Czy "wszyscy faceci to świnie", a ja trafiłam na dwa szczególnie nieudane egzemplarze? Nie. W dużej mierze sama ich do tego doprowadziłam. Nie ufając im, nie stawiając wymagań, traktując jak niedorozwinięte dzieci
ZOBACZ TAKŻE
- Moje małżeństwo jest jak swing (07-03-09, 11:35)
- Co gra w duszy Waglewskiego (06-03-09, 00:00)
- To weźmy się za facetów, weźmy się za siebie (05-03-09, 20:43)
- Zygmunt Bauman: Mężczyźni to trutnie (05-03-09, 15:26)
SERWISY
Czekamy na Wasze listy: meskamuzyka@gazeta.pl
Zawsze wybierałam rówieśników.
Pierwszy "prawdziwy" chłopak: dziewiętnastolatek, który spojrzał tak smutno, że nie miałam serca powiedzieć: "nie". Ładny, miły, kulturalny. Obiecujący. Z dobrej, inteligenckiej rodziny, zasiedziałej w warszawskim bloku. Czemu nie spróbować?
Po trzech latach byłam anorektyczką na progu wyczerpania fizycznego, która swojemu grzecznemu chłopcu (który w międzyczasie zaczął być chłopcem bardzo sprawnie stosującym psychiczną i fizyczną przemoc) swatała kolejne "chętne" koleżanki. Bo chciałam, żeby to on mnie rzucił. Bo nie wierzyłam, że przyjmie jakiekolwiek słowa krytyki, prośby o zmianę, o wysłuchanie, o zauważenie we mnie czegoś więcej niż brzucha dla przyszłych wnuków jego matki. Bo bałam się, że coś sobie zrobi.
Drugi - dwudziestoczteroletni artysta. Wrażliwy, ładny, zdolny, obiecujący. Wygrywał konkursy, błyszczał, snuł plany kariery.
Po dwóch latach siedział całymi dniami w gaciach w zapuszczonym salonie, malował figurki wojowników, oglądał pornosy i filmy o superbohaterach. Bez pieniędzy, z kredytem. Pokłócony ze wszystkimi "kur..." z warzywniaków (wystarczające wytłumaczenie, bym to ja robiła zakupy). A ja latając między jednym zleceniem a drugim, drżałam tylko, by sobie czegoś nie zrobił, by się nie upił, by nie popsuł moich rzeczy, by nie popsuł swoich rzeczy, by kogoś nie obraził, nie pobił. By nie wydał resztki pieniędzy na jakąś idiotyczną zabawkę.
Gdy odchodziłam - nie wierzył: "Jak możesz niszczyć coś tak cudownego?".
Gdy chłopiec przeradza się we frajera
Czy "wszyscy faceci to świnie", a ja trafiłam na dwa szczególnie nieudane egzemplarze? Nie. W dużej mierze sama ich do tego doprowadziłam. Nie ufając im, nie stawiając wymagań, traktując jak niedorozwinięte dzieci.
Niedojrzałość moich partnerów przerażała mnie, irytowała, była powodem gwałtownych, dramatycznych rozstań. Dopiero teraz wiem, że była też magnesem. Wartością, którą usiłowałam ocalić i podsycać.
Nikt nie rodzi się kobietą - pisała kilkadziesiąt lat temu Simone de Beauvoir, francuska filozofka i feministka. Nikt też nie rodzi się niezaradnym egoistą. Żeby przerobić swojego mężczyznę na żałosne warzywo, trzeba się napracować.
Trzeba oszukiwać, zacierać ślady, mnożyć podstępy i pułapki. Trzeba zbudować wokół siebie silne lobby, w oczach którego "on" będzie najpierw tym "biednym chłopcem", potem "trudnym przypadkiem", aż w końcu "beznadziejnym frajerem, od którego musisz się, Kochana, w końcu uwolnić". Ty z kolei będziesz zawsze cudowną, cierpliwą bohaterką, która przecież żyły sobie wypruwa, żeby go tylko ocalić, wesprzeć, na ludzi wyprowadzić.
Nie jestem szalona, więc czemu to robiłam?
Utrzymywanie moich chłopców w stanie bezpiecznej niedojrzałości kosztowało mnie zdrowie (anoreksja, bulimia, rozwalony układ hormonalny), nerwy, kilka zmarnowanych przyjaźni. Mnóstwo, mnóstwo wysiłku. Czemu więc to robiłam?
Szaleństwo? Ale ja nie jestem wariatką, maniaczką, socjopatką, mitomanką, cyklofreniczką. Nie trzeba mnie izolować ani poddawać elektrowstrząsom. Mam na to papiery. I słowo kilku psychologów, u których w końcu lądowałam w totalnej rozsypce, gdy kolejny chłopiec zaczynał bić, wpadać w furię, płakać albo gadać o samobójstwie. Więc czemu? Jeśli nie totalny odpał, to co?
Strach.
Że stracę kontrolę nad sytuacją. Że znowu ktoś będzie mnie musztrował, dyscyplinował, pouczał. Że skończę jak moja matka - zahukana, rozhisteryzowana służąca mojego ojca, brata... i moja. Bo w domu to ja byłam po lepszej, męskiej stronie. Ja i ojciec byliśmy od tych wyższych celów, intelektualnych rozrywek, wielogodzinnych dyskusji, wymieniania się lekturami, wspólnych wizyt w teatrze. Brat i mama byli do roboty. Nie umieli się ustawić: nie wiedzieli, że wystarczy jedno słowo sprzeciwu wobec ojca, by zostać odrzuconym, skreślonym, wgniecionym w dywan. Ja byłam miła, grzeczna, mądra. I sprytna: nauczyłam się kłamać i manipulować.
Czy mogłam zmarnować te niezwykłe zdolności, będąc w związku?
On histeryzował, a ja go tuliłam
Smutnemu chłopcu po prostu nie mówiłam, że mnie rani. Że komentarze "twoje liceum/rodzina/ubrania/gust to żenada", "moja matka uważa, że masz za szerokie ramiona", czy "nie pojedziesz na tę konferencję, bo jesteś naiwna i mnie tam zdradzisz" - nie wpływają najlepiej na naszą komunikację.
Gdy wyjechałam na kilka dni - zasypywał histerycznymi SMS-ami: "I co, dobrze się beze mnie bawisz? Ilu już zaliczyłaś?", "Właśnie ze złości rozwaliłem sobie pięść o framugę. Krwawię", "Moja matka nie może już patrzeć, jak cierpię, a ty... ".
Nigdy nie powiedziałam: "Jeśli jestem taka beznadziejna, to się rozstańmy". Bałam się konfrontacji. Głaskałam go, pocieszałam, tuliłam, przysięgałam.
Anoreksję wymyśliłam, by go do sobie zniechęcić. By sam stwierdził: "Po co mi taki kłopot?". Ale on chciał mieć dziewczynę, krzyczał: "Przysięgnij, że nigdy mnie nie zostawisz! Gdybym sobie coś wtedy zrobił, to byłaby twoja wina!".
Gdy po dwóch latach ważyłam 42 kilo, średnio raz w tygodniu mdlałam, lądowałam na ostrym dyżurze, nie miałam okresu, płakałam na widok jedzenia - poszłam do psychologa. W tajemnicy przed nim.
Dwa miesiące później uciekłam, nie odpowiadałam na SMS-y, telefony. Wyzdrowiałam natychmiast (on podobno natychmiast znalazł nową dziewczynę). Niestety - nie zmądrzałam.
Mała, tak się starasz
Dwa lata później artyście spędzającemu bezczynnie kolejny miesiąc w moim mieszkaniu, powtarzałam: "Dobrze, dobrze, kochanie. Pośpij, oczywiście, ja się wszystkim zajmę".
W rzeczywistości chciałam mieć rano spokój, żeby normalnie popracować - bez obawy, że ktoś mnie zaraz przepędzi, by ściągać z netu komiksy erotyczne. Wstawałam o szóstej, pisałam, ćwiczyłam, kupowałam mu śniadanie.
Jeśli poprzedniego dnia się upił - sprzątałam wymiociny z podłogi i gotowałam rosołek. Nie z kostki - kurka, wołowinka, dla koloru cebulka opalona nad ogniem.
Jeśli się nie upił - święto! To niech sobie zje coś przyjemnego. Żeberka w piwie. Musakę. Pilaw z dzikiego ryżu z tymiankiem plus kotleciki mielone w majeranku i gałce muszkatołowej. Pyszne mięsko oczywiście dla niego - ja jestem wegetarianką.
On wstawał koło 12-13. Na początku kręcił nosem: "Mała, tak się starasz... Koledzy to mówią, że chyba za bardzo we mnie zapatrzona jesteś". Potem już nie kręcił. I do głowy mu nie przyszło, by samemu zejść po jedzenie. Nie było - nie jadł.
Nie robił też nic innego. Nie musiał. Zarabiałam ja - i to na dobrze płatnej, ciekawej, prestiżowej jak na moje dwadzieścia pięć lat posadzie. Po powrocie z ministerstwa, z konferencji, z wyjazdu służbowego nie opowiadałam o wrażeniach - po co go niepotrzebnie frustrować? Niech czuje się mężczyzną.
Dlatego zamiast dzielić się sukcesami - sprzątałam, gotowałam. Płaciłam rachunki; dokładał się, to fakt. Ale nie o wszystkich wiedział ("mnie stać, a on niech sobie może na jakieś stypendium odkłada....").
Rzucałam wszystko, gdy miał ochotę się bawić: kochać się, grać w "magiczne karty", oglądać "Batmana", "Spidermana", "Hulka". Jego "chwile relaksu" były święte. Taki zdolny, a taki niedoceniony (odrzucał wiele ofert, bo z takim talentem nie będzie się przecież prostytuował). Tak cierpi, tak go to boli. Niech ma choć jakąś radość z życia. W końcu on był z trudnej rodziny, a ja z tzw. lepiej sytuowanej. Czułam się winna.
Nie wyjeżdżaliśmy, prawie też nie wychodziliśmy, w każdym razie nie do moich znajomych ("o czym mam z nimi rozmawiać? Czuję się przy nich głupszy...").
Wiedział, jak mnie podejść. "Sprawdzisz mi magisterkę? Ty już broniłaś dwie..". "Znajdziesz mi to w necie? Co to dla ciebie?", "Pójdziesz? Kupisz? Załatwisz?". Raz, wyjeżdżając w trasę na południe, zapomniał skarpetek. "Przywieziesz?". Wsiadłam w pociąg, przywiozłam.
Byłaś tak zaślepiona
Nigdy nie usłyszał ode mnie: "Chcesz mieć pracę, to jej szukaj!". "Rób coś!", "Nie zwalaj wszystkiego na trudne dzieciństwo!", "Nie, nie zostaniesz alkoholikiem, jak ojciec, tylko weź się za siebie w końcu!". "Nie strasz mnie samobójstwem - nie jest ci to ani gwiazdach, ani w genach zapisane!".
Jedyne, co potrafiłam, to robić mu listy mailingowe "potencjalnych pracodawców", szukać stypendiów, obdzwaniać znajomych. Gdy i z tego nie chciało mu się skorzystać - włamałam się do jego skrzynki mejlowej i sama wysyłałam z niej jego CV. W tajemnicy.
Sam by pewnie nie umiał. A może by umiał? Chłopak po dwóch kierunkach?
Nigdy nie powiedziałam: "Jeśli jestem taka beznadziejna, to się rozstańmy". Bałam się konfrontacji. Głaskałam go, pocieszałam, tuliłam, przysięgałam.
Anoreksję wymyśliłam, by go do sobie zniechęcić. By sam stwierdził: "Po co mi taki kłopot?". Ale on chciał mieć dziewczynę, krzyczał: "Przysięgnij, że nigdy mnie nie zostawisz! Gdybym sobie coś wtedy zrobił, to byłaby twoja wina!".
Gdy po dwóch latach ważyłam 42 kilo, średnio raz w tygodniu mdlałam, lądowałam na ostrym dyżurze, nie miałam okresu, płakałam na widok jedzenia - poszłam do psychologa. W tajemnicy przed nim.
Dwa miesiące później uciekłam, nie odpowiadałam na SMS-y, telefony. Wyzdrowiałam natychmiast (on podobno natychmiast znalazł nową dziewczynę). Niestety - nie zmądrzałam.
Mała, tak się starasz
Dwa lata później artyście spędzającemu bezczynnie kolejny miesiąc w moim mieszkaniu, powtarzałam: "Dobrze, dobrze, kochanie. Pośpij, oczywiście, ja się wszystkim zajmę".
W rzeczywistości chciałam mieć rano spokój, żeby normalnie popracować - bez obawy, że ktoś mnie zaraz przepędzi, by ściągać z netu komiksy erotyczne. Wstawałam o szóstej, pisałam, ćwiczyłam, kupowałam mu śniadanie.
Jeśli poprzedniego dnia się upił - sprzątałam wymiociny z podłogi i gotowałam rosołek. Nie z kostki - kurka, wołowinka, dla koloru cebulka opalona nad ogniem.
Jeśli się nie upił - święto! To niech sobie zje coś przyjemnego. Żeberka w piwie. Musakę. Pilaw z dzikiego ryżu z tymiankiem plus kotleciki mielone w majeranku i gałce muszkatołowej. Pyszne mięsko oczywiście dla niego - ja jestem wegetarianką.
On wstawał koło 12-13. Na początku kręcił nosem: "Mała, tak się starasz... Koledzy to mówią, że chyba za bardzo we mnie zapatrzona jesteś". Potem już nie kręcił. I do głowy mu nie przyszło, by samemu zejść po jedzenie. Nie było - nie jadł.
Nie robił też nic innego. Nie musiał. Zarabiałam ja - i to na dobrze płatnej, ciekawej, prestiżowej jak na moje dwadzieścia pięć lat posadzie. Po powrocie z ministerstwa, z konferencji, z wyjazdu służbowego nie opowiadałam o wrażeniach - po co go niepotrzebnie frustrować? Niech czuje się mężczyzną.
Dlatego zamiast dzielić się sukcesami - sprzątałam, gotowałam. Płaciłam rachunki; dokładał się, to fakt. Ale nie o wszystkich wiedział ("mnie stać, a on niech sobie może na jakieś stypendium odkłada....").
Rzucałam wszystko, gdy miał ochotę się bawić: kochać się, grać w "magiczne karty", oglądać "Batmana", "Spidermana", "Hulka". Jego "chwile relaksu" były święte. Taki zdolny, a taki niedoceniony (odrzucał wiele ofert, bo z takim talentem nie będzie się przecież prostytuował). Tak cierpi, tak go to boli. Niech ma choć jakąś radość z życia. W końcu on był z trudnej rodziny, a ja z tzw. lepiej sytuowanej. Czułam się winna.
Nie wyjeżdżaliśmy, prawie też nie wychodziliśmy, w każdym razie nie do moich znajomych ("o czym mam z nimi rozmawiać? Czuję się przy nich głupszy...").
Wiedział, jak mnie podejść. "Sprawdzisz mi magisterkę? Ty już broniłaś dwie..". "Znajdziesz mi to w necie? Co to dla ciebie?", "Pójdziesz? Kupisz? Załatwisz?". Raz, wyjeżdżając w trasę na południe, zapomniał skarpetek. "Przywieziesz?". Wsiadłam w pociąg, przywiozłam.
Byłaś tak zaślepiona
Nigdy nie usłyszał ode mnie: "Chcesz mieć pracę, to jej szukaj!". "Rób coś!", "Nie zwalaj wszystkiego na trudne dzieciństwo!", "Nie, nie zostaniesz alkoholikiem, jak ojciec, tylko weź się za siebie w końcu!". "Nie strasz mnie samobójstwem - nie jest ci to ani gwiazdach, ani w genach zapisane!".
Jedyne, co potrafiłam, to robić mu listy mailingowe "potencjalnych pracodawców", szukać stypendiów, obdzwaniać znajomych. Gdy i z tego nie chciało mu się skorzystać - włamałam się do jego skrzynki mejlowej i sama wysyłałam z niej jego CV. W tajemnicy.
Sam by pewnie nie umiał. A może by umiał? Chłopak po dwóch kierunkach?
Ale tak się szybko denerwował, nudził, zniechęcał. A ja chciałam mieć spokój. Żeby nie było jak w rodzinnym domu. Żeby nie było krzyków, podległości, cichych dni. Żeby było po partnersku... Ładne mi partnerstwo, oparte ma mojej nadopiekuńczości, kłamstwach, poczuciu wyższości. I na jego błyskawicznej adaptacji do tych, jakże sprzyjających warunków.
Gdy zaczęłam wymiotować na sam widok jedzenia i dostawać spazmów w miejscach publicznych, poszłam do psychologa. Spotkałam się z koleżankami. Wyjechałam w podróż służbową. Nagle otworzyły mi się oczy. "Co ja robię?!".
Miesiąc później po kilkuset godzinach płaczu i poważnych rozmów, poprosiłam, by się pakował. Nie rozumiał.
Ale gdy tylko się wyprowadził - natychmiast znalazł pracę. Sam. Ciekawe.
Potem spytałam matkę, czemu nie zwróciła mi uwagi na moją głupotę. Odpowiedziała: "Byłaś taka zaślepiona - pewnie byś się na mnie obraziła". Bała się odrzucenia. Tak jak ja bałam się, że odrzucą mnie moi chłopcy.
Matka Polka ofiarnica
Nie jestem szalona. Ale z pewnością beznadziejnie zarozumiała, chorobliwie ambitna. Chciałam wszystko "sama". Oba związki mogły potoczyć się inaczej, gdybym nie grała ofiarnicy. Matki Polki z turbodoładowaniem o przebojowości Ally McBeal.
Kręciło mnie, że nie tylko do niczego swoich facetów nie potrzebuję, ale to oni wyraźnie stają się zależni ode mnie. Zawsze pamiętałam słowa ojca: "Dziewczynki do pewnego wieku może i uczą się lepiej od chłopców, ale potem głupieją i stają się cieniami mężczyzn". A figę. Nie ja. Ja tu rządzę!
Może i obsługuję chłopów, tak jak moja matka... ale robię to na własne życzenie. Poza tym: ja się rozwijam! Mam skończone dwa kierunki, studia podyplomowe, doktorat w toku, świetne perspektywy zawodowe. W domu faceta do seksu, wokół którego może trzeba się tylko trochę nachodzić. Mam wszystko pod kontrolą. Wszystko.
Gdy zaczęłam wymiotować na sam widok jedzenia i dostawać spazmów w miejscach publicznych, poszłam do psychologa. Spotkałam się z koleżankami. Wyjechałam w podróż służbową. Nagle otworzyły mi się oczy. "Co ja robię?!".
Miesiąc później po kilkuset godzinach płaczu i poważnych rozmów, poprosiłam, by się pakował. Nie rozumiał.
Ale gdy tylko się wyprowadził - natychmiast znalazł pracę. Sam. Ciekawe.
Potem spytałam matkę, czemu nie zwróciła mi uwagi na moją głupotę. Odpowiedziała: "Byłaś taka zaślepiona - pewnie byś się na mnie obraziła". Bała się odrzucenia. Tak jak ja bałam się, że odrzucą mnie moi chłopcy.
Matka Polka ofiarnica
Nie jestem szalona. Ale z pewnością beznadziejnie zarozumiała, chorobliwie ambitna. Chciałam wszystko "sama". Oba związki mogły potoczyć się inaczej, gdybym nie grała ofiarnicy. Matki Polki z turbodoładowaniem o przebojowości Ally McBeal.
Kręciło mnie, że nie tylko do niczego swoich facetów nie potrzebuję, ale to oni wyraźnie stają się zależni ode mnie. Zawsze pamiętałam słowa ojca: "Dziewczynki do pewnego wieku może i uczą się lepiej od chłopców, ale potem głupieją i stają się cieniami mężczyzn". A figę. Nie ja. Ja tu rządzę!
Może i obsługuję chłopów, tak jak moja matka... ale robię to na własne życzenie. Poza tym: ja się rozwijam! Mam skończone dwa kierunki, studia podyplomowe, doktorat w toku, świetne perspektywy zawodowe. W domu faceta do seksu, wokół którego może trzeba się tylko trochę nachodzić. Mam wszystko pod kontrolą. Wszystko.
Kim powinni być mężczyźni? Czym wypełniają swoje życie? Jak wyglądają ich związki? Gdzie szukają sensu i radości? Co ich wkurza i boli? W czym są spełnieni, a co ich rozczarowało? Kim stają się jako mężowie, ojcowie, kochankowie? Jak kochają, jak zdradzają, jak są zdradzani? Czego kobiety chcą od mężczyzn? Czekamy na Wasze listy w problemach wymienionych i tych tu nie poruszonych: meskamuzyka@gazeta.pl
Źródło: Gazeta Wyborcza
Przeczytaj 51 komentarzy na Forum





Brak komentarzy:
Prześlij komentarz