sobota, 19 września 2015

Lho La - największa tragedia w dziejach polskiego himalaizmu, wyprawa na Everest w maju 1989 roku

Nazwano ją największą tragedią w dziejach polskiego himalaizmu. Polacy zdobyli Everest, ale nigdy nie wrócili do bazy.

Mount EverestFoto: Thinkstock

Tragedia była tym większa, że poprzedzona została wielkim triumfem – zdobyciem przez dwójkę Polaków Mount Everestu trudną drogą wiodącą zachodnią granią przez przełęcz Lho La.




W maju 1989 roku podczas powrotu ze szczytu do bazy, w wyniku zejścia lawiny, zginęło 5 uczestników wyprawy.

Jedyny pozostały przy życiu członek ekspedycji, ranny i cierpiący na śnieżną ślepotę, oczekiwał na ratunek. Ratunek, który był prawie niemożliwy.

Jest maj 1989 roku. W wyprawie biorą udział himalaiści polscy oraz kilku gości z zagranicy. Wśród Polaków są m.in. Andrzej "Zyga" Heinrich, Mirosław "Falco" Dąsal, Mirosław Gardzielewski, Wacław Otręba, Eugeniusz Chrobak – kierownik wyprawy, oraz Andrzej Marciniak, który tamtego roku miał skończyć 30 lat.

Celem wyprawy było pokonanie tzw. drogi "jugosłowiańskiej" na Mount Everest. To bardzo długa i trudna trasa wiodąca zachodnią granią przez południową część masywu Khumbutse (6408 m n.p.m.) i przełęcz Lho La (6026 m n.p.m.).

Jej pokonanie wymagało żmudnych przygotowań, dobrze przemyślanej logistyki, założenia pięciu obozów, powolnego wynoszenia sprzętu i poręczowania poszczególnych odcinków. Nie było mowy o "szybkim wyjściu" – ta droga była zbyt długa.

Poza tym rok 1989 to wciąż epoka wielkich, oblężniczych wypraw. Małe wyprawy w stylu alpejskim nie były wówczas na porządku dziennym, jak obecnie.

Aby dostać się na ramię Everestu, należało najpierw sforsować grań Khumbutse, przedostać się na jej drugą stronę, zejść na przełęcz Lho La i stamtąd atakować szczyt.

Bezpośrednie i znacznie krótsze podejście z bazy na Lho La było niemożliwe ze względu na stale urywający się, wiszący pod progiem przełęczy serak. Dlatego wspinacze wybierali znacznie dłuższą i żmudniejszą drogę.

Jeszcze trudniejszy był ten sam odcinek, ale pokonywany w drodze powrotnej, "na zmęczeniu": z Lho La wspinacze musieli wspiąć się 300 metrów na grań Khumbutse, by opuścić się na drugą stronę masywu, u podnóża którego znajdowała się baza.

To właśnie ten ostatni odcinek odegra szczególną rolę w tragedii. Tragedii, która rozegra się po triumfie zdobycia szczytu.

Uczestnicy wyprawy są gotowi do ataku szczytowego. Kilka tygodni spędzili na aklimatyzacji i zakładaniu pośrednich obozów. Przeczekiwali w bazie lub wyżej założonych obozach wiele załamań pogody. W każdym, który zamierzał podjąć próbę ataku, piętrzyły się osobiste marzenia i ambicje.

Pierwszą próbę podejmują najbardziej doświadczeni i najstarsi uczestnicy wyprawy – Andrzej Heinrich i Eugeniusz Chrobak. Jak pisze Mirosław "Falco" Dąsal ("Każdemu jego Everest"), było to 5 maja. Próba nie powiodła się.

Następnie szczyt zaatakowali Andrzej Marciniak, Wacław Otręba i Nick Cienski. Tym razem również wycofano się.

"Idę, teraz już na pewno po raz ostatni, lecz dokąd, dokąd idę – do końca nie wiem. Chciałbym wiedzieć, a nie wiem! Tak daleko i ten brak pewności. A może właśnie tak to już jest? Chociaż nie, to bym wiedział. Więc może to już pora…?" – to zapis z pamiętnika Mirosława Dąsala, datowany na 16 maja ("Każdemu jego Everest").

22 maja Dąsal i Gardzielewski podejmują swoją próbę zdobycia szczytu. Dotarli bardzo wysoko – w rejon tzw. żółtych skał, skąd wycofali się ze względu na kończący się tlen.

Tymczasem w stronę wierzchołka podążają Andrzej Marciniak i Eugeniusz Chrobak. Ten drugi był już kiedyś bardzo blisko szczytu, jednak lider Andrzej Zawada nakazał wówczas odwrót.

Tym razem było inaczej: 24 maja wieczorem Eugeniusz Chrobak i Andrzej Marciniak stanęli na szczycie. Szybko zaczęli odwrót. Zdawali sobie sprawę, jak jest późno (na szczycie stanęli o 20.00), jak bardzo są zmęczeni i jak długa i trudna droga powrotna ich czeka.

Zaczęło się załamanie pogody. – Padał coraz gęstszy śnieg, a do obozu drugiego znów trzeba będzie iść przez zwały śniegu, co grozi lawinami. Wiatr rzucał nami na poręczówkach, trzeba było przywierać do czekana wbitego mocno w lód, bo inaczej przerzucało nas przez grań na drugą stronę – napisze później Andrzej Marciniak (wspomnienia Andrzeja Marciniaka zebrane przez Andrzeja Marcisza do epilogu książki Mirosława Dąsala "Każdemu jego Everest", Kraków 1996).

Po wyczerpującym zejściu trwającym kilkadziesiąt godzin dotarli do obozu pierwszego. Tu na wyczerpanych zdobywców Everestu zaczekali koledzy, którzy kilka dni wcześniej wycofali się spod wierzchołka: Mirosław "Falco" Dąsal i Mirosław Gardzielewski.

– Obecność dwóch Mirków pokrzepiła nas bardzo, bo wiedzieliśmy, że przy takim załamaniu pogody i przy naszym wyczerpaniu będzie nam bardzo ciężko. A oni, mimo że dwie noce spędzili również na wysokości powyżej 8000 metrów i też byli zmęczeni, to jednak poczekali, by nas asekurować (…). W tym samym czasie z bazy wyruszył Heinrich z Otrębą, ażeby przetorować nam trasę. (…) 26 maja w obozie I było nas sześciu i to właśnie była ta szóstka…" – wspomina Andrzej Marciniak.

27 maja cała szóstka opuściła rozległe plateau Lho La i weszła w kuluar w dolnej części stoków Khumbutse. Himalaiści musieli teraz pokonać ok. 300 metrów podejścia w stromym i lawiniastym terenie. Wpięli się do poręczówek i rozpoczęli ostatni męczący odcinek drogi.

– W pewnym momencie, gdy Gardziel (Mirosław Gardzielewski – przyp. red.) zrównał się z Wackiem – pamiętam dobrze, bo aż się zdziwiłem, co jest grane – śnieg jakby się podniósł przede mną i utworzył jakby falę, która zaczęła błyskawicznie zsuwać się w dół i pochłaniać wszystko po drodze – wspomina Andrzej Marciniak (wspomnienia Andrzeja Marciniaka zebrane przez Andrzeja Marcisza do epilogu książki Mirosława Dąsala "Każdemu jego Everest", Kraków 1996).

– Pomyślałem – no to już koniec. Lawina. Ocknąłem się na dole u podstawy ściany. Starałem się zorientować, kto gdzie leży zasypany w śniegu i ujrzałem z tyłu Gienka i Falca, który był lekko uniesiony na linie. Krwawiłem. Bolała mnie szczęka. Wszyscy trzej byliśmy na powierzchni śniegu. Nie widziałem pozostałych.

"Z lawiną przelecieliśmy 200 – 300 metrów. Zobaczyłem ruszającą się rękę. Chciałem do niej dotrzeć, ale nie mogłem ustać na nogach. Mogłem tylko zsuwać się po śniegu. Po drodze natrafiłem na wystające buty Wacka. Jednocześnie zobaczyłem, że wraz ze wspomnianą ręką wystaje głowa. (…) Musiałem przede wszystkim zająć się tymi, którzy byli zasypani. Zrzuciłem raki, uprząż, rękawiczki i zabrałem się do odkopywania Wacka. Odkopałem go spod śniegu, był jeszcze ciepły, wydawało mi się, że oddycha.

W tym czasie Zyga – to była jego ręka i głowa – dojrzał mnie i zaczął wzywać pomocy. W tej ciszy jego głos był straszliwie dramatyczny. Dotarłem do niego. (…) Odkopałem go, ale on krzyczał dalej, abym go odkopał. Nie wiedziałem, jak mu pomóc. Śnieg już go nie krępował, więc przykryłem go kurtką puchową i zacząłem się rozglądać za Gardzielem.

Znowu zobaczyłem wystającą ze śniegu rękę. To musiał być on. Odkopałem mu twarz spod śniegu, była sina, nienaturalnie wykrzywiona. Nie żył.

Wtedy pomyślałem, że trzeba zawiadomić bazę. Wyciągnąłem radio. Było złamane na pół. Odszukałem, leżące obok plecaka, drugie, które na szczęście działało. Wytłumaczyłem bazie, co się stało.

Wróciłem do Wacka, on nie dawał znaku życia. Podjąłem reanimację. Masaż serca, sztuczne oddychanie… Bez rezultatu. (…) Wróciłem do Falca. Odciąłem go od liny, odwróciłem na wznak, ale jego twarz już zastygła. I wtedy znów połączyłem się z bazą, by powiedzieć, że Falco też nie żyje.

Lekarz spytał co z Gienkiem? Gienek był w tym momencie poniżej lawiniska. Schodząc zobaczyłem, że kurtka, którą okryłem Zygę, jest odrzucona, a Zyga z przekrzywioną głową nie daje znaku życia. (…) Zostałem tylko z Gienkiem" – czytamy w relacji Andrzeja Marciniaka (wspomnienia zebrane przez Andrzeja Marcisza do epilogu książki Mirosława Dąsala "Każdemu jego Everest", Kraków 1996).

Przy życiu zostało ich dwóch. Byli to zdobywcy Everestu: Eugeniusz Chrobak i Andrzej Marciniak. Niestety Chrobak nie przeżył nocy. Marciniak został sam.

Z bazy nie mógł oczekiwać na ratunek – ekipa, która wystartowała, musiała się cofnąć ze względu na załamanie pogody i zagrożenie lawinowe.

Himalaista musiał zejść z powrotem na przełęcz Lho La, by poszukać namiotów obozu I. Tam mógł czekać na ratunek bądź przygotować się do samodzielnego zejścia.

- Wydawało mi się to niewykonalne. Żeby dojść do obozu, musiałbym kluczyć wśród szczelin plateau, co przy kopnym, świeżym śniegu było bardzo ryzykowne – wspominał w pisemnej relacji.

Bolała go noga, żebra, kręgosłup, miejsca po wybitych w lawinie zębach. Zaczęły się kłopoty z oddychaniem. Z powodu braku okularów zaczął tracić wzrok. Wieczorem przypadkowo natknął się na namiot.

Tymczasem baza zawiadomiła Katmandu o tragedii. Inicjatywę przejęli przebywający w Nepalu himalaista Artur Hajzer oraz Agnieszka, dziewczyna Andrzeja Marciniaka, oczekująca w Katmandu na jego powrót.

Kilkudniowa bezowocna walka o śmigłowiec, próby zorganizowania ekipy, prośby o zezwolenia i pomoc m.in. w ambasadach kilku krajów, a przede wszystkim zaangażowanie wielu osób, w tym wybitnych przedstawicieli świata himalajskiego, m.in. Reinholda Messnera – tak streścić można tych kilka pełnych napięcia dni.

W końcu Artur Hajzer zorganizował mały zespół ratowniczy. Pomagali znakomici wspinacze – nowozelandzki zespół Rob Hall i Gary Ball oraz trzej znający rejon Szerpowie.

Rob Hall zginie 7 lat później podczas tragicznej i głośnej wyprawy na Mount Everest, opisanej przez Jona Krakauera w książce "Triumf i tragedia" ("Into thin air"). Gary Ball również zginie w górach – w rejonie Dhaulagiri.

Po 55 godzinach podróży i podejścia ratownicy dotarli pod przełęcz Lho La i do Andrzeja Marciniaka. Jedyny pozostały przy życiu członek zespołu został przetransportowany do szpitala.

Andrzej Marciniak na wiele lat odszedł od wspinaczki i himalaizmu. W 1996 roku wrócił jednak w Himalaje. Wziął udział w zakończonej sukcesem wyprawie na Annapurnę nową drogą.

7 sierpnia 2009 roku zginął w Tatrach, podczas wspinaczki w masywie Pośredniej Grani.

niedziela, 30 sierpnia 2015

"Boję się, że pociąg istnieje, ale jest pusty". Rozmawiamy z przewodnikiem po zamku Książ

Z Wałbrzycha Michał Radkowski, Gazeta.pl
 
30.08.2015 11:59

A A A Drukuj
- Nie jest to pierwsza sytuacja, gdy ktoś znalazł tutaj taki pociąg z czasów II wojny światowej. Teorie na ten temat krążą w Wałbrzychu już od kilkudziesięciu lat. Na początku z przewodnikami się śmialiśmy, ale jak potwierdził to konserwator generalny, to już nie wiemy, co o tym myśleć - mówi nam Maciej Meissner, wałbrzyszanin od urodzenia, przewodnik po zamku Książ.
Maciej Meissner, wałbrzyszanin od urodzenia, przewodnik po Zamku Książ

Maciej Meissner, wałbrzyszanin od urodzenia, przewodnik po Zamku Książ (Fot. Michał Radkowski, Gazeta.pl)

Chcesz wiedzieć szybciej? Polub nas

"Złoty pociąg" to w ostatnich dniach temat numer jeden. Gdy w okolicach Wałbrzycha zlokalizowano pociąg z okresu II wojny światowej, natychmiast pojawiły się spekulacje, że może chodzić o legendarny pociąg ze złotem i innymi kosztownościami, który pod koniec wojny rzekomo wywieziono z Wrocławia, a którego nigdy nie odnaleziono.

Sensacyjnego wymiaru sprawie dodaje fakt, że informacje o położeniu i zawartości pociągu przekazała na łożu śmierci osoba, która miała pracować przy jego ukryciu. Dziś generalny konserwator zabytków informuje, że przedstawione dowody dają "99 proc. pewności", że pociąg naprawdę istnieje, a żmudne, wielomiesięczne prace nad jego wydobyciem mają się rozpocząć lada dzień.

Maciej Meissner, przewodnik po zamku Książ: Przepraszam, ale napiszę SMS-a, że dziś znowu będę później, bo żona miała już obiad nastawiać.

Michał Radkowski: Żona jest wyrozumiała dla pana w ostatnich dniach?

- Ona się nawet cieszy. Mówi o mnie "celebryta".

To ilu wywiadów już pan udzielił?

- W sumie osiem. Dzisiaj z panem to moja szósta rozmowa.

Z kim pan rozmawiał? Podobno do Wałbrzycha zjechali dziennikarze z całego świata.

- Spotkałem się z ludźmi m.in. z NBC, CBS, ABC News i rosyjskiej telewizji Lifenews. Ale najwięcej jest dziennikarzy ze stacji brytyjskich i amerykańskich.

Spodziewał się pan, że informacja o tzw. złotym pociągu wywoła taki rozgłos?

- I tak, i nie. Nie jest to pierwsza sytuacja, gdy ktoś znalazł tutaj taki pociąg z czasów II wojny światowej. Teorie na ten temat krążą w Wałbrzychu już od kilkudziesięciu lat. Natomiast nigdy wcześniej ta sprawa nie nabrała takiego medialnego rozgłosu.

Gdy informacja pojawiła się w agencjach prasowych, to media światowe od razu ją podchwyciły i tak to się teraz samo nakręca. Z początku wraz z innymi przewodnikami na zamku śmialiśmy się z tych doniesień, bo podchodzimy do tego dość sceptycznie. Nic nie wiadomo o tej dwójce, która zgłosiła się po znaleźne. Natomiast biorąc pod uwagę, że generalny konserwator zabytków twierdzi, że ten pociąg istnieje, to już nie wiemy, co o tym myśleć.

Ale pewnie o to pana pytają turyści. Co im pan opowiada?

- Mówię to, co panu. Moje niedowierzanie wynika z tego, że już nie takie skarby miały być wykopywane. I co? I nic. Więc jednego dnia opowiadam grupom, że "złotego pociągu" nie ma, a drugiego dnia słyszę w telewizji newsa, który jest zaprzeczeniem moich słów.

Ma pan na myśli np. to, co podczas konferencji prasowej mówił generalny konserwator zabytków i wiceminister kultury Piotr Żuchowski?

- Właśnie do tego nawiązuję. Pan wiceminister mówił, że jest pewien na 99 proc., że ten pociąg istnieje.

Bo widział zdjęcia wykonane georadarem.

- Jestem bardzo ciekawy, jak wyglądają te zdjęcia. Georadarem badano zamek Książ. Dzięki temu można odczytać m.in. zmianę struktury skały albo materiału, który jest pod ziemią. Ale czy takie zdjęcie faktycznie pozwala zobaczyć, co jest w pociągu?

Pan tak powątpiewająco mówi o "złotym pociągu". Nie wierzy pan w jego istnienie?

- Z dużą rezerwą podchodzę do tego, czy on został znaleziony. Wierzę, że taki pociąg wyjechał z Wrocławia. Są na to dowody. Dokładnie opisywał to gauleiter Wrocławia Karl Hanke. Gdy dowiedział się, że Wrocław ma stać się twierdzą, zebrano w jednym miejscu depozyty bankowe i depozyty ludności cywilnej. Tego było tak dużo, że nie mieściło się w budynku, dlatego wsadzono je w pociąg i wywożono. Nie mam jednak pewności, czy te wagony nie zostały już rozszabrowane w czasie wojny.

Wśród Niemców nie wszyscy musieli być uczciwi. Być może z tego tortu kawałek zabrali dla siebie. Dlaczego logiczne wydaje się, że "złoty pociąg" ukrywano na tych terenach? Bo Niemcy wierzyli w swoje zwycięstwo. Zresztą nawet, jak myśleli, że przegrają, to liczyli, że te tereny wrócą w ich posiadanie. Pamiętajmy, że były to ziemie niemieckie od połowy XVIII wieku. Mówi się, że z tego samego powodu rozpoczęto w rejonie Wałbrzycha budowę kompleksu Riese. Miały to być tereny, które zawsze znajdowały się w centrum państwa niemieckiego, sejsmicznie pewne i sprawdzone. Więc i tu pociąg mógł zostać ukryty.

Ale na razie badaczom udało się odkryć zaledwie jedną trzecią podziemnych korytarzy kompleksu Riese.

- Inni mówią, że nawet jedną drugą. Natomiast według raportu Alberta Speera [główny architekt III Rzeszy - przyp. red.] tych tuneli miało być więcej. Już w 1944 roku raport nie zgadzał się z tym, co do dziś zbadaliśmy. Niektórzy twierdzą, że raport mógł być sfałszowany. Ja w to nie wierzę, bo Speer był zaufanym człowiekiem Hitlera i myślę, że zdawał sobie sprawę, że kłamanie w dokumentach mogłoby go kosztować życie. Pamiętajmy, że mówimy tu o projekcie budowlanym i państwowym.

Jeśli chodzi o wydatki państwowe, to myślę, że Niemcy byli bardzo skrupulatni w tym, co robili. Dlatego wierzę, że jeszcze jakieś tunele mogą być ukryte, może nie pod zamkiem Książ, ale w Górach Sowich. Wszyscy przyjeżdżają do zamku Książ, ponieważ teoria o tzw. złotym pociągu była bezpośrednio związana z tym miejscem. Mówiło się, że ten tunel z 65. kilometra miał prowadzić właśnie pod Książ. Na to dowodów nigdy nie znaleziono. Podobnie jak nie potwierdzono doniesień, że pod zamkiem znajdują się kolejne korytarze. Nie było pieniędzy, więc nie przeprowadzono porządnych badań podziemi. A te kosztowałyby ok. półtora miliona złotych.

Myśli pan, że to, co można odkryć w pociągu, jest więcej warte?

- Według tego, co powiedział generalny konserwator zabytków, jest kilka wagonów z platformami i uzbrojeniem, ale też kilka wagonów czymś przykrytych. Pytanie, co tam jest. Może się okazać, że jest tam dokumentacja. W złoto jakoś za bardzo nie wierzę.

A jeśli to będą dokumenty, to czego mogą dotyczyć?

- Być może to będzie dokumentacja Głównego Urzędu Bezpieczeństwa Rzeszy. To mogą być papiery odnośnie planów zagospodarowania Wrocławia i tuneli pod miastem. A może dokumentacja militarna? To są na razie wyłącznie spekulacje. Boję się, że pociąg faktycznie istnieje, ale jest pusty.

Jak chciałby pan, żeby się skończyła ta historia?

- Ja bym chciał, żeby pociąg stał pod zamkiem Książ i był wypełniony złotem.

Przecież, by to rozkradli od razu.

- Kolega mi opowiadał, że był na 65. kilometrze, gdzie ponoć jest wlot do ukrytego tunelu i terenu pilnuje policja. Czy jest patrolowany z powodu tego, że tam znajduje się pociąg? Nie sądzę. Raczej chodzi o eksploratorów amatorów, którzy będą kopać bez ładu i składu po to tylko, żeby kopać. A to jest nielegalne i niebezpieczne, a oni stoją z łopatami w wąwozie, gdzie biegnie linia kolejowa. Łatwo wpaść pod pociąg. Generalny konserwator zabytków powiedział, że tzw. złoty pociąg nie stoi w żadnym miejscu wskazanym przez eksploratorów, więc albo chciał odciągnąć ekipy poszukiwawcze od tych miejsc, albo faktycznie całkowicie się mylimy i pociąg stoi zupełnie gdzie indziej.

Władze miasta mówiły o "granicach administracyjnych Wałbrzycha". Ale to by wykluczało kilka wcześniej sugerowanych lokalizacji.

- O to chodzi. Jedna ze stacji radiowych podawała, że pociąg znajduje się pomiędzy 61. a 65. kilometrem trasy kolejowej z Wrocławia do Wałbrzycha. Znam to miejsce dokładnie i wiem, że na tym odcinku nie ma gdzie schować pociągu. Tam jest nasyp na górce, z której pociąg nie miałby jak zjechać. Jedynym pewnym miejscem jest 65. kilometr, gdzie zaczyna się górka i faktycznie tam mogłoby się znajdować wejście do tunelu. Ale czy tak było? Według świadków tak, ponieważ ta teoria zaczęła się od byłego górnika, pana Tadeusza Słowikowskiego, który rozmawiał z asystentem kierownika pociągu, który jeździł na tej linii w 1944 i na początku 1945 roku. Kiedy lokomotywa się zepsuła, wszedł na dach, żeby ją naprawić i widział za murem jakiś tunel. Na tej podstawie rozpętała się cała ta historia.

Nie było tam mowy o "złotym pociągu"?

- Nie. Była mowa tylko o jakimś tunelu, a historia nie jest nauką ścisłą, wiec fakty łączy się w drobne informacje. Dlatego jak ktoś mówił o "złotym pociągu", który wyjechał z Wrocławia w 1944-1945 roku, a w tym samym czasie mówiło się o zasypywanych tunelach, to po połączeniu obu faktów mamy opowieść. To, co budowano pod zamkiem Książ, nie jest do końca jasne. Nie mamy dokumentacji, są tylko zeznania świadków, którzy tu byli w czasie wojny i po niej. Te znane nam teorie to wnioski na bazie nielicznych informacji, które staramy się połączyć w jedną logiczną całość. Tak właśnie powiązano pociąg z tunelem.

Podczas oprowadzania słyszy pan jeszcze jakieś opowieści o "złotym pociągu"?

- Raczej pytają mnie, gdzie chowam złoto. No i oczywiście jestem zasypywany pytaniami, gdzie je można znaleźć, bo przyjechali do Wałbrzycha się wzbogacić. My w zamku staramy się mówić o pociągu pancernym, a nie złotym, ale być może i w tej historii jest jakieś ziarno prawdy.

Biografia Agaty Dudy: prawda czy fikcja?


27-08-2015 , ostatnia aktualizacja 27-08-2015 11:23
1672
Agata Kornhauser-Duda
 fot. Jacek Turczyk  /  źródło: PAP

Gdyby wierzyć we wszystko, co napisano w tej książce, to okazałoby się, że nowy prezydent jest karierowiczem, a jego żona brzydzi się polityką, zwłaszcza tą w PiS-owskim wydaniu. Gdyby...

Autorka napisanej w błyskawicznym tempie książki sprawia wrażenie, jakby spędziła lata na studiowaniu życiorysu swojej bohaterki.

Lektura dopiero co wydanej biografii małżonki prezydenta wciąga jak narkotyk. Głównie dlatego, że autorka napisanej w błyskawicznym tempie (od wyborów prezydenckich minęły zaledwie trzy miesiące) książki pt. „Agata Kornhauser-Duda. Pierwsza Dama Rzeczpospolitej", sprawia wrażenie, jakby spędziła lata na studiowaniu życiorysu swojej bohaterki.

Ma przy tym niesłychaną umiejętność: pieczołowicie odtwarza nie tylko konwersacje sprzed kilkudziesięciu lat, ale także najnowsze małżeńskie kłótnie państwa Dudów. Krótko mówiąc, pisze tak, jakby siedziała pod kanapą w ich krakowskim mieszkaniu i podsłuchiwała. Ba, zdaje się nawet czytać w myślach Agaty Kornhauser i jej bliskich. Stąd wie, jakie nimi targają w danym momencie emocje i co się kryje za maską ich publicznego wizerunku. To dzięki temu opowieść, jaką snuje autorka biografii Pierwszej Damy RP, Anna Nowak, jest tak pasjonująca. I miejscami zabójczo zabawna.

Brzmi ona mniej więcej tak: kiedy się po raz pierwszy spotkali, „Dudek", bo tak wołali na niego rodzice, od razu zagiął na Agatę parol. On się jej niespecjalnie podobał, nie chciała z nim iść na tańce. Kiedy w końcu poszła, „wiła się jak piskorz, gdy Andrzej w tańcu, niby to przypadkiem, usiłował przylgnąć ustami do jej szyi, włosów czy policzka"*. (…) Nie była pewna, czy jej się ten chłopak podoba.

Na kolejne wspólne wyjście zgodziła się właściwie wbrew sobie, jakoś tak ją podszedł, że nie umiała odmówić. Potem stracili na jakiś czas kontakt – zbliżały się matury, oboje byli zajęci – i Agata miała nadzieję, że Dudek w końcu się od niej odczepi. Ale on zadzwonił: właśnie dostał się na prawo (ona zdała ze świetnym wynikiem na germanistykę) i proponował spotkanie. Zgodziła się, a wkrótce potem – nie wiadomo w sumie dlaczego – zostali parą. I są nią do dziś.

REKLAMA
REKLAMA

--:-- / --:--

Wystąpił błąd, spróbuj ponownie później. Dowiedz się więcej

Trudności zaczęły się już w dniu ślubu: cywilnego, bo panna młoda – dziewczyna z inteligenckiego lewicującego domu – do kościoła iść nie chciała. Bardzo to zresztą irytowało jej teściową Janinę Dudową, która uważała, że „prawdziwy ślub to tylko przed Bogiem się liczy". Generalnie mamie Andrzeja rodzina synowej niespecjalnie się podobała: bo ojciec Agatki był Żydem, a na dodatek poetą, a „kto by tam wiersze czytał?". „My jesteśmy umysły ścisłe, nas interesują konkrety, a nie wierszyki" – potrafił powiedzieć ojciec Andrzeja w czasie spotkania z rodzicami Agaty. No nie mogły się jakoś ich rodziny dogadać. W sumie nic dziwnego, skoro w jednym domu najważniejszy był „Bóg, Honor, Ojczyzna", a w drugim („półpogańskim", masońskim, jak mawiała pani Janina) dzieci nie były nawet chrzczone. Mamę Andrzeja bardzo ta bezbożność denerwowała, więc kiedy synowa urodziła córkę, nie pytając nikogo o zgodę wybrała dla niej imię – Kinga, od świętej Kingi, „najlepszej patronki na świecie".

Agatę bolało też to, że upatrzył sobie partię „najbardziej obmierzłą, złowrogą i nietolerancyjna, jaką można było sobie wymyślić! Toż to na pewno jej na złość!"

A potem Andrzej poszedł w politykę i właściwie przestał być w domu obecny, bo nie dość, że dorabiał na prywatnej uczelni w Poznaniu, to jeszcze wymyślił sobie partię, „żeby mieć pretekst do uciekania wieczorami z domu". Agatę bolało też to, że upatrzył sobie partię „najbardziej obmierzłą, złowrogą i nietolerancyjna, jaką można było sobie wymyślić! Toż to na pewno jej na złość!" Wcześniej była Unia Wolności, ale „Andrzej szybko się w niej odkochał, bo powiedział, że Mazowiecki nie ma szans". „Była pewna, że jej mąż wstąpił do PiS-u albo żeby jej zrobić na złość, bo przecież dobrze znał jej liberalne poglądy, albo kierowała nim żądza władzy".

Czytaj też: Agacie Dudzie nie w smak była PIS-owska kariera męża. Dlaczego zmieniła zdanie?

Agatę mąż irytuje tak bardzo, że nie jest w stanie tego ukryć. Na przykład wtedy, gdy po katastrofie prezydenckiego samolotu pod Smoleńskiem obdzwania wszystkich znajomych, „by ich zapewnić, jak bardzo nim wstrząsnęła ta tragedia", a przy okazji pochwalić się, że „jeszcze wczoraj rozmawiał z prezydentem Kaczyńskim, a ten jakby przewidział własną śmierć, bo na ręce jego i Jacka Sasina (ale kto by tam pamiętał o Sasinie?) złożył coś w rodzaju politycznego testamentu". Ważne, bo Andrzej miał właśnie startować w wyborach prezydenta Krakowa, potrzebował głosów jego prawicowych, katolickich mieszkańców.

Przegrał. Straszliwie z tego powodu rozpaczał, mazgaił się, wyliczał żale: „Przecież codziennie byłem w krypcie na Wawelu! Modliłem się, a podczas pogrzebu to nawet płakałem! I wszystkie kamery to nagrały! Nie wiem, czemu nie chcieli tego puścić w telewizji?!" Nie mógł zrozumieć, gdzie zrobił błąd, do cholery.

I tu kapitalna scenka odmalowana ostrym piórem schowanej pod kanapą autorki: wściekły Andrzej Duda zdjął skarpetki, uformował je w kulkę i wrzucił pod łóżko.

Cieszyła się, że jej mąż nie będzie prezydentem. Dobrze wiedziała, że nie rzuciłby pracy na prywatnej uczelni w Poznaniu, to zbyt intratna posada nawet w porównaniu z pensją włodarza miasta.

Tymczasem Agata – snuje swą opowieść wszechwiedząca Anna Nowak – „tak naprawdę cieszyła się, że jej mąż nie będzie prezydentem. Dobrze wiedziała, że nie rzuciłby pracy na prywatnej uczelni w Poznaniu, to zbyt intratna posada nawet w porównaniu z pensją włodarza miasta".

Ale nie mówiła mu o swoich uczuciach, bo wiedziała, że męża nie interesuje dom ani rodzina, „on chciał brylować w polityce". Kiedy został kandydatem PiS na prezydenta, nie była zachwycona: miała swoją ukochaną pracę (uczyła niemieckiego w owym krakowskim liceum), nie chciała jej rzucać. Nie podobało jej się również, że spin-doktorzy PiS-u kazali jej milczeć na temat pochodzenia jej taty, ani to, że jeden z jej uczniów został wykorzystany jako „przypadkowy przechodzień", który zadaje prezydentowi Komorowskiemu trudne pytania. Nawet jego pocałunków nie lubiła, bo miała wrażenie, że to posłanka Szydło mu podpowiada, by okazywał bliskim czułość w świetle kamer. A kiedy miał ich odwiedzić prezes Kaczyński, ze złości porozbijała porcelanowe talerze, tak była na Andrzeja wściekła o tę niezapowiedzianą wizytę. I nie chciała, naprawdę nie chciała być jak serialowa Claire Underwood, „nie czuła się charyzmatyczną gwiazdą". To spin-doktorzy wtłoczyli ją w tę rolę.

Anna Nowak kończy swą opowieść przejmującą sceną pożegnania Agaty Kornhauser-Dudy ze śmiertelnie w niej zakochaną uczennicą, lesbijką. I tylko nie tłumaczy, gdzie tym razem się schowała, bo wszystko rozgrywa się na parkingu przed liceum. Może pod samochodem?

Ech, to chyba jednak nie może być prawda. Zwolennicy PiS-u mogą już odetchnąć z ulgą.

* Wszystkie cytaty pochodzą z książki pt. „Agata Kornhauser-Duda. Pierwsza Dama Rzeczpospolitej", wydanej przez Wydawnictwo Astrum