16.04.2016 01:02

Ruś wybrała Konstantynopol, Miszka-Niedźwiadek i jego woje woleli Magdeburg. Zaprosili ludzi Kościoła, żeby wprowadzili nas do Europy, w krąg rzymskiej cywilizacji. Dokąd nas wyprowadzają świeccy nacjonaliści i kościelni klerykałowie? Z Karolem Modzelewskim rozmawia Maciej Stasiński
Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu prenumeraty cyfrowej
Karol Modzelewski - ur. w 1937 r., historyk, profesor nauk humanistycznych, legenda opozycji, senator I kadencji. Pierwszy raz skazany w 1965 r. za napisany razem z Jackiem Kuroniem "List otwarty do partii", drugi raz za udział w wydarzeniach marcowych i trzeci raz w stanie wojennym. To on wymyślił nazwę "Solidarność". Wykładał na uniwersytetach Wrocławskim i Warszawskim. Autor m.in. dzieła "Barbarzyńska Europa". Jego autobiograficzna książka "Zajeździmy kobyłę historii. Wyznania poobijanego jeźdźca" zdobyła nagrodę Nike.
Maciej Stasiński: Właśnie przeczytałem w PAP, że 1050. rocznica chrztu Polski jest obchodzona paleniem ognisk w całym kraju.
Prof. Karol Modzelewski: Pogański obrzęd.
Jak to? Kościół wyjaśnił, że ogień symbolizuje Ducha Świętego.
- Duch Święty patronuje rozumowi. Nie wydaje mi się, by ostatnio gościł wśród Episkopatu.
Kto został ochrzczony? Mieszko czy Polska? Czy może to było wtedy to samo?
- Nie, nie to samo. Ochrzczeni zostali książę i jego najbliższe otoczenie, a państwa jeszcze nie było. Wówczas to było powszechne, żeby zaczynać od samej góry. Od ogniwa scalającego wspólnotę plemienną.
Chrzest Mieszka to był wstęp, pierwszy krok w budowie przyszłego państwa. On stał wówczas na czele związku, czyli federacji plemion, która nie obejmowała jeszcze ani Pomorza, ani Śląska i Małopolski, a może nawet Mazowsza. Takich federacji było wówczas w tej części Europy sporo. Składały się z kilku segmentów, plemion, z których każde miało własny wiec, własnego księcia i swoje instytucje kultu pogańskiego. Każdy z tych segmentów składał się z kolei z mniejszych wspólnot sąsiedzkich zwanych u nas opolami lub o(b)sadami.
Nie brakowało zresztą plemion, które w ogóle nie miały księcia czy króla albo jeśli go miały, to był on przywódcą wspólnoty, a nie władcą. Te wspólnoty praktykowały przymus kolektywistyczny, czyli nacisk grupy na jednostkę wyłamującą się z norm, ale nie znały przymusu administracyjnego. Książę czy król, niemiecki "König", skandynawski "konung", staroangielski "cyning" (king) czy ruski "kniaź" wywodzą się z tego samego indoeuropejskiego wyrazu oznaczającego przywódcę plemiennego o atrybutach militarnych i politycznych.
Ogniwem podejmującym najważniejsze decyzje był wiec, zgromadzenie mężczyzn pod bronią, z reguły z włóczniami, którzy obradowali pod mirem sakralnym, czyli pokojem gwarantowanym przez bóstwo opiekuńcze - Peruna, Swarożyca, Świętowita. Kult sprawowali kapłani i oni przewodzili rytuałowi wyroczni. Czy podjąć wyprawę wojenną? Czy będzie zwycięska i przyniesie łupy? Czy zawrzeć pokój z sąsiadami, a może przymierze wojskowe? Saksończyk Helmold z Bozowa napisał w połowie XII wieku, że u Rugian kapłan cieszy się większym poważaniem niż król, bo kapłan słucha wyroczni, a król i lud zgromadzony na wiecu słuchają kapłana.
Zresztą bogowie opiekowali się nie tylko politycznymi i wojennymi przedsięwzięciami wspólnoty, ale też jej życiem codziennym. Każdy z pogańskich bogów zapewniał w swojej dziedzinie trwanie przyjaznego człowiekowi porządku natury. Dzięki ich pomocy wyrastało zasiane zboże, cieliły się krowy i owocowały drzewa. Porzucenie bóstw, czyli wyrzeczenie się ich opieki, budziło lęk o przetrwanie ludzi. Dlatego taką wspólnotę trudno było oderwać od jej wierzeń.
Co wiemy o pogaństwie, kulcie, kapłanach i otoczeniu Mieszka?
- Bezpośrednio nic. Ta przyszła Polska nie była w zasięgu kamer, była oddalona od ówczesnych mediów, czyli kronik oraz żywotów świętych i misjonarzy. Mieszko i jego otoczenie nie umieli czytać i pisać, nie znali łaciny. Polska była wówczas analfabetką, nie miała własnego piśmiennictwa. Wiemy natomiast sporo o pogaństwie i pierwszych krokach chrystianizacji ościennych ludów pomorskich i północnopołabskich. W XI i XII wieku pisali o nich niemieccy i duńscy kronikarze, a wysłani do tych plemion misjonarze, zwłaszcza jeśli zginęli, mieli szansę na kanonizację i na opisanie ich czynów.
Północno-zachodni kraniec słowiańskiego świata najdłużej opierał się chrystianizacji, więc skupił na sobie zainteresowanie wszystkich mediów cywilizowanej Europy. Z kolei Ruś, która przyjęła wzory chrystianizacji z Konstantynopola i pisała od początku w rodzimym języku, zanotowała tradycję o miejscowym kulcie pogańskim i o tym, jak wyglądał chrzest. Na tych porównawczych podstawach możemy sobie wyobrazić, jak wyglądały pogaństwo i chrzest na terenach księstwa Mieszka.
Kiedy po chrzcie Rusi w 988 r. duchowieństwo greckie przybyłe z Konstantynopola rekrutowało miejscową młodzież na naukę do klasztorów, rodziny opłakiwały uczące się potomstwo jak zmarłych. Bo stawali się zakonnikami i byli odtąd straceni dla życia wspólnoty.
Jak wyglądał ten chrzest księcia i drużyny? Wchodzili cali do wody?
- Najpierw, jak przy chrzcie dziecka, należało spełnić obrzędowy wymóg "wyrzeczenia się diabła i wszystkich spraw jego". W wypadku wspólnoty politycznej, jaką było księstwo, oznaczało to demonstracyjne i szokujące zniszczenie na oczach wyznawców świątyń i rzeźbionych figur bóstw.
Zachował się opis zdobycia Rugii przez duńskiego króla Waldemara. Oblegana załoga pogańska poddała się, gdy Duńczykom udało się spalić chorągiew Świętowita. Obrońcy uznali, że utracili opiekę bóstwa. Zwycięzcy zaproponowali zwyciężonym układ: - Nie będziemy palić i grabić, ale ochrzcimy.
Maciej Stasiński: Właśnie przeczytałem w PAP, że 1050. rocznica chrztu Polski jest obchodzona paleniem ognisk w całym kraju.
Prof. Karol Modzelewski: Pogański obrzęd.
Jak to? Kościół wyjaśnił, że ogień symbolizuje Ducha Świętego.
- Duch Święty patronuje rozumowi. Nie wydaje mi się, by ostatnio gościł wśród Episkopatu.
Kto został ochrzczony? Mieszko czy Polska? Czy może to było wtedy to samo?
- Nie, nie to samo. Ochrzczeni zostali książę i jego najbliższe otoczenie, a państwa jeszcze nie było. Wówczas to było powszechne, żeby zaczynać od samej góry. Od ogniwa scalającego wspólnotę plemienną.
Chrzest Mieszka to był wstęp, pierwszy krok w budowie przyszłego państwa. On stał wówczas na czele związku, czyli federacji plemion, która nie obejmowała jeszcze ani Pomorza, ani Śląska i Małopolski, a może nawet Mazowsza. Takich federacji było wówczas w tej części Europy sporo. Składały się z kilku segmentów, plemion, z których każde miało własny wiec, własnego księcia i swoje instytucje kultu pogańskiego. Każdy z tych segmentów składał się z kolei z mniejszych wspólnot sąsiedzkich zwanych u nas opolami lub o(b)sadami.
Nie brakowało zresztą plemion, które w ogóle nie miały księcia czy króla albo jeśli go miały, to był on przywódcą wspólnoty, a nie władcą. Te wspólnoty praktykowały przymus kolektywistyczny, czyli nacisk grupy na jednostkę wyłamującą się z norm, ale nie znały przymusu administracyjnego. Książę czy król, niemiecki "König", skandynawski "konung", staroangielski "cyning" (king) czy ruski "kniaź" wywodzą się z tego samego indoeuropejskiego wyrazu oznaczającego przywódcę plemiennego o atrybutach militarnych i politycznych.
Ogniwem podejmującym najważniejsze decyzje był wiec, zgromadzenie mężczyzn pod bronią, z reguły z włóczniami, którzy obradowali pod mirem sakralnym, czyli pokojem gwarantowanym przez bóstwo opiekuńcze - Peruna, Swarożyca, Świętowita. Kult sprawowali kapłani i oni przewodzili rytuałowi wyroczni. Czy podjąć wyprawę wojenną? Czy będzie zwycięska i przyniesie łupy? Czy zawrzeć pokój z sąsiadami, a może przymierze wojskowe? Saksończyk Helmold z Bozowa napisał w połowie XII wieku, że u Rugian kapłan cieszy się większym poważaniem niż król, bo kapłan słucha wyroczni, a król i lud zgromadzony na wiecu słuchają kapłana.
Zresztą bogowie opiekowali się nie tylko politycznymi i wojennymi przedsięwzięciami wspólnoty, ale też jej życiem codziennym. Każdy z pogańskich bogów zapewniał w swojej dziedzinie trwanie przyjaznego człowiekowi porządku natury. Dzięki ich pomocy wyrastało zasiane zboże, cieliły się krowy i owocowały drzewa. Porzucenie bóstw, czyli wyrzeczenie się ich opieki, budziło lęk o przetrwanie ludzi. Dlatego taką wspólnotę trudno było oderwać od jej wierzeń.
Co wiemy o pogaństwie, kulcie, kapłanach i otoczeniu Mieszka?
- Bezpośrednio nic. Ta przyszła Polska nie była w zasięgu kamer, była oddalona od ówczesnych mediów, czyli kronik oraz żywotów świętych i misjonarzy. Mieszko i jego otoczenie nie umieli czytać i pisać, nie znali łaciny. Polska była wówczas analfabetką, nie miała własnego piśmiennictwa. Wiemy natomiast sporo o pogaństwie i pierwszych krokach chrystianizacji ościennych ludów pomorskich i północnopołabskich. W XI i XII wieku pisali o nich niemieccy i duńscy kronikarze, a wysłani do tych plemion misjonarze, zwłaszcza jeśli zginęli, mieli szansę na kanonizację i na opisanie ich czynów.
Północno-zachodni kraniec słowiańskiego świata najdłużej opierał się chrystianizacji, więc skupił na sobie zainteresowanie wszystkich mediów cywilizowanej Europy. Z kolei Ruś, która przyjęła wzory chrystianizacji z Konstantynopola i pisała od początku w rodzimym języku, zanotowała tradycję o miejscowym kulcie pogańskim i o tym, jak wyglądał chrzest. Na tych porównawczych podstawach możemy sobie wyobrazić, jak wyglądały pogaństwo i chrzest na terenach księstwa Mieszka.
Kiedy po chrzcie Rusi w 988 r. duchowieństwo greckie przybyłe z Konstantynopola rekrutowało miejscową młodzież na naukę do klasztorów, rodziny opłakiwały uczące się potomstwo jak zmarłych. Bo stawali się zakonnikami i byli odtąd straceni dla życia wspólnoty.
Jak wyglądał ten chrzest księcia i drużyny? Wchodzili cali do wody?
- Najpierw, jak przy chrzcie dziecka, należało spełnić obrzędowy wymóg "wyrzeczenia się diabła i wszystkich spraw jego". W wypadku wspólnoty politycznej, jaką było księstwo, oznaczało to demonstracyjne i szokujące zniszczenie na oczach wyznawców świątyń i rzeźbionych figur bóstw.
Zachował się opis zdobycia Rugii przez duńskiego króla Waldemara. Oblegana załoga pogańska poddała się, gdy Duńczykom udało się spalić chorągiew Świętowita. Obrońcy uznali, że utracili opiekę bóstwa. Zwycięzcy zaproponowali zwyciężonym układ: - Nie będziemy palić i grabić, ale ochrzcimy.
Biskup Absalon, który na tej wyprawie odgrywał rolę politruka, pozostawił szczegółowy opis zniszczenia najświętszego tabu, czyli posągu bóstwa ukrywanego za kotarą. Świętowit stał na wielkim cokole wkopanym w ziemię z czterema twarzami zwróconymi w cztery strony świata, w rękach miał miecz i róg. Duńczycy podcięli mu nogi, wywlekli na zewnątrz i pociągnęli na powrozie do swojego obozu, gdzie go porąbali i rzucili jako podpałkę, na której ugotowali sobie zupę. Ta publiczna profanacja znaczyła, że bóstwo straciło moc. Duński kronikarz zapisał, że gdy wleczono Świętowita na miejsce ostatecznego pohańbienia, jedni wyznawcy bóstwa lamentowali, a niektórzy się śmiali.
Podobnie opisano śmierć pogańskich bogów i zbiorowy chrzest ludności w Kijowie. Książę Włodzimierz I wkroczył na Krym, zdobył miasto Chersonez i zażądał od Konstantynopola, gdzie panowało dwóch cesarzy, ich siostry Anny Porfirogenetki, którą zażyczył sobie poślubić, i zapowiedział, że się ochrzci. Kiedy mu ją przysłano, oddał Chersonez jako wiano Bizantyńczykom i wrócił do Kijowa z postanowieniem, że ochrzci Ruś.
Kazał porąbać lub spalić figury bóstw przed jego rezydencją, a najważniejszą, Peruna, przywiązać do końskiego ogona i wlec przez miasto nad Dniepr na oczach tłumu. 12 wojowników okładało bóstwo kijami na "poruganje biesu", czyli na urągowisko diabłu, który oszukiwał tą postacią ludzi. "Niech więc przyjmie odpłatę od ludzi". Następnie wrzucono Peruna do rzeki i odpychano od brzegu, póki nie znikł za porohami. Obecni płakali, bo "jeszcze nie zaznali łaski chrztu", ale nazajutrz stawili się nad Dnieprem na rozkaz księcia i weszli do wody po pas lub po pierś, przyjmując zbiorowy chrzest.
Podobnie musiało być u Mieszka. Zapewne odbyło się publiczne pohańbienie diabelskiego kultu. Nie zachował się ślad materialny, ale można dopatrywać się świadectwa demonstracyjnej poniewierki pogańskich bogów w zabytkach zachowanych na górze Ślęża, dokąd księstwo Mieszka nie sięgało. Na jej szczycie są resztki kręgu sakralnego z granitowych głazów. Z kroniki Thietmara wiadomo, że odprawiano tam "przeklęte pogaństwo". W XVIII i XIX wieku znaleziono u podnóża i na stokach góry rzeźby granitowe przedstawiające postaci ludzi i zwierząt nadnaturalnych rozmiarów. Ważyły bardzo dużo, więc musiano je wywlec z kręgu, najpewniej wołami, i sprofanować.
Dlaczego nie powstała zapisana kronika chrztu Mieszka?
- Bo nie został zabity ani misjonarz, ani Mieszko, ani Dobrawa. Jakby zginęli, to pewnie byliby kanonizowani i spisano by ich żywoty. Historia kocha nieszczęścia. A tak nie było komu spisać kroniki. Misjonarz, który przyjechał, zapewne biskup - ale kto, nie wiemy - odjechał i zapewne też nie został świętym, bo zachowałby się jego żywot. Raczej nie został też przy Mieszku inny duchowny z pierwszej misji. Nie miał kto zapisać, co się wydarzyło. A pogańska tradycja oralna, czyli podawana z ust do ust, zanikła, bo przestali działać ci, którzy ją przekazywali. A potem nikt już nie pamiętał, jak to było.
Na Rusi doszło do układu między Włodzimierzem i Konstantynopolem, a między dawnymi ludźmi pogańskiej tradycji oraz nowymi duchownymi ludźmi pióra nie było już obcości. W germańskich sagach jest zapisana pogańska tradycja ustna, ale dotyczy prawa, a nie samego chrztu, np. pochodzenia i dziejów Longobardów. W Polsce było inaczej. Pierwszy biskup Jordan przybył dwa lata po chrzcie, ale nie zostawił zapisu ani nie został świętym.
Więcej szczęścia do świadectw mieli pogańscy Prusowie. Bo zabili Wojciecha, który został świętym, i spisano jego żywoty. Zapisano w nich, że Prusowie bali się chrystianizacji, bo po odrzuceniu rodzimych bogów krowy nie będą się cielić, drzewa nie wydadzą owoców, a ziemia nie urodzi plonów.
Chrzest Mieszka był przełomem cywilizacyjnym i kulturalnym?
- Był szokiem, i tego wymagał obrzęd. Należało poganom pokazać bezsilność ich kultu. Ale na początku ten szok dotyczył tylko ograniczonej grupy z otoczenia księcia, elity książęcej i mieszkających nieopodal ludzi.
Polska stawała się chrześcijańska bardzo powoli. Thietmar, który zmarł w 1018 roku, chwalił Bolesława Chrobrego za stanowczość, bo karał łamanie postu wybijaniem zębów, a cudzołóstwo - przybiciem, by tak rzec, organów przestępstwa do pomostu targowego, gdzie zbierali się mieszkańcy na targ. Ukaranemu zostawiał nóż, żeby wybrał: albo się zabije, albo się uwolni, odcinając sobie to i owo. Żeby schrystianizować całą ludność, trzeba było pokoleń duchownych i dzieci duchownych. Bo należy pamiętać, że instytucji celibatu nie znano u nas do XIII wieku. Trzeba było dopiero stworzyć sieć parafialną, która objęła ludność wiejską, bo najpierw biskupstwa i kościoły powstawały w głównych ośrodkach: Gnieźnie, Poznaniu, Krakowie i Wrocławiu.
Chrystianizacja Polski zajęła blisko 300 lat. Dopiero w XIII w. niemieccy koloniści skarżą się na inny kalendarz obrzędów chrześcijańskic h niż znają ze swoich krajów. To znaczy, że miejscowy polski kler i wierni mają już swoje utrwalone obrzędy. O skutecznej chrystianizacji świadczą też wyzwiska, które przetrwały z tamtych czasów: "ty pieronie", wywodzące się od Peruna. To ktoś paskudny, szpetny, wredny. Oraz "bałwan" w znaczeniu idol, pogańskie bóstwo.
Dla Polski chrystianizacja oznaczała kulturowe przystąpienie do Europy - wejście w krąg cywilizacji śródziemnomorskiej w jej wersji zachodniej, rzymskiej. Dla Rusi było to wejście w krąg cywilizacji wschodniej, bizantyńskiej. Ich fascynował Konstantynopol, Mieszkowi i jego otoczeniu bliższe były Magdeburg czy Ratyzbona.
Mieliśmy szczęście, że przypadł nam krąg zachodni. Choć po prawdzie Mieszko, czyli Miszka, niedźwiadek, nie miał wyboru. Tak czy owak, przyniosło nam to dużo dobrych rzeczy. Z tego pnia wyrosła dzisiejsza Europa.
Jeśli chrystianizacja była dla Polski awansem cywilizacyjnym, europeizacją i uniwersalizacją, to czy dzisiejszy polski katolicyzm nie prowadzi do zapadania się w sobie, w zaściankowość, wbrew Europie?
- Za wcześnie, by o tym mówić. To są procesy powolne. Dzisiaj ma miejsce polityczna instrumentalizacja katolicyzmu. Katolicyzm wpada w pułapkę klerykalizmu. Ten proces wyraża mentalność hierarchów. Kościół postanowił skorzystać z upadku komunizmu i zaprowadzić państwo katolickie. Z pewnością obniżyła się kultura instytucjonalna Kościoła. Odchodzi się od tego, co robił i mówił Jan Paweł II, który miał duży i pozytywny wpływ na polski Kościół.
To zjawisko groźne dla Kościoła. Mój przyjaciel, ksiądz i zakonnik - jego tożsamości nie ujawnię - mówi, że klerykalizm jest grzechem. A sam Jarosław Kaczyński kiedyś powiedział, że to prosta droga do dechrystianizacji Polski. On to mówił apropos Zjednoczenia Chrześcijańsko-Narodowego wpływowego w pierwszej dekadzie po 1989 roku. I to się już odbywa, trwa pchanie Polaków w stronę przyspieszonej laicyzacji, bo odpowiedzią na klerykalizację jest właśnie szybka laicyzacja. Obawiam się, że jeśli będzie zbyt szybka, doprowadzi do nihilizmu moralnego społeczeństwa. Może stworzyć długotrwałą i groźną pustkę moralną w społeczeństwie przywiązanym do katolicyzmu.
Podobnie opisano śmierć pogańskich bogów i zbiorowy chrzest ludności w Kijowie. Książę Włodzimierz I wkroczył na Krym, zdobył miasto Chersonez i zażądał od Konstantynopola, gdzie panowało dwóch cesarzy, ich siostry Anny Porfirogenetki, którą zażyczył sobie poślubić, i zapowiedział, że się ochrzci. Kiedy mu ją przysłano, oddał Chersonez jako wiano Bizantyńczykom i wrócił do Kijowa z postanowieniem, że ochrzci Ruś.
Kazał porąbać lub spalić figury bóstw przed jego rezydencją, a najważniejszą, Peruna, przywiązać do końskiego ogona i wlec przez miasto nad Dniepr na oczach tłumu. 12 wojowników okładało bóstwo kijami na "poruganje biesu", czyli na urągowisko diabłu, który oszukiwał tą postacią ludzi. "Niech więc przyjmie odpłatę od ludzi". Następnie wrzucono Peruna do rzeki i odpychano od brzegu, póki nie znikł za porohami. Obecni płakali, bo "jeszcze nie zaznali łaski chrztu", ale nazajutrz stawili się nad Dnieprem na rozkaz księcia i weszli do wody po pas lub po pierś, przyjmując zbiorowy chrzest.
Podobnie musiało być u Mieszka. Zapewne odbyło się publiczne pohańbienie diabelskiego kultu. Nie zachował się ślad materialny, ale można dopatrywać się świadectwa demonstracyjnej poniewierki pogańskich bogów w zabytkach zachowanych na górze Ślęża, dokąd księstwo Mieszka nie sięgało. Na jej szczycie są resztki kręgu sakralnego z granitowych głazów. Z kroniki Thietmara wiadomo, że odprawiano tam "przeklęte pogaństwo". W XVIII i XIX wieku znaleziono u podnóża i na stokach góry rzeźby granitowe przedstawiające postaci ludzi i zwierząt nadnaturalnych rozmiarów. Ważyły bardzo dużo, więc musiano je wywlec z kręgu, najpewniej wołami, i sprofanować.
Dlaczego nie powstała zapisana kronika chrztu Mieszka?
- Bo nie został zabity ani misjonarz, ani Mieszko, ani Dobrawa. Jakby zginęli, to pewnie byliby kanonizowani i spisano by ich żywoty. Historia kocha nieszczęścia. A tak nie było komu spisać kroniki. Misjonarz, który przyjechał, zapewne biskup - ale kto, nie wiemy - odjechał i zapewne też nie został świętym, bo zachowałby się jego żywot. Raczej nie został też przy Mieszku inny duchowny z pierwszej misji. Nie miał kto zapisać, co się wydarzyło. A pogańska tradycja oralna, czyli podawana z ust do ust, zanikła, bo przestali działać ci, którzy ją przekazywali. A potem nikt już nie pamiętał, jak to było.
Na Rusi doszło do układu między Włodzimierzem i Konstantynopolem, a między dawnymi ludźmi pogańskiej tradycji oraz nowymi duchownymi ludźmi pióra nie było już obcości. W germańskich sagach jest zapisana pogańska tradycja ustna, ale dotyczy prawa, a nie samego chrztu, np. pochodzenia i dziejów Longobardów. W Polsce było inaczej. Pierwszy biskup Jordan przybył dwa lata po chrzcie, ale nie zostawił zapisu ani nie został świętym.
Więcej szczęścia do świadectw mieli pogańscy Prusowie. Bo zabili Wojciecha, który został świętym, i spisano jego żywoty. Zapisano w nich, że Prusowie bali się chrystianizacji, bo po odrzuceniu rodzimych bogów krowy nie będą się cielić, drzewa nie wydadzą owoców, a ziemia nie urodzi plonów.
Chrzest Mieszka był przełomem cywilizacyjnym i kulturalnym?
- Był szokiem, i tego wymagał obrzęd. Należało poganom pokazać bezsilność ich kultu. Ale na początku ten szok dotyczył tylko ograniczonej grupy z otoczenia księcia, elity książęcej i mieszkających nieopodal ludzi.
Polska stawała się chrześcijańska bardzo powoli. Thietmar, który zmarł w 1018 roku, chwalił Bolesława Chrobrego za stanowczość, bo karał łamanie postu wybijaniem zębów, a cudzołóstwo - przybiciem, by tak rzec, organów przestępstwa do pomostu targowego, gdzie zbierali się mieszkańcy na targ. Ukaranemu zostawiał nóż, żeby wybrał: albo się zabije, albo się uwolni, odcinając sobie to i owo. Żeby schrystianizować całą ludność, trzeba było pokoleń duchownych i dzieci duchownych. Bo należy pamiętać, że instytucji celibatu nie znano u nas do XIII wieku. Trzeba było dopiero stworzyć sieć parafialną, która objęła ludność wiejską, bo najpierw biskupstwa i kościoły powstawały w głównych ośrodkach: Gnieźnie, Poznaniu, Krakowie i Wrocławiu.
Chrystianizacja Polski zajęła blisko 300 lat. Dopiero w XIII w. niemieccy koloniści skarżą się na inny kalendarz obrzędów chrześcijańskic h niż znają ze swoich krajów. To znaczy, że miejscowy polski kler i wierni mają już swoje utrwalone obrzędy. O skutecznej chrystianizacji świadczą też wyzwiska, które przetrwały z tamtych czasów: "ty pieronie", wywodzące się od Peruna. To ktoś paskudny, szpetny, wredny. Oraz "bałwan" w znaczeniu idol, pogańskie bóstwo.
Dla Polski chrystianizacja oznaczała kulturowe przystąpienie do Europy - wejście w krąg cywilizacji śródziemnomorskiej w jej wersji zachodniej, rzymskiej. Dla Rusi było to wejście w krąg cywilizacji wschodniej, bizantyńskiej. Ich fascynował Konstantynopol, Mieszkowi i jego otoczeniu bliższe były Magdeburg czy Ratyzbona.
Mieliśmy szczęście, że przypadł nam krąg zachodni. Choć po prawdzie Mieszko, czyli Miszka, niedźwiadek, nie miał wyboru. Tak czy owak, przyniosło nam to dużo dobrych rzeczy. Z tego pnia wyrosła dzisiejsza Europa.
Jeśli chrystianizacja była dla Polski awansem cywilizacyjnym, europeizacją i uniwersalizacją, to czy dzisiejszy polski katolicyzm nie prowadzi do zapadania się w sobie, w zaściankowość, wbrew Europie?
- Za wcześnie, by o tym mówić. To są procesy powolne. Dzisiaj ma miejsce polityczna instrumentalizacja katolicyzmu. Katolicyzm wpada w pułapkę klerykalizmu. Ten proces wyraża mentalność hierarchów. Kościół postanowił skorzystać z upadku komunizmu i zaprowadzić państwo katolickie. Z pewnością obniżyła się kultura instytucjonalna Kościoła. Odchodzi się od tego, co robił i mówił Jan Paweł II, który miał duży i pozytywny wpływ na polski Kościół.
To zjawisko groźne dla Kościoła. Mój przyjaciel, ksiądz i zakonnik - jego tożsamości nie ujawnię - mówi, że klerykalizm jest grzechem. A sam Jarosław Kaczyński kiedyś powiedział, że to prosta droga do dechrystianizacji Polski. On to mówił apropos Zjednoczenia Chrześcijańsko-Narodowego wpływowego w pierwszej dekadzie po 1989 roku. I to się już odbywa, trwa pchanie Polaków w stronę przyspieszonej laicyzacji, bo odpowiedzią na klerykalizację jest właśnie szybka laicyzacja. Obawiam się, że jeśli będzie zbyt szybka, doprowadzi do nihilizmu moralnego społeczeństwa. Może stworzyć długotrwałą i groźną pustkę moralną w społeczeństwie przywiązanym do katolicyzmu.
Czytam właśnie "Ideę Katolickiego Państwa Narodu Polskiego", studium Jana Józefa Lipskiego o ideologii ONR Falangi. On przytacza obszerne cytaty z narodowej publicystyki lat 30., a ja mam wrażenie, że czytam przemówienia Jarosława Kaczyńskiego albo wypowiedzi biskupów. To brzmi jak bałwochwalstwo, a tym bałwanem jest ubóstwiony Katolicki Naród Polski.
- Nie mam wątpliwości, że klerykalizacja w świeckim wydaniu PiS-u i w wydaniu hierarchii kościelnej, choć nie wszystkich biskupów, jest antychrześcijańska. To niestety przeważający ton wśród biskupów.
Ale do pogaństwa raczej się nie cofniemy. Zbyt jesteśmy związani z Kościołem powszechnym. A że katolicyzm oznacza powszechność, moim zdaniem zanik chrześcijaństwa i uniwersalizmu w polskim Kościele to temat dla watykańskiej Kongregacji Nauki Wiary.
Wymuszanie przeobrażenia się katolicyzmu i Polski w Katolickie Państwo Narodu Polskiego nie może się powieść. To dążenie musi spowodować wstrząs. To gwałt na mentalności narodu polskiego. Musi zrodzić napięcia i wstrząsy.
Jakie?
- Nie jestem wróżką, tylko historykiem.
Ale działa pan ponad 50 lat w polityce i wyobraźnia coś panu podpowiada.
- Wyobraźnia nie daje mi dzisiaj odpowiedzi na pytanie, co się stanie.
Dlaczego polscy biskupi nie umieją się odnaleźć w zjednoczonej Europie i w demokracji?
- Nie wiem. Mój przyjaciel, historyk idei Bohdan Cywiński, mawiał w latach 70.: "Są w Polsce dwie instytucje hierarchiczne, które nie praktykują demokracji. Ale tylko jedna z nich wie, czym demokracja w teorii jest. Tę teoretyczną wiedzę ma Polska Zjednoczona Partia Robotnicza". W tej sprawie uważam, że dobrze jest słuchać głęboko przekonanych katolików - a Cywiński nim był.
W demokracji Kościół poczuł się zagubiony i od razu postanowił odzyskać to, co kiedyś miał. I to był gruby błąd. Po pierwsze, odzyskać dobra materialne, choć byli księża, którzy ostrzegali, jakie to groźne dla Kościoła. A po drugie, wykorzystać usłużność sił politycznych, które zabiegały o przychylność Kościoła. To się okazało pułapką, w którą Kościół nie umiał nie wpaść.
Okazało się, że te siły wykorzystują Kościół bardziej niż on je. Złapał Kozak Tatarzyna, a Tatarzyn za łeb trzyma.
- Wszystko jedno, w każdym razie to bardzo niedobre dla Kościoła. Tak czy owak sądzę, że dzisiaj nikt, ani PiS, ani biskupi, nie odważy się ogłosić powstania Katolickiego Państwa Narodu Polskiego. To może zrobić ONR, kiedy już podepcze PiS, a obóz demokratyczny okaże się niezdolny do reakcji. Już dochodzi do głosu faszyzujący nacjonalizm i jak zacznie zwyciężać, pańskie pytanie stanie się aktualne. To wprowadzą w życie polityczne wnuki wodza Falangi oraz powojennego kolaboranckiego PAX-u Bolesława Piaseckiego.
A dlaczego nie PiS? Przez całą karierę w wolnej Polsce Jarosław Kaczyński robił wszystko, żeby go nikt nie obszedł z prawej strony, i przejmował coraz bardziej nacjonalistyczne żywioły.
- Kaczyński nie może przyjąć tego hasła, bo to grozi pęknięciem w jego obozie. On by zaprzeczył swojej tożsamości ideowej.
Nie widział pan występów całego gabinetu PiS-u u ks. Rydzyka w Toruniu, tych tańców i śpiewów poddańczych?
- Roman Giertych też kiedyś bywał u Rydzyka. To inteligentny człowiek, który wyciąga wnioski. A Giertych mówi: "Ksiądz Rydzyk nie ma przyjaciół, ma tylko interesy". Może Jarosław Kaczyński też to wie.
- Nie mam wątpliwości, że klerykalizacja w świeckim wydaniu PiS-u i w wydaniu hierarchii kościelnej, choć nie wszystkich biskupów, jest antychrześcijańska. To niestety przeważający ton wśród biskupów.
Ale do pogaństwa raczej się nie cofniemy. Zbyt jesteśmy związani z Kościołem powszechnym. A że katolicyzm oznacza powszechność, moim zdaniem zanik chrześcijaństwa i uniwersalizmu w polskim Kościele to temat dla watykańskiej Kongregacji Nauki Wiary.
Wymuszanie przeobrażenia się katolicyzmu i Polski w Katolickie Państwo Narodu Polskiego nie może się powieść. To dążenie musi spowodować wstrząs. To gwałt na mentalności narodu polskiego. Musi zrodzić napięcia i wstrząsy.
Jakie?
- Nie jestem wróżką, tylko historykiem.
Ale działa pan ponad 50 lat w polityce i wyobraźnia coś panu podpowiada.
- Wyobraźnia nie daje mi dzisiaj odpowiedzi na pytanie, co się stanie.
Dlaczego polscy biskupi nie umieją się odnaleźć w zjednoczonej Europie i w demokracji?
- Nie wiem. Mój przyjaciel, historyk idei Bohdan Cywiński, mawiał w latach 70.: "Są w Polsce dwie instytucje hierarchiczne, które nie praktykują demokracji. Ale tylko jedna z nich wie, czym demokracja w teorii jest. Tę teoretyczną wiedzę ma Polska Zjednoczona Partia Robotnicza". W tej sprawie uważam, że dobrze jest słuchać głęboko przekonanych katolików - a Cywiński nim był.
W demokracji Kościół poczuł się zagubiony i od razu postanowił odzyskać to, co kiedyś miał. I to był gruby błąd. Po pierwsze, odzyskać dobra materialne, choć byli księża, którzy ostrzegali, jakie to groźne dla Kościoła. A po drugie, wykorzystać usłużność sił politycznych, które zabiegały o przychylność Kościoła. To się okazało pułapką, w którą Kościół nie umiał nie wpaść.
Okazało się, że te siły wykorzystują Kościół bardziej niż on je. Złapał Kozak Tatarzyna, a Tatarzyn za łeb trzyma.
- Wszystko jedno, w każdym razie to bardzo niedobre dla Kościoła. Tak czy owak sądzę, że dzisiaj nikt, ani PiS, ani biskupi, nie odważy się ogłosić powstania Katolickiego Państwa Narodu Polskiego. To może zrobić ONR, kiedy już podepcze PiS, a obóz demokratyczny okaże się niezdolny do reakcji. Już dochodzi do głosu faszyzujący nacjonalizm i jak zacznie zwyciężać, pańskie pytanie stanie się aktualne. To wprowadzą w życie polityczne wnuki wodza Falangi oraz powojennego kolaboranckiego PAX-u Bolesława Piaseckiego.
A dlaczego nie PiS? Przez całą karierę w wolnej Polsce Jarosław Kaczyński robił wszystko, żeby go nikt nie obszedł z prawej strony, i przejmował coraz bardziej nacjonalistyczne żywioły.
- Kaczyński nie może przyjąć tego hasła, bo to grozi pęknięciem w jego obozie. On by zaprzeczył swojej tożsamości ideowej.
Nie widział pan występów całego gabinetu PiS-u u ks. Rydzyka w Toruniu, tych tańców i śpiewów poddańczych?
- Roman Giertych też kiedyś bywał u Rydzyka. To inteligentny człowiek, który wyciąga wnioski. A Giertych mówi: "Ksiądz Rydzyk nie ma przyjaciół, ma tylko interesy". Może Jarosław Kaczyński też to wie.


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz