Wojciech Czuchnowski, Mariusz Gierszewski (Radio ZET)
2008-12-18, ostatnia aktualizacja 17 minut temu
W 2006 r. ABW przekazała premierowi Jarosławowi Kaczyńskiemu listę nazwisk tajnych współpracowników UOP z początku lat 90. Prokuratura prowadzi w tej sprawie śledztwo - dowiedziała się "Gazeta" i Radio ZET

Fot. Wojciech Surdziel / AG
Listę agentów UOP Jarosław Kaczyński dostał od Witolda Marczuka

fot. Robert Kowalewski / AG
Witold Marczuk Szefował ABW od listopada 2005 do września 2006 r. Wcześniej stał na czele warszawskiej straży miejskiej, gdy prezydentem stolicy był brat Jarosława - Lech. Marczuk do ABW przyszedł jako porucznik. Po dwóch latach prezydent RP Lech Kaczyński mianował go generałem
ZOBACZ TAKŻE
- Kaczyńscy dostali listę tajnych agentów UOP (18-12-08, 00:00)
Nazwiska tajnych współpracowników służb specjalnych chroni tajemnica państwowa. Ustawa o ABW pozwala je ujawnić tylko na żądanie prokuratora lub sądu. I tylko w sprawie zbrodni, której skutkiem jest czyjaś śmierć.
Jednak latem 2006 r., niedługo po objęciu funkcji premiera, Jarosław Kaczyński dostał z ABW listę z nazwiskami i pseudonimami agentów UOP z lat 1990-94. Z naszych informacji wynika, że należeli oni kiedyś do Porozumienia Centrum (pierwszej partii Kaczyńskiego) i kilku innych partii prawicowych. Kaczyński był przekonany, że UOP wykorzystywał agenturę do działań przy tzw. inwigilacji prawicy, szczególnie intensywnej w 1992 r. po upadku rządu Jana Olszewskiego. Wtedy bracia Kaczyńscy i ich ugrupowanie przeszli do opozycji przeciwko rządowi Hanny Suchockiej i ówczesnemu prezydentowi Lechowi Wałęsie.
Tajna lista, tajne śledztwo
„Gazecie” i Radiu ZET udało się dowiedzieć kilku szczegółów na temat sporządzonej przez ABW listy: • miała klauzulę „ściśle tajne”; • oprócz Jarosława Kaczyńskiego listę dostał prezydent Lech Kaczyński i koordynator służb specjalnych w rządzie PiS Zbigniew Wassermann; • na liście było ok. 20 nazwisk; • nie ma danych, czy informacje te zostały przeciwko komuś wykorzystane.
Listę sporządził na polecenie ówczesnego szefa ABW - Witolda Marczuka - Ryszard K., dyrektor Biura Ewidencji i Archiwów ABW. Dzisiaj w ABW uważa się, że K. mógł odmówić wykonania tego polecenia, powołując się na ustawę o ABW.
Na przełomie 2007 i 2008 r., gdy PiS utracił władzę, nowe szefostwo ABW przeprowadziło wewnętrzną kontrolę. Wtedy właśnie odkryto, że politycy rządu PiS dostali wykaz tajnych współpracowników UOP. ABW złożyła w tej sprawie zawiadomienie o przestępstwie ujawnienia tajemnicy państwowej przez Marczuka. Sprawie nadano klauzulę tajności. Do tego stopnia, że - według naszych źródeł w Ministerstwie Sprawiedliwości - lista, którą załączono do doniesienia, ma zaczernione nazwiska i pseudonimy ujawnionych agentów. W MS powiedziano nam tylko, że sprawę prowadzi prokuratura w Ostrołęce. Jakichkolwiek informacji odmawia ABW.
"Osoby nieuprawnione"
O sprawie nie wiedziała sejmowa komisja śledcza badająca nielegalne naciski na policję, prokuraturę i służby specjalne w czasach rządów PiS.
22 października posłowie wysłali do ABW i CBA pytanie, ile złożono do prokuratury zawiadomień o przestępstwie przekroczenia uprawnień lub złamania przepisów w tych służbach. Z CBA przyszła krótka odpowiedź, że nie ma żadnych zawiadomień.
ABW odpowiedziała kilka dni temu. W poufnym piśmie wymienia pięć doniesień. Wśród nich właśnie to: "zawiadomienie o możliwości popełnienia przestępstwa przez ujawnienie osobom nieuprawnionym tajemnicy państwowej w postaci danych osobowych źródeł informacyjnych UOP umożliwiających ich identyfikację".
Jako "osoby nieuprawnione" wymienieni są były premier Jarosław Kaczyński, koordynator służb Zbigniew Wassermann i prezydent RP Lech Kaczyński. Z informacji "Gazety" i Radia ZET wynika, że w zawiadomieniu o przestępstwie ABW stwierdza, iż premier, prezydent i koordynator mogą otrzymywać najbardziej tajne materiały, ale tylko w sprawach o kluczowym znaczeniu dla bezpieczeństwa państwa. O liście tajnych współpracowników działających wokół dawnej partii Kaczyńskiego nie można mówić, że miała takie znaczenie. Na dodatek przekazanie i sporządzenie listy odbyło się bez wniosku prokuratora lub sądu.
Kaczyński zaprzecza, Wassermann nie pamięta
Jarosław Kaczyński zapytany wczoraj o nazwiska współpracowników UOP, które miał dostać z ABW, zdecydowanie zaprzeczył: - Nie było takiej listy, nie było takiego żądania do pana Marczuka. Zapoznając się z materiałami śledztwa na temat inwigilacji prawicy, mogłem się domyślać, kto współpracował wtedy z UOP. Ale jako premier bardziej szczegółowej wiedzy na ten temat nie otrzymałem.
Zbigniew Wassermann stwierdził, że nie pamięta, by dostawał taką informację. Z Witoldem Marczukiem nie udało nam się skontaktować.
Co teraz zrobi sejmowa komisja? - Zwrócimy się do prokuratury o udostępnienie akt, ale z uwagi na to, że materiały są tajne, pewnie będziemy musieli w tej sprawie obradować za zamkniętymi drzwiami - mówi poseł komisji Sebastian Karpiniuk z PO. Karpiniuk podkreśla, że dokument przesłany przez ABW jest poufny. - Nie mogę zaprzeczyć, że takie pismo komisja dostała. Zawarte w nim informacje wskazują, że złamano prawo, a służby specjalne były wykorzystywane w interesie rządzącej partii.
Cztery inne śledztwa
W swoim piśmie do komisji Agencja wymienia jeszcze cztery śledztwa toczące się z jej doniesienia. Pierwsze wszczęto w sprawie działań byłych szefów ABW, CBA, Agencji Wywiadu, prokuratora generalnego i jego zastępcy. Według ABW latem 2007 r. świadomie okłamali oni sąd, składając wnioski o założenie podsłuchów na telefony ówczesnego szefa MSWiA Janusza Kaczmarka, komendanta głównego policji Konrada Kornatowskiego oraz szefa CBŚ Jarosława Marca. Mimo że były to służbowe komórki tych urzędników, sądowi przekazano informację, że są to numery nieznanych osób. I łatwiej uzyskano zgodę na podsłuchy.
Dwa inne doniesienia dotyczą przekroczenia przez ABW uprawnień przy kontroli operacyjnej znanego prawnika Wojciecha Brochwicza oraz tworzenia w ABW fałszywych raportów na temat sytuacji w sieciach telefonii komórkowej.
ABW pisze też o doniesieniu, które złożyła w sprawie wysłania latem 2007 r. funkcjonariuszy za granicę w poszukiwaniu biznesmena Ryszarda Krauzego. Taką decyzję podjął ówczesny szef Agencji Bogdan Święczkowski. Oficerowie szukali Krauzego we Włoszech i w Szwajcarii. Kosztowało to ABW 37 tys. zł. W swoim doniesieniu ABW stwierdza, że takie czynności powinny być wykonywane "w ramach pomocy zagranicznej".
Jednak latem 2006 r., niedługo po objęciu funkcji premiera, Jarosław Kaczyński dostał z ABW listę z nazwiskami i pseudonimami agentów UOP z lat 1990-94. Z naszych informacji wynika, że należeli oni kiedyś do Porozumienia Centrum (pierwszej partii Kaczyńskiego) i kilku innych partii prawicowych. Kaczyński był przekonany, że UOP wykorzystywał agenturę do działań przy tzw. inwigilacji prawicy, szczególnie intensywnej w 1992 r. po upadku rządu Jana Olszewskiego. Wtedy bracia Kaczyńscy i ich ugrupowanie przeszli do opozycji przeciwko rządowi Hanny Suchockiej i ówczesnemu prezydentowi Lechowi Wałęsie.
Tajna lista, tajne śledztwo
„Gazecie” i Radiu ZET udało się dowiedzieć kilku szczegółów na temat sporządzonej przez ABW listy: • miała klauzulę „ściśle tajne”; • oprócz Jarosława Kaczyńskiego listę dostał prezydent Lech Kaczyński i koordynator służb specjalnych w rządzie PiS Zbigniew Wassermann; • na liście było ok. 20 nazwisk; • nie ma danych, czy informacje te zostały przeciwko komuś wykorzystane.
Listę sporządził na polecenie ówczesnego szefa ABW - Witolda Marczuka - Ryszard K., dyrektor Biura Ewidencji i Archiwów ABW. Dzisiaj w ABW uważa się, że K. mógł odmówić wykonania tego polecenia, powołując się na ustawę o ABW.
Na przełomie 2007 i 2008 r., gdy PiS utracił władzę, nowe szefostwo ABW przeprowadziło wewnętrzną kontrolę. Wtedy właśnie odkryto, że politycy rządu PiS dostali wykaz tajnych współpracowników UOP. ABW złożyła w tej sprawie zawiadomienie o przestępstwie ujawnienia tajemnicy państwowej przez Marczuka. Sprawie nadano klauzulę tajności. Do tego stopnia, że - według naszych źródeł w Ministerstwie Sprawiedliwości - lista, którą załączono do doniesienia, ma zaczernione nazwiska i pseudonimy ujawnionych agentów. W MS powiedziano nam tylko, że sprawę prowadzi prokuratura w Ostrołęce. Jakichkolwiek informacji odmawia ABW.
"Osoby nieuprawnione"
O sprawie nie wiedziała sejmowa komisja śledcza badająca nielegalne naciski na policję, prokuraturę i służby specjalne w czasach rządów PiS.
22 października posłowie wysłali do ABW i CBA pytanie, ile złożono do prokuratury zawiadomień o przestępstwie przekroczenia uprawnień lub złamania przepisów w tych służbach. Z CBA przyszła krótka odpowiedź, że nie ma żadnych zawiadomień.
ABW odpowiedziała kilka dni temu. W poufnym piśmie wymienia pięć doniesień. Wśród nich właśnie to: "zawiadomienie o możliwości popełnienia przestępstwa przez ujawnienie osobom nieuprawnionym tajemnicy państwowej w postaci danych osobowych źródeł informacyjnych UOP umożliwiających ich identyfikację".
Jako "osoby nieuprawnione" wymienieni są były premier Jarosław Kaczyński, koordynator służb Zbigniew Wassermann i prezydent RP Lech Kaczyński. Z informacji "Gazety" i Radia ZET wynika, że w zawiadomieniu o przestępstwie ABW stwierdza, iż premier, prezydent i koordynator mogą otrzymywać najbardziej tajne materiały, ale tylko w sprawach o kluczowym znaczeniu dla bezpieczeństwa państwa. O liście tajnych współpracowników działających wokół dawnej partii Kaczyńskiego nie można mówić, że miała takie znaczenie. Na dodatek przekazanie i sporządzenie listy odbyło się bez wniosku prokuratora lub sądu.
Kaczyński zaprzecza, Wassermann nie pamięta
Jarosław Kaczyński zapytany wczoraj o nazwiska współpracowników UOP, które miał dostać z ABW, zdecydowanie zaprzeczył: - Nie było takiej listy, nie było takiego żądania do pana Marczuka. Zapoznając się z materiałami śledztwa na temat inwigilacji prawicy, mogłem się domyślać, kto współpracował wtedy z UOP. Ale jako premier bardziej szczegółowej wiedzy na ten temat nie otrzymałem.
Zbigniew Wassermann stwierdził, że nie pamięta, by dostawał taką informację. Z Witoldem Marczukiem nie udało nam się skontaktować.
Co teraz zrobi sejmowa komisja? - Zwrócimy się do prokuratury o udostępnienie akt, ale z uwagi na to, że materiały są tajne, pewnie będziemy musieli w tej sprawie obradować za zamkniętymi drzwiami - mówi poseł komisji Sebastian Karpiniuk z PO. Karpiniuk podkreśla, że dokument przesłany przez ABW jest poufny. - Nie mogę zaprzeczyć, że takie pismo komisja dostała. Zawarte w nim informacje wskazują, że złamano prawo, a służby specjalne były wykorzystywane w interesie rządzącej partii.
Cztery inne śledztwa
W swoim piśmie do komisji Agencja wymienia jeszcze cztery śledztwa toczące się z jej doniesienia. Pierwsze wszczęto w sprawie działań byłych szefów ABW, CBA, Agencji Wywiadu, prokuratora generalnego i jego zastępcy. Według ABW latem 2007 r. świadomie okłamali oni sąd, składając wnioski o założenie podsłuchów na telefony ówczesnego szefa MSWiA Janusza Kaczmarka, komendanta głównego policji Konrada Kornatowskiego oraz szefa CBŚ Jarosława Marca. Mimo że były to służbowe komórki tych urzędników, sądowi przekazano informację, że są to numery nieznanych osób. I łatwiej uzyskano zgodę na podsłuchy.
Dwa inne doniesienia dotyczą przekroczenia przez ABW uprawnień przy kontroli operacyjnej znanego prawnika Wojciecha Brochwicza oraz tworzenia w ABW fałszywych raportów na temat sytuacji w sieciach telefonii komórkowej.
ABW pisze też o doniesieniu, które złożyła w sprawie wysłania latem 2007 r. funkcjonariuszy za granicę w poszukiwaniu biznesmena Ryszarda Krauzego. Taką decyzję podjął ówczesny szef Agencji Bogdan Święczkowski. Oficerowie szukali Krauzego we Włoszech i w Szwajcarii. Kosztowało to ABW 37 tys. zł. W swoim doniesieniu ABW stwierdza, że takie czynności powinny być wykonywane "w ramach pomocy zagranicznej".
Źródło: Gazeta Wyborcza



Brak komentarzy:
Prześlij komentarz