piątek, 9 października 2009

Markowi Edelmanowi na pożegnanie

Adam Michnik
2009-10-09, ostatnia aktualizacja 2009-10-09 16:18

Wystąpienie Adama Michnika na pogrzebie ostatniego przywódcy powstania w gettcie

Muzyka sprawiała że do konduktu spontanicznie dołączali się warszawiacy
Fot. Adam Kozak / Agencja Gazeta
Muzyka sprawiała że do konduktu spontanicznie dołączali się warszawiacy

Fot. Bartosz Bobkowski / Agencja Gazeta
ZOBACZ TAKŻE
GALERIA ZDJĘĆ
RAPORTY
W tym smutnym czasie dla polskiej kultury, wkrótce po odejściu prof. Leszka Kołakowskiego, prof. Barbary Skargi dziś żegnamy Marka Edelmana. Zebraliśmy się tutaj przy pomniku Powstańców Warszawskiego Getta, by pożegnać bohatera tego powstania, jednego z przywódców żydowskiej Organizacji Bojowej, polskiego Żyda i żydowskiego Polaka - Marka Edelmana.

Po tym powstaniu Władysław Broniewski napisał:

"Oto, co trzeba wyryć, jak w głazie, w polskiej pamięci

Wspólny dom nam zburzono i krew przelana nas brata

Łączy nas mur egzekucji, łączy nas Dachau, Oświęcim,

Każdy grób bezimienny i każda więzienna krata".



Niech mi wolno będzie powiedzieć dzisiaj, tu w tym miejscu, że to Marek Edelman był dla wielu z nas symbolem tego zbratania. Był kimś więcej niż symbolem. Był Marek-bohater antyhitlerowskiej konspiracji, przywódca powstania w Getcie, uczestnik powstania warszawskiego, wielka postać opozycji demokratycznej, współpracownik Komitetu Obrony Robotników i działacz "Solidarności" podziemnej - był więc Marek wzorem, wzorem szanowanym, podziwianym, kochanym.

Jacek Kuroń powtarzał, że Marek Edelman to jedyny bohater, którego spotkał w życiu. Prezydent Aleksander Kwaśniewski uhonorował Marka Orderem Orła Białego. Prezydent Sarkozy odznaczył go Legią Honorową. Marek nigdy nie zabiegał i nie dbał o żadne wyróżnienia. Dlatego dla nas, jego przyjaciół, było wielką radością, że tych zaszczytnych wyróżnień doczekał.

Zrodził go Bund, środowisko żydowskiej socjaldemokracji antyfaszystowskiej i antystalinowskiej. Marek powiedział kiedyś, że Komitet Obrony Robotników "To było to samo co Bund. Te same ideały, te same wartości: braterstwo, sprawiedliwość społeczna, walka z dyktaturą. Dla mnie - mówił Marek - Bund i KOR to ciągłość".

Marek Edelman nie był politykiem; był lekarzem z profesji i pasji. Dlatego jego obecność w świecie polityki naznaczona była jego lekarską pasją - Marek był obecny w polityce, by ratować ludzi. Naznaczyła go Zagłada, najstraszniejsze doświadczenie hitlerowskiego piekła. Naznaczyło go powstanie w Getcie, ten - jak mawiał - wybór sposobu umierania. A przecież był to wybór sposobu życia.

Marek wybrał życie w godności. Opowiadał kiedyś, jak w pierwszych tygodniach okupacji hitlerowskiej - jeszcze nie było getta - wiedział wepchniętego na beczkę starego Żyda, któremu hitlerowcy obcinali brodę, ku uciesze zebranego wokół tłumu. "Najważniejsze - mówił Marek - nie dać się wepchnąć na beczkę. Straszniejsze od samobójstwa jest pragnienie poniżonego do szczętu człowieka, żeby nie mieć twarzy".

Marek nigdy nie pozwolił wepchnąć się na beczkę. Zawsze miał twarz. Marek nigdy nie pozwalał by na beczkę wpychano innych. Przez całe życie bronił tych wpychanych na beczkę wyznając zasadę, że trzeba być po stronie tych. których biją. "Trzeba być ze słabymi - powtarzał uparcie - być, nawet wtedy, gdy nie można im pomóc. Trzeba ich trzymać za rękę, jak umierającego".

W trudnych czasach Marek trzymał nas wszystkich za rękę.

Ten obrońca ludzkiej godności, obrońca praw człowieka nie był pacyfistą; Ten zwolennik ekumenizmu w relacjach międzyludzkich i kompromisu w życiu publicznym nigdy nie godził się na kompromis kosztem godności i prawdy. Był w tej postawie nieugięty i nieprzekupny - w każdym dopuszczalnym sensie tych słów.

Podczas wojny na Bałkanach Marek mówił jasno: "W czasie II wojny światowej byłem świadkiem ludobójstwa w warszawskim Getcie, przywódcy wolnego świata, prezydent Roosvelt i premier Churchill nie potrafili temu zapobiec. Mówili, że kiedy wojna się skończy, kiedy wygra demokracja, wszyscy, niezależnie od rasy, narodowości, religii, będą znów równi, wszyscy będą znów mogli czuć się ludźmi, a nie ściganą zwierzyną. Tylko, że kiedy skończyła się wojna i wygrała demokracja, tych milionów ludzi, o których toczyła się walka już nie było i nie mogli cieszyć się owocami pokoju (...) Wiem, jak dla tych, którzy wysyłają żołnierzy na wojnę, bolesna jest świadomość, że mogą zginąć. Ale też wiem - jak wszyscy w moim pokoleniu - że wolność ma i musi mieć swoją cenę".

Marek płacił tę cenę przez całe życie. Żył tak, jakby towarzyszyły mu nieśmiertelne słowa Zbigniewa Herberta z "Przesłania Pana Cogito":

"Ocalałeś nie po to aby żyć

Masz mało czasu, trzeba dać świadectwo

Bądź odważny, gdy rozum zawodzi, bądź odważny

W ostatecznym rozrachunku jedynie to się liczy.

A gniew twój bezsilny niech będzie jak morze

Ilekroć usłyszysz głos poniżonych i bitych"

Wedle takich reguł Marek żył i postępował. Powtarzał uparcie: "żaden dyktator nigdy nie ustąpił dobrowolnie. Stalin i Hitler też ciągle mówili o pokoju. Tymczasem dla nich liczy się tylko władza, a przed zbrodnią może ich powstrzymać jedynie siła. Niczego innego nie rozumieją: żadnej perswazji, żadnych ustaleń, żadnych zasad".

Marek nie cierpiał dyktatury. I bał się ludzkiej nienawiści. Mógłby powtarzać za Barbarą Skargą, że "człowiek to nie jest piękne zwierzę", ale dodawał z właściwym sobie sarkazmem: "człowiek nie jest doskonałą mutacją zwierzęcia. Żadne zwierze nie niszczy swojego gatunku, a człowiek niszczy bezinteresownie (...)".

Mógłby też powtórzyć za Leszkiem Kołakowskim:

"Kiedy nienawidzimy prawdziwie, jesteśmy bezkrytyczni zarówno względem nas samych, jak względem tego, czego nienawidzimy, albowiem być krytycznym to umieć różnicować, a nienawiść odbiera nam wszelką zdolność do różnicowania. Przeciwstawia naszą totalną i bezwarunkową słuszność równie totalnej bezwarunkowej i nieuleczalnej nikczemności innych".



W 1993 r. w czeskim mieście Usti nad Łabą rozpoczęto budowę płotu, aby odgrodzić czeskich mieszkańców miasta od domów, w których mieszkali Romowie. Wtedy Marek - wspólnie z Jackiem Kuroniem - napisali list otwarty do Wacława Havla prezydenta Republiki Czeskiej:

"Złe rzeczy zaczynają się zawsze od drobiazgów. Ludzie w dwóch blokach przeszkadzają kilkunastu mieszkańcom po drugiej stronie ulicy, bo śmiecą, hałasują, śpiewają - każdy pretekst jest dobry. Przypominamy, że odgrodzenie Żydów zaczęło się od tego, że Żydzi mają wszy i tyfus plamisty. I też stanął dwumetrowy mur. A potem była "noc kryształowa", potem obozy koncentracyjne, a potem Zagłada. (...) Wszystkie takie mury prowadzą do zbrodni ludobójstwa. To są początki".



Havel dobrze zapamiętał te słowa. Po kilku latach powiedział: "Marek Edelman jest dla mnie ucieleśnieniem tego, co w Polsce najlepsze". Myślę, że Havel nie mylił się.

Marek Edelman wiedział - i tę wiedzę nam uparcie wpajał - że reagować trzeba natychmiast, dzisiaj - bowiem jutro może być za późno. Dlatego uparcie bronił mieszkańców oblężonego Sarajewa, Albańczyków z Kosowa, uwięzionych opozycjonistów kubańskich. Bronił też ośrodków dla chorych na AIDS, bronił gejów, gdy byli oni ofiarami dyskryminującej nagonki. Jednych bronił, innych przestrzegał. Przestrzegał Niemców przed relatywizacją wojny rozpętanej przez Hitlera, przestrzegał Rosjan przed wojną w Czeczenii. Potrafił bardzo ostro krytykować żydowski nacjonalizm i polską nietolerancję.

Bał się o Polskę. Przestrzegał entuzjastów IV RP przed wypuszczaniem demonów nacjonalizmu i antysemityzmu, ksenofobii i agresji. Przestrzegał przed absurdalnymi polowaniami lustracyjnymi. Mówił: "Największym nieszczęściem jest w tej niby IV RP, że pojawia się znowu strach. Ludzie boją się nawet mówić, co myślą, bo mogą stracić pracę. Mam koleżankę, której kazali pisać oświadczenie lustracyjne. Nie chciała, ale tłumaczyła mi, że musi: przecież mam dziecko, nie mogę stracić pracy. To jest straszne".

Na zawsze zapamiętam słowa Marka nasycone troską obywatelską, wypowiedziane jesienią 2007 r. Powiedział wtedy: "Dobrze, że padł rząd nienawiści i podejrzliwości. Pewnie: tych złych emocji, które tak łatwo najpierw udało się rozpalić w Polakach, nie będzie łatwo wymazać z umysłów. Ale przynajmniej na jakiś czas zapanowała inna atmosfera".

Możemy tylko spekulować, jak mógłby Marek komentować ostatnie skandaliczne i zawstydzające wydarzenia polskiego życia publicznego. Z pewnością jednak powtórzyłby w konkluzji: "Wystarczy mieć w życiu zasadę, żeby nie robić świństw".

Marek przeżył życie - długie, trudne, lecz jakże piękne - bez świństw. Był świadkiem epoki pieców hitlerowskich, a potem strażnikiem grobów. Był świadkiem bagna i załgania dyktatury komunistycznej, która nie szczędziła mu świństw i upokorzeń.

Ale Marek nigdy nie został upokorzony. Nie wpadł też w żadną z pułapek totalitarnych swojego czasu, ani w nacjonalizm, ani też w komunizm.

Nie mieścił się w żadnej politycznej szufladzie; wymykał się wszelkim szablonom. Był kimś niezwykłym w długich dziejach polsko-żydowskiej wspólnoty. Wraz z nim najbardziej znanym w świecie synem narodu polskich Żydów, odchodzi epoka. Już nic nie będzie takie jak dotąd.

Marek łączył w sobie odwagę i heroizm polskiego ułana z sarkazmem i melancholią żydowskiego rabina. Była w nim mądrość bez pychy, gniew bez złości, odwaga bez fanfaronady. Był fenomenem

całkowicie unikalnym, do nikogo nie podobnym. Wzbudzał podziw, ale i strach. Przypominał nam nieustannie o zamordowanym narodzie polskich Żydów, o zarazie totalitarnych ideologii, o naszej odpowiedzialności, by nikogo nie stawiano na beczce i odzierano z godności. Z całą pewnością różnych rzeczy nie robiliśmy wyłącznie ze strachu przed Markiem; po zachowaniu niegodnym wstyd było spojrzeć mu w oczy. W tych oczach nieraz zmrużonych, w filuternym uśmiechu odkrywaliśmy jakieś iskierki tego ducha osobliwego; jakieś znaki przestrogi na resztę życia.

Dla mnie najważniejsze były słowa Marka na temat kata i ofiary:

"Kat i ofiara - pisał Marek - upodabniają się do siebie. Ofiara kryje się pod murem, ale jeśli wewnątrz zostało jej choć trochę siły, by się katu przeciwstawić, to może sama stać się katem, dotychczasowego kata zmieniając w ofiarę".

Dobrze zapamiętałem te słowa i dziś, przywołując je, żegnam Cię Marku, Twoi przyjaciele uczynią wszystko, by zawsze być po stronie tych, których biją.

Zobacz kondolencje i pożegnania Marka Edelmana

Michnik: Marek wybrał życie w godności


Źródło: Gazeta Wyborcza

Brak komentarzy: