Amerykańska prasa o szczycie
ZOBACZ TAKŻE
- Szczyt G20: regulacja, nadzór i obniżanie stóp (15-11-08, 09:42)
- Bush przed szczytem G20: Możemy przezwyciężyć kryzys (14-11-08, 22:00)
Konserwatywny "The Wall Street Journal" pisze w komentarzu redakcyjnym, że szczyt sprowadzi się do "wspaniałej okazji dla przywódców państw do pokazania się jako mężowie stanu, prawdziwi lub wyimaginowani". Dziennik dodaje, że "Obama ma rację, że trzyma się na dystans od tej sesji zdjęciowej". "WSJ" podkreśla, że ponieważ jeden prezydent USA odchodzi za dwa miesiące, a nowy nie chce brać odpowiedzialności, zanim nie zacznie się jego kadencja, "to forum jest najgorzej wyznaczonym w czasie szczytem w historii".
Z tymi sceptycznymi ocenami zgadza się Mark Landler w "The New York Times". Publicysta podkreśla, że różnice między uczestnikami szczytu co do tego, jak mocno regulować rynki finansowe i jakie role przydzielić Bankowi Światowemu czy Międzynarodowemu Funduszowi Walutowemu, są zbyt duże. "Francuzi chcą więcej koordynacji światowych finansów niż Brytyjczycy. Niemcy nie chcą składać zobowiązań finansowych, które zmusiłyby ich do pomocy sąsiadom" - pisze Landler.
Jedyny pochlebny dla szczytu komentarz zamieszcza "The Washington Post". Były szef Banku Światowego Paul Wolfensohn pisze, że "G20 jest właściwym ciałem do zmierzenia się z kryzysem o tej skali", bo G-7 (najbardziej uprzemysłowione kraje) jest już instytucją przestarzałą. "Zachód powinien słuchać porad i wątpliwości przywódców krajów rozwijających się i traktować ich jak równych sobie" - pisze Wolfensohn. Ale i on nie daje żadnych konkretnych rozwiązań, jakie szczyt powinien przyjąć.
Publicysta "NYT"" zadaje pytanie, czy Europejczycy lub Chińczycy są gotowi "skorzystać z interregnum w Ameryce", gdy Bush będzie na szczycie "głównie życzliwym przechodniem"? Jako odpowiedź cytuje profesora Massachusetts Institute of Technology Simona Johnsona: "Wygląda na to, że świat czeka na przybycie nowego króla [Obamy]. To może być moment powrotu siły Ameryki, zwłaszcza jeśli na szczycie w Waszyngtonie nic nie zostanie ustalone".
"WSJ", podobnie jak administracja Busha, odrzuca pomysły, by stworzyć ponadnarodowe ciało do regulacji rynków w poszczególnych państwach, w rozmowach przed szczytem nazywane przez Europejczyków "kolegium nadzorców". "Wziąwszy pod uwagę dominującą rolę USA w świecie finansów, ciało takie byłoby jedynie kolejną próbą wiązania Guliwera przez Liliputów" - pisze "WSJ".
Najbardziej druzgoczącą, bo wypowiadaną z pozycji siły, ocenę szczytu przedstawił w "NYT" Leon Panetta, był szef sztabu w Białym Domu Clintona, dziś doradzający Obamie: "Nie ma wątpliwości, że ważny szczyt organizowany przez odchodzącego prezydenta to przedsięwzięcie ryzykowne. Oni [na szczycie] mogą wyznaczyć jakieś pryncypia dalszego postępowania, ale nie mogą zawrzeć żadnych umów. Mówiąc szczerze, to już nie jest gra George'a Busha, tylko Baracka Obamy".
Źródło: Gazeta Wyborcza



Brak komentarzy:
Prześlij komentarz