czwartek, 4 kwietnia 2013

Kabaret Pod Wyrwigroszem o smoleńskiej mgle, trotylu i "zajeb...tym" Antonim, co "spisek chytrze wykrył". Będzie awantura?


Agnieszka Kublik
 
04.04.2013 , aktualizacja: 04.04.2013 17:33
A A A Drukuj
Kadr z teledysku Kabaretu Pod  Wyrwigroszem

Kadr z teledysku Kabaretu Pod Wyrwigroszem (Fot. Youtube)

- My nie drwimy z katastrofy smoleńskiej. Poddajemy satyrze to, co się wokół tej katastrofy w Polsce dzieje. Z jednej strony teorie o sztucznej mgle, o zamachu, a z drugiej strony potworny chaos w śledztwie - członkowie Kabaretu Pod Wyrwigroszem wyjaśniają nam, dlaczego kilka dni przed rocznicą katastrofy smoleńskiej opublikowali kontrowersyjny teledysk poświęcony smoleńskiej katastrofie


Agnieszka Kublik: Trzeba odwagi, by tak kabaretowo wyśpiewać katastrofę smoleńską?

Maurycy Polaski: - Żeby nam się lepiej rozmawiało, ustalmy jedno: my nie drwimy z katastrofy smoleńskiej. To była ogromna tragedia narodowa. Pamiętam, jak 10 kwietnia, trzy lata temu, spotkaliśmy się z kolegami z kabaretu i wszystkim nam cisnęły się do oczu łzy. Tym teledyskiem chcieliśmy wyrazić naszą opinię na temat zamieszania wokół sprawy smoleńskiej.

Zrobiliście premierę tego teledysku kilka dni przed 3. rocznicą katastrofy smoleńskiej? To nie może być przypadkowy zbieg okoliczności.

M.P.: - Dla nas przypadkowy, bo związany z przydługą zimą. Tekst piosenki był gotowy pół roku temu. Czekaliśmy ze zdjęciami, bo atakowały mrozy i obawialiśmy się o sprzęt filmowy. Tak więc termin publikacji jest całkowicie przypadkowy. Poza tym proszę mi znaleźć dobry termin premiery dla akurat tego teledysku...

Wyszło na to, że w ten sposób obchodzicie 3. rocznicę katastrofy.

M.P.: - W ten sposób, czyli jak?

Obśmiewając smoleńskie hipotezy.

M.P.: - Poddajemy satyrze to, co się wokół tej katastrofy w Polsce dzieje. Z jednej strony teorie o sztucznej mgle, o zamachu, a z drugiej strony potworny chaos w śledztwie, pocięcie wraku przez Rosjan i to, że nie chcą nam go zwrócić. Z trzeciej strony my Polacy, którzy musimy na to wszystko patrzeć...

Łukasz Rybarski: - Zadajemy pytania, na które każdy sam musi sobie odpowiedzieć. Jest tu mnóstwo symboliki, bardzo się przyłożyliśmy do realizacji tego nagrania.

Jakie pytanie jest dla was najważniejsze?

Ł.R.: - O naszą przyszłość, czyli jak długo jeszcze będziemy się o to kłócić.

Jak długo?

Ł.R.: - Pewnie bardzo długo, niestety.

Tytuł "Oddział specjalny" jest aluzją do...

Ł.R.: - Do oddziału specjalnego w siłach zbrojnych i w szpitalach psychiatrycznych. Jak kto sobie to odczyta, to jego wybór.

Drwicie z brzozy ...

Ł.R.: - To jest przekaz artystyczny, satyryczny przede wszystkim, a podstawowym narzędziem satyry jest przesada. Stąd taki sposób prezentacji.

Na pewno na poważnie nie jest o sztucznej mgle ukrytej w magnetycznej bombie czy trotylu schowanym w kurzych kuprach.

Ł.R.: - Usiłujemy się wpasować w rzeczywistość znaną nam, jak i pewnie większości, z mediów. Naszą rzeczywistość przesłania mgła. I to jest polski problem.
Śpiewacie o Antonim, co "spisek chytrze wykrył".

Ł.R.: - Bo wykrył. Oglądałem jego konferencje prasowe, na których to wszystko opowiadał. Patrzyłem na niego z otwartymi ustami...

"Zajebisty mąż stanu", tak widzicie Antoniego Macierewicza: "Ja powiem ci, Waniusza, co specjalistów ściągnął aż ze Stanów. Jak wielki jest w Rzeczpospolitej duch, co zrobił tak zajebistego męża stanu".

Ł.R.: - To takie młodzieżowe, slangowe określenie. Już się potocznie nie mówi "fajny" czy "wspaniały". Nie lubimy tego słowa, ale tutaj jest ważne, bo funkcjonuje jako najwyższy stopień od "wspaniały".


Macierewicz może poczuć się spostponowany. A jak wytoczy wam proces?

Ł.R.: - Gdybyśmy żyli w Chinach, Korei Płn. czy na Białorusi, to można by mieć o to obawy. Gdyby u nas satyryków oskarżać o ich teksty, toby wszyscy siedzieli w więzieniu. Mam nadzieję, że pan Antoni jako inteligentny facet ma poczucie humoru. Znaczy: tego nie wiem na pewno, ale podejrzewam go, że ma.

Stańczyk na końcu jest bardzo poważny.

Ł.R.: - Bo to jest bardzo poważna sprawa. Doskonała puenta. Stańczyk na obrazie Jana Matejki martwi się o to, że w 1514 r. straciliśmy Smoleńsk. Na obrazie Matejki za oknami jest Wawel. I tak się nam to wszystko jakoś poskładało...

Wasz Stańczyk martwi się o ...

Ł.R.: - Jak wszyscy, o Polskę posmoleńską. Matejko to przewidział.






Cały tekst: http://wyborcza.pl/1,75478,13680100,Kabaret_Pod_Wyrwigroszem_o_smolenskiej_mgle__trotylu.html#MT#ixzz2PVsT23ue

niedziela, 24 marca 2013

Kościół Latającego Potwora Spaghetti: Pójdziemy do Strasburga. Większość religii była na początku prześladowana


Paweł Kośmiński
 
18.03.2013 , aktualizacja: 18.03.2013 13:26
A A A Drukuj
Wyznawcy Latającego Potwora Spaghetti przekonują, że rejestracja wspólnoty jako związku wyznaniowego to tylko kwestia czasu. I skarżą się, że ostatnia odmowna decyzja ministerstwa to zwykła "ocena ilości wiary w wierze"
Minister administracji i cyfryzacji Michał Boni odmówił w piątek wpisania do rejestru Kościołów i innych związków wyznaniowych Kościoła Latającego Potwora Spaghetti. Resort uznał, że zgodnie z ustawą o gwarancjach wolności sumienia i wyznania zarejestrowana może zostać jedynie wspólnota religijna "tworzona w celu wyznawania i szerzenia wiary religijnej". Tych wymogów - zdaniem ministerstwa - polscy pastafarianie nie spełniają.

Pastafarianie: Przeciw szaleństwom

Wyznawcy Latającego Potwora Spaghetti przekonują, że ich Kościół istnieje od setek lat, liczy sobie tysiące, a nawet miliony wiernych, a pierwszymi pastafarianami byli piraci. Jak sugerują, wyznawcy "wyszli z ukrycia" w Stanach Zjednoczonych. To tam w 2005 r. mesjasz Bobby Henderson zażądał nauczania w szkołach o Latającym Potworze. Była to odpowiedź na toczącą się za oceanem dyskusję o tym, czy kreacjonistycznej teorii inteligentnego projektu powinno się poświęcić na lekcjach tyle samo czasu co teorii ewolucji.

Polscy członkowie wspólnoty przekonują, że ci, którzy uznają ich Kościół wyłącznie za kpinę z kreacjonistycznej wizji stworzenia świata, są w błędzie. "Naszym jedynym dogmatem jest brak dogmatu. Nie stosujemy żadnych regulacji i nakazów. Podejście do wiary każdego z wyznawców jest indywidualne, nie odprawiamy żadnych rytuałów, mszy ani modłów czy innych tego typu głupot. Nie ma żadnej fizycznej zwierzchności i każdy z członków naszej wspólnoty ma prawo głosu o tym, czym faktycznie jest nasza religia i dokąd zmierza" - piszą o sobie.

Tłumaczą, że są po prostu przeciwnikami "wszystkich szaleństw, które w imię religii się wyprawia", a przyświeca im idea "szerzenia tolerancji i zdrowego rozsądku wśród ludzi".

Ministerstwo: Niezgoda na antyreligię

To jednak Ministerstwa Administracji i Cyfryzacji nie przekonało. Boni podzielił opinię biegłych, że doktryna Kościoła "zdradza w sposób zdecydowany cechy parodii doktryn już istniejących, a zwłaszcza chrześcijaństwa, zmierzając do ośmieszenia lub podważenia pewnych idei/prawd wiary, które mogą budzić sprzeciw u niewierzących (np. przekonanie o spożywaniu ciała i krwi Chrystusa w trakcie komunii). Samo parodiowanie nie jest niczym nagannym ani zakazanym, ale w tym wypadku widać, iż jest to podstawowy cel rozważanej tu grupy. Można więc domniemywać, iż grupie tej nie tyle chodzi o stworzenie własnej doktryny oraz łączenie wokół niej grona wyznawców celem powołania do życia jakiejś nowej gminy wyznaniowej, lecz o ośmieszenie zasad obowiązujących w innej religii (w tym wypadku chrześcijańskiej). W rzeczywistości mamy tu więc do czynienia z czymś w rodzaju antyreligii".

Zawartość wiary w wierze

Przedstawiciele wspólnoty nie kryją oburzenia decyzją ministerstwa, która świadczy ich zdaniem o tym, że instytucja państwowa uważa się za "orzecznika wiary obywateli Rzeczypospolitej Polskiej". "Urzędnicy najwyraźniej uznali, że do ich kompetencji należy także ocena ilości wiary w wierze" - piszą na swojej stronie internetowej.

Wyznawcom nie odbierają jednak nadziei. Jak przypominają, "większość religii na początku swego istnienia bywała prześladowana". Dlatego postanawiają nie ustawać w boju. "Nie bójcie się, albowiem zarejestrowanie naszej wspólnoty jako związku wyznaniowego to tylko kwestia czasu" - oceniają.

Co dalej? Najpierw Kościół wyśle do ministerstwa wniosek o ponowne rozpatrzenie sprawy. Członkowie wspólnoty świadomi, że nie odniesie to skutku, przygotowują skargę do Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego w Warszawie. Jeśli i to nie zadziała, wyznawcy Potwora Spaghetti udadzą się do Naczelnego Sądu Administracyjnego, a finalnie - do Europejskiego Trybunału Praw Człowieka w Strasburgu. Pomoc mieli już zaoferować prawnicy i organizacje zajmujące się obroną praw człowieka.

Polscy pastafarianie podkreślają, że należy ich traktować poważnie - bo choć "nie muszą afiszować się ze swoją wiarą", na Facebooku mają już ponad 13 tys. sympatyków, a w całym kraju 9 gmin wyznaniowych w największych miastach.

Najbardziej chyba jak dotąd wyrazistą akcją polskich wyznawców "Jego Makaronowatości" było przyniesienie w czasie wojny o krzyż na Krakowskim Przedmieściu w Warszawie misek z makaronem i słoików sosu. - Jest wolność wyznania, a my wyznajemy zasadę, że ważny jest dobrze przyrządzony makaron - mówili. - My też możemy zawłaszczać przestrzeń publiczną symbolami.


Cały tekst: http://wyborcza.pl/1,75478,13582101,Kosciol_Latajacego_Potwora_Spaghetti__Pojdziemy_do.html#ixzz2OV2PBErX

sobota, 23 marca 2013

Ukraińskie media: Zwycięstwo myśli Fomenki nad chaosem Fornalika


Jarosław Bińczyk
 
23.03.2013 , aktualizacja: 23.03.2013 09:18
A A A Drukuj

22.03.2013, godzina 20:45

 Polska

Bramki:Piszczek (18.)
Kartki:Łukasik - żółta
Skład:Boruc - Piszczek, Wasilewski, Glik, Boenisch - Krychowiak, Łukasik (59. Obraniak) - Błaszczykowski, Majewski (76. Teodorczyk), Rybus (46. Kosecki) - Lewandowski
  • 02 Poł0
  • 11 Poł3

Ukraina 

Bramki:Jarmołenko (2.), Husiew (7.), Zozula (45.)
Kartki:Rotan, Harmasz, Stepanenko, Tymoszczuk, Moroziuk - żółta
Skład:Pjatow - Fedecki, Chaczeridi, Kuczer, Szewczuk - Stepanenko (60. Tymoszczuk), Rotan - Husiew (90. Moroziuk), Harmasz (90. Bezus), Jarmołenko - Zozula
Ukraińskie media rozpływają się nad grą ich reprezentacji w spotkaniu z Polską. Nie ukrywają zaskoczenia, bo wcześnie za dobry wynik przyjęto by remis.
- Będziemy grać, tak, by przede wszystkim nie przegrać - zapowiadało większość ukraińskich fachowców. Dlatego przekonywujące zwycięstwo zrobiło w kraju wielkie wrażenie. Dziennikarze zgodnie podkreślają jednak, że trzy punkty nie otwierają drogi na mundial do Brazylii, lecz pozwalają zachować szanse. 

Portal sport.ua relację ze spotkania zatytułował "Powrót nadziei". Autor relacji znów widział drużynę, która w inauguracyjnej kolejce była bliska pokonania Anglii na Wembley. "Zobaczyliśmy logiczne przedłużenie tej angielskiej gry. I zobaczyliśmy trenera, który nie boi się odnowić zespołu, zostawiając w rezerwie Tymoszczuka, który ostatnio niewiele gra w klubie. Choć Mychaiło Fomenko po meczu zachowywał się bardzo skromnie, mówią, że to nie on, to drużyna, to jego wkład w zwycięstwo jest oczywisty. Wygrywa drużyna, więc tym bardziej trener". 
Później autor relacji podkreślił, że w rywalizacji dwóch równych zespołów kluczowe znaczenie miały dwa błyskawicznie strzelone gole. Zwłaszcza pierwszy był bardzo charakterystyczny dla młodej gwiazdy Dynama Kijów. "W 2. minucie Jarmołenko wykonał swoje ulubione zagranie: zszedł do środka (Polacy naiwnie wpuścili go z piłką w pole karne) i znakomicie uderzył lewą nogą w długo róg". 

Sport.ua podsumowuje, że pierwsze zwycięstwo w tych eliminacjach Ukraina odniosła późno, ale "to i tak lepiej niż wcale. Nie zawsze udaje się strzelić dwa gole z szatni i jeden do szatni". 

Football.ua podkreśla, że Fomenko zaufał będącemu ostatnio w słabej formie Ołehowi Husiewowi, a ten odwdzięczył się dobrą grą i drugim golem. "Polacy nie byli przygotowani na ataki Ukraińców od początku gry i dali sobie strzelić dwie bramki". Wysłannik portalu pisze, że największe zaskoczenie groziło ich drużynie ze strony graczy Borusii Dortmund, co potwierdził gol Łukasza Piszczka, a dobrej postawie Piatowa i szczęściu zawdzięczają utrzymanie prowadzenia. Wszystkie media chwalą bramkarza Szachtara, uważanego przed spotkaniem za najsłabszy punkt Ukrainy. Jego występ oceniają wyżej niż Boruca, który nie ustrzegł się poważnych błędów. 

"Nasza reprezentacja w pierwszej połowie zdziwiła realizacją taktyki, a w drugiej po prostu bezbłędną grą. I podarowała nam nadzieję" - kończy dziennikarz Football.ua. Jego zdaniem w Polsce większe zainteresowanie wywołał w ostatnich kilku dniach wybór nowego papieża Franciszka niż mecz Polski z Ukrainą. 

Wysłannika ua-football zdziwiło, że przed hotelem Bristol, gdzie mieszkała reprezentacja Ukrainy, nie zamknięto ulicy i mieszkańcy mogli swobodnie spacerować przed budynkiem, a także przed pałacem prezydenckim, w którym gościł Wiktor Janukowycz. 

Pisząc o meczu podkreśla, że świetny początek "sbirna" zawdzięcza złemu początkowi Polaków i mistrzostwu Jarmołenki. "Dla biało-czerwonych był to szok. Zanim się z niego otrząsnęli, Ukraińcy przeprowadzili drugi atak i prowadzili 2:0". Zauważył, że Polacy zepchnęli Ukrainę do defensywy, ale tylko raz pokonali dobrze spisującego się Piatowa. To kolejna relacja, której autor był zaskoczony dobrą formą bramkarza z Doniecka. Jego zdaniem nasza drużyna nie była w piątek w stanie wytrzymać wysokiego tempa gry. Gdy zwolniła, straciła trzeciego gola. "Później Polska nie wiedziała, jak pokonać Ukrainę. Można było odnieść wrażenie, że straciła dużo sił w pierwszej połowie, a Fornalik nie wiedział, jak wpłynąć na drużynę". Kibice zaś zamiast wspierać swoich piłkarzy, milczeli. W podsumowaniu relacji dziennikarz napisał, że było to klasyczne zwycięstwo myśli trenerskiej. Każdy z ukraińskich zawodników wiedział co ma robić i przestrzegał dyscypliny taktycznej. "Fomenko zdemontował chaos Fornalika i odniósł jedno z największych zwycięstw w swojej karierze. Wyżej jest tylko pokonanie Barcelony Johana Cruyffa w 1/16 Ligi Mistrzów w sezonie 1993/1994".