty Trójkąta

- Spotkania Trójkąta Weimarskiego stwarzają platformę, gdzie możemy przedstawić nasz pogląd, spróbować przekonać partnerów do naszego sposobu patrzenia na sprawy związane ze stosunkami z Rosją. Nie może być tak, że w momencie, kiedy my przedstawimy nasze stanowisko, poinformujemy o naszych obawach, to później tego typu spotkanie nie ma żadnego znaczenia na dalsze decyzje Francji czy Niemiec w stosunkach dwustronnych z Rosją - mówił z kolei Dariusz Rosati w Poranku Radia TOK FM.