środa, 5 września 2007

Utrupianie Heinricha Heinego

Tygodnik Powszechny 2003-11-02

Nietzsche: "Niemcy wydały tylko jednego poetę poza Goethem: to jest Heine - a on w dodatku jest Żydem"

Spośród wielkich twórców europejskiego romantyzmu największym sentymentem darzył Polskę Heinrich Heine. Kwestia polska absorbowała go przez całe życie. Polacy jednak nie odwzajemnili jego fascynacji. Dawniej dosyć popularny, jest dziś Heine nad Wisłą niemal zapomniany.



Trudno dziś zgodzić się z opinią Stefana Lichańskiego, który w 1956 r., krytykując wydany wówczas zbiór “Dzieł wybranych” poety z Düsseldorfu - było to dopiero pierwsze (!) obszerne wydanie jego twórczości w języku polskim - zauważył, że “nazwisko Heinego jest u nas bardzo popularne. Przeważnie jednak tylko nazwisko”. Pół wieku później utworów wielkiego poety i prozaika darmo szukać w szkolnych podręcznikach, a nawet na liście lektur polonistyki.

Sztuka antyprzekładu

Zresztą trudno się dziwić; biblioteki dysponują nielicznymi egzemplarzami, księgarnie - żadnymi. Od lat prawie nie wznawia się poezji Heinego ani - tym bardziej - prozy, wyłączając kilka miniaturowych zbiorów, które ukazały się w ciągu ostatnich 15 lat i zawierały ograniczony wybór wierszy.

Ostatnie pełne i jedyne w miarę dobre opracowanie zbioru “Buch der Lieder” (“Księga pieśni”), dokonane przez Roberta Stillera, pojawiło się w 1980 r. Od tego czasu autor “Tannhäusera” wyraźnie zaniemówił w języku polskim. Paradoksalnie, jego poezja może na tym zyskała...

Do tej pory nie wydano też w Polsce zebranych dzieł Heinego, choć - znów - może i lepiej, że taki zbiór się nie ukazał. Przerażeniem napawa bowiem myśl, że mógłby wyglądać jak wydane w 1956 r. przez PIW “Dzieła wybrane”.

Dwa grube tomy, gromadzące kolejno utwory poetyckie (pierwszy) i prozatorskie (drugi), były chaotyczną kolekcją płodów rozmaitych, często zupełnie przypadkowych tłumaczy. O ile tom prezentujący prozę z przekładami m. in. Stanisława Jerzego Leca, Witolda Wirpszy i Leopolda Staffa, mimo braku takich perełek, jak choćby “Die Götter im Exil” czy “Die romantische Schule”, prezentował się znośnie, o tyle tom poetycki z twórczością mistrza z Düsseldorfu nie miał praktycznie nic wspólnego, stawiając - co gorsza - pod znakiem zapytania jego wydawałoby się trudny do zakwestionowania talent.

Opasłe tomisko zawierało głównie karykatury przekładów oraz pełne błędów (nawet w wydaniu germanisty Stanisława Łempickiego), a często całkowicie niezgodne z treścią oryginału translatorskie potworki, autorstwa enigmatycznych, przeważnie młodopolskich antytłumaczy z Aleksandrem Krausharem oraz Adamem Mieleszko-Maliszkiewiczem na czele. Poprawne przekłady Stillera, Mirona czy Konopnickiej należały do mniejszości. Dodatkowym utrudnieniem okazało się wprowadzenie przez redaktora Adolfa Sowińskiego własnej numeracji nietytułowanych przez Heinego wierszy z cyklów “Lyrisches Intermezzo” (“Intermezzo liryczne”), “Die Heimkehr” (“Powrót”) oraz “Neuer Frühling” (“Nowa wiosna”). Księga piętrzyła trudności zwłaszcza przed dociekliwym czytelnikiem, który - korzystając ze znajomości niemieckiego - sięgnął do oryginału. Okazywało się wtedy, że nieudolny przekład zniekształca nie tylko język i styl Heinego, ale też wersyfikację utworu, a niekiedy nawet jego treść!

Jak bardzo niefortunne wydanie wpłynęło na opinię o Heinem w Polsce, opisał Robert Stiller w 1976 r. w “Literaturze na świecie”: “Ta cegła leżała blisko 20 lat w magazynach i z formalnych przyczyn uniemożliwiła w Polsce wydawanie Heinego. Tymczasem zaś brzydziła i zniechęcała tych, którzy by się chcieli dowiedzieć: co to jest właściwie ten Heine?”.

Najokrutniej z poezją Heinego obszedł się Mieleszko-Maliszkiewicz, który - by zacytować Lichańskiego - “dzięki swym przekładom zasłużył na miano polskiego antyHeinego”. Potrafił zbanalizować nawet najpoważniejsze liryki, pozbawić je treści i brzmienia, przetwarzając w grafomańskie rymowanki pełne ckliwego, śmiesznego sentymentalizmu. Robert Stiller - najlepszy współczesny tłumacz twórcy “Morza Północnego” - nazwał wydanie “Dzieł wybranych” - “utrupieniem Heinego w Polsce”.

Rzadko wydawany, powierzchownie znany

Literatura niemiecka jest w Polsce, mimo sąsiedzkiej bliskości, znana dosyć powierzchownie i niedokładnie. Nie chodzi jedynie o zbyt nieliczne szeregi wybitnych tłumaczy, choć talentu translatorskiego na miarę Boya dla języka niemieckiego w Polsce raczej nie było. Twórczość Niemców, zwłaszcza sprzed I wojny, nie licząc Goethego czy Schillera, jest u nas wydawana rzadko i ubogo analizowana.

Heine jest tu smutnym przykładem. Jego wizje literacko-społeczne wybiegały nieraz o jedną, a nawet dwie epoki do przodu, ale wśród krytyków, a nawet historyków literatury w Polsce nie cieszy się popularnością i zainteresowaniem. Owszem, jest kilka publikacji poświęconych jego biografii, w których nie pominięto na szczęście twórczości, ale też nie poświęcono jej zbyt wiele miejsca. Na pewno brakowało jednak i nadal brakuje kompetentnych analiz literackich jego dzieł.

W PRL wielu badaczy, którzy brali poetę pod lupę uzbrojoną w obowiązkowe radzieckie szkło, skupiało się na zdefiniowaniu Heinego jako socjalisty oraz podkreśleniu jego znajomości z Marksem. Tak oto ponad 40 lat recepcji Heinego w Polsce niemal całkowicie zmarnowano, a jego dzieła pokrył w końcu ten sam kurz, który na dobre zasypał stojące obok tomiszcza Marksa. Kilka razy zajmowano się “niemieckością” dzieł Heinego, ich muzycznością oraz wpływem na kompozycje muzyczne. Najbardziej dogłębne analizy zaledwie jednak wspominały o filozoficznych aspektach jego twórczości, jej romantycznym charakterze oraz wspierających ją rusztowaniach niemieckiego oświecenia. Nie pominięto na szczęście jego związków z Polską i nie szczędzono krytyki polskim przekładom jego literackiej spuścizny. Ale nic ponad to. Poza Stillerem, Karolem Sauerlandem oraz Romanem Karstem prawie żadnych znanych nazwisk.

Tymczasem w Niemczech czy szerzej: na Zachodzie, dostrzega się wartość poezji i prozy Heinego, doskonałych prób eseistycznych czy pism filozoficznych i politycznych. Liczni badacze, niejednokrotnie specjalizujący się wyłącznie w jego twórczości, od lat analizują aspekty i problematykę twórczości Heinego oraz doszukują się wpływów, których u nas praktycznie nikt jeszcze nie zauważył.

Przykładowo, w wydanej w 2000 r. w Niemczech (pod red. Christiana Liedtke) antologii tekstów dotyczących Heinego znajdujemy między innymi tematy recepcji Hegla w jego twórczości, wpływów niemieckiego Żyda na Nietzschego (!) oraz esej Josepha Kruse prezentujący argumenty do dyskusji nad “Heinem jako teologiem”. Dużo miejsca w badaniach nad dziełem Heinego zajmują też obrazy kobiet w jego poezji, stosunek do sztuk pięknych oraz rola mitów, podań i legend w jego filozofii i pracy twórczej.

Z Polakami, o Polakach

Same związki łączące niegdyś Heinego z naszym krajem, jego ogromne zainteresowanie Polską oraz duchowe i literackie wsparcie, jakiego udzielał Polakom w okresie zaborów, zasługują na oddanie mu nieco większej czci, a przynajmniej poświęcenie baczniejszej uwagi.

Z plejady romantycznych twórców, którzy poruszali zagadnienia polityczne, Heinego polityka wciągnęła bodaj najmocniej. Nieraz budził niemałe kontrowersje, zwłaszcza że - jak pisał Roman Karst - “wypowiadał się z pasją o wydarzeniach, o których inni współcześni mu pisarze z różnych powodów woleli milczeć”. Szczególną troskę okazywał narodom uciśnionym i zagrożonym w swym istnieniu. Problem polski interesował go już we wczesnej młodości. Nie poświęcił wprawdzie walczącym Polakom żadnego wiersza ani ballady, jak zdarzało się to mniej znanym kolegom (by przywołać “Mickiewicza” Uhlanda, “Pułk czwarty” Mosena czy “Śmierć trębacza” Herwegha), ale wspominał ich w prozie i wspierał na tyle, na ile umykało to cenzurze. Raz jeszcze cytat z Karsta: “wynurzenia [Heinego] w sprawie polskiej zdumiewały stanowczością tonu, konsekwencją i ostrością, na jaką niewielu pisarzy w Europie się zdobyło”.

Pierwsze wzmianki o Polakach w jego twórczości znaleźć można we włączonych do cyklu “Obrazy z podróży” felietonach pod tytułem “Listy z Berlina”. Pisze tam o polskich studentach, których poznał w Berlinie. Był wśród nich późniejszy serdeczny przyjaciel poety, hr. Eugeniusz Breza. W sierpniu 1822 r. Heine spędził u niego w Polsce kilka tygodni - gościł w majątku w wielkopolskim Świątkowie oraz posiadłości szwagra Brezy (Eustachego Wołowicza) w Działyniu. Pisarz odwiedził też Poznań i Gniezno.

Spostrzeżenia z krótkiej podróży spisał w szkicu “O Polsce”. Ta młodzieńcza proza - mimo widocznego jeszcze chaosu i burzy myśli - nosi już charakterystyczne cechy późniejszej publicystyki Heinego.

Heine rozważał m.in. sytuację polskiego chłopa, a jego generalna opinia ma wymiar ponadczasowy: “Najsmutniejszy obraz przedstawiają wsie polskie”. Przenikliwy jest też w spostrzeżeniach na temat naszych wad narodowych, zwłaszcza pijaństwa: “Bo cóż wart jest mężczyzna, którego byle trzy ćwiartki powalają na ziemię, Polacy bowiem istotnie picie doprowadzili do nadludzkiej doskonałości”.

W szkicu wspomina także o Kościuszce - “największym mężu, jakiego wydała Polska”, Żydach - jako trzecim stanie w Polsce, charakteryzuje polską szlachtę, snuje rozważania o nauce, literaturze i teatrze, a także uderza w wysoki ton, opiewając wdzięki Polek: “Duch mój przenosi się nad brzegi Gangesu i szuka najdelikatniejszych i najmilszych kwiatów, aby je porównać z tymi kobietami”. Najważniejsze jest jednak to, co wymijając macki cenzury usiłuje napisać o utracie suwerenności oraz - w aluzjach jedynie - walce Polaków o wolność.

Równie istotna jak pozostałe wzmianki bądź inspiracje polskie - we wstępie do “Stosunków francuskich” (dokonana przez Prusaków masakra w Fiszewie), w “Ludwiku Börnem” (klęska powstania listopadowego), w opowiadaniu “Z pamiętników pana Schnabelewopskiego” (bohaterem jest szlachcic z Gnieźnieńskiego) czy w wierszu “Dwaj rycerze” (ironiczny obraz dwóch szlachciców - paryskich emigrantów) - była znajomość, którą Heine zawarł z Fryderykiem Chopinem.

Niewiele zachowało się śladów ich paryskich kontaktów, a z czasem nieco je zmitologizowano. Nie ulega jednak watpliwości, że Heine był pod wielkim wrażeniem Chopina, jako kompozytora i pianisty. Nazywał go “Rafaelem fortepianu”, “poetą tonów”, w listach zwracał się do niego: “Mój drogi Chop!”. Tak pisał w drugim tomie “Lutecji”: “Przy Chopinie zapominam zupełnie o mistrzostwie gry fortepianowej i zapadam się w słodki urok jego muzyki, w bolesny urok jego głębokiej, subtelnej twórczości. Chopin jest wielkim genialnym muzykiem, którego wymieniać należy tylko obok Mozarta, Beethovena lub Rossiniego...”. Łączyła ich (a nie dzieliła!) także fascynacja kobietą - George Sand.

Heinego za życia nieustannie tępiono. Za pochodzenie, odważne poglądy, trudną, hermetyczną poezję. Podobnie jak Norwid nie doczekał uznania. Nawet po śmierci niszczono go i lekceważono. Hitler próbował wymazać z pamięci Niemców nazwisko pisarza żydowskiego pochodzenia - paląc na stosie jego książki. Nie udało mu się jednak usunąć ze zbiorowej świadomości (i tożsamości) typowo germańskich utworów Heinego, w Trzeciej Rzeszy wydawano więc “Lorelei” jako anonimową balladę ludową.

W Polsce Heinego “utrupiono” przez brak zainteresowania, lekceważenie i fatalne przekłady. Miał jednak i nadal ma w naszym kraju wiernych wielbicieli. Stiller napisał o nim: “Stał się dla mnie tym, czym dla innych Biblia lub Mickiewicz”. Władysław Bartoszewski - odbierając w 1996 r. w Düsseldorfie Nagrodę Heinego - opowiadał okupacyjną historię, gdy niemiecki policjant przeszukując jego mieszkanie natrafił na tom Heinego, ale nazwisko poety nic mu nie mówiło. “Ci ludzie, a raczej ich nauczyciele nie należeli do naszej Europy, do Europy Heinego, ani do Europy młodego polskiego studenta, którym wtedy byłem” - komentował Bartoszewski.

Andrzej Szczypiorski w ostatnim eseju, opublikowanym pośmiertnie w “Gazecie Wyborczej” napisał: “Ponieważ trochę już pożyłem, to naczytałem się sporo książek. Wśród tych lektur Heine zajmuje miejsce szczególne. Myślę, że warto, by inni też go dzisiaj czytali. Uważam, że był bardzo wielkim pisarzem, wniósł do mojej wiedzy o świecie element niepokoju, niepewności i bolesnego wahania”.

Czy katowicki zespół Feel popełnił plagiat?

Magdalena Bochenek
2007-09-04, ostatnia aktualizacja 2007-09-04 21:34


Zobacz powiększenie
Piotr Kupicha i jego zespół Feel - zdobywcy Bursztynowego Słowika i Słowika Publiczności na festiwalu w Sopocie
Fot. Renata Dabrowska / AG

Katowicki zespół Feel odniósł w Sopocie wielki sukces. Natychmiast pojawiły się oskarżenia, że ich piosenka "A gdy jest już ciemno", jest łudząco podobna do utworu amerykańskiej piosenkarki Carly Simon "Coming Around Again".

Katowicki kwartet Feel, chociaż gra dopiero od dwóch lat, podczas tegorocznego sopockiego festiwalu zgarnął wszystko, co było możliwe, podbijając serca jurorów i publiczności. Zebrał ponad połowę głosów telewidzów i internautów oraz wszystkie głosy jurorów. Piosenka "A gdy jest już ciemno", którą muzycy pokonali najpierw cztery polskie, a potem sześć zagranicznych zespołów, została uhonorowana dwiema najważniejszymi statuetkami wieczoru: Słowikiem Publiczności i Bursztynowym Słowikiem.

I zaczęło się.

Piotr Metz, dyrektor tegorocznego Sopot Festival, dostał wczoraj anonimowego maila, że "A gdy już jest ciemno" to plagiat. - Wysłuchałem już obu piosenek. Linia melodyczna ich pierwszych części jest podobna. Nie możemy chować głowy w piasek i udawać, że tak nie jest - mówi. - Jestem jednak daleki od potępiania zespołu i wiary w ich złą wolę, czy ich świadomej inspiracji muzyką amerykańskiej gwiazdy. Muzycy, tworząc nowe utwory, często mają w głowach zasłyszane już wcześniej dźwięki. Musimy się jednak zająć tą sprawą. Zasięgniemy opinii prawnej, bo takie są wymogi regulaminowe festiwalu.

Andrzej Wojciechowski, członek Prezydium Rady Akademii Fonograficznej, mówi, że plagiatem można nazwać dopiero ściśle określoną liczbę powtórzonych taktów w dwóch utworach. - Muszą to sprawdzić specjaliści. Utwór Carly Simon był dość popularny [piosenka znalazła się w filmie "Heartburn" z Jackiem Nicholsonem i Meryl Streep z 1986 r. - przyp. red.]. Nigdy się nie dowiemy, czy polski kompozytor się nim inspirował, ale wstępy obu utworów rzeczywiście są takie same - dodaje Wojciechowski.

Porównaj utwory:

Zespół Feel



Carly Simon



Piotra Kupichę, wokalistę i lidera zespołu, zaskoczyło porównanie: - To są dwie różne piosenki. Tak to już jest w Polsce, że gdy ktoś odniesie sukces, próbuje mu się udowodnić, że odniósł go niesłusznie. Nie znałem wcześniej piosenki Carly Simon, ani innych jej utworów, bo to dla mnie w ogóle inna epoka. Nagranych już zostało mnóstwo piosenek, zawsze można dopatrzyć się jakichś podobieństw. Wokalista dodaje, że czeka na szybkie rozwiązanie całej sprawy.

Źródło: Gazeta Wyborcza Katowice

Jak ministerialny urzędnik interpretuje zasadę, że nikt nie może być zmuszony do oskarżania samego siebie

Rzeczpospolita 2007-09-05

Źle się dzieje, jeśli przedstawiciel Ministerstwa Sprawiedliwości usiłuje przekonać zwykłych śmiertelników, że prawo jest tylko zbiorem przepisów (które należy przede wszystkim odczytywać, w żadnym wypadku interpretować), a nie spójnym systemem norm będących wyrazem aksjologii znajdującej swoje źródła w zasadzie demokratycznego państwa prawnego - twierdzą adwokat Roman Nowosielski i aplikant adwokacki Maciej Śledź, wspólnik i pracownik Kancelarii Nowosielski, Gotkowicz i partnerzy Adwokaci i Radcy Prawni z siedzibą w Gdańsku


Do takiej bowiem konkluzji prowadzą rozważania Marcina Warchoła, asystenta ministra sprawiedliwości ("Czy świadkowie mają prawo kłamać", "Rz" z 25 sierpnia). Poddał on krytyce uchwałę Sądu Najwyższego z 26 kwietnia 2007 r. (I KZP 4/07, Biuletyn SN 2007/4/18), stwierdzającą: "Nie ponosi odpowiedzialności karnej na podstawie art. 233 §1 k. k. osoba, która przesłuchana została w charakterze świadka wbrew wynikającemu z art. 313 §1 k. p. k. nakazowi przesłuchania jej jako podejrzanego".

Grzech uproszczenia

Sposób rozumowania autora artykułu jest następujący: skoro osoba przesłuchana w charakterze świadka zeznała nieprawdę, a obowiązuje przepis art. 233 § 1 k. k., który takie zachowanie penalizuje, to podlega ona odpowiedzialności karnej. Niestety, ten prosty sylogizm obarczony jest ciężkim grzechem uproszczenia.

Mało tego, autor bagatelizuje fakty, na gruncie których zapadło orzeczenie, mimo iż właśnie one miały decydujące znaczenie dla podjęcia przez SN uchwały o takiej, a nie innej treści.

Leokadia N. stanęła pod zarzutem odpowiedzialności karnej za składanie fałszywych zeznań w postępowaniu przygotowawczym, w którym była przesłuchiwana jako świadek,mimo że organy ścigania -jak wynika z uzasadnienia uchwały -dysponowały już materiałem dowodowym uzasadniającymi podejrzenie, że to właśnie ona popełniła zarzucany czyn. Nakazywało to (art. 313 §1 k. p. k.) sporządzenie postanowienia o przedstawieniu zarzutów, ogłoszenie tegoż postanowienia L. N. i przesłuchanie jej jako podejrzanej.

Co więcej, SN dokonał samodzielnych ustaleń dotyczących statusu procesowego L. N. i posługując się "kryterium dowodowym sprawy" (art. 313 §1 k. p. k.), stwierdził, że w istocie to ona powinna występować w sprawie w charakterze podejrzanej, a nie świadka, co w sposób istotny wpłynęłoby na sferę jej uprawnień i obowiązków procesowych.

Co innego świadek, co innego podejrzany

Status podejrzanego (oskarżonego) istotnie różni się od statusu świadka. Podejrzany (oskarżony) nie ma bowiem obowiązku dowodzenia swojej niewinności ani dostarczania dowodów na swoją niekorzyść (art. 74 §1 k. p. k.), ma prawo składać wyjaśnienia, może jednak bez podania powodów odmówić odpowiedzi na poszczególne pytania lub odmówić składania wyjaśnień (art. 175 § 1 k. p. k.).

Wreszcie, co szczególnie istotne w tej sprawie, na podejrzanym (oskarżonym) nie spoczywa obowiązek mówienia prawdy i nie uprzedza się go o odpowiedzialności karnej za zeznanie nieprawdy lub jej zatajenie, co z kolei ma szczególne znaczenie dla odpowiedzialności karnej świadka za składanie fałszywych zeznań i braku tej odpowiedzialności w odniesieniu do podejrzanego (oskarżonego).

Te gwarancje podejrzanego (oskarżonego) stanowią fundament szeroko rozumianego prawa do obrony, które (art. 42 ust. 2 konstytucji) przysługuje każdemu, przeciwko komu prowadzone jest postępowanie karne, we wszystkich stadiach postępowania.

W tym stanie rzeczy opóźnienie w poinformowaniu osoby podejrzanej o postanowieniu przedstawienia zarzutów lub w ogóle zaniechanie tej czynności przez organy ścigania jest oczywistą nieprawidłowością powodującą dla tej osoby rażąco negatywny skutek w razie wykorzystania jej w tym czasie jako osobowego źródła dowodowego nieposiadającego prawa do odmowy wyjaśnień, na co trafnie zwrócił uwagę SN, powołując się na głosy doktryny prawa.

Ewidentne zaniechanie

Marcin Warchoł słusznie zwraca uwagę na problem, jaki pojawia się w związku z treścią art. 183 k. p. k., zgodnie z którym również świadek może się uchylić od odpowiedzi napytanie, jeżeli mogłaby narazić go lub osobę najbliższą na odpowiedzialność za przestępstwo lub przestępstwo skarbowe. Niemniej trzeba pamiętać o dwóch istotnych okolicznościach związanych z opisaną sprawą.

Po pierwsze -doszło do ewidentnego zaniechania ze strony organów ścigania. W rzeczywistości przesłuchiwały one w charakterze świadka osobę, wobec której powinno zostać wydane postanowienie o przedstawieniu zarzutów, co sprawia, że zamiast uprawnienia z art. 183 k. p. k., które siłą rzeczy wskazuje organom ścigania pewien kierunek działania, osobie tej przysługiwało uprawnienie z art. 175 k. p. k. Po drugie - L. N. przysługiwało już faktycznie na ówczesnym etapie postępowania szerzej ujęte prawo do obrony, które nie zostało jej wskutek opisanych zaniechań organów ścigania "udostępnione", jak trafnie zauważył SN w uzasadnieniu uchwały.

Drogowskaz dla sądów

Co szczególnie istotne, to fakt, że SN wyszedł z założenia - i można oczekiwać, że tym tropem pójdą sądy powszechne, rozstrzygając podobne sprawy -że w toku postępowania sądy są uprawnione do samodzielnego dokonywania ustaleń w odniesieniu do statusu procesowego danej osoby. Tak więc nie nazwa formularza wykorzystanego wtoku przesłuchania przez organy ścigania ani treść pouczeń w nim zawartych będą miały decydujące znaczenie dla rozstrzygnięcia, czy dana osoba posiada status świadka, czy podejrzanego, lecz kwestię tę trzeba będzie ocenić na podstawie kryterium dowodowego, które pozwoli podjąć decyzję co do rzeczywistej sytuacji prawnej tej osoby.

Takie rozwiązanie należy uznać za wyjątkowo trafne, gdyż tylko w ten sposób sądy powszechne będą wstanie podjąć mądrą i - co najważniejsze - sprawiedliwą decyzję o ewentualnej odpowiedzialności karnej w podobnych jak opisana sprawach.

Kulą w płot

Tak więc larum podniesione przez pana Warchoła, że oto SN podejmuje uchwały bez przemyślanego uzasadnienia, czy wręcz contra legem, jest nieuzasadnione.

Lektura uzasadnienia uchwały prowadzi do wniosku, że, owszem, w pewien sposób jesteśmy świadkami kształtowania się nowego kontratypu pozaustawowego na gruncie obowiązującego kodeksu karnego, lecz wyłączenie bezprawności w tej sprawie miało swoje głębokie uzasadnienie w jej stanie faktycznym oraz w zasadzie prawa do obrony eksponowanej przez konstytucję i uszczegółowionej w k. p. k. Niewątpliwie bowiem zaniechania organów ścigania nie mogą prowadzić do pozbawienia obywateli prawa do obrony, tym bardziej zaś do ponoszenia przez nich dodatkowej odpowiedzialności karnej, w tym wypadku z art. 233 §1 k. k.

Roman Nowosielski, Maciej Śledź