środa, 17 października 2012

Rewelacje Cimoszewicza: źle postawiony przecinek zawyżył szacunki gazu łupkowego w Polsce


Andrzej Kublik
 
17.10.2012 , aktualizacja: 17.10.2012 11:24
A A A Drukuj
Włodzimierz Cimoszewicz

Włodzimierz Cimoszewicz (Fot. Marcin Onufryjuk / Agencja Gazeta)

Być może w ogóle nie ma gazu w polskich łupkach, a szacunki o zasobach tego surowca zawyżyła literówka w starym opracowaniu - stwierdził senator i były premier Włodzimierz Cimoszewicz.
- Obawiam się gigantycznej sensacji, skandalu w nadchodzących miesiącach, bo może się okazać, że tego gazu łupkowego po prostu w Polsce nie ma, i że wszystko zostało oparte na swoistym nieporozumieniu - powiedział we wtorek Cimoszewicz w rozmowie z Moniką Olejnik w Radiu ZET.

Amerykański optymizm

- Ze dwa, trzy lata temu wszystko zaczęło się od raportu amerykańskich służb geologicznych, które obwieściły światu, że w Polsce może być prawie 6 mln m sześc. gazu łupkowego. Potem to było korygowane przez polskie służby, ale nadal operowano wielkimi wielkościami, dużymi liczbami - przypominał senator, popełniając drobne nieścisłości (miał na myśli prawdopodobnie raport amerykańskiej Agencji Informacji Energetycznej szacujący zasoby gazu w polskich łupkach nie na 6 mln m sześc., lecz na 5,3 bln m sześc.).

Dlaczego te raporty miały być błędne? Wyjaśnienie brzmi jak sensacja z tabloidu.

Błąd sprzed lat?

- Mój przyjaciel profesor nauk geologicznych z Uniwersytetu Warszawskiego Krzysztof Szamałek powiedział mi niedawno i pokazał artykuł, który opublikował w międzynarodowym czasopiśmie geologicznym, w którym dowodzi, że te amerykańskie szacunki były oparte na danych z polskich publikacji opartych na odwiertach sprzed 20, 30 lat, jakie były dokonywane w Polsce, gdzie został popełniony - aż się wstyd przyznać - błąd maszynowy. W niewłaściwym miejscu postawiono przecinek przy relacjonowaniu wyników tych odwiertów. I w związku z tym podstawą dla tych wszystkich szacunków była wielkość dziesięciokrotnie większa od rzeczywistej - powiedział Cimoszewicz. Dodał: - Jeżeli to okazałoby się prawdą i okazałoby się, że tego gazu łupkowego prawie nie ma - bo to, że gdzieś, czasami troszeczkę się go pojawi, nie oznacza, że są duże zasoby - no to mielibyśmy do czynienia z wielką porażką. I wtedy oczywiście nadal bylibyśmy uzależnieni od dostaw zagranicznych.

PIG - gaz jest
Co na to Państwowy Instytut Geologiczny - czyli prawdopodobnie wspomniane przez Cimoszewicza "polskie służby", które korygowały amerykańskie szacunki? W tym roku Instytut ogłosił pierwszą polską prognozę zasobów gazu z łupków i oszacował, że możemy mieć ok. 1,9 bln m sześc. gazu w łupkach, a najbardziej prawdopodobne zasoby wynoszą od 345 do 768 mld m sześc. To całkowicie zaspokoiłoby potrzeby Polski przez 20-50 lat przy obecnym zużyciu.

PIG odrzuca sugestie, by ta prognoza była przygotowana na podstawie starych dokumentów czy publikacji.

- Nie znamy artykułu prof. Krzysztofa Szamałka i nie będziemy go komentować. Możemy tylko wziąć odpowiedzialność za nasz raport. Nie został on przygotowany na podstawie danych z innych publikacji, lecz na podstawie analizy rdzeni z odwiertów - powiedział nam rzecznik PIG Mirosław Rutkowski.

Rząd obraduje, Cimoszewicz ogłasza

Sensacyjną informację o rzekomym błędzie maszynistki, który miał doprowadzić do zafałszowania szacunków zasobów gazu z łupków w Polsce, senator Cimoszewicz przedstawił kilka godzin przed posiedzeniem rządu premiera Donalda Tuska (zobacz, co uchwalił rząd ), które przyjęło założenia ustawy porządkującej zasady poszukiwania i wydobycia gazu oraz ropy naftowej w Polsce, także z łupków. A tego oczekiwali inwestorzy, którzy już od 2007 r. - długo przed publikacją raportu amerykańskiej Agencji Informacji Energetycznej - występowali o koncesje na poszukiwanie złóż w polskich łupkach.

Krzysztof Szamałek łączył przez wiele lat pracę naukową z działalnością polityczną i administracyjną. W latach 1994-97 w rządach SLD-PSL (m.in. premiera Włodzimierza Cimoszewicza) był wiceministrem środowiska, głównym geologiem kraju. Stanowisko to pełnił ponownie w latach 2001-05 w rządach SLD-PSL i SLD. W przerwie - w latach 1998-2001 - był dyrektorem w Biurze Bezpieczeństwa Narodowego przy prezydencie Aleksandrze Kwaśniewskim.

Krzysztof Szamałek był także członkiem PZPR i SLD, działał w Socjalistycznym Związku Studentów Polski. Był również wiceprzewodniczącym Stowarzyszenia Ordynacka.

W latach 1994-96 Szamałek był członkiem specjalnego zespołu rządowego, który miał nadzorować realizację umowy rządów Polski i Rosji o budowie tranzytowego gazociągu jamalskiego oraz dostawach rosyjskiego gazu do Polski. W tamtym okresie PGNiG zawarło też "kontrakt stulecia" z Gazpromem, zamawiając od rosyjskiego koncernu 250 mld m sześc. gazu do 2022 r. Podstawą tego gigantycznego zamówienia była prognoza rządu SLD-PSL, wedle której w 2010 r. zużycie gazu w Polsce wzrośnie do 22-27 mld m sześc.

W rzeczywistości w 2010 r. zużycie gazu w Polsce wyniosło ok. 14,4 mld m sześc.

Zawarty za rządów premiera Cimoszewicza "kontrakt stulecia" z Gazpromem rodził liczne problemy i był zmieniany za rządów SLD-PSL w 2003 r., a następnie za rządów PO-PSL w 2010 r.

W 2001 r. Krzysztof Szamałek znajdował się w grupie polityków SLD, którzy ostro krytykowali kontrakt gazowy z Norwegią, który podpisało PGNiG. Umowę tę popierał rząd premiera Jerzego Buzka, dążąc do zmniejszenia zależności Polski od Gazpromu.

W 2001 r. władzę objął rząd SLD-PSL Leszka Millera i po pewnym czasie nowe władze PGNiG wycofały się z norweskiego kontraktu. 


Więcej... http://wyborcza.biz/biznes/1,100896,12685466,Rewelacje_Cimoszewicza__zle_postawiony_przecinek_zawyzyl.html#ixzz29Z5cPNEQ

wtorek, 16 października 2012

Pobrano fragment brzozy ze Smoleńska. Przesłuchano 11 osób



Foto: MAK Czy śledczy coś znajdą?

Podczas ostatniego pobytu polskich prokuratorów w Rosji pobrano do badań fragment brzozy, w której tkwiły elementy mogące pochodzić z samolotu Tu-154M. Przesłuchano też jedenastu świadków zaangażowanych w sprowadzanie samolotu do lądowania 10 kwietnia 2010 r.

Jak poinformował we wtorek płk Zbigniew Rzepa, rzecznik Naczelnej Prokuratury Wojskowej, od 15 września do 13 października w Smoleńsku przebywał prokurator Wojskowej Prokuratury Okręgowej w Warszawie, prowadzącej śledztwo dotyczące katastrofy smoleńskiej. Wraz z nim - jedenastu biegłych i ekspertów.

Nie ma winnych zaniedbań ws. Smoleńska. Kancelaria premiera odpowiada prokuraturze

Wszystkie...
czytaj dalej »
Brzoza i 11 świadków

Według Rzepy, prokurator oraz biegli wzięli udział w uzupełniających oględzinach wraku i elementów samolotu oraz miejsca i rejonu katastrofy. - W toku tych oględzin pobrano szereg (ponad 200) próbek, które obecnie będą podlegały dalszym szczegółowym badaniom na terenie Rzeczypospolitej Polskiej. Pobrano także do badań fragment brzozy, w której tkwiły elementy, które mogą pochodzić z samolotu Tu-154M nr 101 - dodał rzecznik NPW.

Ponadto od 19 września do 10 października w Moskwie przebywał prokurator WPO wraz z czterema biegłymi. Prokurator wziął udział w przesłuchaniu jedenastu świadków - osób zaangażowanych w sprowadzenie do lądowania samolotu 10 kwietnia 2010 r. na lotnisku Smoleńsk Północny.

Pobrano szereg próbek, które obecnie będą podlegały dalszym szczegółowym badaniom na terenie Rzeczypospolitej Polskiej. Pobrano także do badań fragment brzozy, w której tkwiły elementy, które mogą pochodzić z samolotu Tu-154M nr 101.

płk Zbigniew Rzepa, rzecznik NPW

- Dodatkowo wziął udział w uzupełniających oględzinach terminalu łączności satelitarnej połączonych z czynnościami badawczymi ekspertów. Jak już wielokrotnie informowaliśmy, urządzenie to nie rejestrowało treści prowadzonych rozmów - podał Rzepa.

Osiem delegacji

Wyjazd polskich prokuratorów wojskowych oraz biegłych i ekspertów do Moskwy i Smoleńska był konsekwencją skierowania przez WPO do Federacji Rosyjskiej uzupełniających wniosków o udzielenie pomocy prawnej.

Dotychczas polscy prokuratorzy i biegli ośmiokrotnie wyjeżdżali do Rosji w związku ze śledztwem w sprawie katastrofy smoleńskiej. Poprzednio - na przełomie lipca i sierpnia - do Smoleńska udała się licząca 13 osób grupa specjalistów. Jej zadaniem było m.in. wykonanie pomiarów szczątków samolotu przed planowanym w przyszłości transportem wraku do Polski. Ponadto polski prokurator przywiózł wtedy z Moskwy przeszło tysiąc próbek biologicznych ofiar katastrofy smoleńskiej wykorzystywanych do badań DNA.

Prokuratura umorzyła śledztwo ws. raportu komisji Millera

Umorzone zostało...
czytaj dalej »
Winni i pomyłki

Ostatnio śledztwo dotyczące katastrofy smoleńskiej przedłużono do 10 kwietnia 2013 r. Jest ono prowadzone w sprawie "nieumyślnego sprowadzenia katastrofy w ruchu powietrznym, w wyniku której śmierć ponieśli wszyscy pasażerowie samolotu Tu-154 Sił Powietrznych RP, numer boczny 101, w tym prezydent RP Lech Kaczyński oraz członkowie załogi".

W sierpniu 2011 r. WPO postawiła zarzuty niedopełnienia obowiązków służbowych dwóm oficerom, którzy w 2010 r. zajmowali dowódcze stanowiska w 36. specpułku. Chodzi o organizację lotu Tu-154M w zakresie wyznaczenia i przygotowania załogi samolotu. Podejrzani nie przyznali się do winy i odmówili składania wyjaśnień. Za zarzucany czyn grozi im do trzech lat więzienia.

Niedawno Naczelna Prokuratura Wojskowa - po przeprowadzeniu badań genetycznych dwóch ekshumowanych we wrześniu ciał ofiar - poinformowała, że doszło do zamiany ciała Anny Walentynowicz z ciałem innej z ofiar katastrofy smoleńskiej. Prokuratura zdecydowała, że do końca roku zostaną przeprowadzone cztery kolejne ekshumacje ciał ofiar katastrofy. Powodem tych decyzji prokuratury są wątpliwości dotyczące określenia tożsamości tych ciał.

Prokuratorzy wojskowi czekają także m.in. na zleconą w sierpniu zeszłego roku całościową opinię zespołu biegłych dotyczącą tragicznego lotu.

Fotoreporter: Ciało prezydenta nagie, w krawacie...


20.12.2010, 13:25
Według fotoreportera, który widział zdjęcia, przy ciele była noga z kawałkiem generalskiej nogawki, Pawel Ciecierski, newspix.pl

”Nasz Dziennik” publikuje rozmowę z fotoreporterem, który widział zdjęcia z sekcji zwłok prezydenta Lecha Kaczyńskiego





Marek Borawski, fotoreporter "Naszego Dziennika" był świadkiem rozmowy, jaką dziennikarz przeprowadzał z dr. Michaiłem Maksymienkowem. Lekarz pokazał zdjęcia z sekcji zwłok Lecha Kaczyńskiego.

Fotograf zaprzecza ostatnim doniesieniom "Gazety Wyborczej" o tym, jak Rosjanie identyfikowali ciało prezydenta.

- Rzeczywiście ciało prezydenta było w bardzo złym stanie. Ale widać było wyraźnie, że na stole sekcyjnym była noga w lampasie generalskim - powiedział Borawski. - Być może oni tego wcześniej nie widzieli, ale kiedy te szczątki obmyto, opłukano, okazało się, że jest lampas, a raczej to, co z tego zostało - stwierdził.

Fotoreporter dobrze pamięta też to, jak wyglądało samo ciało i obrażenia, jakie odniósł Lech Kaczyński. - Na zdjęciach widać było oderwaną rękę i nogę. Ale były też zdjęcia, na których tych elementów nie było widać. Jeśli chodzi o twarz, nie określiłbym jej jako zmiażdżonej (jak to określiła "GW"), ale raczej jako rozbitą. To chodziło o część twarzy - powiedział.

Borawski wspomina, że lekarz pokazał dziennikarzom w sumie kilkanaście zdjęć. Różniły się między sobą kilkoma szczegółami. - Były zdjęcia ciała jeszcze brudnego, więc chyba zrobione zaraz po przyniesieniu z miejsca katastrofy. Były też zdjęcia, które wykonano po obmyciu ciała. Widać było zbliżenia blizn. Widziałem też zdjęcie ciała w krawacie i bez krawatu... Nagie ciało było w krawacie - wspomina fotograf.

Borawski był bardzo poruszony tym, co zobaczył. - Miałem wrażenie, że sposób potraktowania ciała prezydenta był też jakąś formą upokorzenia całego państwa polskiego - stwierdził.