sobota, 21 czerwca 2014

Lolo Jones: dziewictwo stracę dopiero po ślubie!


Lolo Jones nie zo­sta­nie już naj­bar­dziej uty­tu­ło­wa­ną lek­ko­atlet­ką w hi­sto­rii ame­ry­kań­skie­go spor­tu, ale pod wzglę­dem roz­po­zna­wal­no­ści i uwagi, którą po­świę­ca­ją jej media, mało która ko­le­żan­ka po fachu może się z nią rów­nać.

Lolo Jones Foto: JOHN MACDOUGALL / AFP

Dwu­krot­na ha­lo­wa mi­strzy­ni świa­ta była naj­więk­szą gwiaz­dą mi­tyn­gu Byd­goszcz Cup. Po zwy­cię­skim biegu uro­dzi­wa płot­kar­ka i... bob­sle­ist­ka opo­wie­dzia­ła nam o pla­nach wy­stę­pu na swo­ich czwar­tych i pią­tych igrzy­skach, re­ak­cji na kry­ty­kę za­zdro­śni­ków, za­cho­wy­wa­niu dzie­wic­twa do ślubu i... roz­bie­ra­nej sesji.

REKLAMA

Ostat­nio czę­ściej niż na bież­ni oglą­da­li­śmy panią na to­rach bob­sle­jo­wych. Pod­czas igrzysk olim­pij­skich w Soczi za­ję­ła pani 11. lo­ka­tę. To za­do­wa­la­ją­cy re­zul­tat?

Lolo Jones: Je­stem tro­chę roz­cza­ro­wa­na. Moja pi­lot­ka z dwój­ki Ja­zmi­ne Fen­la­tor ro­bi­ła wszyst­ko, co było w jej mocy, by osią­gnąć jak naj­lep­szy wynik w pierw­szych dla niej igrzy­skach. Dla mnie igrzy­ska olim­pij­skie nie są ni­czym nowym, Ja­zmi­ne z kolei była no­wi­cju­szem na tak wiel­kiej im­pre­zie. Po­mi­ja­jąc wynik, cią­ży­ła na niej duża pre­sja, przede wszyst­kim dla­te­go, że była w parze wła­śnie ze mną. Dla mnie za­szczy­tem był fakt zna­le­zie­nia się w wą­skim gro­nie spor­tow­ców, któ­rzy wzię­li udział w za­rów­no let­nich, jak i zi­mo­wych igrzy­skach. Oczy­wi­ście jest mi tro­chę żal, że z Ja­zmi­ne nie po­wal­czy­ły­śmy o medal.

Pani start w igrzy­skach wią­zał się ze spo­ry­mi kon­tro­wer­sja­mi. Mó­wio­no, że de­cy­do­wa­ły wzglę­dy re­kla­mo­we, a nie spor­to­we. Było w tym tro­chę racji?

- Nie! Kry­ty­ko­wa­ły mnie tak na­praw­dę dwie dziew­czy­ny, które nie do­sta­ły się do dru­ży­ny – Emily Aze­ve­do i Katie Eber­ling. W rze­czy­wi­sto­ści przy­krych słów nie szczę­dzi­ły mi osoby, któ­rych miej­sce za­ję­łam i dzię­ki temu po­je­cha­łam do Soczi. W ry­wa­li­za­cji za­wsze są dwie drogi: można być lep­szym lub prze­grać i po­gra­tu­lo­wać zwy­cię­stwa temu, który cię po­ko­nał. Ja oka­za­łam się lep­sza we wszyst­kich star­tach i przed­olim­pij­skich te­stach. By­ły­śmy bli­sko sie­bie, róż­ni­ca oka­za­ła się nie­wiel­ka, ale ko­niec koń­ców to ja wy­szłam z tej walki zwy­cię­sko. A one, za­miast po­dzię­ko­wać za ry­wa­li­za­cję i za­cho­wać się z klasą, za­czę­ły mnie ata­ko­wać. Kry­ty­ko­wa­li mnie też pewni za­wod­ni­cy, któ­rzy rów­nież nie za­kwa­li­fi­ko­wa­li się do dru­ży­ny i spo­ty­ka­li się z tymi dwie­ma dziew­czy­na­mi! Naj­waż­niej­sze jest jed­nak to, że po­zo­sta­li człon­ko­wie ze­spo­łu, w tym póź­niej­si me­da­li­ści, chcie­li, abym była z nimi. Wie­dzie­li, że je­stem naj­lep­szą kan­dy­dat­ką do wy­jaz­du na igrzy­ska. To przy­kre, że w me­diach w ogóle się o tym nie mó­wi­ło.

Kto prze­ko­nał panią do bob­sle­jów?

- Elana Mey­ers, która w Soczi zdo­by­ła dla USA olim­pij­skie sre­bro w dwój­kach, za­pro­po­no­wa­ła mi, abym spró­bo­wa­ła swo­ich sił w tej dys­cy­pli­nie. Temat po­ja­wił się po raz pierw­szy już kilka lat temu. Wtedy jed­nak byłam sku­pio­na na lek­ko­atle­ty­ce i przy­go­to­wa­niach do do­ce­lo­wej im­pre­zy – igrzysk w Lon­dy­nie. Obie­ca­łam jej wów­czas, że do­łą­czę do dru­ży­ny póź­niej. I tak też się stało.

Myśli już pani o wy­stę­pie w ko­lej­nych zi­mo­wych igrzy­skach – w Py­eong­chang w 2018 roku?

- Start w Korei jest jak naj­bar­dziej moż­li­wy. Byłam już wie­lo­krot­nie na­ma­wia­na, by nie koń­czyć ka­rie­ry w bob­sle­jach. Wszy­scy ro­zu­mie­ją jed­nak, że obec­nie sku­piam się głów­nie na lek­ko­atle­ty­ce i bie­ga­niu przez płot­ki, dla­te­go nie na­ci­ska­ją. Nie­wy­klu­czo­ne, że na razie będę po pro­stu wy­ko­ny­wa­ła plan tre­nin­go­wy i brała udział w za­wo­dach je­dy­nie w okre­ślo­nym za­kre­sie. Oczy­wi­ście ko­cham bob­sle­je, ale w ich przy­pad­ku zda­rzyć może się wszyst­ko. Dziś moim głów­nym celem jest start w Rio de Ja­ne­iro.

Miała już pani dwie szan­se na zdo­by­cie olim­pij­skie­go krąż­ka w płot­kach. Do trzech razy sztu­ka?

- Nie ukry­wam, że liczę na zdo­by­cie upra­gnio­ne­go me­da­lu olim­pij­skie­go. Pró­bo­wa­łam na różne spo­so­by – dwu­krot­nie latem i raz zimą. Do tej pory jed­nak nie udało mi się speł­nić ma­rze­nia, jakim jest wej­ście na po­dium igrzysk, naj­le­piej na naj­wyż­szy sto­pień. W Bra­zy­lii chcia­ła­bym to zmie­nić.

Ma pani wciąż z tyłu głowy fe­ral­ny bieg fi­na­ło­wy z Pe­ki­nu, w któ­rym po­tknę­ła się pani o przed­ostat­ni pło­tek i stra­ci­ła pewne – wy­da­wa­ło­by się – złoto?

- Na­praw­dę rzad­ko zda­rza się, by za­wod­nik po­tknął się o pło­tek i nie sądzę, aby tam­ten przy­pa­dek wpły­nął na moją pod­świa­do­mość i spo­wo­do­wał obawę przy po­ko­ny­wa­niu prze­szkód w ko­lej­nych bie­gach. Szan­sa na olim­pij­ski krą­żek zda­rza się jed­nak tylko raz na czte­ry lata i chyba wła­śnie zmar­no­wa­nie tak nie­po­wta­rzal­nej oka­zji fru­stru­je mnie bar­dziej niż sam fakt zde­rze­nia z płot­kiem.

Stać panią jesz­cze na po­pra­wie­nie re­kor­du ży­cio­we­go, który od 2008 roku wy­no­si 12.43 se­kun­dy?

- Już w ubie­głym roku było bli­sko – za­bra­kło 0.07 se­kun­dy – lecz ry­wa­li­za­cję na bież­ni za­koń­czy­łam sto­sun­ko­wo wcze­śnie z po­wo­du przy­go­to­wań do igrzysk w Soczi. Wpraw­dzie nie jest teraz łatwo po­now­nie po­ja­wić się na tar­ta­nie, pre­zen­tu­jąc dobrą formę, lecz wszyst­ko po­wo­li wraca do normy. Czuję się w pełni przy­go­to­wa­na do no­we­go se­zo­nu i sama je­stem cie­ka­wa, na ile bę­dzie mnie w tym roku stać.

W śro­do­wi­sku spor­to­wym wzbu­dza pani spore emo­cje. Nie­któ­rzy za­rzu­ca­ją pani zbyt dużą ob­rot­ność w kwe­stiach mar­ke­tin­go­wych.

- Nie muszę ni­cze­go udo­wad­niać. To do mnie na­le­ży ha­lo­wy re­kord Sta­nów Zjed­no­czo­nych na 60 me­trów przez płot­ki (7,72 z 2010 roku, trze­ci re­zul­tat w hi­sto­rii lek­ko­atle­ty­ki – przyp. red.), je­stem pierw­szą ko­bie­tą, któ­rej udało się obro­nić tytuł ha­lo­wej mi­strzy­ni świa­ta na tym dy­stan­sie i jedną z bar­dzo nie­wie­lu, które po­je­cha­ły na let­nie i zi­mo­we igrzy­ska. Nie­któ­rzy mi po pro­stu za­zdrosz­czą. Ow­szem, je­stem atrak­cyj­na na rynku re­kla­mo­wym, ale uwa­żam, że każdy spor­to­wiec po­wi­nien umieć się sprze­dać! To jest jed­no­cze­śnie nasza praca – w końcu po­trze­bu­je­my wspar­cia i mu­si­my przy­ku­wać uwagę po­ten­cjal­nych spon­so­rów. Jeśli tego nie ro­zu­miesz, nie wy­ko­nu­jesz do­brze swo­jej pracy. Oczy­wi­ście, je­stem przede wszyst­kim spor­tow­cem, ale z dru­giej stro­ny muszę też za­dbać o to, co nie do­ty­czy bież­ni w spo­sób bez­po­śred­ni. Sama sta­ram się do­ra­dzać za­wod­ni­kom, któ­rzy nie do końca od­naj­du­ją się w re­aliach mar­ke­tin­gu, któ­rzy mają pro­blem z za­cho­wa­niem ba­lan­su po­mię­dzy spor­tem a biz­ne­sem. Wy­star­czy spoj­rzeć na tych naj­lep­szych i naj­bar­dziej zna­nych spor­tow­ców – Ko­be­go Bry­an­ta, Cri­stia­no Ro­nal­do, Mi­cha­ela Phelp­sa. Ich dzia­łal­ność to esen­cja ro­zu­mie­nia biz­ne­su w do­brym tego słowa zna­cze­niu. To już nie są zwy­czaj­ni spor­tow­cy, tylko pro­duk­ty mar­ke­tin­go­we. Sta­ra­ją się być ak­tyw­ni w me­diach spo­łecz­no­ścio­wych i mają me­ne­dże­rów od­po­wia­da­ją­cych za spra­wy zwią­za­ne z mar­ke­tin­giem. Każdy za­wo­do­wiec po­wi­nien iść tym tro­pem, jeśli chce prze­trwać w dzi­siej­szych re­aliach. Bycie me­dial­nym po pro­stu za­pew­nia byt.

Wła­śnie z mar­ke­tin­giem wiąże pani swoją przy­szłość?

- Ra­czej z te­le­wi­zją. Wy­da­je mi się, że jako były spor­to­wiec mia­ła­bym do po­wie­dze­nia kilka faj­nych rze­czy przed ka­me­rą. Nie­mniej ni­cze­go jesz­cze szcze­gó­ło­wo nie pla­no­wa­łam.

Licz­ne kon­trak­ty re­kla­mo­we to jed­nak nie wszyst­ko. Po­zo­wa­ła pani także nago dla ESPN The Ma­ga­zi­ne Body Issue, po­dob­nie jak pol­ska te­ni­sist­ka Agniesz­ka Ra­dwań­ska. Obie zo­sta­ły­ście za to mocno skry­ty­ko­wa­ne, choć­by dla­te­go, że na co dzień opo­wia­da­cie się za kon­ser­wa­tyw­ny­mi war­to­ścia­mi.

- Ko­bie­ty za­wsze na­ra­żo­ne są na więk­szą kry­ty­kę niż męż­czyź­ni. Kiedy Ryan Hall, ame­ry­kań­ski re­kor­dzi­sta w pół­ma­ra­to­nie, rów­nież kon­ser­wa­tyw­ny i re­li­gij­ny, zde­cy­do­wał się na taką samą sesję dla ma­ga­zy­nu ESPN, nikt go nie kry­ty­ko­wał. Lu­dzie, wi­dząc zdję­cia na­gie­go Ryana bie­gną­ce­go przez las, re­ago­wa­li bar­dzo en­tu­zja­stycz­nie. To praw­dzi­wa sztu­ka! Widok jego pra­cu­ją­cych w trak­cie ruchu mię­śni jest nie­sa­mo­wi­ty – za­chwy­ca­li się. Ryan nie spo­tkał się z ne­ga­tyw­nym od­bio­rem tylko dla­te­go, że jest męż­czy­zną. Jeśli na taki krok de­cy­du­je się jed­nak ko­bie­ta, sły­szy od razu, że jej zdję­cia ocie­ka­ją sek­sem, że nie może być praw­dzi­wą chrze­ści­jan­ką. To nie­do­rzecz­ne, po­nie­waż mu­si­my pa­mię­tać, że Bóg stwo­rzył nas na­gich. Lu­dzie nie­ste­ty robią z tego pro­blem, ina­czej trak­tu­jąc ko­bie­ty.

Co do ko­biet i męż­czyzn – dwa lata temu ogło­si­ła pani, że ze wzglę­du na chrze­ści­jań­skie prze­ko­na­nia za­cho­wa czy­stość aż do za­mąż­pój­ścia. Czy zna­la­zła już pani od­po­wied­nie­go kan­dy­da­ta?

- Nie­ste­ty, nadal nie spo­tka­łam przy­szłe­go męża. Gdyby tak się stało, praw­do­po­dob­nie od razu za­czę­ła­bym umiesz­czać nasze wspól­ne zdję­cia na In­sta­gra­mie. Przy za­wo­do­wym upra­wia­niu dwóch dys­cy­plin jed­no­cze­śnie spo­tka­nie tej wła­ści­wej osoby jest na­praw­dę trud­ne. Nie mam czasu na życie pry­wat­ne, a już na pewno nie na rand­ki. Brak wła­ści­we­go kan­dy­da­ta nie zmie­nił jed­nak mo­je­go świa­to­po­glą­du. Nie mam in­ne­go zda­nia co do słusz­no­ści za­cho­wa­nia dzie­wic­twa dla tego je­dy­ne­go. Po tylu la­tach cze­ka­nia by­ła­bym głu­pia, gdy­bym nagle ode­szła od wła­snych zasad. Poza tym czuję, że już nie­dłu­go wszyst­ko może się zmie­nić!

***

Lori Lolo Jones

Uro­dzi­ła się 5 sierp­nia 1982 roku. Ha­lo­wa mi­strzy­ni świa­ta (2008, 2010) w biegu na 60 me­trów przez płot­ki, dwu­krot­na fi­na­list­ka igrzysk olim­pij­skich (2008, 2012) na 100 me­trów ppł.

W Pe­ki­nie mknę­ła do mety po złoto, ale po­tknę­ła się na przed­ostat­niej prze­szko­dzie i za­ję­ła 7. lo­ka­tę. W Lon­dy­nie była 4. Na trze­cie igrzy­ska po­je­cha­ła do... Soczi, gdzie w bob­sle­jo­wej dwój­ce ukoń­czy­ła ry­wa­li­za­cję na 11. po­zy­cji.

Tekst po­cho­dzi z "Ty­go­dnia Prze­glą­du Spor­to­we­go"

niedziela, 15 czerwca 2014

Shogun

​​

"Shogun": Richard Chamberlain przyznał, że jest homoseksualistą. Dziś jednak żałuje...

Piątek, 13 czerwca (09:54)
Więcej na temat: Chamberlain Richard, shogun

Lata temu widzowie kibicowali Richardowi Chamberlainowi, jako początkującemu medykowi. Przeżywali perypetie angielskiego rozbitka, który trafił do feudalnej Japonii. Teraz możemy sobie przypomnieć przygody dzielnego „Shoguna".

Zdjęcie

Richard Chamberlain /AKPA

Richard Chamberlain
/AKPA

Wychowywał się wprawdzie w dzielnicy będącej synonimem sukcesu - Beverly Hills. Jednak Richard Chamberlein nie pochodził z bogatej rodziny. Dorastał w przyczepie kempingowej, a jego ojciec był alkoholikiem terroryzującym rodzinę.

Reklama

U Hitchcocka

To nie przeszkodziło mu jednak w realizacji marzeń. Karierę aktorską zaczął od epizodów w kultowym cyklu "Alfred Hitchcock Przedstawia"(1959). Pierwszą poważniejszą rolę zagrał w 1960 r. w "The Secret of the Purple Reef" u boku Petera Falka.

Zdobył serca widzów

Przełom nastąpił rok później, kiedy otrzymał tytułową rolę w serialu "Doktor Kildare", którego grał przez kolejne sześć lat. Ta produkcja zapoczątkowała modę na serialowe tasiemce. Po "Kildarze" zapanowała prawdziwa moda na Richarda Chamberlaina, w którym widzowie chcieli widzieć wrażliwego romantyka łamiącego serca kobiet.

Własną drogą

Zaczął być zasypywany propozycjami. Jednak zamiast iść utartą ścieżką i grać podobne do siebie postaci na ponad sześć lat wyjechał do Anglii, gdzie grał w teatrze. Wybierał zróżnicowane role. W komedii "Wariatka z Chaillot" (1969) partnerował Katharine Hepburn, w dramacie biograficznym "Kochankowie muzyki" (1971) wcielił się w Piotra Czajkowskiego. Nie gardził też kinem rozrywkowym i w "Trzech muszkieterach" (1973) zagrał Aramisa, by powtórzyć tę rolę w 1974 roku w "Czterech muszkieterach".

Zdjęcie

Richard Chamberlain i Yoko Shimada w serialu "Shogun" /AKPA

Richard Chamberlain i Yoko Shimada w serialu "Shogun"
/AKPA

Król miniseriali

Został ochrzczony mianem króla seriali. Wszystko za sprawą "Shoguna", w którym zagrał Johna Blackthorne'a, nawigatora na angielskim okręcie, który rozbił się u brzegów feudalnej Japonii. Choć od produkcji upłynęły 34 lata, "Shogun" do dziś jest jednym z najlepiej ocenianych miniseriali w historii światowej telewizji. Kiedy w latach 80. po raz pierwszy był emitowany w Polsce, pustoszały ulice. Wszyscy z wypiekami na twarzy śledzili losy rozbitka. Następnym sukcesem aktora były "Ptaki ciernistych krzewów" (1983), gdzie zagrał ojca Ralpha de Bricassart przeżywającego zakazaną miłość. Ten serial z Chamberlaina uczynił gwiazdę pierwszej wielkości. W 1996 nakręcono sequel "Ptaki ciernistych krzewów: Stracone lata", który nie powtórzył jednak sukcesu sprzed lat.

Wyznał, dziś żałuje

Do gwiazdora wzdychały tysiące fanek, ale on nie związał się z żadną kobietą. W 2003 roku przyznał, że jest homoseksualistą. Dziś jednak żałuje tamtej szczerości. - Radzę aktorom, którzy grają amantów, nie przyznawajcie się do homoseksualizmu! To zniszczy wam karierę. Jednak 80-letni Chamberlain nadal gra. Jego ostatnia produkcja - dramat "The Haunted Secret" czeka na premierę.

Zdjęcie

Okręt Johna Blackthorne'a rozbija się u wybrzeży Japonii. Angielski nawigator zostaje uwikłany w polityczne rozgrywki na szczytach władzy /AKPA

Okręt Johna Blackthorne'a rozbija się u wybrzeży Japonii. Angielski nawigator zostaje uwikłany w polityczne rozgrywki na szczytach władzy
/AKP


Czytaj więcej na http://www.swiatseriali.pl/seriale/kultowe-seriale-667/news-shogun-richard-chamberlain-przyznal-ze-jest-homoseksualista-,nId,1441677?utm_source=paste&utm_medium=paste&utm_campaign=firefox#

sobota, 14 czerwca 2014

Groźne niebo naszpikowane Igłami i Strzałami. Jak separatyści to robią?

14 czerwca 2014, 11:06

Groźne niebo naszpikowane Igłami   i Strzałami. Jak separatyści to robią?
Foto: USAF | Video: TVN 24 "Strzała-2" gotowa do odpalenia

Zestrzelenie transportowego Ił-76 z 49 osobami na pokładzie jest najtragiczniejszą stratą ukraińskiego lotnictwa w walkach z separatystami. Nie jest jednak pierwszą. Prorosyjskie bojówki zaskakująco skutecznie polują na ukraińskie samoloty i śmigłowce, korzystając z ręcznych wyrzutni rakiet przeciwlotniczych. W kompetentnych rękach to groźna broń.

Ił-76 został zestrzelony podczas podejścia do lądowania na lotnisku w Ługańsku w nocy z piątku na sobotę. Jak podało ukraińskie ministerstwo obrony, zginęli wszyscy obecni na pokładzie - 49 osób. Byli to głównie żołnierze.

Separatyści zestrzelili ukraiński samolot. Poroszenko zapowiada "stosowną odpowiedź"

Prezydent Ukrainy...
czytaj dalej »
Wojsko nazywa atak separatystów "cynicznym" i "podstępnym". Mówi to wiele o niekompetencji ukraińskiego dowództwa. Okolice lotniska w Ługańsku od dawna są pełne separatystów, którzy ostrzegali, że kontrolują przestrzeń powietrzną i grozili, że zestrzelą wszystko, co będzie chciało tam wylądować. Takie twierdzenie można uznać za rzucane na wyrost, jednak pomimo tego wysyłanie w takie miejsce dużego i powolnego samolotu transportowego to igranie z losem. Ił-76 to idealny cel dla ręcznych rakiet przeciwlotniczych. A jak separatyści już wielokrotnie pokazali, bardzo dobrze się nimi obchodzą.
Tak wygląda normalny lot Ił-76
Wideo: Reuters Tak wygląda normalny lot Ił-76

Wystawienie się na cel

Ił-76 najpewniej został zestrzelony przez rakietę Igła lub Strzała-2. Podawana przez część mediów nazwa "Zenit" jest błędna, ponieważ nie ma takiej ręcznej wyrzutni rakiet przeciwlotniczych. To nazwa rakiety kosmicznej do wynoszenia lekkich satelitów. W czasach II wojny światowej w ZSRR na wszystkie działka przeciwlotnicze mówiono "zenitówki". Być może tak ktoś określił wielkokalibrowe karabiny maszynowe, które również miały strzelać do Iła. Ukraińskie wojsko nie precyzuje nazwy systemu, przy pomocy którego zestrzelono samolot.

Źródło: domena publiczna Pierwszy radziecki MANPADS - Striela 2. Przed odpaleniem głowica rakiety musi uchwycić cel. Doprowadzenie do tego często jest najtrudniejszym zadaniem. Potem następuje odpalenie i dalej pocisk radzi sobie sam Zniżający się do lądowania duży transportowiec najpewniej padł ofiarą przygotowanej przez separatystów zasadzki. To znana metoda działania polegająca na ustawieniu broni przeciwlotniczej na przedłużeniu pasa startowego. Startujący lub lądujący samolot leci powoli, nisko i przewidywalnym kursem, co czyni go łatwym celem.

Podobną metodę stosowali między innymi mudżahedini w Afganistanie walczący z wojskiem ZSRR. Udało im się zestrzelić wiele transportowców wyładowanych żołnierzami. Nauczeni tym doświadczeniem dowódcy radzieccy przed każdą turą startów lub lądowań wysyłali na rozpoznanie patrole śmigłowców szturmowych i żołnierzy. Ich zdaniem było "wymieść" partyzantów czekających w zasadzce.

Piloci transportowców wykonywali natomiast "wariackie" lądowania polegające na bardzo gwałtownym nurkowaniu z dużej wysokości i szybkim posadzeniu samolotu na ziemi, tak aby jak najkrócej być w strefie zagrożenia. Podobnie wyglądały starty, podczas których samoloty wznosiły się maksymalnie jednocześnie gwałtownie wykonując zwrot. Podobne metody stosuje się w Afganistanie do dzisiaj. W nomenklaturze NATO nazywa się to lądowaniem i startem "taktycznym".

Jest mało prawdopodobne, aby "wymiatanie" przeprowadzono w Ługańsku. Okolice lotniska od ponad miesiąca są tam pod częściową kontrolą separatystów, których nie udało się wojsku pokonać. Na dodatek w okolicy jest dużo parowów i kilka wiosek, w których bojówkarzom łatwo się ukryć. W takiej sytuacji wysłanie ciężkiego i powolnego Iła-76 można uznać za niepotrzebne ryzykowanie życia żołnierzy.

Groźne rakiety na ramieniu

Separatyści zestrzelili nad Słowiańskiem helikopter ukraińskiej armii

Separatyści ze...
czytaj dalej »
Zestrzelony transportowiec był największą maszyną tego rodzaju w dyspozycji ukraińskiego wojska. Według niepotwierdzonych doniesień był to jedyny zmodernizowany egzemplarz oznaczony Ił-76 MD i noszący charakterystyczne ciemnoszare malowanie. Taka maszyna ma cztery duże silniki odrzutowe, które generują bardzo dużo ciepła, czyli są magnesem na ręcznie odpalane rakiety przeciwlotnicze.

Igły i Strzały, którymi dysponują separatyści, naprowadzają się właśnie na źródła ciepła. W odpowiednich warunkach to bardzo groźne uzbrojenie, o czym boleśnie przekonuje się ukraińskie lotnictwo. Ręcznie odpalane rakiety przeciwlotnicze, nazywane skrótowo z angielskiego MANPADS (Man Portable Air Defence System), służą z założenia do obrony wojsk lądowych przed atakującymi je śmigłowcami i samolotami na niskich pułapach.

MANPADS nie stanowią większego zagrożenia dla maszyn latających na dużych wysokościach lub z dużą prędkością. Mają bowiem ograniczony zasięg i są relatywnie powolne, trudno im więc dogonić "uciekający" samolot, który jest szybszy niż np. ciężki Ił-76. Pomagają też gwałtowne manewry, ale to zdecydowanie poza zasięgiem możliwości transportowca podchodzącego do lądowania.

Poza prędkością, manewrami i wysokością, MANPADS można też skutecznie zmylić przy pomocy flar. To małe ładunki pirotechniczne, które po odpaleniu z samolotu opadają płonąć i wytwarzając bardzo dużo ciepła. Systemy naprowadzania rakiet mogą je wybrać ponad silniki. Na nagraniach z Ukrainy często widać jak są masowo odpalane ze śmigłowców i samolotów szturmowych. Rosyjskie media czasem biorą je - umyślnie lub nie - za "bomby fosforowe". Źródło: USAF C-130 Hercules demonstruje jak wyglądają flary

Niepotrzebne straty

Ze względu na zagrożenie, jakim są MANPADS, nieprzypadkowym jest to, że światowe agencje wywiadowcze prowadzą szeroko zakrojoną i skoordynowaną akcję ich śledzenia oraz "wyłuskiwania" z czarnego rynku. Istnieje silna obawa, że przy ich pomocy terroryści mogą gdzieś na świecie zestrzelić lądujący lub startujący samolot pasażerski, czyli zrobić coś podobnego do tego, co właśnie uczynili separatyści na Ukrainie. Na szczęście tego rodzaju uzbrojenie jest trudno dostępne i wymaga wyszkolonego strzelca, aby było skuteczne.

Źródło: USMC Symulator Igły. Jaśniejsza część to mechanizm spustowy zawierający całą elektronikę i stanowiący "serce" MANPADS. Doczepia się do niego wymienne pojemniki z rakietami

Prorosyjskie bojówki mają ułatwioną sytuację, bowiem wszystko wskazuje na to, że posiadają duże zapasy MANPADS. Najpewniej zostały zdobyte na wojsku lub wydobyte ze starych magazynów (stacjonujące na Ukrainie wojsko ZSRR miało takiego uzbrojenia masę) i otrzymane od służb rosyjskich. Na to drugie wskazuje między innymi przechwycenie na Ukrainie polskiej rakiety Grom, których pewną liczbę Rosjanie zdobyli w Gruzji.

Rewolta w Libii da terrorystom groźne rakiety?

Rewolta w Libii...
czytaj dalej »
Wśród separatystów najpewniej jest dużo byłych wojskowych, których przeszkolono w użyciu MANPADS. Jak przekonuje się boleśnie ukraińskie wojsko, nie zapomnieli oni, jak się ich używa. Od początku walk na wschodzie zestrzelono już trzy śmigłowce szturmowe Mi-24, co najmniej dwa transportowe Mi-8/17, samolot zwiadowczy An-30 i teraz Ił-76.

Wszystkie trafiono rakietami podczas lotu na małej wysokości, poza An-30, który miał być na wysokości około 3-4 kilometrów, czyli na granicy zasięgu Igieł i Strzał. Maszyna zwiadowcza leciała jednak powoli i prosto, co pomogło separatystom.

Co charakterystyczne, nie strącono żadnego samolotu myśliwskiego lub szturmowego, które również biorą udział w walkach. Są one po prostu za szybkie i zwrotne dla MANPADS. Mają też wyrzutnie flar, co czyni ich zestrzelenie trudnym. Straty wśród śmigłowców szturmowych atakujących na małej wysokości są nieuniknione. Zupełnie niepotrzebne są natomiast straty takich maszyn An-30 lub Ił-76. Wysyłanie ich w region, gdzie działają separatyści, jest proszeniem się o problemy. Źródło: Wikipedia (CC BY-SA 3.0) / Vitaly V. Kuzmin Jedna z najnowszych wersji Igły. Na dziobie widać czujnik promieniowania podczerwonego, który kieruje rakietę na strumień gorących gazów wydostających się z silników
Autor: Maciej Kucharczyk\mtom / Źródło: tvn24.pl