poniedziałek, 29 grudnia 2008

Kiszczak ujawnia metody SB


Agnieszka Kublik,Wojciech Czuchnowski
2008-12-29, ostatnia aktualizacja 34 minuty temu

Gen. Czesław Kiszczak w specjalnym oświadczeniu przyznaje, że polecił SB zapisywać informacje z podsłuchów jako doniesienia od agentów. I przeprasza osoby uznane z tego powodu za TW

Zobacz powiekszenie
Fot. Jerzy Gumowski / AG
Gen. Czesław Kiszczak
Zobacz powiekszenie
Fot. Sławomir Kamiński / AG
Podczas procesu Niezabitowskiej sąd wyłapał konkretny przykład przypisania jej informacji z podsłuchu. W jednym z raportów z rzekomego spotkania z TW "Nowak" por. Grzelak pisze, że Niezabitowska jedzie do "wujka, który jest proboszczem w Gdyni". Nie chodziło jednak o żadną rodzinę Niezabitowskiej, lecz o ks. prałata Hilarego Jastaka, do którego Niezabitowska mówiła "wujku". Sąd lustracyjny w pierwszej instancji oczyścił Niezabitowską. IPN wniósł apelację
* Generał Kiszczak przeprasza | * Oświadczenie | * Włodzimierz Olszewski: Dokumenty publikowane przez IPN muszą być weryfikowane

Oświadczenie datowane 17 grudnia rzuca nowe światło na wiarygodność zapisów o działalności agenturalnej wielu osób figurujących w aktach SB jako tajni współpracownicy.

Ostatni szef komunistycznego MSW, dziś 83-letni Czesław Kiszczak karierę zaczynał w wojskowym kontrwywiadzie. MSW kierował od 1981 r. do upadku komunizmu. Był podporą władzy stanu wojennego. Rządził policją polityczną, która miała za zadanie rozprawić się z "Solidarnością". Przy Okrągłym Stole podpisywał porozumienia z opozycją.

Dzisiaj przeprasza "tych, którym przypisano w dokumentacji [SB] czyny nigdy niepopełnione. (...) Wielu osobom wyrządzono krzywdę przez bezkrytyczne ujawnienie materiałów operacyjnych SB".

Jak SB "przesuwała źródła"

Kiszczak wyjaśnia, czemu służyła jego decyzja ze stycznia 1982 r. o ochronie techniki operacyjnej oraz idące w ślad za nią zarządzenie 0018/82 z lutego 1982 r. Na tej podstawie - stwierdza Kiszczak - funkcjonariusze SB mieli obowiązek "konspirować" źródła informacji zdobytych z podsłuchów, obserwacji, nielegalnych przeszukań i kontroli korespondencji.

Źródła te ukrywano m.in. poprzez przypisywanie uzyskanych z nich informacji tajnym współpracownikom "istniejącym faktycznie lub stworzonym przez SB na użytek wewnętrznej konspiracji, kandydatom na t.w., a także, choć rzadziej, kontaktom operacyjnym, osobowym, służbowym".

Nazywano to "przesuwaniem źródeł". Zasada ta miała być bezwzględnie przestrzegana.

Konspiracja wewnątrz SB

Kamuflowanie podsłuchów przewidywała już instrukcja MSW z 1979 r. Ale w stanie wojennym kamuflaż nasilono. Powód? Kiszczak tłumaczy to zagrożeniem ze strony sympatyków "Solidarności", którzy mogli przeniknąć w szeregi bezpieki. Wymienia próby powołania "Solidarności" w szeregach Milicji Obywatelskiej.

Generał stwierdza też, że "technika" wymagała szczególnej ochrony, bo większość "istotnych, wiarygodnych informacji" SB uzyskiwała za pomocą "podsłuchów, kontroli korespondencji i teleksów, obserwacji i tajnych przeszukań".

Dawny szef do dawnych podwładnych

Oświadczenie Kiszczaka ma dwóch adresatów:

• osoby zarejestrowane jako TW, którym w wyniku decyzji Kiszczaka przypisano informacje pochodzące naprawdę z „techniki”, a teraz zarzuca im się współpracę z SB;

• byłych funkcjonariuszy SB, którzy „przesuwali źródła”.

Pierwszych Kiszczak przeprasza. Drugich wzywa, by "jeśli zajdzie taka potrzeba" (np. przed sądem), ujawniali, jak tworzono akta niektórych TW. I by nie bali się kary, bo wykonywali polecenia.

Były szef MSW bierze na siebie odpowiedzialność za "przesuwanie źródeł": "Funkcjonariusze (...) nie dokonywali fałszerstw, tylko na użytek wewnętrzny MSW konspirowali źródła, przenosząc informacje. Działali w ramach pragmatyki służbowej (...) w resorcie, gdzie obowiązywała ścisła podległość i bezwarunkowe wykonywanie instrukcji".

Po co ten apel do funkcjonariuszy? Otóż według ustawy o IPN "przesuwanie źródeł" może zostać dziś uznane za fałszowanie dokumentów i ścigane jako "zbrodnia komunistyczna". Kiszczak wskazuje dawnym podwładnym, że powołując się na jego polecenie, unikną takiego zarzutu.

W ostatnim zdaniu Kiszczak pisze: "Przekazanie prawdy o tamtym systemie oraz jego metodach jest naszym (...) wspólnym obowiązkiem. Jest też jedyną możliwą dla nas obecnie formą zadośćuczynienia tym, którzy dzisiaj ponoszą konsekwencję naszych ówczesnych działań".

"IPN nam pochlebia"

Według Kiszczaka IPN, który przejął materiały SB i na ich podstawie prowadzi lustrację, "założył z góry stuprocentową wiarygodność przejętych archiwów".

„Jest to pochlebne dla mnie i moich współpracowników, lecz jednocześnie zdumiewa całkowitym pomijaniem (...) zasady krytycznego podejścia do wszelkich źródeł, a już zwłaszcza wytworzonych przez tajne służby i wskazuje na brak znajomości specyfiki tychże służb. Ta postawa IPN utrudnia obronę osobom, wobec których technika » przesuwania źródeł «została w MSW zastosowana” - stwierdza b. szef MSW.

Jak było z Niezabitowską

Metoda "przesuwania źródeł" wyszła na jaw w 2006 r. podczas autolustracji Małgorzaty Niezabitowskiej, b. rzeczniczki rządu Tadeusza Mazowieckiego.

Wedle akt IPN miała ona być tajnym współpracownikiem o pseudonimie "Nowak". Ale zeznający przed sądem por. SB Robert Grzelak, oficer rzekomo prowadzący Niezabitowską, przyznał, że zarejestrował ją jako agenta bez jej wiedzy i zgody, a relacje ze spotkań preparował na podstawie innych źródeł.

Inny świadek, płk Aleksander Minkowicz, potwierdził zeznania Grzelaka: - Pracownik był zobowiązany przetworzyć dokumenty otrzymane z biura techniki w formie notatki służbowej lub fikcyjnego doniesienia TW (...) albo w formie notatki uzyskanej od innego źródła operacyjnego. Tak nakazywała wewnętrzna instrukcja. To, co uzyskaliśmy przy użyciu techniki, było przedstawiane w aktach jako uzyskane od źródeł osobowych.

Sprawa "Bolka" i "Rewidenta"

Pomieszanie materiałów z podsłuchu i innych form inwigilacji z doniesieniami tajnych współpracowników widać w tych aktach SB, gdzie zachowały się informacje o technikach stosowanych przeciwko rozpracowywanym osobom.

Przykładem jest sprawa Lecha Wałęsy, którego historycy z IPN oskarżają, że w latach 70. był agentem o pseudonimie "Bolek". Z dokumentów SB zgromadzonych na Wałęsę wynika, że tym samym kryptonimem nazwano podsłuchy założone w stoczni (miejscu pracy Wałęsy) oraz w lipcu 1981 r. w centrali telefonicznej "Solidarności" w Gdańsku. Według Wałęsy informacje z podsłuchu "Bolek" wpisywano w doniesienia agenta o tym kryptonimie.

Podobnie, gdy SB rozpracowywała działaczy opozycji, braci Benedykta i Andrzeja Czumów (przełom lat 60. i 70.), nadała sprawie kryptonim "Rewident". Takim samym kryptonimem określono Andrzeja Czumę. Podsłuch założony w listopadzie 1969 r. na telefonie Benedykta Czumy też nazwano "Rewidentem".

Jak zaprzeczał IPN

Gdy w kwietniu 2006 r. "Gazeta" ujawniła decyzję Kiszczaka, generał milczał, a Antoni Dudek, doradca prezesa IPN, przekonywał, że to "jeden z wielu dokumentów niemający wielkiego znaczenia". Dudek w polemice z "Gazetą" pisał, że wprawdzie podsłuchy konspirowano za pomocą kryptonimów, ale nigdy te kryptonimy nie były takie same jak nadawane tajnym współpracownikom.

Specjalny komunikat wydał wtedy IPN: "W materiałach operacyjnych SB zachowało się wiele stenogramów z podsłuchów telefonicznych, niektóre przetwarzano na notatki służbowe, ukrywając w ten sposób źródło informacji, ale nie nadawano im charakteru doniesień TW. Informacje, jakoby zarządzenie [Kiszczaka] nakazywało podobne praktyki, pozbawione jest podstaw merytorycznych" - napisał rzecznik Instytutu Andrzej Arseniuk.

Włodzimierz Olszewski: Dokumenty publikowane przez IPN muszą być weryfikowane

Źródło: Gazeta Wyborcza

Brak komentarzy: