czwartek, 5 lipca 2012

Narodowemu Centrum Badań Jądrowych grozi upadłość? "Skandal na skalę światową"


Paweł Chełchowski
04.07.2012 , aktualizacja: 04.07.2012 11:56
A A A Drukuj
Wejście do reaktora atomowego w ŚwierkuFot. Albert Zawada / AGWejście do reaktora atomowego w Świerku
Świetnie prosperujące Narodowe Centrum Badań Jądrowych może ogłosić upadłość. Bierze udział w prestiżowych, międzynarodowych projektach, produkuje specjalistyczne urządzenia diagnostyczne i radiofarmaceutyki na światową skalę, a nie ma pieniędzy na wypłaty dla pracowników. - Jesteśmy w paradoksalnej sytuacji: możemy umrzeć z głodu, leżąc na pieniądzach - alarmuje dyrektor NCBJ.
Centrum Badań Jądrowych powstało w zeszłym roku na mocy rozporządzenia Rady Ministrów, z połączenia Instytutu Energii Atomowej i Instytutu Problemów Jądrowych. W należącym do Centrum ośrodku w Świerku jest jedyny w Polsce reaktor jądrowy - "Maria". Prowadzi dziesiątki projektów badawczych, w tym międzynarodowych (np. projektuje część XEFL -największego lasera świata powstającego w Hamburgu), współpracuje z CERN przy projekcie Wielkiego Zderzacza Hadronów. Jednak dostaliśmy od pracowników Centrum informacje, że ośrodkowi grozi upadłość. Spotkaliśmy się w tej sprawie z dyrektorem Centrum.

Czy NCBJ rzeczywiście może upaść?

- Dostaliśmy dwie istotne decyzje Ministerstwa Nauki. Jedna przyznaje nam 12 mln zł na "specjalne urządzenie badawcze" - reaktor "Maria" wraz z infrastrukturą. Druga decyzja to odmowa zwiększenia dotacji "statutowej" - na 2012 rok dostaliśmy 13,6 mln zł, czyli na głowę badacza dwukrotnie mniej niż w innych instytutach badawczych i trzykrotnie mniej niż w instytutach PAN. To stawia NCBJ w kuriozalnej sytuacji: Po raz pierwszy od wielu lat mamy duże środki na infrastrukturę, na urządzenie badawcze, ale nie dostaliśmy pieniędzy na obsługujących je pracowników - mówi prof. Grzegorz Wrochna, dyrektor Narodowego Centrum Badań Jądrowych. - Mamy dużą sumę, której nie możemy wykorzystać na pensje. Na wynagrodzenia co miesiąc brakuje. Idziemy coraz głębiej pod wodę. A ustawa mówi, że jednostka, która nie wykonuje swoich zobowiązań pieniężnych (np. wypłaty wynagrodzeń), powinna ogłosić upadłość.

Centrum działa na skalę międzynarodową

Prof. Grzegorz Wrochna, szef Centrum, wylicza, skąd jego placówka ma pieniądze: - Środków mamy dużo. Dotację z Ministerstwa Nauki na "specjalne urządzenie badawcze", dotację na restrukturyzację, pieniądze z projektów unijnych, które zdobyliśmy, a także z międzynarodowych projektów badawczych, gdzie budujemy istotne elementy aparatury.

- Kontrakt na budowę elementów akceleratora w CERN, wstrzykującego protony do akceleratora LHC, to milion euro. Takich kontraktów mamy więcej, a więc środków finansowych nie brakuje - wyjaśnia dyrektor.

Kolejne źródło dochodu Centrum to radiofarmaceutyki. Reaktor jądrowy i ośrodek radioizotopów produkują radiofarmaceutyki ratujące życie setkom tysięcy pacjentów.

- Jakieś trzy-cztery lata temu zdarzyło się tak, że reaktor w Petten w Holandii był w remoncie, a reaktor w Kanadzie po prostu się zepsuł. Zrobił się gigantyczny kryzys. Reaktorów produkujących radiofarmaceutyki jest na świecie tylko kilka. Organizacje międzynarodowe typu OECD, Międzynarodowa Agencja Energii Atomowej czy Komisja Europejska tworzyły specjalne grupy antykryzysowe debatujące, jak temu problemowi zaradzić. Wtedy właśnie w ten rynek wszedł nasz reaktor "Maria". Uratowaliśmy sytuację nie tylko w skali polskiej czy europejskiej, ale naprawdę globalnej - podkreśla dyrektor Wrochna.

- Produkujemy też akceleratory do radioterapii nowotworów i diagnostyki przemysłowej oraz urządzenia do wykrywania materiałów niebezpiecznych. Rozwijamy nowe modele tych urządzeń - mówi.

Centrum ma pieniądze, ale nie na pensje dla wybitnych naukowców

Centrum zatrudnia prawie 1100 osób. - Rada, którą często słyszę - mówi dyr. Wrochna - to redukcja personelu. Ale gdzie są te nadwyżki kadrowe? Ok. 300 osób pracuje nad przynoszącymi zyski projektami komercyjnymi. Redukcja w tym obszarze zmniejszyłaby przychody, a więc jeszcze pogorszyła sytuację. Kolejne 400 etatów to pracownicy administracyjni, techniczni i służb bezpieczeństwa. Ośrodek z reaktorem jądrowym wymaga całodobowych dyżurów służb ochrony fizycznej, bezpieczeństwa jądrowego i ochrony radiologicznej, służb ewakuacyjnych, przeciwpożarowych, technicznych itp. Jak dotąd, wszystkie kontrole wykazywały, że obsada służb jest na minimalnym poziomie gwarantującym bezpieczeństwo i sugerowały jej zwiększenie w dalszej perspektywie. Pozostaje wreszcie ok. 400 pracowników bezpośrednio zaangażowanych w badania. Spośród nich mniej więcej 150 osób zajmuje się projektami finansowanymi z funduszy unijnych. Pozostaje ok. 250 osób, które teoretycznie można by zwolnić. Tyle że to najważniejsi dla Centrumpracownicy naukowi.

- Ich prace to jest to, co daje nam bardzo wysoką pozycję na świecie i w kraju. Wśród nich są ci, którzy przyczynili się do największego odkrycia ostatnich lat ogłoszonego właśnie w tych dniach: znalezienia cząstki Higgsa - mówi prof. Wrochna.

Problem polega na tym, że pensje tych właśnie naukowców, realizujących cele statutowe i pracujących czysto badawczo, mogą zostać wypłacone jedynie z dotacji ministerstwa. Przepisy mówią, że dyrekcja nie ma swobody w korzystaniu ze swoich środków.

- Gdybyśmy musieli ich zwolnić, instytut przyjąłby osobliwy kształt - zarabialibyśmy pieniądze, mielibyśmy doskonały personel techniczny, ale zero naukowców. Nie realizowalibyśmy naszej podstawowej działalności - stwierdza szef NCBJ.

Mamy spór z ministerstwem, jak wyliczać dotację

Rada Ministrów zadecydowała w sierpniu 2011 r. o utworzeniu NCBJ poprzez połączenie dwóch mniejszych instytutów m.in. po to, my mógł skutecznie współpracować i rywalizować z silnymi ośrodkami w innych krajach.

- Dlatego obcięcie dotacji przez Ministerstwo Nauki zaledwie w kilka miesięcy później było takim zaskoczeniem - wyjaśnia prof. Wrochna. Dodaje, że stawka dotacji została przez Ministerstwo Nauki formalnie obcięta o 20 procent w stosunku do sumy dotacji łączonych instytutów z zeszłego roku. - To zły punkt odniesienia, nie ma przepisu, który pozwalałby na taką operację.

Według NCBJ stawka dotacji powinna być liczona inaczej.

- Zgodnie z rozporządzeniem ministra w przypadku utworzenia nowego instytutu należy liczbę pracowników zaangażowanych w badania pomnożyć przez średnią dotację per capita w podobnych instytutach. Dałoby to wynik dwukrotnie większy od przyznanej nam kwoty. Problem w tym, że prawnicy ministerstwa widzą to inaczej - stwierdza prof. Wrochna.

- Nie mamy do czynienia ze złą wolą, to nie jest tak, że Ministerstwo Nauki chce nam zrobić krzywdę. Przyznało nam przecież inne dotacje, co - mając świadomość ograniczonych środków - należy szczególnie docenić. Nie daje nam dotacji na działalność statutową w takiej wysokości, w jakiej oczekujemy, bo prawnicy uważają, że nie może. To spór o interpretację niejasnych przepisów prawa - mówi dyrektor NCBJ.

Nikt w to nie wierzy, ale zgodnie z prawem muszę ogłosić upadłość

Jednak konsekwencje tego sporu mogą być dramatyczne. - Ustawa o instytutach badawczych odsyła do prawa upadłościowego i naprawczego. A to jednoznacznie stwierdza, że niewykonywanie zobowiązań pieniężnych skutkuje ogłoszeniem upadłości - tłumaczy swoje stanowisko dyrektor Wrochna. - Nikt jednak nie wierzy, że taki duży instytut może upaść. To tak jak w Stanach Zjednoczonych długo nikt nie wierzył, że duży bank może upaść.

Dyrektor Centrum zwrócił się do Ministerstwa Gospodarki jako organu nadzorującego z prośbą o interwencję do ministra nauki bądź o znalezienie innego rozwiązania. Ma nadzieję, że do spotkania z ministrem gospodarki dojdzie w najbliższych dniach.

Konsekwencje bankructwa? "Skandal na skalę światową"

- Mamy zobowiązania międzynarodowe. W imieniu własnym i państwa polskiego realizujemy wiele projektów o skali miliardów euro. Nasze w nich zaangażowanie to kilka procent, ale wkład, który wnosimy - w postaci aparatury - jest kluczowy dla realizacji całości. Jeśli nie dostarczymy tej aparatury na czas, to całe urządzenie za miliard euro nie będzie na czas skończone i cała Europa będzie na tym cierpiała - stwierdza profesor. Jako przykład podaje projekt XFEL w Hamburgu. - To laser mający 3,5 kilometra długości, w którego tworzeniu mamy duży wkład. Jest realizowany na podstawie konwencji międzynarodowej, ratyfikowanej przez parlament. Jej zerwanie byłoby skandalem na skalę międzynarodową - mówi profesor.

Problemem byłoby też wygaszenie reaktora jądrowego "Maria". - Jądra atomowe nie podporządkują się żadnemu rozporządzeniu i będą się dalej rozpadały. Reaktor musi stygnąć kilkanaście do kilkudziesięciu lat - stwierdza. Równocześnie reaktor nie przynosiłby dochodów. - Paradoksalnie zamknięcie reaktora jest dużo bardziej kosztowne niż jego utrzymanie - wyjaśnia. Ważniejsze jest jednak to, że setki tysięcy pacjentów zostałyby pozbawione środków medycznych produkowanych przez NCBJ.

- Jestem przekonany, że rozwiązanie zostanie znalezione, bo przecież nie jest to kwestia braku pieniędzy o skali istotnej dla państwa. Problemem nie jest brak środków, tylko regulacje prawne, które nie pozwalają dostępnych środków optymalnie wykorzystać. Aby jednak wyjść z tych kleszczy prawnych, konieczne jest działanie na poziomie rządu - podsumowuje dyrektor NCBJ.

Ministerstwa przerzucają się odpowiedzialnością

W sprawie sytuacji NCBJ skontaktowaliśmy się zarówno z Ministerstwem Nauki, jak i Ministerstwem Gospodarki.

- Pragniemy zwrócić uwagę, że organem nadzorującym Narodowe Centrum Badań Jądrowych jest Ministerstwo Gospodarki, które wraz z Państwową Agencją Atomistyki powinno mieć szerszą wiedzę dotyczącą funkcjonowania Centrum - informuje biuro prasowe Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego. - Minister właściwy do spraw nauki przyznaje dotacje na utrzymanie potencjału badawczego i nie ma możliwości odpowiadać za kondycję finansową całej jednostki.

Z kolei Ministerstwo Gospodarki stwierdza, że "obecne trudności z zapewnieniem finansowania nawynagrodzenia w NCBJ wynikają z decyzji podjętych w Ministerstwie Nauki i Szkolnictwa Wyższego w odniesieniu do finansowania podstawowej infrastruktury badawczej". Dodaje w przesłanej nam odpowiedzi, że finansowanie pozostające w kompetencji ministra gospodarki przeznaczane jest na poprawę stanu bezpieczeństwa i zadania edukacyjne w zakresie energetyki jądrowej. - Dodatkowe możliwości rozwoju współpracy NCBJ z Ministerstwem Gospodarki pojawią się po przyjęciu polskiego programu energetyki jądrowej przez Radę Ministrów, co planowane jest na IV kwartał tego roku - informuje Piotr Żbikowski, główny specjalista departamentu energii jądrowej w ministerstwie. I dodaje lakonicznie, że w sprawie problemów finansowych Centrum "prowadzone są prace" m.in. w porozumieniu z Państwową Agencją Atomistyki oraz Ministerstwem Nauki. 

niedziela, 1 lipca 2012

Tadeusz Bartoś: celibat jest nieludzki

Jeśli ktoś wychował dzieci, ma jedną żonę, potrafi utrzymać siebie i rodzinę – to możemy z dużym prawdopodobieństwem przypuszczać, że jest w miarę poukładanym człowiekiem. I właśnie tacy ludzie powinni pełnić funkcje w Kościele – twierdzi prof. Tadeusz Bartoś, filozof i teolog, były dominikanin, w rozmowie z Tomaszem Stawiszyńskim.

NEWSWEEK: Ostatnio pojawiły się w mediach doniesienia, jakoby papież przygotowywał jakiś tajny projekt likwidacji celibatu. Jednak środowiska kościelne natychmiast wypuściły bardzo wyraziste dementi. Dlaczego Kościół tak wytrwale broni celibatu?
PROF. TADEUSZ BARTOŚ: W Kościele idea celibatu stała się podstawą wizji duchownego jako istoty niemal anielskiej. Przynajmniej od XVI wieku jest on postrzegany jako byt wyższego rzędu, uświęca się jego wizerunek. Celibat jest istotnym elementem tego obrazu. Seksualność w tym kontekście oznacza coś niższego, ustępstwo, słabość. Herosi duchowi żyją w celibacie. Ale to szkodliwa fikcja antropologiczna. Wielu teologów, choćby Hans Küng, o tym pisze, jednak ich głos pozostaje niewysłuchany. Celibat sprawia, że człowiek w wymiarze emocjonalno-seksualnym przestaje się rozwijać. U celibatariuszy seksualność pozostaje nierzadko na poziomie nastolatka, bo nie ma możliwości wyrażania się w osobowej więzi z drugim człowiekiem. Więzi, która dojrzewa w bliskości, czułości, intymności, zaufaniu. Tego wszystkiego celibatariusze są pozbawieni. Bezżeństwo jest więc wychowaniem do niedojrzałości emocjonalnej. A to sprzyja zachowaniom patologicznym wobec nieletnich, gdzie zaspokaja się potrzeby seksualne bez jakiegokolwiek osobowego kontaktu.

>>>Historia celibatu - od św. Pawła do dziś

Newsweek: No właśnie. Wspomniany przez pana Hans Küng, wybitny teolog, ksiądz katolicki i jeden z architektów soboru watykańskiego II – od ponad 30 lat objęty przez Kościół zakazem nauczania – twierdzi, że między ujawnionymi w ostatnich latach przypadkami molestowania nieletnichw Kościele a instytucją celibatu istnieje bezpośredni związek przyczynowo-skutkowy.
Tadeusz Bartoś: Problem jest złożony. Duchowni tworzą hermetyczną grupę, a celibat jest jednym z istotnych elementów oddzielających ich od świata. Jeśli księża mieliby rodziny, niemożliwe byłoby takie skoszarowanie ich egzystencji jak dziś. Zasadnicze środowisko duchownego to inni duchowni, stąd silne powiązania lojalnościowe. Dochodzi do tego jednowładztwo w Kościele – brak nowoczesnego trójpodziału władz i ich równoważenia się. To prowadzi do despotyzmu, zachowań dworskich, oligarchizacji. Zamknięcie i scentralizowanie władzy powoduje między innymi, że pedofilia w Kościele była, jest i będzie ukrywana. Niektóre sprawy dziś są ujawniane, inne przypadki jednak dalej są ukrywane przez świeckich, księży i biskupów. Zmowa milczenia nie została przerwana. Zwłaszcza w Polsce. I będzie tak dalej, dopóki nie zmieni się struktura funkcjonowania Kościoła. Wewnętrzna kościelna kontrola musi być niezależna od biskupa na poziomie diecezji. Kontroler zależny od swego przełożonego to fikcja. Potrzebny jest trójpodział władzy. Zauważmy, że ujawnienie tych spraw dokonuje się z inicjatywy ofiar, a nie Kościoła. Żal i przeprosiny są poniewczasie, wymuszone przez opinię publiczną i sądy. Brzmią niewiarygodnie. Proceder ukrywania przestępstw seksualnych trwa, bo zawsze jest nadzieja, że da się rzecz zamieść pod dywan.

Newsweek: Wielu obrońców celibatu przekonuje jednak, że – to cytat z dominikanina, ojca Wojciecha Giertycha – „jeśli człowiek wybiera kapłaństwo ze względu na Boga, to szybko staje się człowiekiem o zintegrowanej osobowości i wtedy rezygnacja z życia seksualnego nie niesie ze sobą represji ani zahamowań”.
Tadeusz Bartoś: To iluzja teologiczna. Tak zwany supernaturalizm, zapomnienie o prawach ludzkiej natury. Wybierający kapłaństwo ze względu na Boga bynajmniej nie staje się automatycznie człowiekiem o zintegrowanej osobowości. Słyszy natomiast od swoich przełożonych, choćby od o. Giertycha, że się staje dzięki łasce. Wprowadzony zostaje w świat iluzji, trwale umacniającej niedojrzałość. Łaska nie niweluje praw dojrzewania ludzkiej emocjonalności. Dojrzałych relacji, trwałych więzi, bliskości i intymności kleryk nie nauczy się podczas czuwania w kaplicy, tak jak nie dokona wyboru kapłaństwa wielokrotnym ponawianiem Aktu strzelistego. A to mu proponuje wychowanie seminaryjne, izolując od świata i wdrukowując w światopogląd iluzję wzniosłości i świętość dozgonnego celibatu. Sugeruje się przy tym klerykom wyższą pozycję ontologiczną, poznawczą i społeczną duchownych, co nieuchronnie prowadzi do arogancji.

Newsweek: Pachnie to trochę myśleniem magicznym.
Tadeusz Bartoś: Jest to wariant herezji doketystycznej, w której katolicyzm jest pogrążony od wieków – przekonanie, że łaska boża ma nieograniczoną moc, a natura ludzka zawiesza swe prawa pod jej wpływem. Sakralizacja duchownych powoduje, że tkwią oni w przekonaniu o automatycznym, magicznym działaniu święceń kapłańskich. Tymczasem przekazy ewangeliczne w tej sprawie wykazują się podejściem zdroworozsądkowym. W Nowym Testamencie jest napisane, że biskup ma być mężem jednej żony, a więc człowiekiem dobrze się prowadzącym, a nie rozpustnikiem, że ma wychować dzieci. To są prawdziwe wyznaczniki psychologicznej oraz duchowej dojrzałości: życiowa weryfikacja, a nie świadectwo ukończenia seminarium, w którym często niedojrzały przełożony stwierdza dojrzałość kandydata. Świat duchownych tkwi w błędnym kole: niedojrzali emocjonalnie i osobowościowo księża dopuszczają do święceń niedojrzałych kleryków. Weźmy przykład biskupa Paetza, oskarżonego o nadużycia właśnie wobec kleryków, otoczonego w polskim świecie duchownym parasolem ochronnym. Widziałem wielu wychowawców kleryków, którzy byli ludźmi z poważnymi zaburzeniami emocjonalnymi i osobowościowymi. Jeśli natomiast ktoś wychował dzieci, ma jedną żonę, funkcjonuje normalnie w społeczeństwie dorosłych od kilkudziesięciu lat, potrafi utrzymać siebie i rodzinę – to możemy z dużym prawdopodobieństwem przypuszczać, że jest w miarę poukładanym człowiekiem. I właśnie tacy ludzie powinni pełnić funkcje w Kościele. To jest najstarsza tradycja chrześcijańska. Przemawia za nią zdrowy rozsądek.


Newsweek: Czy właśnie z powodu pańskiego poglądu na celibat zdecydował się pan trzy lata temu opuścić zakon dominikanów?
Tadeusz Bartoś: Czynników było wiele, nie powiem, żeby celibat akurat mi służył. Mało komu wychodzi on na dobre. Moje decyzje podyktowane były także dojrzewaniem refleksji nad funkcjonowaniem świata kościelnego, który uważam w obecnym stanie za głęboko nieludzki, zniewalający, sprzeczny z fundamentami ewangelii. Brak reform w katolicyzmie doprowadził do sytuacji nieznośnej, seminaria są nierzadko miejscami demoralizacji, króluje arbitralność, służalczość, a zdrowego rozsądku jest jak na lekarstwo. To rezultat wielowiekowych zaniedbań w imię zachowania powstałego w nowożytności obrazu duchownego.

Newsweek: Ale celibat jako pewna składowa życia duchowego istnieje we wszystkich praktycznie tradycjach religijnych. Tyle że nie jest obligatoryjny dla wszystkich kapłanów, a jedynie dla ascetów, mnichów czy joginów, którzy podejmują dobrowolną decyzję wyrzeczenia się życia seksualnego w imię duchowości.
Tadeusz Bartoś: Nie powinno być tak, że coś, co jest charyzmatem, przedmiotem wolnego wyboru (mówiąc teologicznie) albo brakiem predyspozycji lub chęci założenia rodziny (mówiąc socjologicznie), staje się obligatoryjnym zobowiązaniem wieczystym, prawnym warunkiem święceń kapłańskich. To jest nierozsądne. Jest wielu, którzy chcą być księżmi, ale nie chcą celibatu. Dlaczego nie wysłuchać ich głosu? Problemem jest ostateczność przysięgi celibatu. Ludzie dojrzewają, zmienia się ich sposób widzenia świata. Nie ma powodu, by taką zmianę, niekiedy pozytywną, piętnować, nazywać zdradą. Wolny wybór życia w samotności, w celibacie ma swój urok. Mnisi buddyjscy idą do klasztoru, ale mogą też z niego zrezygnować, nie narażając się na społeczne i religijne potępienie. Brak tego w katolicyzmie sprawia, że na przykład w Polsce ponad 50 proc. duchownych chciałoby zawrzeć związki małżeńskie, a nie mogą. To jest nieludzkie. Zamiast wolności mamy tkwienie w nieakceptowanej sytuacji z piętnem zdrady na karku. To sado-maso do kwadratu.

Newsweek: No dobrze, ale nikt przecież nikogo na siłę do seminariów duchownych nie ciągnie. Ludzie nie trafiają tam z ulicznej łapanki. Wiedzą, że zostając księżmi, przyjmują określony styl życia – wraz ze wszystkimi ograniczeniami i warunkami, jakie są przez Kościół wymagane. Skoro więc zgadzają się przyjąć celibat, to trudno, muszą się podporządkować.
Tadeusz Bartoś: Tylko, że „łowienie dusz”, które w Kościele się odbywa – między innymi w duszpasterstwach powołań skierowanych do ludzi rozważających wstąpienie do seminariów – nie polega na klarownym i otwartym przedstawianiu wszystkich za i przeciw. Wykłada się „za”, przemilcza lub bagatelizuje „przeciw”. Duchowni mówią kandydatowi: „Umowa, którą ci proponujemy, jest dobra. Jest wykonalna. Wstępując na tę drogę, idziesz ścieżką doskonalszą niż małżeństwo. Będziesz bliżej Boga, lepiej będziesz Mu służył itd. Choć oczywiście małżeństwo też jest dobre”. 19-, 20-letni kleryk wierzy w to, bo ma zaufanie. Zostaje ono nadużyte. Nie mówi się mu bowiem, że celibat zachowuje tylko jakaś część duchownych, że w diecezji jest tajemnicą poliszynela, kto z jaką gospodynią związany jest trwałym związkiem. Nie wyjaśnia, dlaczego tak się dzieje. Klerycy nie spotkają w seminarium księży, którzy byliby dla nich „zgorszeniem”. Są izolowani i dezinformowani. Nie znają współczesnej teologii katolickiej, bo jest niebezpieczna. Nie wyjaśnia się młodemu człowiekowi, że ostateczna, dozgonna i nieodwołalna rezygnacja z decydowania o swoim życiu (co się będzie robić, gdzie mieszkać itd.) jest faktycznie wyzbyciem się niezbywalnych praw ludzkich, zapisanych w Powszechnej deklaracji praw człowieka (idei nowej w naszej kulturze, znacznie młodszej niż prawo kanoniczne).

Prof. Tadeusz Bartoś jest filozofem, profesorem Akademii Humanistycznej im. Aleksandra Gieysztora. Opublikował m.in. „Wolność, równość, katolicyzm”,
„Jan Paweł II. Analiza krytyczna”, „W poszukiwaniu mistrzów życia”. W sierpniu w wydawnictwie W.A.B. ukaże się jego nowa książka „Koniec prawdy absolutnej”

Przyszłość Kościoła jest w jego rękach


Autor: Krzysztof Lubczyński

12:10
10.03.2011
Internet i Facebook odegrają poważną rolę w procesach laicyzacyjnych. To już widać było latem ub.r. podczas awantur o krzyż pod Pałacem Prezydenckim - mówi Tadeusz Bartoś w rozmowie z Krzysztofem Lubczyńskim.
Od czterech lat nie jest już Pan zakonnikiem, lecz świeckim profesorem filozofii i komentuje Pan sprawy Kościoła z zewnątrz. I co Pan widzi, zmierzch czy renesans Kościoła katolickiego w Polsce?

Zmierzch czy renesans, trudno powiedzieć, ale pewne jest, że w każdym organizmie lubią namnażać się chore struktury. Przyszłość Kościoła jest w jego rękach, zależy od jego postaw i jego pracy.

Kościół polski jest wielkim przedsięwzięciem osadzonym w strukturze społecznej, pewnego rodzaju gospodarstwem zarządzającym życiem ludzi. Kościół jest obecny w społeczeństwie, w którym nie ma innych form organizacji życia, w którym nie ma innego obyczaju, zwłaszcza w mniejszych społecznościach, a tych jest większość. Do tego dochodzi wielki majątek i gęsta siatka administracyjna. Nawet Poczta Polska nie ma punktu w każdej miejscowości. Nie ma szkoły w każdej wiosce, a Kościół katolicki ma kaplice, kościoły, cmentarze, domy parafialne, klasztory, szpitale, domy pomocy w każdym zakątku kraju. To gigantyczny potencjał.

Czy to się w Polsce załamie, pyta wielu, tak jak załamało się w niektórych krajach Zachodu? Może tak się stać, jeśli nie będzie miał kto tego organizmu obsłużyć, jeśli zabraknie powołań. Albo jeśli ludzie znajdą jakieś inne lokalne centra kultury, które zastąpią im kościół.
Czy zanim podjął Pan ostateczną decyzję o opuszczeniu Kościoła katolickiego był taki jeden moment, w którym Pan, katolicki zakonnik, dominikanin zadał sobie pytanie, jak z tytułu znanej piosenki: „I co ja robię tu…”?

To było raczej wynikiem narastania wiedzy o instytucji Kościoła, choć było kilka szczególnie przykrych momentów. Widziałem wokół wielu ludzi sfrustrowanych, których nadzieje związane z życiem zakonnym załamały się, którzy się zdemoralizowali, bo system wychowania w zakonach i seminariach jest demoralizujący.

Także w system funkcjonowania Kościoła jako takiego wpisane są mechanizmy demoralizujące. Zależność od „szefów” rodzi mechanizmy uległości i lizusostwa nieporównanie większe niż w normalnej pracy, bo zupełny brak ochrony prawnej pracownika - inaczej mówiąc księdza - poniża go. Zwykły ksiądz nie ma żadnej możliwości wejścia w legalny spór np z biskupem. Nie stoi za nim społeczeństwo, nie stoi za nim prawo. Jest sam wobec arbitralnej, kapryśnej władzy. Nie istnieje też dla niego perspektywa legalnej, akceptowanej społecznie zmiany „pracodawcy”. Gdy znajdzie się w takiej sytuacji, zostaje nazwany zdrajcą.

Praca księdza to zaangażowanie w grupie przypominającej bardziej strukturę mafijną, aniżeli nowoczesną szanującą podmiotowość ludzi organizację. Za dużo jest we władza kolegów, co ma znamiona oligarchii, za mało niezależnych instytucji odwoławczych. Ludzie mogą być nagle pozbawiani przez swoich przełożonych tego co robią, oderwani od działalności, której oddali całe serce i bezceremonialnie przenoszeni z miejsca na miejsce, jak przedmioty, bez jakiegokolwiek wyjaśnienia. To łamie kręgosłupy ludzkie na całe życie. Widziałem wiele takich sytuacji. Przykro patrzeć. Kościół hierarchiczny to jest w wielu przejawach struktura zniewalająca. Aż dziw bierze, że jest to tolerowane przez państwo prawa, głoszące ochronę praw człowieka.

Idąc do zakonu musiał Pan jednak wiedzieć, że Kościół to nie liberalna demokracja…

Młody, 19-letni człowiek nie ma takiej świadomości, przy wyborze kieruje się motywacją emocjonalną, estetyczną. Oczywiście, struktury Kościoła, zakonów powstawały przed wiekami i były takie jak ówczesne społeczeństwo, feudalne, oparte na zależności poddanego od pana, lennika od suwerena. Jednak mamy XXI wiek, świat się zmienił, a w Kościele, w zakonach niezmiennie panuje feudalizm, jak w średniowieczu. Jest król i jego poddani, ojciec i dzieci, anachroniczna, szkodliwa struktura. A przecież ludzie nauczyli się już decydować o sobie, znają swoje prawa. Mają inną wrażliwość, inaczej sformatowane mózgi. Dlatego wielu ludzi doznało okaleczeń w zakonach, rozbicia własnej psychicznej struktury.
Czy fala nagłośnionych w ostatnich latach przez media wydarzeń związanych z funkcjonowaniem Kościoła, m.in. nieprawidłowości w Komisji Majątkowej, sprawy pedofilskie, lustracyjne, mocno w niego ugodziła? Przed takim wyzwaniem Kościół nigdy wcześniej nie stawał.

To jest nowość medialna, ale to nie jest nowość w sensie zdarzeń. Antyklerykalizm, krytycyzm społeczny w stosunku do Kościoła to bardzo stare zjawisko, więc nie sądzę, by ujawnienie tego wszystkiego było jakimś szczególnym wstrząsem. O dzieciach księży ludzie wiedzą od zawsze. O przekrętach finansowych podobnie. Jest antyklerykalizm, ale nie ma społecznej aktywności katolików. Ksiądz pedofil z Tylawy, chroniony przez abp. Michalika żyje sobie spokojnie jako emeryt w parafii, w której dokonywał swoich przestępstw. Chyba, że coś już się zmieniło... Dostał wyrok sądowy, lecz nie poniósł żadnych konsekwencji w Kościele. W innym kraju dzień i noc pod jego domem stałyby protestacyjne pikiety parafian. Kontestowano by biskupa obrońcę pedofila, w Anglii byłaby to hańba. A u nas ludzie przeszli nad tym do porządku dziennego. Są bierni, apatyczni.

To co ich tak trzyma przy Kościele?


Tradycja, obyczaj dla którego brak alternatywy. Niskie zarobki, wysokie bezrobocie to także brak alternatywy. Natomiast rosnący dobrobyt to zmiana horyzontu, poczucie wolności, większe poczucie godności, życiowej autonomii. Przećwiczono to na Zachodzie. Wzrastający ruch podróżny Polaków połączony z możliwością zobaczenia, jaki stosunek do religii mają inne społeczeństwa, za jakiś czas może przyczynić się do zmian także w polskiej religijności. Zwłaszcza ludzie, którzy wrócą do Polski po latach pobytu na Zachodzie, mogą poczuć się źle w kraju, gdzie Kościół jest tak namolnie obecny.

Z drugiej strony trzeba też jednak odczarować mit o aż tak wielkiej potędze Kościoła, o jakiej się mówi. Gdy popatrzymy na liczbę praktykujących w miastach, to jest np. 25 procent w Warszawie i w sumie 40 procent praktykujących w całej Polsce, to nie wygląda to aż tak imponująco. Jest wokół pewna chmura, dym, powszechne przeświadczenie, które każe nam wierzyć, że siła Kościoła jest gigantyczna. Ale gdy zawołać, jak przy grze w karty: „sprawdzam”, okazuje się często, że „król jest nagi”.

Jeszcze bardziej kiepsko jest, gdy idzie o posłuch temu, co nakazuje Kościół. Faktycznie dotyczy on niewielkiego procenta wiernych. Do tego dochodzi upowszechniający się internet, facebook, który moim zdaniem odegra poważną rolę w procesach laicyzacyjnych. To już widać było latem ub.r. podczas awantur o krzyż pod Pałacem Prezydenckim.

No tak, ale skoro ktoś powiedział, że katolicyzm jest „jedyną formą narodu polskiego”, to może trzeba przejść do porządku dziennego nad najgorszymi wadami Kościoła i pilnować, by się nie przeziębił, bo bez niego może być jeszcze gorzej.

Nie sądzę, że to jedyny możliwe podejście. Dbać o jakość katolicyzmu to sprawa istotna, ale ze względu na jego przesłanie religijne, a nie funkcjonalność społeczną. A poza tym trzeba wydobywać Polskę z tego stanu braku społeczeństwa obywatelskiego, wywołaną ostatnimi dwiema setkami lat historii niezależnie od tego, co stanie się z Kościołem katolickim.

Możliwe jest to poprzez stosowne programy społeczne. Nie ma determinizmu, fatalizmu według którego Kościół ma być na wieki wieków jedyną formą egzystencji społeczeństwa. Teza o nie zastępowalności Kościoła nie musi być prawdziwa. Zadania socjalizacji, inicjacji w życie publiczne może pełnić szkoła, lokalne ośrodki kultury, świetne są programy lokalnych boisk, punktów bibliotecznych. Te rzeczy są do zrobienia. Kościół nie może zastąpić w wychowaniu młodego pokolenia publicznej szkoły. Tym bardziej, że Kościół bywa miejscem demoralizacji, gdy co rusz pokazuje myślenie plemienne, podjudza przeciwko wyimaginowanym wrogom, przyjmuje egoistyczną perspektywę patrzenia wyłącznie na własny interes, a nie na dobro wspólne. W sprawie komisji majątkowej nie padło słowo przepraszam, a przecież chociażby Białołęka straciła perspektywę rozwoju lokalnej społeczności, gdy bez jej wiedzy zabrano jej grunty, zwyczajnie okradziono ludzi w majestacie prawa. Jedyne co mają do powiedzenia biskupi: należy nam się, należy nam się, bo nam zabrano. Terenów w Białołęce im nie zabrano! Skrajnie egoistyczne patrzenie na świat. Człowiek oczy przeciera ze zdumienia.
Kościół chce wprowadzić obowiązkowy wybór między religią a etyką. Kościół jako adwokat świeckiej etyki?

Ja jestem przeciwny zarówno lekcjom religii jak i etyki w szkole. Ta rzekoma alternatywa jest od początku nieuczciwa. Religii nie powinno być w szkole, bo szkoła ma przekazywać wiedzę, a nie inicjować w życie religijne, bo to nie jest właściwe po temu miejsce. Nie lepiej jest z etyką, która jest traktowana jako forma umoralniania młodzieży szkolnej. To jest kompletna naiwność: jeszcze nigdy wiedza z etyki nie uczyniła nikogo etycznym. Zamiast tego powinien być jeden przedmiot przekazujący elementy wiedzy z historii filozofii, religii, teologii, etyki. Poza tym, gdy będzie obowiązkowy wybór między religią a etyką, Kościół de facto zmonopolizuje i jedną i drugą sferę, bo to on ma kadry gotowe w każdej chwili do nauczania. Obecnie nauczyciele religii są wyłączeni spod władzy dyrektora i są zależni tylko od biskupa. Czyli w publicznej szkole jest kościelne państwo w państwie.

Politycy na ogół odnoszą się do Kościoła z respektem...

- Niekiedy wręcz służalczo. Zapominają, że strach ma wielkie oczy. Ciągle działa taki dziwny, pozakonstytucyjny twór jak Komisja Wspólna Rządu i Episkopatu, w której biskupi mówią rządowi, co ma robić i rząd pyta co robić. Problem nie jest z siłą Kościoła, ale ze słabością państwa. Nie powinno być tych spotkań ludzi władzy różnych szczebli z hierarchami, tych wódeczek, tych form nacisku. Władza powinna się szanować, wiedzieć, że reprezentuje wyborców, majestat Rzeczpospolitej, a nie lokalne układy.
Przez lata Kościół cieszył się taryfą ulgową także ze strony wymiaru sprawiedliwości. Czy zapowiedź kilkunastu postępowań prokuratorskich w sprawie Komisji Majątkowej i skazanie ojca Tadeusza Rydzyka za nielegalną zbiórkę pieniędzy to zwiastun zmiany?

To pojedyncze przesilenie. Przyszłość zależy od postawy przyszłych władz. Prokuraturze dobrze zrobiło oddzielenie od rządu. Za czasów obywatela Ziobro trudno było spodziewać się, że prokuratura wykaże aktywność w przypadkach, w których tle był Kościół.

Od lat mówi się o wewnętrznym rozbiciu Episkopatu. To fakt, czy mit?

To był widoczny fakt, gdy żył arcybiskup Józef Życiński, bo był bardzo aktywny publicznie. Teraz różnice pozostaną bardziej skryte. Jednak nie ma dziś czasów kardynała Wyszyńskiego, którego wyjątkowa pozycja wyznaczona była przez sytuację polityczną. Dziś każdy biskup jest panem swojej diecezji i władza nad nim czegoś takiego jak Episkopat jest iluzoryczna.

Jednak biskupi są dość jednorodnie konserwatywni i łączy ich poparcie dla Radia Maryja. Ono bowiem daje im poczucie sukcesu duszpasterskiego . Są pod tym względem wyposzczeni. Kardynałowi Dziwiszowi, gdy chciał ukrócić wpływy dyrektora Radia Maryja, nie chodziło jedynie o ocenę emitowanych treści, ale przede wszystkim o władzę nad nim. Nie może pojedynczy ksiądz występować w imieniu polskiego Kościoła, wystawiać cenzurek biskupom itp.

Do nielicznych po tym względem wyjątków rzeczywiście należał zmarły niedawno arcybiskup Józef Życiński

On się nie podobał, bo miał swoje zdanie, otwarcie je wypowiadał, krytykował postawy pewnych środowisk kościelnych i prawicowych, działał na rzecz dialogu chrześcijan z Żydami, publikował w „Gazecie Wyborczej”.

A może te wszystkie problemy rozwiązałby, a przynajmniej złagodził podatek kościelny, na wzór niemiecki? Według zasady, kto płaci podatek, ten jednocześnie określa się jako członek Kościoła, kto nie płaci, wychodzi z niego.

Nie bardzo wiem dlaczego zaprzęgać państwo w ściąganie podatku dla Kościoła. Rozdział Kościoła od państwa jest istotną wartością. Choć taki podatek sprawiłby, że Kościół musiałby być transparenty podatkowo.

Sam Kościół też nie chce tego podatku…

Dlatego właśnie, że wtedy całość finansów musiałaby być księgowana, a więc ujawniona. Nie byłoby tej swobody, jaka jest dzisiaj w dysponowaniu środkami wiernych.

Rozmawiał Krzysztof Lubczyński