Kalina Stawiarz, Kosma Zatorski
19.07.2014 , aktualizacja: 19.07.2014 08:58

Strażacy wciąż zmieniali się przy szambie. Fizycznie i psychicznie wykończeni wyciągali kolejne ciała (AGATA MICHALAK)
- Tam było tylko 3 proc. tlenu. Oni się topili i dusili jednocześnie. Żałuję, że to widziałem - mówi strażak.

Karczówka to nieduża wieś pod Żaganiem. Ma tylko 150 mieszkańców. Prowadzi do niej wąska asfaltowa droga, na której z trudem mijają się dwa samochody.
Bogdan i Elżbieta wprowadzili się do wsi na początku lat 80. Zamieszkali w szarym jednopiętrowym domu pod piętnastką. Pracowali w miejscowym PGR. Po jego upadku sami wzięli się do gospodarki. Pomagała im rodzina. W żniwa dorabiali u nich miejscowi.
W czwartek gospodarz opróżniał szambo, stracił przytomność i wpadł do zbiornika. Na pomoc ruszyła mu rodzina i pracownicy. Zginęło siedem osób.
Mały betonowy basen
Gdy do gospodarstwa dotarli strażacy, zobaczyli w szambie pod chlewnią cztery ciała. Pływały w sfermentowanych fekaliach. Po chwili zauważyli kolejne. Wystawała ręka.
Zaczęli po kolei wyławiać i reanimować ludzi. Próbowali kilkadziesiąt minut, aż lekarz przerywał: nie żyje, nie żyje...
- Wyciągnęliśmy osiem ciał. Popadali jak muchy. Gdyby było ich 15, zginęłoby 15 - opowiadają strażacy.
Szambo wygląda jak mały betonowy basen. Dziesięć metrów długości, pięć szerokości. Zbiornik wkopano na trzy metry w ziemię.
Pierwszy utopił się Bogdan. Na pomoc ruszyli mu synowie Wiesław, Grzegorz i jego żona Ula. Potem dwóch młodych mężczyzn, którzy na posesji ocieplali ścianę jednego z budynków. Wszyscy po kolei umierali.
Z pomocą ruszył również 17-letni chłopak, który pomagał w gospodarstwie. Też zginął.
Żona gospodarza wpadła do szamba jako ostatnia. Była w nim najkrócej i dlatego przeżyła.
Chwilę po strażakach przyjechała policja, wojsko, prokurator, armia urzędników i psychologowie. Musieli się zaopiekować synową gospodarza, która straciła męża i została z trójką dzieci w wieku od 2 do 5 lat. Ich dwie kuzynki (7 i 9 lat) straciły oboje rodziców.
Wstrętny gaz
Strażacy twierdzą, że szambo było dobrze zabezpieczone. Zastrzeżeń nie ma też powiatowy inspektor nadzoru budowlanego.
Cały zbiornik jest przykryty betonowymi płytami. Odsunięta była jedna - by go opróżnić.
- Ci ludzie robili to kilkaset razy w życiu. Jak to się stało, że tym razem doszło do takiej tragedii? Nie mamy pojęcia. Coś zatkało się w urządzeniu. Ktoś przyniósł drabinę. Ludzie albo wchodzili po tej drabinie do środka, albo nachylali się nad szambem, aby podać rękę topiącym się, i sami ginęli. Gdyby nie ten wstrętny gaz, może by przeżyli. Ale tam było tylko 3 proc. tlenu. Reszta to toksyczny siarkowodór i dwutlenek węgla. Topili się i dusili jednocześnie - opowiada Paweł Grzymała, rzecznik żagańskich strażaków.
Strażacy wciąż zmieniali się przy szambie. - Nie byli w stanie patrzeć na ogrom nieszczęścia. Fizycznie i psychicznie byli wykończeni. W 30-stopniowym upale co chwila wyciągali kolejne ciała. To najgorsza rzecz, jaką w życiu widziałem. Do późnego wieczoru pracowali z nami psychologowie. Obserwowali, jak chłopaki sobie z tym radzą - wspomina Grzymała.
Nie wystarczyły zwykłe maski przeciwgazowe. Strażacy używali aparatów powietrznych. Mieli kombinezony i butle z tlenem na plecach. Do szamba wchodzili wyposażeni jak nurkowie, zanurzali się w nim i tak szukali kolejnych ofiar. Potem układali je na deskach i wyciągali na powierzchnię.
Szukali i jednocześnie opróżniali zbiornik. Aż do samego dna.
Bogdan i Elżbieta wprowadzili się do wsi na początku lat 80. Zamieszkali w szarym jednopiętrowym domu pod piętnastką. Pracowali w miejscowym PGR. Po jego upadku sami wzięli się do gospodarki. Pomagała im rodzina. W żniwa dorabiali u nich miejscowi.
W czwartek gospodarz opróżniał szambo, stracił przytomność i wpadł do zbiornika. Na pomoc ruszyła mu rodzina i pracownicy. Zginęło siedem osób.
Mały betonowy basen
Gdy do gospodarstwa dotarli strażacy, zobaczyli w szambie pod chlewnią cztery ciała. Pływały w sfermentowanych fekaliach. Po chwili zauważyli kolejne. Wystawała ręka.
Zaczęli po kolei wyławiać i reanimować ludzi. Próbowali kilkadziesiąt minut, aż lekarz przerywał: nie żyje, nie żyje...
- Wyciągnęliśmy osiem ciał. Popadali jak muchy. Gdyby było ich 15, zginęłoby 15 - opowiadają strażacy.
Szambo wygląda jak mały betonowy basen. Dziesięć metrów długości, pięć szerokości. Zbiornik wkopano na trzy metry w ziemię.
Pierwszy utopił się Bogdan. Na pomoc ruszyli mu synowie Wiesław, Grzegorz i jego żona Ula. Potem dwóch młodych mężczyzn, którzy na posesji ocieplali ścianę jednego z budynków. Wszyscy po kolei umierali.
Z pomocą ruszył również 17-letni chłopak, który pomagał w gospodarstwie. Też zginął.
Żona gospodarza wpadła do szamba jako ostatnia. Była w nim najkrócej i dlatego przeżyła.
Chwilę po strażakach przyjechała policja, wojsko, prokurator, armia urzędników i psychologowie. Musieli się zaopiekować synową gospodarza, która straciła męża i została z trójką dzieci w wieku od 2 do 5 lat. Ich dwie kuzynki (7 i 9 lat) straciły oboje rodziców.
Wstrętny gaz
Strażacy twierdzą, że szambo było dobrze zabezpieczone. Zastrzeżeń nie ma też powiatowy inspektor nadzoru budowlanego.
Cały zbiornik jest przykryty betonowymi płytami. Odsunięta była jedna - by go opróżnić.
- Ci ludzie robili to kilkaset razy w życiu. Jak to się stało, że tym razem doszło do takiej tragedii? Nie mamy pojęcia. Coś zatkało się w urządzeniu. Ktoś przyniósł drabinę. Ludzie albo wchodzili po tej drabinie do środka, albo nachylali się nad szambem, aby podać rękę topiącym się, i sami ginęli. Gdyby nie ten wstrętny gaz, może by przeżyli. Ale tam było tylko 3 proc. tlenu. Reszta to toksyczny siarkowodór i dwutlenek węgla. Topili się i dusili jednocześnie - opowiada Paweł Grzymała, rzecznik żagańskich strażaków.
Strażacy wciąż zmieniali się przy szambie. - Nie byli w stanie patrzeć na ogrom nieszczęścia. Fizycznie i psychicznie byli wykończeni. W 30-stopniowym upale co chwila wyciągali kolejne ciała. To najgorsza rzecz, jaką w życiu widziałem. Do późnego wieczoru pracowali z nami psychologowie. Obserwowali, jak chłopaki sobie z tym radzą - wspomina Grzymała.
Nie wystarczyły zwykłe maski przeciwgazowe. Strażacy używali aparatów powietrznych. Mieli kombinezony i butle z tlenem na plecach. Do szamba wchodzili wyposażeni jak nurkowie, zanurzali się w nim i tak szukali kolejnych ofiar. Potem układali je na deskach i wyciągali na powierzchnię.
Szukali i jednocześnie opróżniali zbiornik. Aż do samego dna.
Grzymała: - Żałuję, że to widziałem.
Wieś się modli
Co roku pracownicy sanepidu jeżdżą po największych gospodarstwach i tłumaczą, że pod żadnym pozorem nie wolno wchodzić do zbiorników.
Sprawę wyjaśnia prokuratura. Wszczęła śledztwo w sprawie nieumyślnego spowodowania śmierci. - To kwalifikacja robocza. Osoba, która zachowała się nieostrożnie, już nie żyje. Reszta chciała jej tylko pomóc. Musimy ustalić przebieg tego zdarzenia, ale jestem przekonany, że sprawa karna nigdy nie ujrzy światła dziennego - mówi Zbigniew Fąfara, rzecznik Prokuratury Okręgowej wZielonej Górze.
W piątek dwóch biegłych patomorfologów przeprowadziło sekcje zwłok. Miało być szybko, żeby nie utrudniać pogrzebów.
Pierwszej nocy nad gospodarstwem czuwały policyjne patrole. Odgrodzili je od natarczywych dziennikarzy tabloidów.
Wieczorem Karczówka w kościele modliła się na mszy za ofiary. Sąsiedzi ustalali, jak pomóc kobiecie, która przeżyła. Trzeba zadbać o 300 świń, skosić 100 ha zboża.
- To ludzie bardzo pracowici i uczciwi - mówi Jan Buganik, mieszkaniec Karczówki.
O życie nadal walczy Elżbieta, 45-letnia żona gospodarza, jedyny świadek wypadku. Jej stan jest ciężki, ale stabilny. Do szpitala w Zielonej Górze przewiózł ją śmigłowiec Lotniczego Pogotowia Ratunkowego.
- Jest w stanie śpiączki klinicznej. Lekarze nie dają dobrych rokowań. Jej organizm jest silnie zatruty. Dostaje antybiotyki. Staramy się przede wszystkim utrzymać funkcje życiowe pacjentki - mówi rzecznik lecznicy.
Z rodziny została jeszcze tylko Malwina, najmłodsza córka gospodarza. Nie było jej na podwórku w dniu wypadku.
Wieś się modli
Co roku pracownicy sanepidu jeżdżą po największych gospodarstwach i tłumaczą, że pod żadnym pozorem nie wolno wchodzić do zbiorników.
Sprawę wyjaśnia prokuratura. Wszczęła śledztwo w sprawie nieumyślnego spowodowania śmierci. - To kwalifikacja robocza. Osoba, która zachowała się nieostrożnie, już nie żyje. Reszta chciała jej tylko pomóc. Musimy ustalić przebieg tego zdarzenia, ale jestem przekonany, że sprawa karna nigdy nie ujrzy światła dziennego - mówi Zbigniew Fąfara, rzecznik Prokuratury Okręgowej wZielonej Górze.
W piątek dwóch biegłych patomorfologów przeprowadziło sekcje zwłok. Miało być szybko, żeby nie utrudniać pogrzebów.
Pierwszej nocy nad gospodarstwem czuwały policyjne patrole. Odgrodzili je od natarczywych dziennikarzy tabloidów.
Wieczorem Karczówka w kościele modliła się na mszy za ofiary. Sąsiedzi ustalali, jak pomóc kobiecie, która przeżyła. Trzeba zadbać o 300 świń, skosić 100 ha zboża.
- To ludzie bardzo pracowici i uczciwi - mówi Jan Buganik, mieszkaniec Karczówki.
O życie nadal walczy Elżbieta, 45-letnia żona gospodarza, jedyny świadek wypadku. Jej stan jest ciężki, ale stabilny. Do szpitala w Zielonej Górze przewiózł ją śmigłowiec Lotniczego Pogotowia Ratunkowego.
- Jest w stanie śpiączki klinicznej. Lekarze nie dają dobrych rokowań. Jej organizm jest silnie zatruty. Dostaje antybiotyki. Staramy się przede wszystkim utrzymać funkcje życiowe pacjentki - mówi rzecznik lecznicy.
Z rodziny została jeszcze tylko Malwina, najmłodsza córka gospodarza. Nie było jej na podwórku w dniu wypadku.


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz