niedziela, 9 grudnia 2012

Miliard złotych to dwie ciężarówki'. Rozmowa o gotówce


Wojciech Staszewski
 
06.12.2012 , aktualizacja: 07.12.2012 20:51

A A A Drukuj

Rys. Zygmunt Januszewski

Nie ujawniamy, gdzie jest skarbiec. Powiem panu tylko, że miliard waży ok. 8 ton. To nie jest dużo, to dwie ciężarówki. Nie musi to być wielka hala - mówi ekonomista Dobiesław Tymoczko
Wojciech Staszewski: Ile kosztują pieniądze?

Dobiesław Tymoczko*: - Gotówka kosztuje tyle, ile trzeba zapłacić za jej druk - ten koszt ponosi bank centralny. Dodatkowo banki płacą za jej konwojowanie podczas transportu. Potem koszt ponoszą przedsiębiorcy, wypłacając pieniądze dla pracowników, oraz sklepy, zawożąc gotówkę do banku. Ze światowego raportu wynika, że to jest ok. 1 proc. PKB, czyli w Polsce ok. 15 mld zł rocznie. Dużo.

Ale pieniądz bezgotówkowy też kosztuje, tylko inną grupę ludzi - tych, którzy mają pieniądze w banku. Można policzyć średni koszt obsługi rachunku w 23 największych bankach: opłata za obsługę, ileś przelewów, raz w roku wypłata z obcego bankomatu itp. Wychodzi ok. 260 zł rocznie. Jak to przemnożymy przez liczbę rachunków i dodamy opłatę za używanie kart bankowych, to też wyjdzie kilkanaście miliardów.

Czyli każdy pieniądz kosztuje. Tylko koszt gotówki ponoszą bank centralny i przedsiębiorstwa, a pieniądza bezgotówkowego - konsumenci. Obrót bezgotówkowy jest jednak bardziej przejrzysty i bezpieczniejszy.

W parlamencie jest już nowelizacja ustawy o usługach płatniczych. Mówi się, że po jej wejściu w życie zostaniemy obciążeni takimi opłatami za płacenie kartą, że będziemy masowo wracać do gotówki.

- Mamy teraz proces legislacyjnego ucierania się. Interesariusze mówią, jak to ich strasznie dotknie. Ale to nie jest prawda.
To jaka jest prawda?

- Jak pan płaci kartą 100 zł za buty do biegania, to opłata sklepu za tę transakcję wynosi ok. 1,6 zł - idzie do banku, który dał panu kartę, i do organizacji, które ją sygnują, czyli Visa lub MasterCard. Z analiz NBP wynikało, że ta opłata jest dużo wyższa niż w innych krajach europejskich, gdzie wynosi ok. 0,8 proc., zatem zaproponowano kompromis - stopniowe jej zmniejszanie. MasterCard się nie zgodził, więc pojawiło się kilka projektów legislacyjnych, które mają to uregulować. Instytucje finansowe straszą, że jeśli ograniczy się im marżę, to koszty poniosą klienci. A w bankowości nie mamy sytuacji czystej konkurencji, w której się zabiega o klienta, tylko raczej sytuację oligopolistyczną, w której klienta się łupi.

Banki podniosły larum, jak zawsze, kiedy mówi się o obciążeniu ich czymkolwiek. Ale trzeba pamiętać, że w zeszłym roku przy szalejącym w Europie kryzysie polskie banki zarobiły ponad 15 mld zł. Nie są w takiej sytuacji, że już nie będą miały z czego pokryć kosztów, jeśli będą musiały zmniejszyć prowizję - bo prowizje wyniosły w skali kraju ok. 1,5 mld zł, z tym że połowa trafia do operatorów kart. Gdyby więc banki w ogóle zrezygnowały z opłat za korzystanie z kart, to z 15 mld zrobiłoby się 14 mld 250 mln. To nie są głodowe warunki dla sektora bankowego.

Dziś płaci sklep.

- Nie sklep, tylko pan płaci, duże sklepy sobie to wrzucają w marżę. Ale w części małych sklepów nie ma terminali. U siebie na bazarku płaciłem w małym sklepiku kartą, ale w końcu facet stwierdził, że mu się to nie opłaca, i zlikwidował terminal. Również w Biedronce nie można płacić kartą. Widocznie obliczyli, że bardziej opłaca im się konwojowanie gotówki niż oddawanie 1,6 proc. obrotów.

W przypadku Biedronki te 1,6 proc. to 200 mln zł rocznie.

- W lecie była promocja na stacjach Orlenu polegająca na tym, że kto w weekendy płacił gotówką, tankował o 10 gr taniej na litrze. Też im się to bardziej opłacało.

To dlaczego sklepy mają terminale?

- Duże sklepy robią ukłon w stronę klientów, którzy przyjeżdżają na duże zakupy.

Były robione badania socjologiczne, według których jeśli na sklepie jest naklejka, że można płacić kartą, to ludzie wydają w nim więcej.

- Łatwiej podać kartę, niż odliczyć 700 zł w pliku banknotów. Szczególnie że za pomocą karty można wydać więcej, niż się ma, czego nie da się zrobić, płacąc gotówką.

Czy nie czekają nas prowizje za wypłaty w bankomatach?

- W jednym z projektów nowelizacji ustawy jest taka możliwość. Ale banki nie zrobią tego z własnymi bankomatami, bo gdyby Polacy musieli płacić za korzystanie z nich, uciekliby z takiego banku. A gdyby opłaty wprowadzili niezależni operatorzy, strzeliliby sobie w stopę, bo ludzie przestaliby u nich wyjmować pieniądze. Mechanizm rynkowy to uniemożliwi.

To może w ogóle zniknie gotówka?

- Wieści o śmierci gotówki są mocno przesadzone. W Polsce cały czas zwiększa się ilość gotówki. Po denominacji w 1995 r. było na rynku niecałe 15 mld zł, teraz jest 112 mld! Dziś mamy w obiegu około miliarda sztuk banknotów i prawie 13 mld monet.

Dlaczego to tak rośnie?

- Przede wszystkim z powodu wzrostu naszego PKB.

Gotówka rośnie też przed długimi weekendami, przed świętami Bożego Narodzenia. Ale jak już ludzie zrobią te zakupy, to sklepy zawożą pieniądze do banku, a banki nie mają ich gdzie trzymać, więc zawożą je do banku centralnego, a bank w zamian powiększa im zapis na koncie.

Mamy dwa epizody, kiedy ilość gotówki rosła skokowo. W grudniu 1999 r., kiedy baliśmy się problemu roku 2000 i awarii wszystkich komputerów, wszyscy chcieli mieć banknoty w domu. Wtedy w ciągu miesiąca ilość gotówki zwiększyła się o 14 proc. - z 38 do 43 mld zł.

Drugi wyskok to jest początek kryzysu, upadek Lehman Brothers, kiedy wszyscy bali się tego, co będzie dalej. W październiku 2008 r. ilość gotówki zwiększyła się przez miesiąc o 11 proc. - z 90 do 100 mld zł.

Jak to się dzieje? NBP nagle rzuca te banknoty na rynek?

- Nie, ilość całego pieniądza - elektronicznego i w postaci gotówki - pozostaje ta sama. Emisja gotówki wygląda tak, że banki przyjeżdżają do NBP i mówią, że chcą kupić gotówkę. Płacą za to środkami, które mają zaksięgowane u nas na koncie. Bank centralny odpisuje im żądane sumy z konta i wydaje w postaci gotówki. Wywożą je bankowozami na wagę. Ale jest jeszcze kwestia objętości.

Jaka to wielkość?

- Zależy w jakich banknotach. Milion złotych w banknotach stuzłotowych waży ok. 8 kg.

Każdy szanujący się bank centralny ma zapasy gotówki. One nie są pieniądzem, stają się nim dopiero wtedy, kiedy je wyemitujemy.

Ile ich jest?

- Tego żaden bank centralny na świecie nie powie.

Gdzie je trzymacie?

- Nie ujawniamy, gdzie jest skarbiec. Skoro milion waży 8 kg, to miliard waży 8 ton. To nie jest dużo, to dwie ciężarówki. Nie musi to być wielka hala. Widziałem skarbiec amerykański pod budynkiem Fed na Manhattanie. Przy drzwiach stoi facet, kręci wielkim kołem i otwiera wielotonowe drzwi. Wszystko jest wykute w litej skale, słychać czasem turkot, jak metro przejeżdża. Tam leży np. złoto, ale to gotówka jest centralnym elementem systemu.

A w 1999 r., kiedy zaczęła się fascynacja pieniądzem elektronicznym, zrobiono badanie wśród firm emitujących ten pieniądz. 26 proc. z nich powiedziało, że gotówka zniknie w ciągu sześciu lat.

Dlaczego tak się nie stało?

- Gotówka będzie istniała tak długo, jak długo będzie istniała szara strefa. Bo pieniądz elektroniczny zawsze zostawia ślad, a gotówka nie. Gotówka jest też nie do zastąpienia np. w handlu narkotykami - a czy tego chcemy, czy nie, taka gałąź gospodarki istnieje.

Inny powód podaje wielki autorytet w ekonomii Charles Goodheart - że przecież są domy publiczne. Nie muszą działać w szarej strefie, ale kto będzie chciał informację o takiej płatności na wyciągu, który przychodzi do domu? Można sobie wyobrazić jeszcze setki innych miejsc, w których wolimy płacić gotówką. Tylko gotówka zapewnia anonimowość.


Żeby walczyć z szarą strefą, rząd Hiszpanii stwierdził, że nielegalna będzie między przedsiębiorstwami zapłata w gotówce, jeśli suma przekroczy 2,5 tys. euro. Gotówka powinna służyć drobnym płatnościom - czy to między przedsiębiorstwami, czy na bazarze pod domem.

Skąd się wzięła gotówka?

- Natura pieniądza się zmienia. Były muszelki, bursztyny. W XVII w. prawnym środkiem płatniczym w stanie Massachusetts był tytoń, a płatności w złocie i srebrze były zakazane. Były skóry bobrów. Mówię studentom, że wtedy Indianie byli bankiem centralnym, bo emitowali coś, co można było wymienić na wszystko.

W Stanach Zjednoczonych w XIX w. uznawano, że prawo do druku pieniądza jest prawem człowieka. W szczytowym momencie w 1912 r. istniało 17 tys. różnych banknotów emitowanych przez 7 tys. banków. W tym czasie było 5 tys. fałszywych emisji, kompletny bałagan. Benjamin Franklin, który był też wydawcą gazety, kiedyś przeprosił czytelników za to, że gazeta nie wyszła, bo musiał drukować pieniądze - wszystkie maszyny miał w to zaangażowane. Może w nagrodę za to jest dzisiaj na studolarówce? Jeżeli mieliśmy taką masę emisji, mieliśmy różne ceny w sklepach, bo sklepy chętniej przyjmowały banknoty banków bardziej wiarygodnych. Dlatego w 1913 r. utworzono wreszcie w Stanach bank centralny, żeby zapanować nad tym chaosem.

To całkiem niewyobrażalny dziś system.

- Bałagan był rzeczywiście duży, ale czy nie jest podobnie, kiedy dziś sieci telefonii komórkowej albo przedsiębiorstwa komunikacyjne chcą emitować własne pieniądze? Kiedy 10 lat temu pisałem doktorat, badałem, jak w Stanach Zjednoczonych przedsiębiorstwa komunikacyjne emitowały własne karty, którymi można było zapłacić nie tylko za bilet w autobusie, ale też w punktach usługowych. Miały ambicję wytwarzać coś, co się nazywało e-money.

Teraz mówi się, że komórka będzie portfelem. Sieć komórkowa może sobie wyemitować "pieniądz", który pozwoli na płatności przez komórkę czy kartą zbliżeniową. Ale to jest wiarygodne tak długo, jak to jest wymienialne na gotówkę. Nie tworzymy nowej jakości, tylko nowy instrument. Zmienia się natura pieniądza, ale w centrum ciągle jest gotówka.

''Klik i bilion''''Pocztowy fenomen powiatowy'' - Wawrzyniec Smoczyński opowiada, jak się drukuje dolary, a Maciej Samcik tłumaczy, dlaczego ''tradycyjne'' okienko trzyma się mocno.


Wypowiedzi twórców i fragmenty filmu ''Too Big To Fail'' - opowieści o kryzysie roku 2008 i o tym, jak banki urosły tak, że nie mogły już upaść.

Read more: http://wyborcza.biz/biznes/1,100896,13003445,Jak_trwoga__to_do_gotowki.html?as=3#ixzz2EaXbRQrl


Jaki procent wszystkich pieniędzy w Polsce stanowi dziś gotówka?

- Zależy, jak zdefiniujemy pieniądz. Depozyty gospodarstw domowych i przedsiębiorstw to jest 670 mld zł. To jest pieniądz elektroniczny niemający pokrycia w gotówce. Żaden system bankowy na świecie nie wytrzymałby, gdyby wszyscy naraz przyszli po gotówkę.

To zaufanie można łatwo zburzyć. A banki określa się mianem instytucji zaufania publicznego. Żaden bank nie może istnieć, jeżeli klienci nie będą mu ufać. Polski system bankowy cieszy się dużym zaufaniem, ale jak spojrzymy na ilość depozytów w bankach greckich, to jest to dramat. Grecy masowo wypłacają gotówkę lub przenoszą pieniądze do innych banków europejskich, bo nie wierzą swoim bankom.

Będą padać jak Lehman Brothers?

- Tam sytuacja była trochę inna, bo to był bank inwestycyjny. Nam się wydaje, że bank działa tak: Kowalski przynosi do banku 100 zł depozytu, a dzięki temu Nowak może dostać 100 zł kredytu. To jest taka fajna XIX-wieczna bankowość, do której, daj Bóg, wrócimy

Daj Bóg?

- Chciałbym, żeby bankowość była prostą działalnością, którą wszyscy rozumieją. Guru brytyjskiego systemu finansowego Andrew Haldane pokazał w tym roku na konferencji w Jackson Hole, jak absurdalnie rośnie liczba przepisów dotyczących bankowości i jak przyrasta liczba zatrudnionych w nadzorze finansowym. W 1980 r. w Anglii na jednego pracownika nadzoru przypadało 11 tys. pracowników instytucji finansowych, a teraz te 11 tys. ma nad sobą ponad 30 pracowników nadzoru. Bankowcy wymyślają różnego rodzaju instrumenty, rządy piszą różne przepisy i nikt już tego nie ogarnia, bo regulacje liczą tysiące stron.

A bankowość powinna być prosta: kredyty, depozyty, usługi płatnicze. A nie wymyślanie kolejnych produktów, żeby wygenerować wyższe marże.

A dlaczego nie, skoro ludzie to kupują? Każdy przedsiębiorca sprzedaje to, co ludzie chcą kupić.

- Jeśli zaczniesz produkować buty, które mają same biegać, a okaże się, że jednak nie biegają, to splajtujesz. Ale ryzykujesz swoje pieniądze. A banki ryzykują pieniądze klientów, więc nie powinny działać jak przedsiębiorstwa. Dlatego są objęte nadzorem, a przedsiębiorstwa nie.

System finansowy wymyśla różnego rodzaju produkty, żeby każdy z pośredników mógł zarobić. Dlaczego banki oferują ubezpieczenia? Bo dostają prowizję od ubezpieczyciela. Bardzo często sprzedawane są produkty, które nie są dopasowane do odbiorcy. Dziś słyszałem historię sześćdziesięciokilkuletniego mężczyzny, który przyszedł do banku założyć lokatę. Doradca namówił go na lokatę z tzw. ubezpieczeniowym funduszem kapitałowym. Ona jest obwarowana mnóstwem opłat i jest niedobra dla tego klienta, bo to lokata dziesięcioletnia. Dlaczego sprzedawca mu ją zaoferował?

Bo ma dużą prowizję.

- Tak. Sprzedawcy zwykle oferują nie te produkty, których potrzebujemy, tylko te, które przynoszą im wyższą prowizję. Dzięki temu system finansowy generuje o wiele wyższe stopy zwrotu niż przedsiębiorstwa. Przygotowałem dla moich studentów wykres z danymi, ile zarabiają średnio właściciele przedsiębiorstw, a ile instytucji finansowych. W przedsiębiorstwach, wkładając 1 zł, jestem w stanie wyciągać co roku 10-12 gr. A zarządzający funduszami inwestycyjnymi w roku bezpośrednio poprzedzającym kryzys wyciągali prawie 80 gr! Oni są na czele listy, bo sprzedają ludziom złudzenia, mówią, że będą świetnie zarządzać ich pieniędzmi w długim okresie. A przede wszystkim sami zarabiają. W kryzysie ich zyski trochę spadły - do 40 gr z każdego 1 zł. Ale to nadal cudowny biznes, proszę sobie wyobrazić, że zanosi pan do banku 100 zł i w ciągu roku zarabia 40 zł. Zarządzający OFE zarabiali dla siebie ponad 20 gr z każdego 1 zł. To był powód do dyskusji, dlaczego w OFE trzeba coś zmienić. Efekt jest taki, że zmieniono wiele, ale nie to, ile zarabiają zarządzający OFE.

Banki, które mówią, że cienko przędą, też są powyżej wyniku przedsiębiorstw. W 2010 r. ich zyski spadły do 12 gr z 1 zł, ale ciągle to więcej niż w przedsiębiorstwach, których zyski w kryzysie spadły do 8 gr. A już w 2011 r. wskaźnik zysku do kapitału dla przedsiębiorstw wynosił 10 proc., a dla banków 15 proc.

Doprecyzujmy, że nie chodzi o pieniądze, które te instytucje zarabiają dla klientów, tylko dla siebie.

- Tak. Tyle zarabiają właściciele. To prawda o systemie finansowym - on żyje z marż.


Czyli nie opłaca się dziś niczego produkować, lepiej obracać pieniędzmi.

- Można wyciągnąć taki wniosek. Lepiej mieć w Polsce towarzystwo funduszy inwestycyjnych albo zakład ubezpieczeń niż przedsiębiorstwo.

Jak wąż zjadający własny ogon.

- Nie. Ten wąż się żywi czymś, co mu sami przynosimy. Pieniędzmi, które zarabiamy w przedsiębiorstwach, na które oni nakładają prowizje przynoszące im gigantyczne zyski.

Ile osób korzysta dziś z bankowości internetowej?

- Całkiem sporo. Umów podpisanych jest ponad 19 mln, a aktywnych kont - 10,7 mln. Przekonaliśmy się, że ryzyko wcale nie jest większe.

Chociaż ludziom się wydaje, że w tradycyjnym banku ich pieniądze leżą w sejfie i czekają, aż oni po nie przyjdą.

- No właśnie, a zarówno w tradycyjnym banku, jak i w internetowym pieniądze to tylko zapis elektroniczny.

To gdzie leżą pieniądze Kowalskiego?

- Nigdzie nie leżą.

Leżą tam, gdzie Kowalski po nie przyjdzie?

- Dzisiaj jak pracodawca płaci Kowalskiemu pensję, to też zwykle nie wypłaca mu pieniędzy, tylko przelewa środki elektronicznie. Zapisy na koncie w banku to właśnie pieniądze.

Banki tworzą pieniądze?

- Dokładnie tak! Czytam ciągle w gazetach, że bank centralny drukuje pieniądze, bank centralny odpowiada za emisję itd. A to nieprawda. Dzisiaj pieniądze tworzą banki.

Jak?

- Udzielając kredytu. Mogę go użyć jako pieniędzy i coś za nie kupić. Banki centralne nie sprawują kontroli nad podażą pieniądza, jak robiły jeszcze 20-30 lat temu. Parafrazując prezesa banku centralnego Kanady: "To nie my przestaliśmy kontrolować podaż pieniądza, tylko banki centralne przestały być pieniądzom potrzebne".


Banki komercyjne mogą rozkręcić inflację?

- Tak. Załóżmy, że chce pan wziąć z banku 100 zł kredytu na buty do biegania. Bank go panu udziela. Nie potrzebuje do tego w ogóle banku centralnego, tylko zapisuje na pana rachunku, że jest mu pan winny 100 zł, a jednocześnie przelał to 100 zł na pana rachunek. Pan idzie do sklepu, kupuje buty, płaci kartą 100 zł za te buty. Powiedzmy, że sprzedawca ma konto w tym samym banku, więc te 100 zł zostaje przepisane na jego konto. Gdzie tu rola dla banku centralnego?

Ale oni muszą mieć zabezpieczenie na te 100 zł w depozytach, które ktoś u nich złożył.

- Niestety, problem z bankowością polega na tym, że w większości krajów rozwiniętych kredytów jest dużo więcej niż depozytów. W Danii np. trzy razy więcej. To jest kreacja pieniądza, na którą bank centralny nie ma bezpośredniego wpływu...


To po co jest bank centralny?

- Ma wpływ pośredni - poprzez koszt kredytu. Jeśli może pan zaciągnąć kredyt na 5 proc., to kupi pan sobie te buty, ale jeśli oprocentowanie wyniesie 50 proc., to stwierdzi pan, że lepiej uzbierać pieniądze, niż brać kredyt. Bank centralny wpływa na pieniądz, ustalając stopę procentową, ale pieniądz kreują banki komercyjne.

Na I roku ekonomii mówi się studentom, że bankowość polega na tym, że Kowalski przynosi 100 zł depozytu, a Nowak dostaje 100 zł kredytu. Ale w pewnym momencie bankowcy, a to zawsze byli cwaniacy, zorientowali się, że przecież nigdy wszyscy Kowalscy nie przyjdą naraz po swoje depozyty. I że można pożyczać Nowakom więcej, niż ma się depozytów.

Jak w średniowieczu bogacz przynosił w depozyt 100 kg złota, siadał z bankierem na ławce - czyli banco, stąd nazwa "bank" - i dostawał certyfikat, że ma złoto. To było wygodniejsze, zwłaszcza jak się jechało w daleką i niebezpieczną podróż. A potem przychodził drugi gość i też dostawał taki sam certyfikat - na kredyt. A potem trzeci - i też dostawał certyfikat na kredyt.

W świecie bankowości elektronicznej to jeszcze prostsze.

- Banalnie. Klik - i pojawiają się pieniądze na koncie.

Kiedyś pieniądz miał pokrycie w złocie.

- Od tego odeszliśmy. Do 1971 r. dolary na złoto wymieniał jeszcze Fed. Dzisiaj złoto jest tylko jednym z aktywów, w które inwestują banki centralne. A pokryciem gotówki emitowanej przez bank centralny nie jest złoto, tylko zaufanie do emitenta.

Bezpieczniej mieć pieniądze w banku czy w kieszeni?

- Gotówkę można zgubić, można zostać okradzionym, gotówka nie procentuje. W banku jest lepiej i bezpieczniej. Szczególnie polski sektor bankowy jest bezpieczny.

Czy napad na bank jest dziś w ogóle możliwy?

- Taki jak w westernach? Zdarzają się takie sytuacje, bo bank zawsze ma gotówkę w oddziale. Ale wszyscy korzystający z usług bankowych wiedzą, że duże wypłaty, np. powyżej 20 tys. zł, trzeba wcześniej anonsować, bo bank musi tę gotówkę sprowadzić z banku centralnego. Ostatni głośny napad to był napad na Kredyt Bank z 10 lat temu. Dziś banki nie chcą trzymać gotówki, dlatego wypraszają klientów z oddziałów. Jak? Jak zrobię przelew przez internet, to nic nie płacę, a w oddziale płacę kilka złotych.

A napady przez internet?

- A słyszał pan o takim napadzie poza amerykańskimi filmami sensacyjnymi? Systemy bankowe są odizolowane od sieci zewnętrznej. Jeśli udaje się gdzieś takie włamanie, to wtedy, kiedy błąd popełni człowiek. Ale tych błędów praktycznie nie ma, częściej się słyszy, że pracownik banku zdefraudował pieniądze. Jest phishing, złodzieje mogą komuś wejść na konto, ale policja sobie z tym radzi. Mój ojciec policjant już kilkanaście lat temu tłumaczył mi, że jak wyciągam pieniądze z bankomatu, mam zakrywać drugą ręką klawiaturę.



Są fałszywe strony internetowe.

- To większy problem niż fikcyjne napady na banki. Ktoś się loguje do swojego banku, myli mu się jedna litera i trafia na fałszywą stronę. Trzeba sprawdzać, czy jest kłódeczka w pasku adresu, która pojawia się na stronie, na której wpisuje się hasło.

A nie można takiej kłódeczki podrobić?

- Trudno, bo polskie banki są bardzo zaawansowane technologicznie. Weźmy przelew. Czasem utyskujemy, że on w Polsce dochodzi dopiero na drugi dzień. A to jest awangarda światowa, jesteśmy absolutnie w czubie. Przelewy na świecie potrafią iść kilka dni. Albo przychodzi pan do banku z czekiem i bank od ręki realizuje ten czek. Pamiętam, jak 10 lat temu wyjeżdżałem do Stanów i żeby nie brać w podróż gotówki, wziąłem ze sobą czek. Wchodzę do oddziału mojego banku w Nowym Jorku i mówię, że chcę gotówkę. A oni: "Dobrze, to zapraszamy pojutrze". Jak to? "Bo my to musimy wszystko sprawdzić, to potrwa dwa dni".

U nas czeki zniknęły, zanim się upowszechniły.

- W Stanach jest inaczej, tam obrót czekowy jest wciąż istotny. Jak po 11 września samoloty przestały latać, to obrót gospodarczy zamarł, bo nie były przewożone czeki. Amerykanie muszą namawiać ludzi, żeby przestawili się na karty. A my przeskoczyliśmy ten etap w rozwoju bankowości. Jesteśmy nowocześniejsi niż Amerykanie.

Przyznam się, że boję się podawać numeru karty w internecie. Musiałem to zrobić raz, jak rezerwowałem nocleg w hostelu w Berlinie

- Ja też tego unikam, tylko raz zapłaciłem w ten sposób za ubezpieczenie, wzięli mnie trochę z zaskoczenia. Jakimś rozwiązaniem dla pana czy dla mnie jest założenie subkonta z niskim limitem. Ale staram się zawsze wybierać inną formę płatności. W Polsce, przy naszym zaawansowaniu technologicznym, to łatwe - można wybrać mnóstwo rodzajów płatności online. Pewnie w Berlinie są pod tym względem bardziej zacofani.

Oszustwa związane z pieniędzmi istniały zawsze. Pierwsi fałszerze "dokarmiali" pieniądze. Nie było jeszcze wtedy monet, tylko złote kulki. Fałszerze produkowali kulki z zewnątrz złote, a wewnątrz z innego metalu. Stąd "Nie wszystko złoto, co się świeci". Kulki zaczęto spłaszczać, żeby nie można było niczego wepchnąć do środka.

Czym będziemy płacili w przyszłości? Komórkami?

- Nie jestem przekonany. Karty zbliżeniowe nie do końca się przyjęły. Są takie miejskie legendy, że w tłoku, w autobusie ktoś te karty skanuje. To niepotwierdzone opowieści, ale pokazują nasze lęki. Z powodu tych samych lęków nie spodziewam się sukcesu płatności przez komórkę. Mogę sobie wyobrazić karty zbliżeniowe, komórki, czipy w zegarkach. Pod skórą to chyba nie, boby złodzieje ręce obcinali. Pieniądz elektroniczny będzie się rozwijał, ale gotówka nie zniknie. Prędzej zniknie papierowa prasa niż papierowe pieniądze.

Kilka miesięcy temu w sobotę po porannym bieganiu poszedłem na bazar. Chciałem wypłacić gotówkę z bankomatu, bo rolnikowi, który przyjechał z ziemniakami albo serem, płaci się gotówką. Okazało się, że w okolicy nie był czynny żaden bankomat. Gromada japiszonów latających po Ursynowie wymieniała się informacjami, gdzie bankomat na pewno nie działa, a gdzie jest szansa. Nagle się wszyscy zetknęli z brutalną codziennością finansową. Zawsze jakieś pogotowie gotówkowe trzeba mieć.

Powiedzenie o grubym portfelu robi się jednak nieaktualne.

- 10-15 lat temu posiadanie talii kart kredytowych było oznaką prestiżu. Znajomy pokazywał mi szalenie prestiżową kartę, którą w Polsce można było zapłacić tylko w kilku miejscach. Ten snobizm zniknął.

Ale mówię o portfelu grubym od banknotów.

- To jednak działa na wyobraźnię - człowiek czuje wartość, jak widzi gotówkę. Dlaczego w reklamach totolotka nie pokazują karty płatniczej, na której można zmieścić wygraną? Jeśli chodzi o pieniądz, kluczowe są dwa pojęcia: zaufanie i gotówka. Jaki to jest bezpieczny bank? Taki, do którego mam zaufanie, że w każdej chwili mogę do niego wejść i wypłacić gotówkę. To, co się działo po upadku Lehman Brothers w 2008 r., pokazuje: jak trwoga, to do gotówki.

Dobiesław Tymoczko - wicedyrektor Departamentu Systemu Finansowego NBP, adiunkt w Kolegium Gospodarki Światowej SGH w Warszawie

Read more: http://wyborcza.biz/biznes/1,100896,13003445,Jak_trwoga__to_do_gotowki.html?as=6#ixzz2EaYBqJ8C







Brak komentarzy: