Aleksander Sołżenicyn, jeden z najważniejszych europejskich pisarzy XX wieku, laureat Nagrody Nobla, zmarł ostatniej nocy w Moskwie na zawał. Miał 89 lat
ZOBACZ TAKŻE
- Pomianowski o Sołżenicynie: Wielki Obywatel Świata (04-08-08, 06:28)
- Rosja/ Zmarł Aleksander Sołżenicyn - kronikarz stalinowskich łagrów (sylwetka) (04-08-08, 04:55)
- USA/ Richard Pipes o Sołżenicynie: "Mieszane uczucia" (04-08-08, 01:05)
- Sołżenicyn: Wielki Głód to nie ludobójstwo Ukraińców (03-04-08, 00:00)
- Słuszny gniew Rosji (03-04-08, 00:00)
- Rosja/ Putin uhonorował Sołżenicyna nagrodą państwową za działalność humanitarną (12-06-07, 18:55)
- Sołżenicyn żegna swego zmarłego przyjaciela Rostropowicza (27-04-07, 00:00)
- Sołżenicyn ostrzega Rosję przed katastrofą (01-03-07, 00:00)
- Sołżenicyn: Zachód chce zniewolić Rosję (29-04-06, 00:00)
- Sołżenicyn opowiada zza kadru o stalinizmie (11-04-06, 00:00)
- Sołżenicyn - ostatni sprawiedliwy (05-12-03, 00:00)
- Żydzi to zagadka (24-08-01, 00:00)
- Przełomy. Opowiadania zebrane 1959-1998, Sołżenicyn, Aleksander (12-06-01, 15:34)
Jego dzieła opisujące stalinowskie represje, a przede wszystkim gigantyczna historia stalinowskich obozów pracy "Archipelag GUŁag" wstrząsnęły światem. Wielu otworzyły oczy na radzieckie realia. Sołżenicyn był jednym z najgorętszych wrogów bolszewizmu, a w ostatnich latach szczerym zwolennikiem odbudowy rosyjskiego imperium przez prezydenta Putina.
Z wykształcenia matematyk, kapitan artylerii Sołżenicyn trafił podczas wojny w 1945 r. do więzienia, a potem do obozu za krytykowanie strategii Stalina. Na zsyłce zaczął pisać o swych obozowych przeżyciach. Opublikowany po wielu perypetiach w 1962 r. "Jeden dzień Iwana Denisowicza" przyniósł mu sławę, a nawet nominację do Nagrody Leninowskiej.
W 1970 r. otrzymał Nagrodę Nobla za całokształt twórczości, co jedynie pogorszyło jego sytuację w kraju. Komitet Noblowski napisał, że przyznaje Sołżenicynowi nagrodę "za moralną siłę, z jaką spełnia obowiązek wobec niezastąpionych tradycji literatury rosyjskiej".
W 1973 r. KGB skonfiksowało Sołżenicynowi rękopis "Archipelagu GUŁag". Na szczęście kopia rękopisu była już w rękach amerykańskiego wydawcy. "Archipelag" wydano jeszcze w tym samym roku i od razu trafił do kanonu światowej literatury.
Tego władze ZSRR Sołżenicynowi nie wybaczyły. Został wyrzucony ze Związku Pisarzy, pozbawiony radzieckiego obywatelstwa i wydalony z kraju. Trafił do USA, gdzie w posiadłości w Cavendish w odludnym stanie Vermont pisał wielką epopeję historyczną "Czerwone koło". Nigdy jej nie skończył.
Wraz z pierestrojką jego dzieła zostały zdjęte z indeksu w krajach bloku wschodniego (w Polsce większość i tak została już opublikowana w drugim obiegu). W 1994 r. Sołżenicyn triumfalnie powrócił do Rosji, jadąc koleją z Władywostoku do Moskwy. Na stołecznym dworcu kolejowym witały go wówczas tłumy, które przywitał okrzykiem "Moskwa! Urraaaa!".
Już wówczas dał się poznać jako zwolennik silnej Rosji, niechętny demokracji i wielu swobodom obywatelskim. Ostro krytykował Borysa Jelcyna za miękkość wobec Zachodu, co przypłacił odsunięciem na boczny tor.
Wrócił do łask wraz z nadejściem ekipy Władimira Putina, którego wychwalał w każdym publicznym wystąpieniu. Rok temu zdążył jeszcze odebrać z jego rąk wysokie odznaczenie.
W opublikowanej w "Gazecie" równo dziesięć lat temu rozmowie Zbigniew Herbert tak mówił Adamowi Michnikowi o Sołżenicynie: - Dokonał ogromnej rzeczy. To było niby oficjalnie znane, że są obozy, że tam zabijali. Ale wszystko to było wstydliwe, bo działo się w rodzinie "postępowych". Przez ukazanie setek tysięcy losów ludzkich Sołżenicyn poruszył sumieniami bardziej niż wszystkie upiorne statystyki, jakie można byłoby wysnuć z prac stu dziennikarzy amerykańskich, którzy mają możność rejestrować, pisać o tym.
Z wykształcenia matematyk, kapitan artylerii Sołżenicyn trafił podczas wojny w 1945 r. do więzienia, a potem do obozu za krytykowanie strategii Stalina. Na zsyłce zaczął pisać o swych obozowych przeżyciach. Opublikowany po wielu perypetiach w 1962 r. "Jeden dzień Iwana Denisowicza" przyniósł mu sławę, a nawet nominację do Nagrody Leninowskiej.
Sołżenicyn zaczął jednak otwarcie domagać się prawdy o radzieckiej rzeczywistości, co przypłacił artystyczną banicją i coraz ostrzejszymi represjami KGB. Jego książki były już jednak wówczas znane na Zachodzie, dokąd trafiały w przemycanych z ZSRR rękopisach.
W 1970 r. otrzymał Nagrodę Nobla za całokształt twórczości, co jedynie pogorszyło jego sytuację w kraju. Komitet Noblowski napisał, że przyznaje Sołżenicynowi nagrodę "za moralną siłę, z jaką spełnia obowiązek wobec niezastąpionych tradycji literatury rosyjskiej".
W 1973 r. KGB skonfiksowało Sołżenicynowi rękopis "Archipelagu GUŁag". Na szczęście kopia rękopisu była już w rękach amerykańskiego wydawcy. "Archipelag" wydano jeszcze w tym samym roku i od razu trafił do kanonu światowej literatury.
Tego władze ZSRR Sołżenicynowi nie wybaczyły. Został wyrzucony ze Związku Pisarzy, pozbawiony radzieckiego obywatelstwa i wydalony z kraju. Trafił do USA, gdzie w posiadłości w Cavendish w odludnym stanie Vermont pisał wielką epopeję historyczną "Czerwone koło". Nigdy jej nie skończył.
Wraz z pierestrojką jego dzieła zostały zdjęte z indeksu w krajach bloku wschodniego (w Polsce większość i tak została już opublikowana w drugim obiegu). W 1994 r. Sołżenicyn triumfalnie powrócił do Rosji, jadąc koleją z Władywostoku do Moskwy. Na stołecznym dworcu kolejowym witały go wówczas tłumy, które przywitał okrzykiem "Moskwa! Urraaaa!".
Już wówczas dał się poznać jako zwolennik silnej Rosji, niechętny demokracji i wielu swobodom obywatelskim. Ostro krytykował Borysa Jelcyna za miękkość wobec Zachodu, co przypłacił odsunięciem na boczny tor.
Wrócił do łask wraz z nadejściem ekipy Władimira Putina, którego wychwalał w każdym publicznym wystąpieniu. Rok temu zdążył jeszcze odebrać z jego rąk wysokie odznaczenie.
W opublikowanej w "Gazecie" równo dziesięć lat temu rozmowie Zbigniew Herbert tak mówił Adamowi Michnikowi o Sołżenicynie: - Dokonał ogromnej rzeczy. To było niby oficjalnie znane, że są obozy, że tam zabijali. Ale wszystko to było wstydliwe, bo działo się w rodzinie "postępowych". Przez ukazanie setek tysięcy losów ludzkich Sołżenicyn poruszył sumieniami bardziej niż wszystkie upiorne statystyki, jakie można byłoby wysnuć z prac stu dziennikarzy amerykańskich, którzy mają możność rejestrować, pisać o tym.
Źródło: Gazeta Wyborcza







więcej zdjęć

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz