poniedziałek, 11 lutego 2008

Niech gniew boży spadnie na te wioski

Polscy żołnierze przed wyjazdem do Afganistanu.
AFP

Decyzje w tej sprawie podejmie Sąd Wojskowy. Z wnioskami o uchylenie aresztu zwrócili się obrońcy żołnierzy. Prokuratura uważa jednak, że ze względu na zarzut ludobójstwa i obawy o matactwo żaden z nich nie powinien wyjść na wolność.
Reporterki Superwizjera TVN dotarły do informatora, znającego bardzo dobrze szczegóły śledztwa w ich sprawie. Przedstawiona przez niego relacja daje pełny obraz zeznań jakie złożyli żołnierze i ich dowódcy. Treść tych wyjaśnień jeszcze bardziej komplikuje dotarcie do prawdy.

Jak ustalił Superwizjer żołnierze z plutonu, który ostrzelał wioskę Nanghar Khel mieli potwierdzić w prokuraturze, że nazywali siebie plutonem Delta a do mundurów przyczepiali emblematy trupich czaszek. Chcieli się w ten sposób upodobnić do amerykańskich komandosów znanych z profesjonalizmu, skuteczności ale przede wszystkim z bezwzględności. Jak wyjaśnili żołnierze sama nazwa Delta była skrótem pełnej nazwy: Dynamiczny Element Likwidacji Terrorystów Afgańskich. Dziś w Superwizjerze o 23.15 zdjęcia plutonu Delta i jedyny wywiad jakiego udzieli przed wyjazdem na misję a także pełna relacja z tragicznego 16-stego sierpnia kiedy to zabili 6-ściu cywili.

Według informacji Superwizjera trzech najwyższych rangą żołnierzy Delty miało zeznać, że rozkaz ostrzału wydał im dowódca bazy. Według nich rozkaz brzmiał: "napie… w wioski". Potem mieli jeszcze słyszeć z jego ust: "Niech gniew boży spadnie na te wioski". Żaden z nich nie odmówił wykonania rozkazu, bo - jak twierdzą - bali się konsekwencji. Przypominają sytuację buntu w oddziale. Doszło do niego, gdy żołnierze odmówili wyjazdu na patrol w za słabo ich zdaniem opancerzonych samochodach.

Kilkanaście osób złożyło wówczas wnioski o przeniesienie ich do innego miejsca. Część z nich wróciła do Polski. Wszczęto śledztwo w sprawie odmowy wykonania rozkazu. Pozostałych nakłoniono do wycofania wniosków.

Informator Superwizjera przedstawił też relację zeznań samego dowódcy. Brzmią one zupełnie inaczej od wersji żołnierzy. Przedstawił własną - szczegółowo opisującą przebieg dnia - wersję, według której nigdy takiego rozkazu nie wydał. Miał także opisać zupełnie nowy sensacyjny wątek, do którego dotarły reporterki Superwizjera: próby tuszowania okoliczności tragedii na najwyższych szczeblach dowództwa polskiej armii.

16 sierpnia 2007 r. polscy żołnierze ostrzelali z moździerzy wioskę Nangar Khel w Afganistanie. Zginęło sześć osób, wśród nich kobiety i dzieci. Trzy kobiety zostały kalekami.

Trzy miesiące później wojskowa prokuratura postawiła sześciu żołnierzom zarzut zabójstwa. Prokuratorzy ustalili, że Polacy pojechali na pomoc patrolowi, który wpadł na minę i otworzyli ogień w kierunku wioski. Choć nikt ich nie atakował, strzelali z moździerza i karabinu maszynowego, celowali w budynki cywilne. Żołnierzom za ten czyn – zbrodnię wojenną - grozi dożywocie. Komandosi twierdzili, że zostali zaatakowani przez talibów, którzy uciekli do wioski. Strzelali do broniących się bojowników, a ofiary wśród cywilów to nieszczęśliwy wypadek. Ale szczegółów ich wersji do tej pory nie znał nikt poza osobami zaangażowanymi w śledztwo.

Od pół roku żołnierze z plutonu Delta siedzą w areszcie, oskarżeni o zbrodnię ludobójstwa. Do tej pory o tym, co się zdarzyło w Nangar Khel mówili tylko przedstawiciele Ministerstwa Obrony i eksperci wojskowi. Wersja żołnierzy pozostawała tajemnicą śledztwa. Reporterki Superwizjera TVN od początku śledzą sprawę tragedii w Nangar Khel. Jako jedyne przedstawiły relacje jej mieszkańców. Teraz – jako pierwsze – zaprezentują relację informatora, który bardzo dobrze zna zeznania polskich żołnierzy.

O czym mówią? Ich zeznania są w wielu punktach sprzeczne. Zgadzają się w jednym - w próbie tuszowania tragedii brali udział najwyżsi przedstawiciele armii. W ich relacji pojawiają się także inne bulwersujące szczegóły – choćby to, że bezpośrednio po tragedii w Nangar Khel dwóch żołnierzy z wojskowej bazy zabrał samolot, na którego pokładzie był znany polski polityk.

Szczegóły relacji informatora, a także nigdzie dotąd nie prezentowane nagrania i zdjęcia żołnierzy, którzy uczestniczyli w incydencie w Nangar Khel w reportażu Superwizjera TVN, w poniedziałek o 23.15.

Spłonął i zawalił się najważniejszy zabytek Korei Południowej

awe, AFP
2008-02-11, ostatnia aktualizacja 2008-02-11 17:02
Zobacz powiększenie
Płonie brama Namdaemun - najważniejszy zabytek Korei Południowej
Fot. Lee Jin-man AP

Południowa Korea pogrążyła się w żałobie, po tym jak stojący w centrum Seulu 600 - letni zabytek spłonął i zawalił się. Budynek określany jest jako symbol miasta i najważniejszy obiekt koreańskiego dziedzictwa kulturowego.

Zobacz powiekszenie
Fot. Lee Jin-man AP
Pożar wybuchł w niedzielę wieczorem
Zobacz powiekszenie
Fot. Lee Sang-hak AP
Policja podejrzewa, że przyczyną pożaru mogło być podpalenie
Zobacz powiekszenie
Fot. Lee Jin-man AP
Koreańczycy są zdruzgotani po stracie zabytku. - To była nasza tradycja, najbardziej symboliczny i znaczący ze wszystkich zabytków - powiedział rzecznik prezydenta Korei
Policja prowadzi dochodzenie, czy przyczyną pożaru mogło być podpalenie. Stojąca w centrum Seulu brama Namdaemun jest jedną z kilku historycznych budowli, które w XX wieku przetrwały japońską okupację i Wojnę Koreańską.

- Ten ogień zranił nas wszystkich - powiedział koreański prezydent- elekt i były burmistrz Seulu Lee Myung - Bak po przybyciu na miejsce tragedii. - To symboliczne miejsce, które odwiedzają wszyscy przybywający do Seulu - dodał.

Cheon Ho - Seon rzecznik urzędującego prezydenta Roh Moo-Hyuna wyraził głębokie ubolewanie nad " nieopisaną stratą" - To była nasza tradycja, najbardziej symboliczny i znaczący ze wszystkich zabytków - powiedział Cheon.

Koreańczycy na widok wypalonych ruin budowli także wyrażają ubolewanie. - Jestem zdruzgotany - powiedział Kim Duk - Il ocierając łzy. - Brama przetrwała 600 lat. Przetrzymała nawet Wojnę Koreańską. Ciągle nie mogę w to uwierzyć. Nasza duma legła w gruzach - dodał.

Widziano podpalacza

Ozdobiona ornamentami, dwupoziomowa budowla stojąca na kamiennym fundamencie była najstarszym budynkiem w Seulu zbudowanym z drewna. Pożar wybuchł w niedzielę, późnym wieczorem. Strażacy, którzy walczyli z ogniem byli pewni, że udało się go opanować, jednak płomienie pojawiły się ponownie.

Agencja prasowa Yonhap opublikowała relację taksówkarza. Poinformował on śledczych, że zauważył ok. 50 - letniego mężczyznę, który wchodził po schodach prowadzących do budynku tuż przed pojawieniem się ognia.

Ekipa śledczych przeszukuje ruiny, które otoczono rusztowaniem i pokryto folią. - Policja nie ma jeszcze żadnych dowodów na to, że mogło dojść do celowego podpalenia - powiedział Kim Yong-Su, komendant posterunku policji przy Namdaemun. - Cały czas prowadzimy śledztwo. Bierzemy pod uwagę różne okoliczności - dodał. Według niego policja ma zeznania trzech świadków, który twierdzą, że widzieli domniemanego podpalacza. Ich zeznania określono jednak jako "wykluczające się".

Przetrwała dwie wojny

Brama, która była główną atrakcją turystyczną Seulu wzniesiono w 1398 r. Przebudowano ją w 1447 r. Od tego czasu była systematycznie remontowana. Niektóre kolumny budowli pochodzą jeszcze z XII wieku. Japońscy najeźdźcy podczas okupacji Korei w latach 1910 - 45 zburzyli wiele historycznych budowli. Cześć miasta została także zniszczona w trakcie wojny koreańskiej w latach 1950-53.

Zabytek otoczony przez nowoczesne budynki jest oficjalnie zwany Sungnyemun lub "Bramą ceremonii". Budowla należała do kompleksu murów obronnych otaczających Seul w czasie panowania dynastii Chosun od 1392 do 1910 roku. Brama sąsiaduje z historycznym rynkiem Namdaemun często odwiedzanym przez turystów i mieszkańców miasta. Koreański Urząd Dziedzictwa Kulturalnego zapowiada, że zabytek będzie odbudowany. - Eksperci szacują, że zajmie to od dwóch do trzech lat i będzie kosztować ok. 20 miliardów wonów (21 milionów dolarów) - powiedział przedstawiciel Urzędu Shim Dong-Jun.

Czy Carlę Bruni kręci władza?

tekst Dominika Pszczółkowska
2008-02-11, ostatnia aktualizacja 2008-02-12 16:09

Francuzi są oburzeni zachowaniem swojego prezydenta. No, może nie wszyscy Francuzi. Wszyscy z wyjątkiem tych trzech czwartych, którzy marzą właśnie, by być jak prezydent i Carla Bruni

Zobacz powiekszenie
Fot. Dana Smillie Polaris/FOTOLINK
Świąteczny wypad do Egiptu. Prezydent Francji Nicolas Sarkozy i jego dziewczyna Carla Bruni podziwiają Sfinksa i piramidy w Gizie
Zobacz powiekszenie
Fot. Photo B.D.V./CORBIS Laszlo Veres
Carla Bruni jako modelka-muza u Vivienne Westwood, kolekcja na jesień i zimę 1994 r.
Zobacz powiekszenie
Fot. alberto ramella/GraziaNeri
Rodzinny dom Carli - XVII-wieczny zamek w okolicach Castagneto we Włoszech
SONDAŻ
Czy myślisz, że związek Bruni i Sarkozy'ego to marketnigowy chwyt?

To całkiem prawdopodobne.
Niemożliwe, wyglądają tak naturalnie...
Nie mam pojęcia i znudził mnie już ten temat.

Gdy w październiku Nicolas Sarkozy rozwiódł się z żoną Cécilią, zapisał się w historii jako pierwszy urzędujący prezydent, który wziął rozwód. Czy na tym koniec przełamywania obyczajowego tabu? A może to dopiero początek i Sarkozy będzie teraz obnosił się z kochankami, by wreszcie jako pierwszy urzędujący prezydent wziąć ślub? - zastanawiali się komentatorzy. Nikt jednak nie przypuszczał, że wszystko to (albo prawie wszystko) stanie się w ciągu kilku miesięcy. Lżejszego kalibru media śledzą osobiste perypetie prezydenta od czasów, gdy był jedynie ministrem. Teraz ledwo nadążają z podawaniem kolejnych informacji. Po odcinku opery mydlanej zatytułowanym 'Rozwód' nastąpił zaledwie kilkutygodniowy pod tytułem 'Samotny i smutny prezydent'.
Sarkozy podobno nie cierpiał wieczorów i weekendów w pustym Pałacu Elizejskim. Obdzwaniał starych przyjaciół i prosił, by zechcieli organizować przyjęcia, na których on będzie gościem i atrakcją. To właśnie podczas jednego z takich przyjęć w listopadowy wieczór poznał Carlę Bruni. Podobno długo się opierała, nim przyjęła zaproszenie gospodarza, uważając, że prezydent to prawicowy sztywniak. W osobistym kontakcie Sarkozy wydał jej się jednak zupełnie inny. I zaczęło się. Dla mediów - już nie tylko brukowych, lecz praktycznie wszystkich - we Francji, w Europie i na świecie oraz dla szerszej publiczności rozpoczął się odcinek pt. 'Zakochany prezydent'.

Wszyscy mówią kocham cię

Trudno się dziwić, że prasa i telewizje poświęcają Carli Bruni tyle uwagi. Temat zdjęciowy jest wyjątkowo wdzięczny. 40-letnia dziś Carla w latach 90. była jedną z najlepiej opłacanych na świecie modelek. Pracowała dla Diora, Lagerfelda, Rykiel. Jej piękne ciało, delikatne rysy i melancholijne spojrzenie z błyskiem nadal przemawiają niejednemu do wyobraźni i idealnie nadają się na okładki pism. Na okładkach się jednak nie kończy. O pięknej Carli już nieraz było głośno. Wystarczy więc odgrzebać dawne historie, które teraz czytelnicy zobaczą w zupełnie nowym świetle. Można przypomnieć, że Carla, z pochodzenia Włoszka, jest spadkobierczynią fortuny przemysłowca, a jednocześnie kompozytora Alberta Bruniego Tedeschiego. Był jej ojczymem i wychowywał ją jak córkę, choć w rzeczywistości Carla była owocem romansu matki pianistki Marysy Borini z pewnym młodym skrzypkiem.
Rodzina przeniosła się do Francji w latach 70., uciekając przed falą porwań bogaczy we Włoszech przez Czerwone Brygady.Carla, jeśli chodzi o podboje miłosne, nie tylko dorównała swej matce, ale i ewidentnie ją przebiła. Jako 22-latka nawiązała płomienny romans z muzykiem Mickiem Jaggerem, przyczyniając się do jego rozwodu z Jerry Hall. Na liście jej zdobyczy figurują też Eric Clapton, amerykański milioner Donald Trump i socjalistyczny francuski polityk Laurent Fabius (choć ten ostatni romans Bruni dementowała). Była związana z pisarzem i wydawcą Jean-Paulem Enthovenem, lecz porzuciła go dla jego syna filozofa Raphaëla, z którym ma synka. Żona tego drugiego uwieczniła Carlę w powieści, w której określa ją jako 'piękną i bioniczną' i rezerwuje dla niej przydomek 'Terminator'.
Trudno w to uwierzyć, słuchając piosenek Carli o miłości z płyty, którą wydała w 2002 roku, i oglądając ją w melancholijno-romantyczno-tajemniczych scenach z teledysków. Płyta 'Quelqu'un m'a dit' (Ktoś mi powiedział) była hitem, sprzedała się w nakładzie 2 mln egzemplarzy. Drugi album poezji śpiewanych po angielsku nie był już takim sukcesem, lecz także znalazł fanów. Teraz Carla pracuje nad kolejnym.

Francuzi są nieżyczliwi

Gdy już zabraknie tematów z biografii byłej modelki i piosenkarki, wystarczy przytoczyć to, co sama mówiła jeszcze kilka miesięcy temu. Na przykład, że 'bywała monogamiczna', lecz w zasadzie ją to nudzi i opowiada się za poligamią i poliandrią. Albo że jest "'kocicą' i 'poskramiaczką mężczyzn'. Ten temat to medialny samograj, także dlatego że Carla pod wieloma względami przypomina byłą żonę Sarkozy'ego Cécilię. Nie kończy się na oczywistościach - że obie panie są o ładnych kilka centymetrów wyższe od prezydenta, że obie mają imię na "C". Obie też są z pochodzenia cudzoziemkami. Cécilia chełpiła się tym, że nie płynie w niej "ani kropla francuskiej krwi" (jej ojciec był Żydem z terenów dzisiejszej Mołdawii, matka - hiszpańską arystokratką).
Carla Bruni tuż przed poznaniem Sarkozy'ego w wywiadzie dla brytyjskiego dziennika 'Daily Mail' twierdziła, że czuje się bardziej Włoszką niż Francuzką. Skarżyła się, że życie w Paryżu trudno znieść z powodu zanieczyszczeń, a Francuzi są 'nieżyczliwi' i 'często w złym humorze'. Carla podobnie jak Cécilia ma własne zdanie w kwestiach politycznych, co jeszcze niejednokrotnie może sprawić prezydentowi kłopoty. Żadna nie głosowała na Sarkozy'ego w wyborach. Cécilia podczas drugiej tury pozostała w domu, wykręcając się złym samopoczuciem. Carla nie ukrywała, że popiera rywalkę Sarkozy'ego Ségolene Royal i że od zawsze jest socjalistką. Już gdy Sarkozy sprawował urząd prezydenta i proponował kontrowersyjną ustawę umożliwiającą badanie DNA imigrantów chcących wjechać do Francji w ramach łączenia rodzin, by sprawdzić, czy faktycznie są rodziną, Carla podpisywała petycje i uczestniczyła w koncercie przeciw ustawie. Wiedziała, że gdyby ponad 30 lat wcześniej ustawa obowiązywała w takiej wersji, w jakiej ją pierwotnie proponowano, ona sama nie wjechałaby do Francji, a na granicy przekonałaby się przy okazji, że nie jest córką swojego ojca.

Prezydent w kąpielówkach

To, że odcinek zatytułowany 'Zakochany prezydent' wydaje się składać z niezliczonej liczby zdjęć i szczegółów, jest zasługą nie tylko mediów, lecz także samych bohaterów. Sarkozy od zawsze wykorzystywał swe życie prywatne do budowy publicznego wizerunku. - Dotychczas francuscy prezydenci starali się ukrywać swoje romanse. Także media były dyskretne; istniała niepisana umowa w tej kwestii. Sarkozy jako pierwszy zerwał tę umowę. Zdecydował się raczej na model amerykański - pokazywał Francuzom swoje życie prywatne, by powiedzieć: "Jestem taki jak wy" - mówi socjolog Janine Mossuz-Lavau. Media oczywiście skwapliwie to wykorzystały.Gdy prezydent się rozwiódł, niektórzy spekulowali, że teraz będzie dyskretniejszy, jeśli chodzi o życie osobiste. Sparzył się bowiem już raz - wykorzystywanie żony i dzieci do budowy publicznego image miało tę przykrą konsekwencję, że także gdy żona go rzuciła, było to wydarzenie w stu procentach publiczne.

Prezydent nie jest jednak ani odrobinę dyskretniejszy. Już kilka tygodni po nawiązaniu znajomości para pozwoliła się fotografować razem na tle egipskich piramid podczas bożonarodzeniowego wypadu, a także w podparyskim Disneylandzie, dokąd zabrali sześcioletniego syna Carli. Ujęcia były jednoznaczne - prezydent delikatnie dotykający pleców Carli, prezydent z synkiem Carli na ramionach. Do mediów przeciekły informacje na temat niewyobrażalnie kosztownej biżuterii, którą na gwiazdkę obdarowała się para - on dał jej pierścionek zaręczynowy w kształcie serca z diamentami, ona jemu zegarek Patek Philippe. Nawet pierścionek stał się pretekstem do porównań z byłą żoną Sarkozy'ego. Odnaleziono bowiem zdjęcie, na którym Cécilia ma na palcu dokładnie taki sam. Czy to ten sam, który była żona zwróciła przy rozwodzie? Czy też prezydent obdarowuje wszystkie swoje kobiety taką samą biżuterią? Tego Pałac Elizejski nie wyjaśnił.
Francuzi przyjęli doniesienia o życiu uczuciowym prezydenta z mieszanymi uczuciami. Z jednej strony z fascynacją śledzą perypetie głowy państwa. Z drugiej niektórzy nie mogą uwierzyć, że wszedł w nowy związek tak szybko po rozwodzie i wcale się z tym nie kryje, w dodatku zachowując się bardziej jak gwiazda show-biznesu niż prezydent. "To za szybko. Nie jestem przeciw jego życiu prywatnemu, ale mógłby poczekać przynajmniej z rok po wyborach. Nie zachowywać się jak prezydent playboy" - pisze jeden z czytelników na forum dziennika "Le Figaro". - Prezydent nie od dziś, ale teraz szczególnie, prezentuje styl zaczerpnięty raczej z show-biznesu: oto widzimy go w kąpielówkach i okularach słonecznych, oto jest w adidasach Nike i szortach, oto prezydent spocony na schodach Pałacu Elizejskiego. Ludzie zaczynają to zauważać i zaczyna ich to razić. Prezydent to funkcja symboliczna. Nie może się on zachowywać jak byle kto - mówi politolog Mariette Sineau.

Zakochany prezydent stracił rozum?

Sondaże z początku stycznia pokazują, że Sarkozy, który funkcję pełni od maja, po raz pierwszy cieszy się poparciem mniej niż połowy Francuzów. W ciągu miesiąca jego poparcie spadło o kilka procent, co, jak tłumaczą eksperci od opinii publicznej, normalnie zdarza się tylko w razie przeprowadzenia jakiejś nieudanej lub zbyt bolesnej reformy. Coraz mniej cenią go przede wszystkim starsi Francuzi. Prawdopodobnie razi ich właśnie obyczajowa strona prezydentury Sarkozy'ego. Szczególnie że notowania premiera François Fillona, także odpowiedzialnego za posunięcia gospodarcze czy społeczne, nie spadają.
Na spadek popularności Sarkozy'ego wpływ ma kilka czynników, zarówno gospodarczych, jak i obyczajowych. W powszechnym odbiorze prezydent zachowuje się tak, jakby był na wakacjach, nawet jeśli w rzeczywistości tak nie jest - łączy wyjazdy prywatne ze służbowymi. Ludzi to razi, szczególnie w momencie, gdy sami boleśnie odczuwają inflację, wzrost cen towarów pierwszej potrzeby - mówi Mariette Sineau. Eksperci od komunikacji medialnej zachodzą w głowę, czy prezydent faktycznie jest zakochany i stracił rozum, czy też związek z Carlą, a przynajmniej jego publiczna strona, to efekt przemyślanej strategii medialnej. Trudno przewidzieć, czy w ostatecznym rozrachunku przysporzy on Sarkozy'emu popularności, czy wręcz przeciwnie - sprawi, że Francuzi uznają, iż tym razem przeholował.
Z jednej strony piękna kobieta u jego boku, która mówi trzema językami, zna się na muzyce i poezji, z pewnością może pomóc jego wizerunkowi. 'Carla Bruni ma klasę, wrodzoną powagę, inteligencję i nieekstrawaganckie piękno. Mogłaby stać się idealną pierwszą damą' - pisze inny czytelnik na forum "Le Figaro". 'Sarkozy zachowuje się w mniej obłudny sposób niż poprzednicy' - wtóruje mu inny. Z drugiej jednak strony sama Carla musiałaby nieco stonować swoje publiczne wystąpienia. Na razie nic na to nie wskazuje. Na ekrany wchodzi reklama Lancii Musa, w której Bruni gra główną rolę. Kontrakt podpisała podobno przed poznaniem prezydenta, lecz trudno nie doszukać się analogii między treścią reklamy, w której występuje też limuzyna wyglądająca na prezydencką, a obecną sytuacją. Na tym nie koniec. W hiszpańskim magazynie "DT" ukazała się właśnie jej sesja zdjęciowa, na której ubrana jest... wyłącznie w kozaki. Zdjęcia są podobno sprzed kilku miesięcy, lecz wywiad - aktualny.

Czekając na kolejny odcinek

Francuzi, nawet ci, których związek prezydenta oburza, czekają na kolejny odcinek serialu, tym razem zatytułowany 'Ślub'. Zapowiedzi są od dawna. Dobrze poinformowany i bliski prezydentowi "Journal du Dimanche" podał na początku stycznia, że dojdzie do niego zapewne w lutym. Na noworocznej konferencji prasowej prezydent przyznawał, że jego związek jest poważny, lecz zasugerował, iż dziennikarze dowiedzą się o jego ślubie dopiero po fakcie. Tydzień później dziennik 'L'Est Républicain' poinformował, że para już powiedziała sobie "tak". W kolejnym tygodniu te rewelacje zdementowała w wywiadzie dla "Libération" sama Carla Bruni, używając sformułowania, że "jeszcze" nie wzięli ślubu.
Analitycy spoglądają na tę kwestię z pewnym sceptycyzmem. - Nawet wiadomość o swoim rozwodzie Sarkozy wykorzystał do celów medialnych. Ogłosił ją, gdy we Francji rozpoczynały się strajki, by media skoncentrowały się na czymś innym. Niewykluczone, że teraz w ten sam sposób wykorzysta kwestię ślubu - mówi Sineau.
Co nie zmienia faktu, że wszyscy - nie tylko we Francji - z zapartym tchem czekają, by dowiedzieć się, gdzie i kiedy będzie ślub i w co ubrana będzie panna młoda. Lepszej opery mydlanej nie było bowiem od czasów księżnej Diany.

Źródło: Wysokie Obcasy