wtorek, 30 października 2007

Należy znieść 24-godzinne sądy

Jan Widacki, adwokat  (Rozmiar: 6513 bajtów)
Jan Widacki, adwokat
Sławomir Różycki, sędzia, Ministerstwo       Sprawiedliwości  (Rozmiar: 6313 bajtów)
Sławomir Różycki, sędzia, Ministerstwo Sprawiedliwości
ZBIGNIEW HOŁDA, kandydat na ministra       sprawiedliwosci, uważa, że zawód sędziego powinien być       ukoronowaniem zawodów prawniczych Fot. Wojciech Górski (Rozmiar: 54883 bajtów)
Fot. Wojciech Górski
ZBIGNIEW HOŁDA, kandydat na ministra sprawiedliwosci, uważa, że zawód sędziego powinien być ukoronowaniem zawodów prawniczych

Wiele ustawowych rozwiązań, które wprowadzono do wymiaru sprawiedliwości w ciągu ostatnich dwóch lat, było zbędnych. Należą do nich zarówno 24-godzinny tryb dyscyplinarny dla sędziów, jak i 24-godzinne sądy dla chuliganów.

Panie profesorze, czy zasadnicze projekty zmian kodeksu karnego, zakładające zaostrzenie kar, konfiskatę mienia i wcześniejsza odpowiedzialność nieletnich da się jeszcze uratować w nowej kadencji Sejmu? Czy politykę zaostrzenia kar należy w ogóle kontynuować?

- Nie, takiej możliwości nie widzę. Zmiany w kodeksach karnych forsowane przez Ministerstwo Sprawiedliwości powinny odejść do historii. Obowiązujący kodeks był uchwalony w 1997 roku i jest to dobry akt prawny. Rozwiązania proponowane przez PiS zmieniały go całkowicie. Zmianie uległa cała filozofia karania. Dlatego nie ma powodu, by projekty te forsować w nowym Sejmie, zwłaszcza że w szczegółach nawiązują one do PRL-owskiego kodeksu z 1965 roku. Natomiast problem odpowiedzialności nieletnich jest sprawą otwartą. Sądzę, że postępowanie z nieletnimi należy uregulować w odrębnej ustawie.

OPINIA

JAN WIDACKI

adwokat

Projekt zmian w kodeksie karnym dotyczący konfiskaty mienia ogranicza władzę sądu, przede wszystkim zasadę swobodnej oceny dowodów. W prawie karnym pojawiła się tendencja, zgodnie z którą rozpiętość kodeksowych sankcji ulega ograniczeniu. To powoduje, że sąd działa jak automat. Powstaje pytanie, jak proponowane przepisy mają się do zasady domniemania niewinności i ciężaru dowodu w procesie karnym.

Czy należy utrzymać 24-godzinne sądy dla rowerzystów chuliganów?

- Uważam, że im prędzej, tym lepiej, należy te przepisy kodeksu postępowania karnego uchylić. Okazało się, że to był zły pomysł. Przepisy o sądach 24-godzinnych nie sprawdziły się. Są kosztowne, nieskuteczne, wręcz szkodliwe.

Które przepisy procedury karnej i kodeksu karnego uchwalone w ciągu ostatnich dwóch lat były szkodliwe społecznie?

- Całe szczęście ustępujący minister sprawiedliwości nie zdołał wprowadzić większości swoich złych pomysłów. Znowelizowany w 2003 roku kodeks postępowania karnego sprawdził się w praktyce i funkcjonuje jak należy. Cel tej nowelizacji, którym było przyspieszenie i uproszczenie postępowania, został osiągnięty. Dzisiaj, jak wskazują badania zespołu pracującego pod przewodnictwem prof. Stanisława Waltosia, w 2/3 przypadków zapadają wyroki bez przeprowadzania postępowania dowodowego, np. w trybie dobrowolnego poddania się karze czy warunkowego umorzenia postępowania karnego itd. Przed wejściem w życie kodeksu była to 1/3 spraw.

Profesor Marian Filar twierdzi, że trzeba zmienić przede wszystkim strategię myślenia: należy podążyć w kierunku polityki naprawczej.

- Jest uchwała Komisji Praw Człowieka i Sprawiedliwości Senatu poprzedniej kadencji, gdy jej przewodniczącą była Teresa Liszcz, która opowiedziała się właśnie za ideą sprawiedliwości naprawczej. I ta koncepcja znalazła się w naszych kodeksach. Podążamy więc w dobrym kierunku. Mamy już takie instrumenty, jak dobrowolne poddanie się karze, wniosek o wymierzenie kary bez rozprawy. One zakładają brak sprzeciwu pokrzywdzonego i są oparte na porozumieniu między sprawcą a ofiarą.

Czy zgadza się pan z postulatem I prezesa Sądu Najwyższego, że w pierwszej kolejności należy uchylić przepisy ustawy o ustroju sądów powszechnych znoszące immunitet sędziowski w 24 godziny?

- Mam głęboką nadzieję, że te przepisy nie będą stosowane. Niepotrzebnie w ogóle tę ustrojową ustawę nowelizowano.

Jeden przepis z tej ustawy o asesorach sądowych straci moc po 18 miesiącach po orzeczeniu Trybunału Konstytucyjnego z 24 października tego roku, TK zakwestionował ustawowe upoważnienia asesora do orzekania w charakterze sędziego. Bardzo dobrze, że tak się stało. Asesor nie jest przecież niezawisłym sędzią.

OPINIA

SŁAWOMIR RÓŻYCKI

sędzia, Ministerstwo Sprawiedliwości

Nadal mianowanie asesorów jest legalne i będzie zgodne z prawem jeszcze przez 18 miesięcy. Należałoby zatem wrócić do prezydenckiego projektu ustawy, który zakładał, że po upływie sześciu miesięcy od dnia wejścia w życie nowelizacji asesor, który pełnił czynności sędziowskie przez dwa lata, może otrzymać nominację na sędziego na czas nieoznaczony.

A jak ten problem rozwiązać? Kto będzie sądził w sądach grodzkich?

- Wymiar sprawiedliwości, wbrew obiegowym opiniom, nie cierpi na niedobór sędziów. Orzekających sędziów jest 10 tys., a asesorów 1,6 tys. Niektórzy z nich mają trzy lata asesury za sobą i w najbliższym czasie będą mianowani sędziami. Problem tak naprawdę dotyczy najmłodszych asesorów, mianowanych przez ministra sprawiedliwości w ciągu dwóch lat. Minister mianował te osoby, wiedząc, że sprawa asesorów jest na wokandzie w Trybunale. Nie było to eleganckie posunięcie, żeby nie powiedzieć mocniej.

Jak pan ocenia prestiż naszego wymiaru sprawiedliwości? Czy dwa lata rządów ministra Zbigniewa Ziobry nie wystawiły tego prestiżu na ciężką próbę? Czy prestiż sędziów nie został w ciągu rządów ministra Ziobry zanadto nadwerężony?

- Afirmacją tego prestiżu niech będzie ostatnie orzeczenie Trybunału Konstytucyjnego w sprawie asesorów. Trybunał stwierdził jednoznacznie, że sądzić mogą tylko sędziowie. Asesor nie ma takich kwalifikacji zawodowych. Trybunał powiedział jasno, że zawód sędziego powinien być ukoronowaniem zawodów prawniczych. Ustawodawca nie może obniżać tych standardów, nie może przede wszystkim rzucać cienia na sędziowską niezawisłość.

Rozmawiała Katarzyna Żaczkiewicz

■ ZBIGNIEW HOŁDA

adwokat, ekspert Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka, kandydat na ministra sprawiedliwości

Poczet polskich gangsterów

us
2007-10-30, ostatnia aktualizacja 2007-10-30 13:26
Zobacz powiększenie
2002 r. Proces mafii pruszkowskiej
Fot. Wojciech Olkuśnik / AG

Smutny jest koniec gangstera. Po pełnym emocji życiu często wśród luksusów, często w nieustannym uciekaniu przed policją przywódcy polskich gangów kończą jako ofiary porachunków gangsterskich (jak Nikoś czy Kiełbasa), odsiadując wyroki w więzieniach (jak Słowik) lub umierając w tajemniczych okolicznościach (tajemnicze samobójstwo Baraniny w wiedeńskim więzieniu). Do grona najsłynniejszy nieżyjących polskich mafiosów dołączył we wtorek Henryk Niewiadomski, ps. Dziad. Przyczyną jego śmierci był prawdopodobnie wylew.

Zobacz powiekszenie
Fot. Grzegorz Dąbrowski/AG
Henryk N. pseudonim ,,Dziad''
Zobacz powiekszenie
Jeremiasz B. ,,Baranina''
ZOBACZ TAKŻE
Henryk Niewiadomski, domniemany przywódca gangu wołomińskiego, zmarł 30 października 2007 w radomskim więzieniu. We wrześniu przyszłego roku miał zakończyć odsiadywanie kary. Odbywał kary 8 i 2 lat więzienia za podżeganie do zabójstwa i znieważenie prokuratorów, którego dokonał w trakcie swego procesu, a także obrót narkotykami.

"Dziad" jest przykładem amerykańskiej kariery - zaczynał od rozwożenia węgla (w latach 70.), sprzedawał pyzy, skupował złoto. W czasach transformacji ustrojowej założył kantor, lombard, warsztat samochodowy. W 1995 r. chwalił się już dziennikarzom, że pod ręką zawsze ma jakieś 100-200 tys. dolarów. "Ale jeśli komuś ukradłem choćby 100 złotych, to możecie mi w gębę napluć" - mówił.

"Dziad" wywołał ogólnonarodową dyskusję - czy cierpiący na klaustrofobię mogą bezkarnie dopuszczać się przestępstw? Zainteresowało to nawet byłego ministra spraw wewnętrznych Leszka Millera. Doprowadził do aresztowania, osadzenia i osądzenia "Dziada".

Nikoś - zastrzelony w agencji towarzyskiej w Gdyni

Nikodem Skotarczak zamordowany w 1998 roku w Gdyni, gdy do agencji towarzyskiej "Las Vegas" weszło dwóch zamaskowanych mężczyzn. Jeden z nich strzałami z bliskiej odległości zabił Skotarczaka. Prowadzone przez Prokuraturę Okręgową w Gdańsku śledztwo nie przyniosło rezultatów. Zabójcy ani ewentualnych zleceniodawców do tej pory nie schwytano. Postępowanie umorzono.

Według ustaleń policji w połowie lat 70. Nikodem S. był cinkciarzem i założył pierwszą zorganizowaną grupę przestępczą zajmującą się przerzutem kradzionych samochodów z Niemiec i Austrii do Polski. W połowie lat 80. NIKOŚ wyemigrował do Niemiec (wcześniej był tam pod koniec lat 70.) skąd nadal kierował przemytem kradzionych samochodów.

W roku 1989 został zatrzymany przez policję podczas kradzieży luksusowego samochodu. Otrzymał wyrok 1 roku i 9 miesięcy pozbawienia wolności i został osadzony w słynnym berlińskim więzieniu Moabit. Po niecałych trzech miesiącach podczas widzenia z młodszym bratem Markiem zamienił się z nim ubraniami i w ten sposób odzyskał wolność. Niemcy odkryli fortel po 90 dniach.

Na początku lat 90. wrócił nielegalnie do Polski. Zatrzymany w 1993 r. i skazany na 2 lata wyszedł już w 1994 r. za dobre sprawowanie. Później zaczął inwestować w legalne interesy, ale współpracował też m.in. z gangiem wołomińskim. W październiku 1996 r. rozpoczął się proces Nikosia oskarżanego o kierowanie grupą przestępczą zajmującą się kradzieżą samochodów.

Baranina - powiesił się w celi na pasku od spodni

Jeremiasz Barański ps. Baranina - domniemany boss mafijny pełniący rolę rezydenta gangu pruszkowskiego na Europę Zachodnią. Od 1981 r. mieszkał w Austrii. Zatrzymany za oszustwa skarbowe poszedł na układ z austriacką policją i został informatorem austriackich służb specjalnych.

Wydał zlecenie zabójstwa byłego ministra sportu Jacka Dębskiego, zastrzelonego w Warszawie w kwietniu2001 r. - twierdzi zgodnie austriacka i polska policja. Zrobił to, ponieważ Dębski miał przywłaszczyć sobie milion dolarów, który rok wcześniej dostał od "Baraniny" na rozkręcenia wspólnych interesów. W trakcie procesu przed sądem w Wiedniu "Baranina" popełnił samobójstwo, wieszając się w celi na pasku od spodni.

Za pomoc w zabójstwie została skazana 25-letnia Halina G., ps. Inka, która odsiaduje 8-letni wyrok.

Kiełbasa - zastrzelony w centrum Pruszkowa

Wojciech Kiełbiński był jednym z prominentnych członków mafii pruszkowskiej. Został zastrzelony 19 lutego 1996 r. w wieku 35 lat, kiedy wsiadał do swojego samochodu w centrum Pruszkowa. Niektóre gazety zamieściły zdjęcie posiekanego kulami ciała Wojciecha K. na tle szyldu sklepu mięsnego. Sprawców zabójstwa nie ustalono. Prawdopodobnie padł ofiarą mafijnych porachunków i walki o schedę po aresztowanym szefie "Pruszkowa" Andrzeju Królikowskim, ps. Pershing.

Masa - najsłynniejszy świadek koronny w Polsce

Jarosław Sokołowski obecnie jest najsłynniejszym świadkiem koronnym w Polsce. Karierę gangstera rozpoczynał jako ochroniarz "Kiełbasy". Razem napadali na TIR-y z papierosami i alkoholem. Przez policję uważany był za przywódcę tzw. mięśniaków. To określenie odnosi się do szeregowych członków gangów zwanych dotąd "żołnierzami".

W połowie lat 90. wywinął się ze sprawy o gwałt, przeżył kilka zamachów na swoje życie

Od 1994 r. - jak twierdzi - był agentem policyjnym. W 2000 r. w procesie dotyczącym gangu pruszkowskiego uzyskał status świadka koronnego Nie wiadomo, gdzie obecnie przebywa on ani jego rodzina.

Słowik - odsiaduje wyrok, czeka na kolejne procesy

Andrzej Zieliński vel. Banasiak (nazwisko Banasiak przyjął po żonie) jest jednym z twórców i przywódców mafii pruszkowskiej. Po zatrzymaniu "Pershinga" typowany na jego następcę. "Karierę" zaczynał od włamań i kradzieży. Skazany za przestępstwa pospolite został w 1993 r. ułaskawiony przez prezydenta Lecha Wałęsę. Z sześcioletniego wyroku odsiedział zaledwie 2 lata. Został ułaskawiony mimo że nie wrócił z przepustki i się ukrywał. Miał wówczas wręczyć 150 tys. dolarów łapówki pracownikom Kancelarii Prezydenta: Mieczysławowi Wachowskiemu i Lechowi Falandyszowi. Śledztwo w tej sprawie zostało przez prokuraturę umorzone w 2005 roku.

W październiku 2001 r. został zatrzymany w Hiszpanii i drogą ekstradycji przekazany do Polski. W 2004 r. został skazany za wymuszenia rozbójnicze na 6 lat więzienia. Jest oskarżany o kierowanie grupą i nakłanianie do zabójstwa Marka Papały.

W 2001 r. ukazała się jego książka pt. "Skarżyłem się grobowi".

Pershing - zastrzelony w Zakopanem

Andrzej Kolikowski, legenda polskiego świata przestępczego. Zastrzelony w 1999 r. w Zakopanem. -To prasa zrobiła ze mnie gangstera numer jeden - mówił skromnie.

Zapowiadał się na niezłego zapaśnika. Grał w piłkę nożną (liga okręgowa); karty, ruletkę (w nielegalnych szulerniach i oficjalnych kasynach; gdy śnili mu się policjanci wygrywał, a śnili mu się często); konie (na Służewcu).

Jego najlepszy blef to próba przekonania sądu, iż notatki dotyczące zbierania haraczy w warszawskich agencjach towarzyskich były zapisem karcianej gry w meine-deine (z niem. moje-twoje). Graficzny znak dolara oznaczać miał punkty w grze, a procenty - wysokość szans na wygraną.

Od 1983 r. oficjalnie nie pracował. Dorobił się jednak willi z basenem, kilku luksusowych aut. Tylko w latach 1990-94 - według informacji urzędu skarbowego - wydał 2,5 mld starych złotych ponad zadeklarowane dochody. "Zawsze mam jakieś pół miliarda na czarną godzinę" - chwalił się przed sądem.

W 1994 miał miejsce pierwszy zamach na jego życie przygotowany z użyciem bomby zamontowanej pod jego samochodem.

W lutym 1996 roku warszawski Sąd Okręgowy skazał Andrzeja K. na 4 lata pozbawienia wolności za paserstwo, fałszowanie dokumentów oraz nielegalne odzyskanie długu. Więzienie Pershing opuścił w sierpniu 1998 roku.

Zginął w grudniu 1999 r. w Zakopanem trzykrotnie postrzelony przez wynajętego zabójcę Ryszarda B. Zmarł w trakcie reanimacji. W zamachu też miał brać udział Ryszard Niemczyk.

W lipcu 2003 r. Ryszard B. oskarżony o zamordowanie Pershinga został skazany na 25 lat pozbawienia wolności.

Leśnicy zniszczyli "katowicką Rospudę"

Tomasz Malkowski
2007-10-29, ostatnia aktualizacja 2007-10-30 08:03

Jeszcze kilka dni temu w panewnickim lesie meandrował strumień. Niewielką dolinkę porastały rzadkie i chronione mchy. Przyrodnicy mówią, że to unikat, którego nie powstydziłaby się Puszcza Białowieska. Teraz strumień przekształcono w prosty rów melioracyjny. Dzieła zniszczenia dokonali w majestacie prawa sami leśnicy

Zobacz powiekszenie
Fot. Dawid Chalimoniuk / AG
Dr Jerzy Parusel na zniszczonym torfowisku
ZOBACZ TAKŻE
Las panewnicki w pobliżu uniwersyteckich akademików jest często odwiedzany. W czwartek na rowerze przejeżdżał tędy Grzegorz Chwoła z Ligoty. - W środku lasu stanąłem oniemiały. Zobaczyłem koparkę i wycięte drzewa w najpiękniejszym miejscu, przy malowniczej dolince, którą pokochałem jeszcze w dzieciństwie - mówi.

Chwoła niezwłocznie zawiadomił Centrum Dziedzictwa Przyrody Górnego Śląska. Szef placówki, dr Jerzy Parusel, dokonał wizji lokalnej. - Byłem wstrząśnięty, bo zniszczono dolinę strumyka, który naturalnie meandrował. Odsłoniły się złoża torfowe, jakich nie powstydziłaby się nawet Puszcza Białowieska - mówi Parusel.

Niestety kilometr doliny strumienia został już zniszczony - to prawie jedna trzecia całej długości. Zdewastowano najcenniejszą, bo najszerszą część u ujścia do Ślepiotki. Wycięto drzewa, koparka pogłębiła strumień i przekształciła go w prosty rów melioracyjny.

- Torfy, które powstawały 10 tysięcy lat, teraz szybko ulegną osuszeniu, bo szybciej odpływa stąd woda. Znikną też bezpowrotnie torfowce, chronione przez nasze i unijne prawo mchy - dodaje przyrodnik. Pozbawiona drzew dolina z rowem zamiast strumyka przestanie być przyjaznym miejscem dla unikatowych gatunków roślin.

Dr Parusel jeszcze w piątek interweniował w Nadleśnictwie Katowice. Roboty wstrzymano w sobotę. - Te prace związane są z regulacją zlewni Odry. Projekt rowu melioracyjnego powstał kilka lat temu. Nie wiedzieliśmy, że są tam torfowce - mówi Grzegorz Skurczak, inżynier nadzoru w katowickim nadleśnictwie. Przyznaje, że inwentaryzacja cennych przyrodniczo fragmentów lasów rozpoczęła się dopiero w tym roku w ramach unijnego programu Natura 2000. - Ten rów nie ma osuszać tego miejsca, ale zatrzymać wodę. Powstaną na nim zastawki, rodzaj tam - dodaje Surczak.

Prace w katowickim lesie są częścią olbrzymiego programu rządowego Odra 2006, który powstał po tragicznej powodzi z 1997 roku. Prace są w jednej trzeciej finansowane przez Unię Europejską.

Przyrodnicy uważają, że roboty są niepotrzebne. - Natura stworzyła tu idealne zabezpieczenie przed powodzią, bo woda meandrując, zatrzymywana jest w lesie, w torfie i mchach. Torfowiec w 100 proc. trzyma wodę, to doskonały filtr. Po co tworzyć protezę natury? To wyrzucanie pieniędzy w błoto - uważa Parusel. Niepokoi go też fakt, że zastawki działają tylko w teorii. - W praktyce nikt o nie dba i po kilku latach są zrywane, nie zatrzymują wody, co powoduje osuszenie terenu. Tak znikły torfowiska w całej Europie. W Katowicach, mieście tak mocno przekształconym przez człowieka, ostatnie naturalne miejsca powinny być oczkiem w głowie władz - przekonuje Parusel.

W najbliższych dniach spotka się z kierownictwem nadleśnictwa, by zastanowić się nad naprawą doliny. - Zmienimy projekt. Nie będziemy dalej w niego brnąć - obiecuje Skurczak z nadleśnictwa. - Niestety, to kapitalne miejsce nie będzie już nigdy takie samo. Nie chcę nawet myśleć, co by się stało, gdyby nie postawa pana Chwoły. Dolinka mogła całkowicie zniknąć - mówi Parusel.