niedziela, 17 lutego 2013

Tu mówi Londek






Jesz­cze nie­daw­no bry­tyj­skie media pi­sa­ły, że Po­la­cy wy­ja­da­ją kar­pie ze sta­wów w par­kach i za­bi­ja­ją ła­bę­dzie. Ale coś się zmie­nia. Bry­tyj­czy­cy po­wo­li do­strze­ga­ją, że nasi ro­da­cy po­tra­fią tu się roz­py­chać łok­cia­mi. I że trze­ba nas trak­to­wać po­waż­nie.

Pol­ski jest dru­gim ję­zy­kiem w An­glii – podał nie­daw­no bry­tyj­ski urząd sta­ty­stycz­ny, wia­do­mość tra­fi­ła na czo­łów­ki dzien­ni­ków BBC. W tym ję­zy­ku mówi tu pra­wie 550 tys. osób! Media za­czę­ły nagle chwa­lić Po­la­ków. I to nie za umie­jęt­ność na­pra­wia­nia kra­nów.

W "Ti­me­sie" ty­dzień temu uka­zał się ma­te­riał o Pol­sce na całą szpal­tę: quiz, fo­to­gra­fie słyn­nych Po­la­ków: Wa­łę­sa, Cho­pin, Po­lań­ski, bram­karz Ar­se­na­lu Woj­ciech Szczę­sny (była też ak­tor­ka Scar­lett Jo­hans­son, któ­rej dziad­ko­wie po­cho­dzi­li z Pol­ski). Po­ni­żej ar­ty­kuł o pol­skiej kul­tu­rze w Lon­dy­nie (na­zy­wa­nym przez naj­now­szych imi­gran­tów Lond­kiem). Wszyst­ko mówi sam tytuł: "Tęt­nią­ca ży­ciem spo­łecz­ność”.

– Miło, że za­czę­ły pisać o nas nawet "Daily Mail” i "Daily Express”, które zwy­kle lubią nam za­rzu­cać wy­łu­dza­nie za­sił­ków – mówi "New­swe­eko­wi” Wik­tor Mosz­czyń­ski, dzia­łacz Zjed­no­cze­nia Pol­skie­go z lon­dyń­skie­go Ealin­gu. Nie uszło jed­nak jego uwa­dze, że obok laur­ki dla nas "Times” za­mie­ścił pro­tek­cjo­nal­ny wstęp­niak: "Co Bry­tyj­czy­cy za­wdzię­cza­ją Po­la­kom?”.

Czy­tel­nik mógł się z niego do­wie­dzieć, że dzię­ki na­szym ro­da­kom życie jest lep­sze, bo wy­spia­rzom bli­żej teraz do ki­szo­ne­go ogór­ka. Przy­by­ło też do­brych hy­drau­li­ków i re­stau­ra­cji z pie­ro­ga­mi. „Po­la­cy dzię­ki tej die­cie nie śli­zga­ją się zimą na lo­dzie, a ro­bot­ni­cy ła­twiej łapią rów­no­wa­gę” – szy­dził autor.

Kilka dni póź­niej fe­lie­to­ni­sta tej samej ga­ze­ty za­su­ge­ro­wał, że Po­la­cy to spe­cja­li­ści od li­kwi­da­cji Żydów. "Wrzu­ca­ją Żydów do stud­ni, za­le­wa­ją be­to­nem i piją wódkę” – pisał Giles Coren. W obro­nę Pol­ski za­an­ga­żo­wa­li się już nie tylko nasi dy­plo­ma­ci i Zjed­no­cze­nie Pol­skie.  Do akcji wkro­czy­li także Po­la­cy, któ­rzy zro­bi­li ka­rie­ry na Wy­spach.

Od pizzy do Barc­lays


– Ostro pro­te­stu­je­my prze­ciw­ko takim in­cy­den­tom w bry­tyj­skich me­diach. Opo­wia­da­my o nich lu­dziom w City – mówi "New­swe­eko­wi” Łu­kasz Filim, prze­wod­ni­czą­cy Po­lish Pro­fes­sio­nals in Lon­don (PPL). Grupa zrze­sza setki pol­skich fi­nan­si­stów, praw­ni­ków, le­ka­rzy i in­ży­nie­rów. Od grud­nia ze­szłe­go roku Filim może się czuć Bry­tyj­czy­kiem. Zdał eg­za­min na oby­wa­te­la Zjed­no­czo­ne­go Kró­le­stwa. Do­sko­na­le zna re­alia kraju i za­ka­mar­ki an­giel­skiej duszy. – Czę­sto nawet bar­dzo przy­jaź­ni nam wy­spia­rze na­rze­ka­ją na klną­cych Po­la­ków z pusz­ką piwa w ręku, a przy­my­ka­ją oko na tłumy pi­ja­nych Bry­tyj­czy­ków w piąt­ko­we i so­bot­nie wie­czo­ry – mówi Filim.

W Lon­dy­nie miesz­ka i pra­cu­je od ponad ośmiu lat. Po skoń­cze­niu uczel­ni fi­nan­so­wej w Pol­sce przy­je­chał do An­glii w maju 2004 r., od razu po otwar­ciu gra­nic. Ma­rzył o pracy w banku. Naj­pierw dwa lata roz­wo­ził pizzę i cho­dził na kursy an­giel­skie­go. W końcu zło­żył CV do Barc­lays. Prze­szedł przez sito eli­mi­na­cji. Na po­cząt­ku był "pol­skim ka­sje­rem”. Na szy­bie banku po­ja­wi­ła się pol­ska flaga. Dziś jest me­ne­dże­rem od­dzia­łu Barc­lays w lon­dyń­skim City. Po go­dzi­nach dzia­ła w sto­wa­rzy­sze­niu.

W lipcu ubie­głe­go roku Po­lish Pro­fes­sio­nals urzą­dzi­li bal prze­bie­rań­ców na wy­na­ję­tym stat­ku, któ­rym pły­wa­li po Ta­mi­zie. Co ty­dzień spo­ty­ka­ją się m.in. w pol­skim Ogni­sku. To klub i re­stau­ra­cja nie­opo­dal słyn­ne­go lon­dyń­skie­go Mu­zeum Nauki. – Miej­sce jest do­brze znane bry­tyj­skiej eli­cie. Mocny pol­ski brand – mówi Filim. W ubie­głym roku pry­wat­ne przy­ję­cie w Ogni­sku urzą­dził ponoć pre­mier David Ca­me­ron. Re­gu­lar­nie wpada tu na lun­che miesz­ka­ją­cy nie­opo­dal aktor Hugh Grant.

– Na­uczy­łem się szyb­ko, że An­gli­cy sza­nu­ją tylko zwy­cięz­ców – mówi Filim, który od ośmiu lat gra z lon­dyń­czy­ka­mi w pił­kar­skich "piąt­kach”. – Dow­ci­py o nas skoń­czy­ły się, kiedy da­li­śmy im kilka razy nie­złe­go łup­nia, np. 15 do 5 – wspo­mi­na. Teraz Filim marzy, by przy­po­mnieć bry­tyj­skim me­diom i po­li­ty­kom, że pol­scy hy­drau­li­cy i fi­nan­si­ści za­słu­gu­ją na re­spekt. – Dla­te­go po­wo­ła­li­śmy w Po­lish Pro­fes­sio­nals grupę po­li­tycz­ną – mówi "New­swe­eko­wi”.

Łatwy cel

W ubie­gły czwar­tek Pro­fe­sjo­na­li­stów za­pro­sił do sie­dzi­by Izby Gmin kon­ser­wa­ty­sta Da­niel Kaw­czyn­ski. To je­dy­ny bry­tyj­ski poseł uro­dzo­ny w Pol­sce (wy­je­chał w wieku sze­ściu lat). Obu­rza­ją go an­ty­pol­skie wy­sko­ki bry­tyj­skich me­diów. – Po­la­cy są ła­twym celem. Mają ten sam kolor skóry i można o nich mówić rze­czy, które w przy­pad­ku in­nych grup et­nicz­nych, choć­by Pa­ki­stań­czy­ków czy Chiń­czy­ków, by­ły­by ka­ral­ne jako ra­si­stow­skie – pod­kre­ślał poseł Kaw­czyn­ski na ła­mach "The In­de­pen­dent”.

Z kse­no­fo­bią bry­tyj­skich me­diów wal­czy także eli­tar­na opi­nio­twór­cza or­ga­ni­za­cja pol­skiej śmie­tan­ki w Lon­dy­nie: Po­lish City Club (PCC). – Skoro pol­ski to drugi język w An­glii, teraz nasz głos musi za­cząć być sły­szal­ny – mówi "New­swe­eko­wi” Do­ro­ta Zim­noch, pre­zy­dent PPC, na co dzień lon­dyń­ski eks­pert fi­nan­so­wy wiel­kiej firmy ubez­pie­cze­nio­wej. Eks­klu­zyw­ny klub, któ­rym kie­ru­je Zim­noch, sku­pia około 80 wy­brań­ców. Ma też kil­ku­set sym­pa­ty­ków. Ich am­bi­cją jest po­pra­wa wi­ze­run­ku Po­la­ków. – Wraz z in­ny­mi pol­ski­mi or­ga­ni­za­cja­mi my­śli­my, jak uświa­do­mić dzie­ciom w szko­łach w An­glii naszą długą i bo­ga­tą hi­sto­rię. Mu­si­my prze­ciw­dzia­łać ste­reo­ty­pom – mówi Zim­noch.

Od czasu do czasu Po­lish Pro­fes­sio­nal i PCC muszą pro­te­sto­wać prze­ciw­ko po­lish jokes w me­diach. Ofi­cjal­nie ich w Wiel­kiej Bry­ta­nii nie ma. Nie­ofi­cjal­nie wy­glą­da to mniej ró­żo­wo.

Stra­ża­cy i pin­gwi­ny

Na po­cząt­ku lu­te­go tego roku w pro­gra­mie sa­ty­rycz­nym radia BBC 4 "News Quiz” znana pre­zen­ter­ka mó­wi­ła: "Polki jak stra­ża­cy, po­ja­wia­ją się czę­sto na rur­kach” (Pole to po an­giel­sku m.in. Polak lub Polka, ale także rura do tańca w klu­bie noc­nym). Do­da­ła, że Po­la­cy z po­łu­dnia "mówią dia­lek­tem pin­gwi­nów” (bo po an­giel­sku Pole to także bie­gun geo­gra­ficz­ny), ale mają wiele wspól­ne­go z An­gli­ka­mi – "jedzą dużo mięsa i nie chcą miesz­kać w Pol­sce”.

– To strasz­nie nie­mi­łe, taki po­ziom w tak pre­sti­żo­wym radiu, które sza­no­wa­łam – mówi Marta. 25-let­nia pol­ska ab­sol­went­ka UCL miesz­ka­ją­ca w Lon­dy­nie czę­sto spo­ty­ka się z inną formą lek­ce­wa­że­nia Po­la­ków. Naj­bar­dziej znane An­gli­kom pol­skie słowa to "sklep”, "chleb” i "knaj­pa”, a także – nie cza­ruj­my się – "kurwa”.

– Kiedy py­ta­ją, skąd je­stem, wolę cza­sem ukryć, że z Pol­ski, bo nagle An­gli­cy na po­zio­mie za­czy­na­ją się po­pi­sy­wać pol­ski­mi prze­kleń­stwa­mi. Mówię bez ak­cen­tu, więc nie po­tra­fią od­gad­nąć mojej na­ro­do­wo­ści. Od­po­wia­dam, że je­stem jak wszy­scy lu­dzie z Afry­ki – żar­tu­je Marta.

– Kie­dyś sta­łam na przy­stan­ku w Lon­dy­nie, za­cze­pił mnie An­glik i spy­tał, co robię – wspo­mi­na Kinga Go­odwin, obec­nie dok­to­rant­ka Uni­ver­si­ty of Bath. – Od­po­wie­dzia­łam, że pra­cu­ję na uni­wer­sy­te­cie. – Sprzą­tasz? – brzmia­ło re­to­rycz­ne py­ta­nie. Poseł Par­tii Pracy Barry She­er­man wy­wo­łał skan­dal twe­etem o Po­la­kach w barze na sta­cji Vic­to­ria, któ­rzy nie po­tra­fi­li przy­go­to­wać po­rząd­nej ka­nap­ki z be­ko­nem. Jesz­cze parę lat temu bałby się po­li­tycz­nej nie­po­praw­no­ści.

– Nie­któ­re ga­ze­ty mają nie­mal ra­si­stow­ski pro­gram wzbu­dza­nia nie­chę­ci do Po­la­ków. Pre­tek­stem są ar­gu­men­ty eko­no­micz­ne. Każde prze­stęp­stwo jest przy­pi­sy­wa­ne imi­gran­tom z Pol­ski – uważa Chris Je­żow­ski, syn pol­skich imi­gran­tów, któ­rzy zo­sta­li w Wiel­kiej Bry­ta­nii po II woj­nie świa­to­wej.

Ro­dzi­ce Chri­sa pa­mię­ta­ją czasy, kiedy 150 tys. Po­la­ków zma­ga­ło się dłu­gie lata z nędzą i obo­jęt­no­ścią władz. O an­ty­pol­skich na­stro­jach pisał po woj­nie nawet Geo­r­ge Or­well. W la­tach 50. w oknach nie­któ­rych ho­te­li w An­glii po­ja­wiał się napis: "No Irish, No Blacks, No Poles” (Nie przyj­mu­je­my żad­nych Ir­land­czy­ków, czar­nych ani Po­la­ków). Dziś Po­la­cy są wszę­dzie mile wi­dzia­ni, ale nie­któ­rzy Bry­tyj­czy­cy chęt­nie ogra­ni­czy­li­by ich spo­łecz­ny awans.

– Syn za­czął się uczyć pol­skie­go, bo chce zo­stać hy­drau­li­kiem – mówi matka z nie­daw­nej ka­ry­ka­tu­ry w "Daily Mail”. Ste­reo­ty­py po­wie­la­ją se­ria­le te­le­wi­zyj­ne. Po­la­cy na­pra­wia­ją spłucz­ki albo ha­ru­ją na bu­do­wach. Polki to z re­gu­ły sprzą­tacz­ki, łatwe dziew­czy­ny, a nawet call girls. Rzad­ko w fil­mach po­ja­wia się Polak spe­cja­li­sta – le­karz lub in­ży­nier. A to już po­wo­li prze­sta­je być praw­dą: pol­ska elita to mniej­szość imi­gra­cji, ale coraz bar­dziej zna­czą­ca. – Za­le­d­wie w ciągu roku grupa pol­skich ab­sol­wen­tów bio­tech­no­lo­gii z ma­ga­zy­nów Tesco prze­nio­sła się do pracy zgod­nej z za­wo­dem, w la­bo­ra­to­rium – mówi Kinga Go­odwin.

Ten przy­kład to jedna z bar­dzo wielu hi­sto­rii awan­su mło­dych Po­la­ków na Wy­spach, które Go­odwin wraz z mężem prof. Ro­bi­nem Go­odwi­nem śle­dzi­ła przez ponad dwa lata w ra­mach pro­gra­mu ba­daw­cze­go re­ali­zo­wa­ne­go w lon­dyń­skim Bru­nel Uni­ver­si­ty.

Po­zy­tyw­ne ar­ty­ku­ły, takie jak nie­daw­na pol­ska stro­na w "The Times”, to wynik ro­sną­cej za­moż­no­ści i awan­su Po­la­ków na Wy­spach. – Wasi imi­gran­ci są lu­bia­ni, do­brze się in­te­gru­ją, zo­sta­wia­ją u nas coraz wię­cej za­ro­bio­nych pie­nię­dzy, pro­por­cjo­nal­nie wię­cej nawet niż np. imi­gran­ci z Fran­cji – pod­kre­śla prof. Go­odwin. Coraz czę­ściej je­ste­śmy po­strze­ga­ni jako kon­su­men­ci, także re­klam, ale rów­nież czy­tel­ni­cy bry­tyj­skich gazet, z któ­ry­mi trze­ba się w końcu li­czyć.

Nie ma jak Co­ol­tu­ra

– Pol­ska kul­tu­ra roz­prze­strze­nia się po­wo­li, ale nie­ustan­nie – pi­sa­ła nie­daw­no dzien­ni­kar­ka „Ti­me­sa”. Dała przy­kład znany każ­de­mu lon­dyń­czy­ko­wi: efek­tow­nie re­da­go­wa­ny pol­ski ty­go­dnik "Co­ol­tu­ra”. Uka­zu­je się w 55 tys. eg­zem­pla­rzy i można go do­stać w 650 punk­tach 7-mi­lio­no­wej bry­tyj­skiej sto­li­cy.

Do pol­skich skle­pów i klu­bów coraz czę­ściej za­glą­da­ją An­gli­cy. Re­stau­ra­cje takie jak Bal­tic i Da­qu­ise to punk­ty ku­li­nar­ne bry­tyj­skiej me­tro­po­lii. – Pięć, sześć razy rocz­nie w Bar­bi­can Cen­tre są pol­skie przed­sta­wie­nia. Kie­dyś nie do po­my­śle­nia – chwa­li się w BBC dy­rek­tor pol­skie­go In­sty­tu­tu Kul­tu­ry w Lon­dy­nie Ro­land Choj­nac­ki. Pol­skie filmy tra­fia­ją już re­gu­lar­nie do zwy­kłych lon­dyń­skich kin. Ci­ne­world w dziel­ni­cy Ham­mer­smith gra w lutym ko­me­dię kry­mi­nal­ną "Po­dej­rza­ni za­ko­cha­ni”.

Coraz czę­ściej – w pry­wat­nych roz­mo­wach – An­gli­cy mówią o Po­la­kach "they are so cle­ver”, czyli za­rad­ni i mą­drzy.  Zda­niem Jana Nie­chwia­do­wi­cza z grupy Po­lish Media Is­su­es licz­ba na­pa­ści fi­zycz­nych i słow­nych na Po­la­ków sys­te­ma­tycz­nie spada. Umac­nia­ją się po­zy­tyw­ne ste­reo­ty­py o Po­la­kach: "pol­ska etyka pracy” czy "pol­skie ceny”. Jedna z firm re­kla­mo­wa­ła swoje usłu­gi bu­dow­la­ne: "Nie­miec­ka ja­kość w pol­skich ce­nach”.

– Po­la­cy mają coraz lep­szą opi­nię. Sza­nu­je ich szcze­gól­nie klasa śred­nia – mówi Neal Ascher­son, bry­tyj­ski pu­bli­cy­sta i pi­sarz. Wielu Po­la­ków w Lon­dy­nie twier­dzi, że mimo na­stro­jów an­ty­unij­nych Bry­tyj­czy­cy oswo­ili się z pol­ską imi­gra­cją i nie wolno nam za­prze­pa­ścić do­bre­go mo­men­tu. – Mu­si­my na­mó­wić Po­la­ków, by byli go­to­wi gło­so­wać w wy­bo­rach lo­kal­nych. Po­li­ty­cy w An­glii będą się z nami li­czyć, kiedy przed wy­bo­ra­mi za­czną li­czyć pol­skie głosy – mówi z na­dzie­ją Wik­tor Mosz­czyń­ski. W po­przed­nich wy­bo­rach w An­glii za­gło­so­wał za­le­d­wie co piąty Polak.

Marek Ry­bar­czyk

Brak komentarzy: