06.08.2012 , aktualizacja: 07.08.2012 08:45
06.08.2012, godzina 20:00
| LP: | Zawodnik: | Kraj: | Suma (kg) : | |
|---|---|---|---|---|
![]() | Oleksij Trochitij | Ukraina | 412(185+227) | |
![]() | Navab Nasirshelal | Iran | 411(184+227) | |
![]() | Bartłomiej Bonk | Polska | 410(190+220) | |
![]() | Marcin Dołęga | Polska | NS |
To nie Marcin Dołęga zdobył medal w kategorii 104 kg. Największy faworyt spalił wszystkie próby rwania, Bartłomiej Bonk wykorzystał niezwykłą szansę, pięknie walczył i zdobył brąz
Gdyby Usainowi Boltowi usunięto trzech najszybszych rywali z Jamajki i z USA, nie byłby takim pewniakiem do mistrzostwa olimpijskiego. Gdyby Michaelowi Phelpsowi zabrano najlepszych rywali, nie byłby takim faworytem jak Dołęga, trzykrotny mistrz i wielokrotny rekordzista świata.
Przeciwnicy Polaka wykruszyli się - jedni w tajemniczych, inni w niesamowitych okolicznościach - ścieląc mu drogę do medalu, za który tak cierpiał. Ale on z niej nie skorzystał.
Dimitrij Łapikow, z którym w Pekinie Polak przegrał wagą ciała, przeszedł po poprzednich igrzyskach do wyższej kategorii, potem wpadł na dopingu. Andriejowi Aramnauowi, rekordziście świata, kilka tygodni temu nie wytrzymał mięsień uda i Białorusin wycofał się z igrzysk. Już w Londynie - dwa dni przed zawodami! - zrezygnowali wielcy faworyci z Rosji: Chadżimurat Akkajew i Dmitrij Kłokow, czyli aktualni mistrz i wicemistrz świata (Dołęga na MŚ w Paryżu nie startował przez kontuzję).
W konkursie pozostało zaledwie siedmiu rywali. Nie pierwszej jakości.
To tak jakby złoty medal mówił do Dołęgi: "Weź mnie, jestem twój". A Dołęga go chciał, bo do Rio nie dociągnie. Kolana odmawiają posłuszeństwa, bolą, puchną, trzeba w nie wbijać igły, pompować komórki macierzyste, co boli koszmarnie, przeszły już po dwie operacje. Kręgosłup też wymaga pielęgnacji, nie dalszego niszczenia, przyjmuje 30 blokad na sezon, a lekarz dostaje drgawek, gdy widzi na ekranie telefonu, że dzwoni Dołęga. Londyn to była ostatnia szansa na medal, na nagrodę z PKOl-u, z ministerstwa, na emeryturę - kilka tysięcy złotych co miesiąc od państwa aż po grób - dla siebie, dziecka, żony.
Polak spalił trzy próby, gdy na sztandze było 190 kg. To najbardziej niezwykłe - obudzony o północy w Spale, w pidżamie, może po krótkiej rozgrzewce poszedłby na salę treningową i wyrwał 190 kg. Zdarzały się treningi, w których Dołęga wykonywał serię takich rwań, a następnie przechodził do ciężaru 220 kg w podrzucie i też brał na siebie dwa w serii. A potem wracał i znów.
Przez dwa miesiące przygotowań do Londynu wykonał setki prób i nie spalił ani razu, a były tam ciężary 190, 195 i 200 kg. Jeszcze raz: nie spalił ani razu.
Trener nawet się dziwił, że 30-letni sztangista ma tak niesamowitą skuteczność. - Wolałbym wszystkie tamte spalić, byle tutaj jedna wyszła. Oddałbym wszystkie medale MŚ za chociaż jeden brąz olimpijski - mówił po konkursie Dołęga. - Tutaj sztanga była lekka, a spadała. Nie wiem co dalej. Muszę wszystko przemyśleć. Ja po prostu nie nadaję się do tego sportu. Chyba trzeba powiedzieć "dość, igrzyska są nie dla mnie".
Przypomnijmy: do Pekinu Dołęga jechał jako pewniak do złota, ale nabawił się kontuzji nogi, ledwo kuśtykał, wył z bólu - przed wyjazdem wziął 30 zastrzyków blokad. Z nieludzkim cierpieniem wymalowanym na twarzy przegrał brązowy medal z Łapikowem o 70 g.
Dzieckiem szczęścia został w tych dramatycznych okolicznościach piąty na ostatnich MŚ Bartłomiej Bonk, który przede wszystkim chciał być żeglarzem, bo - jak wczoraj powiedział - to piękny sport, a w Sempólnie Krajeńskim, gdzie się wychował, był klub żeglarski, piłkarski i sala do podnoszenia ciężarów. Obaj Polacy marzyli dzień wcześniej, aby razem stanąć na podium. - Ale w czasie konkursu nie myślałem o medalu, tylko dźwigałem - mówił Bonk.
On z kolei jeszcze dwa miesiące temu pytał trenera Ryszarda Szewczyka, czy w ogóle jest sens jechać na igrzyska, tak go bolały nadgarstki. - My, sztangiści, nie jesteśmy normalni - mówił Bonk. - Nie mogłem wyrywać, usztywniałem nadgarstki taśmami i dźwigałem, brałem środki przeciwbólowe i dźwigałem. Nie mogłem przerwać, igrzyska były tuż-tuż. Na leczenie nie miałem czasu. Trzeba było zacisnąć zęby i zapieprzać. Udało się. Podwójnie. Żona jest w piątym miesiącu ciąży z dwoma bliźniaczkami, no i mam medal. Jest lekki [tu zważył go twardymi od sztangi dłońmi], ale ciężko wypracowany.
Bonk w każdym rwaniu pokazał, że umie walczyć. Brał na siebie 185, 188 i 190 kg, podchodził do podrzutu jako lider, ale wiedział dobrze, że Ukrainiec Ołeksy Torochtyj i Nasirelal Bavab z Iranu mogą podrzucić więcej. Chodziło tylko o to, by obronić brąz. Kiedy Bonk spalił na 225 kg, rywale mieli jeszcze po dwie próby. Torochtyj wygrał wynikiem 412 kg.
W kategorii o 11 kg lżejszej Ilia Ilin z Kazachstanu zwyciężył z wynikiem 419 kg.
Przeciwnicy Polaka wykruszyli się - jedni w tajemniczych, inni w niesamowitych okolicznościach - ścieląc mu drogę do medalu, za który tak cierpiał. Ale on z niej nie skorzystał.
W konkursie pozostało zaledwie siedmiu rywali. Nie pierwszej jakości.
To tak jakby złoty medal mówił do Dołęgi: "Weź mnie, jestem twój". A Dołęga go chciał, bo do Rio nie dociągnie. Kolana odmawiają posłuszeństwa, bolą, puchną, trzeba w nie wbijać igły, pompować komórki macierzyste, co boli koszmarnie, przeszły już po dwie operacje. Kręgosłup też wymaga pielęgnacji, nie dalszego niszczenia, przyjmuje 30 blokad na sezon, a lekarz dostaje drgawek, gdy widzi na ekranie telefonu, że dzwoni Dołęga. Londyn to była ostatnia szansa na medal, na nagrodę z PKOl-u, z ministerstwa, na emeryturę - kilka tysięcy złotych co miesiąc od państwa aż po grób - dla siebie, dziecka, żony.
Polak spalił trzy próby, gdy na sztandze było 190 kg. To najbardziej niezwykłe - obudzony o północy w Spale, w pidżamie, może po krótkiej rozgrzewce poszedłby na salę treningową i wyrwał 190 kg. Zdarzały się treningi, w których Dołęga wykonywał serię takich rwań, a następnie przechodził do ciężaru 220 kg w podrzucie i też brał na siebie dwa w serii. A potem wracał i znów.
Przez dwa miesiące przygotowań do Londynu wykonał setki prób i nie spalił ani razu, a były tam ciężary 190, 195 i 200 kg. Jeszcze raz: nie spalił ani razu.
Trener nawet się dziwił, że 30-letni sztangista ma tak niesamowitą skuteczność. - Wolałbym wszystkie tamte spalić, byle tutaj jedna wyszła. Oddałbym wszystkie medale MŚ za chociaż jeden brąz olimpijski - mówił po konkursie Dołęga. - Tutaj sztanga była lekka, a spadała. Nie wiem co dalej. Muszę wszystko przemyśleć. Ja po prostu nie nadaję się do tego sportu. Chyba trzeba powiedzieć "dość, igrzyska są nie dla mnie".
Przypomnijmy: do Pekinu Dołęga jechał jako pewniak do złota, ale nabawił się kontuzji nogi, ledwo kuśtykał, wył z bólu - przed wyjazdem wziął 30 zastrzyków blokad. Z nieludzkim cierpieniem wymalowanym na twarzy przegrał brązowy medal z Łapikowem o 70 g.
Dzieckiem szczęścia został w tych dramatycznych okolicznościach piąty na ostatnich MŚ Bartłomiej Bonk, który przede wszystkim chciał być żeglarzem, bo - jak wczoraj powiedział - to piękny sport, a w Sempólnie Krajeńskim, gdzie się wychował, był klub żeglarski, piłkarski i sala do podnoszenia ciężarów. Obaj Polacy marzyli dzień wcześniej, aby razem stanąć na podium. - Ale w czasie konkursu nie myślałem o medalu, tylko dźwigałem - mówił Bonk.
On z kolei jeszcze dwa miesiące temu pytał trenera Ryszarda Szewczyka, czy w ogóle jest sens jechać na igrzyska, tak go bolały nadgarstki. - My, sztangiści, nie jesteśmy normalni - mówił Bonk. - Nie mogłem wyrywać, usztywniałem nadgarstki taśmami i dźwigałem, brałem środki przeciwbólowe i dźwigałem. Nie mogłem przerwać, igrzyska były tuż-tuż. Na leczenie nie miałem czasu. Trzeba było zacisnąć zęby i zapieprzać. Udało się. Podwójnie. Żona jest w piątym miesiącu ciąży z dwoma bliźniaczkami, no i mam medal. Jest lekki [tu zważył go twardymi od sztangi dłońmi], ale ciężko wypracowany.
Bonk w każdym rwaniu pokazał, że umie walczyć. Brał na siebie 185, 188 i 190 kg, podchodził do podrzutu jako lider, ale wiedział dobrze, że Ukrainiec Ołeksy Torochtyj i Nasirelal Bavab z Iranu mogą podrzucić więcej. Chodziło tylko o to, by obronić brąz. Kiedy Bonk spalił na 225 kg, rywale mieli jeszcze po dwie próby. Torochtyj wygrał wynikiem 412 kg.
W kategorii o 11 kg lżejszej Ilia Ilin z Kazachstanu zwyciężył z wynikiem 419 kg.









Brak komentarzy:
Prześlij komentarz