środa, 13 lutego 2008

Wypisali się z Kościoła

Dorota Wodecka-Lasota
2008-01-23, ostatnia aktualizacja 2008-01-24 15:06

Kiedyś za wiarę krew przelewano, a teraz ludziom żal 500 euro rocznie

Zobacz powiekszenie
Fot. Rafal Mielnik / AG
Irek Warmowski długo nie przyznawał się matce, że się wypisał z Kościoła
SERWISY
Irek Warmowski z żoną na niepłaceniu podatku kościelnego w Niemczech mogli oszczędzić 500 euro. I kupić wymarzony profesjonalny aparat fotograficzny Canona.

Z powodu tych oszczędności zostali wykreśleni w Polsce z ksiąg chrzcielnych i uznani za apostatów. Czyli tych, którzy wyrzekli się wiary chrześcijańskiej. Nie mają prawa do katolickiego pochówku. Nie mogą iść do komunii, ich dzieci nie zostaną ochrzczone.

Kościół jest za drogi

Irek Warmowski ma 34 lata. Z Lęborka przeprowadził się do Kolonii. Jest doradcą podatkowym.

Zatrudniając się do pracy, w jednej z rubryk wypełnianego kwestionariusza musiał podać swoje wyznanie. To automatyczna deklaracja, która oznacza, że będzie płacił podatek na Kościół.

W Niemczech, w zależności od landu, to 8-9 proc. od podatku dochodowego.

Irek płacił cztery lata. Rok przed ślubem uznali z przyszłą żoną, że nie stać ich na płacenie po 250 euro.

W sądzie okręgowym (Amtsgericht) podpisał urzędowo sformułowane orzeczenie po łacinie: A fide catholica defecit die coram magistratu civili (od wiary katolickiej odstąpił dnia... w obliczu urzędnika stanu cywilnego). - Do tego mój podpis i żadnych pytań ze strony urzędnika - dodaje.

Ewa jest po pięćdziesiątce. Mieszka w Bonn, ma dom w małej wiosce pod Opolem. Oburzało ją, że nie może wejść do kościoła, by się pomodlić, albo wyciszyć, bo jest zamknięty. Za wykreślenie Z kościoła katolickiego zapłaciła 30 euro. To cena zaświadczenia sądu okręgowego, które trzeba złożyć w urzędzie podatkowym.

Deklaracja złożona w sądzie trafia również do parafii w Polsce, w której została ochrzczona osoba występująca. Skutkuje ekskomuniką. Proboszcz, który otrzymuje taki dokument, wykreśla wiernego z księgi chrztu. Nie może go pochować na katolickim cmentarzu, zgodzić się na ochrzczenie jego dzieci ani na to, by byli świadkami na ślubie lub rodzicami chrzestnymi.

Dobry i zły glina

- Trudno ocenić liczbowo skalę tych wystąpień, bo dane nie trafiają do kurii, tylko do parafii. Ale logiczne, że na Śląsku i na Opolszczyźnie, gdzie mnóstwo osób pracuje w Niemczech, jest ona największa - mówi ks. dr Krzysztof Matysek z kurii diecezjalnej w Opolu.

Nie uważa, że objęcie ekskomuniką osób, które wystąpiły z Kościoła tylko po to, by oszczędzić kilkaset euro, jest karą zbyt surową. - To wcale nie chodzi o pieniądze! - twierdzi. - Powiedzenie przed urzędnikiem, że jest się osobą niewierzącą, to publiczny akt wyzbycia się wiary. Oni widzą tylko srebrniki, a nie to, że się zapierają Boga. Kiedyś za wiarę krew przelewano, a teraz żal ludziom 500 euro - przekonuje.

Jezuita Wojciech Ziółek, proboszcz parafii pw. św. Klemensa Dworzaka we Wrocławiu, wykreślił w ostatnich dwóch latach kilku parafian. - W każdej organizacji jest tak, że jeśli nie płacisz składek, to zostajesz skreślony. Ja rozumiem, że tym ludziom chodzi o oszczędzenie pieniędzy, ale przecież Kościół nie jest tylko duchem, ale i ciałem. Ważne, co to ciało podpisuje, a nie tylko, co myśli duch - ucina. - I nie przekonuje mnie ich argumentacja, że to chodzi o pieniądze, a nie o wiarę. Tak jak prof. Władysław Bartoszewski uważam, że warto być przyzwoitym. Tu dla pieniędzy została przekroczona granica przyzwoitości - uważa. Ale rozumie wątpliwości, czy takie osoby należy uznać rzeczywiście za apostatów. Bo ci odchodzą z Kościoła w sposób świadomy, z uwagi na swój światopogląd.

W parafii, gdzie mieszka Ewa, ksiądz musiał mieć wątpliwości tej natury. Bo żadnego wystąpienia nie odnotował, co ze zdziwieniem spostrzegł obecny proboszcz ks. Piotr.

- Mój poprzednik był tu kilkadziesiąt lat, znał doskonale tutejszych ludzi i spodziewam się, że wolał z nimi wpierw porozmawiać, niż od razu skreślać. Jestem przekonany, że takie sytuacje musiały mieć w naszej parafii miejsce, ale przejrzałem księgi i nie potrafię znaleźć żadnej - twierdzi ks. Piotr.

Ks. Marcin, proboszcz w podopolskiej wsi zamieszkiwanej przede wszystkim przez mniejszość niemiecką, też miał takie przypadki. Ale tylko raz jeden się zawahał. - Przyszedł dokument, że mój dawny uczeń wystąpił. Ręka mi drżała, nie mogłem tego wpisać. Chciałem dotrzeć do niego, dowiedzieć się, jaki błąd popełnił, co się stało, że podjął taką decyzję, ale zupełnie nie potrafię. Jego rodzina wyjechała z Polski. Więc kartkę, co z tym zrobić, zostawiłem swojemu następcy - wyznaje.

Ks. Matysek się irytuje, że księża zachowują się, jak dobry i zły glina.

- Bo powinni skreślać. Dokument trzeba odnotować. To obowiązek, a nie dowolność - ucina.

Nie mogą mnie wyrzucić!

Do wykreślonych z Kościoła trudno dotrzeć. Bo nie przyznają się do swych decyzji nawet przed bliskimi. Obawiają się, że ludzie wezmą ich na języki. Tak jak Dietera spod Opola. W kościelnych ławkach spoglądali po sobie, kiedy przyjeżdżający z Niemiec na urlop siadał obok nich. Między sobą mówili, że nie powinien do kościoła przychodzić, bo skoro dla 30 euro miesięcznie się wypisał, to na amen.

- Dopiero menele pod sklepem odważyli się powiedzieć to, co myśli cała wieś. Po dwóch piwach i nalewce zapytali go, czy przeszedł na islam. Zagotował się ze złości. Wykrzyczał, że to skandal, że ksiądz wygadał - relacjonuje pan Roman, świadek rozmowy pod sklepem. Irek nie obawiał się przyznać znajomym, bo zna wiele takich jak on młodych Polaków, którzy wypisali się z Kościoła z powodów finansowych. Ale miał opory, by powiedzieć o tym mieszkającej w Niemczech mamie. Przełamał je przed kilkoma dniami.

- Okazało się, że ona wystąpiła również z powodów finansowych. Nie spodziewałem się, bo chodzi do kościoła, zresztą jak wiele osób, które tego podatku nie płacą - opowiada.

Polacy niepłacący podatku kościelnego w Niemczech zwykle nie wiedzą, że pociąga to za sobą konsekwencje w Polsce. Czyli, że wyklucza się ich także z polskiego Kościoła.

- Bo przecież, jak ktoś się wypisał, to przecież wcale nie znaczy, że nie wierzy w Boga! - zauważa Ewa, która planuje powrót do Polski. Podobnie jak Irek, który mówi, że wyrzucić się nie da. - Kościół nie ma monopolu na Boga. Jeśli mam ochotę pójść do kościoła i pomodlić się lub spotkać z innymi wiernymi, to będę to robił, przynajmniej dopóki nie wprowadzą płatnych biletów do świątyni. A skoro Kościół uważa, że nasze pieniądze są dla niego ważniejsze niż nasza wiara, to to jest dopiero niemoralne! - denerwuje się. I nie chce słyszeć, że się sprzedał za garść srebrników. - Bo to przecież z powodu tych srebrników, których im nie daję, oni mnie wykreślają!

Ks. prof. Piotr Morciniec, specjalista od teologii moralnej i etyk, odpiera: - Problem jest bardziej złożony. To nie Kościół odmawia komuś przynależności do niego, tylko ktoś sam z niego świadomie występuje. To jakaś schizofrenia. Ktoś wypisuje się z Kościoła i równocześnie upiera się, że do niego należy. Ale to pokłosie 45 lat socjalizmu: członek partii ateistycznej i katolik równocześnie. Tylko że wtedy był totalitaryzm - w demokracji to nie przejdzie, trzeba formować ludzkie sumienia. Wybór kosztował zawsze, wystarczy przypomnieć męczenników. Samo "chodzenie do kościoła" nie wystarczy. Jeśli ktoś nie ze skrajnej biedy, ale z wyboru wymienia Kościół np. na telewizor, to deklaruje, co ma dla niego wartość.

Uspokajanie sumienia

Irek zapewnia, że gdyby mógł nie płacić podatku kościelnego i nie wypisywać się z Kościoła, to na pewno by się nie wypisał.

Tak jak Paweł z Opola, mieszkaniec Hesji, który rocznie płaci na Kościół ok. 2 tys. euro. - Nie podoba mi się to, tym bardziej, że moje pieniądze nie idą na moją parafię, tylko są centralnie dzielone. Ale płacę, bo boję się restrykcji. I tego, że mnie nie pochowają po katolicku, i tego, że moje dziecko nie będzie mogło pójść do komunii. Wracamy niedługo do Polski, nie chcę komplikować sobie życia - twierdzi.

2 tys. euro rocznie to dla niego kwota, która pozwala mu również uciszyć swoje sumienie. I jak są zbiórki na bezdomnych albo na ofiary kataklizmów, to zwykle nie daje centa, bo myśli w duchu: ja już się nadawałem.

Na tacę co tydzień też nie rzuca. Chyba że jest w Polsce, wtedy daje dychę albo dwie. Bo w parafii jego żony właśnie wymieniają dach na kościelnej wieży i każdy grosz się przyda.

Ewa też wspomaga Kościół w Polsce. - Bo jest biedny, w przeciwieństwie do niemieckiego - ucina.

Episkopat wyda instrukcję

Przez Niemcy przewinęła się już debata na temat uznawania za apostatów osób, które nie chcą płacić podatku kościelnego (tzw. Kirchensteuer) i jednocześnie nie chcą zrywać więzi z Kościołem. - Sprawa trafiła do Watykanu. Stanowisko Stolicy Apostolskiej jest jasne: zaprzestanie płacenia podatku nie jest jednoznaczne z wystąpieniem z Kościoła - mówi ks. dr Józef Kloch, rzecznik Konferencji Episkopatu Polski.

I dodaje, iż nie ma danych dotyczących liczby Polaków uznawanych za apostatów z powodu niepłacenia Kirchensteuer i wykreślonych z ksiąg chrzcielnych. Rektorat Polskiej Misji Katolickiej w Niemczech również ich nie ma. Dostaje bowiem dane ogólne, bez podania przyczyn wystąpienia.

Ale mimo że Kościół niemiecki dostał zgodę Watykanu na utrzymanie istniejącego 200 lat systemu, to Episkopat Polski planuje zgodnie z instrukcją watykańską uporządkować te sprawy.

- Jak należy traktować człowieka, który jest zameldowany w Polsce, a pracuje w Niemczech? Co zrobić z tymi, których już za niepłacenie wykreślono? Ja nie wiem, poddaję się. Ale ujednolicenie tych kwestii przyniesie instrukcja przygotowywana przez Radę Prawną Episkopatu. Nie wiem, kiedy będzie gotowa. Może w marcu - zapowiada ks. Kloch.

Biskupi w instrukcji powiedzą też księżom, jak mają traktować ochrzczonych chrześcijan dobrowolnie i całkowicie porzucających wiarę. A tych jest coraz więcej. Przed dwoma laty Jarosław Milewczyk założył stronę internetową Apostazja pl., na której podaje wzory dokumentów potrzebnych do wypisania się z Kościoła. Ściągnęło je kilkadziesiąt tysięcy osób.

Czekamy na Wasze listy: listydogazety@gazeta.pl

Źródło: Gazeta Wyborcza

Prezydent dla kotów zrobi wszystko

Iwona Szpala
2008-02-13, ostatnia aktualizacja 2008-02-13 08:34

Czytelnicy magazynu "Kot" nominowali prezydenta RP Lecha Kaczyńskiego do tytułu Kociarza Roku 2007 r. Wszystko rozstrzygnie się na niedzielnej gali w Pałacu Kultury i Nauki, której patronuje Hanna Gronkiewicz-Waltz

Zobacz powiekszenie
Fot. AGENCJA SE/EAST NEWS/MACIEJ NABRDALIK
ZOBACZ TAKŻE
Jak mówi naczelny miesięcznika Albert Kurkowski, współorganizator imprezy, to już trzecia nominacja dla Lecha Kaczyńskiego. - To za jego stołeczne czasy. Ludzie pamiętają, że utworzył stanowisko pełnomocnika ds. zwierząt i ile zrobił dla warszawskich kotów. Jest szczególnie popularny wśród karmicielek ulicznych kotów, które dzięki niemu dostają puszki karmy od miasta - tłumaczy.

Werdykt w najbliższą niedzielę podczas warszawskiej gali z okazji Światowego Dnia Kota. Zapowiedziała się już prezydent Hanna Gronkiewicz-Waltz, galą zainteresowała się też Kancelaria Prezydenta. Kurkowski: - Wymieniliśmy ze 20 e-maili. Prowadzimy dyplomatyczną konwersację, np. dostałem uwagę, że pan prezydent nie zauważył zdjęć swoich kotów w naszym magazynie. Zabiegamy więc o wywiad do "Kota". Nie wykluczam, że Lech Kaczyński przybędzie na uroczystość.

- Z kotami kojarzony jest raczej prezes PiS - mówię red. Kurkowskiemu.

- Były premier je po prostu ma i lubi. Ale prezydent zrobił dla kotów o wiele więcej - odpowiada.

To prawda, jesienią 2003 r. opisaliśmy w "Gazecie" niecodzienny apel Lecha Kaczyńskiego do administratorów, dozorców i warszawiaków, by otwierali okienka piwniczne, gdy złapią mrozy. Proponował też budowę specjalnego schroniska dla kotów, bo "potrzebują hektarów terenu z drzewami, krzakami, miejscem do spania i specyficznym ogrodzeniem".

Jako jedyny polityk nominowany do Kociarza Roku prezydent zmierzy się z szefową Stowarzyszenia Miłośników Kotów "Jedynka", dyrektorką schroniska dla zwierząt w Łodzi i założycielką katowickiej fundacji For Animals.

W konkursie głosowało kilkanaście tysięcy czytelników, Albert Kurkowski zapewnia, że redakcja nie sugerowała nominacji, choć na stronach internetowych magazynu "Kot" przypomina, że "w zeszłym roku [prezydent] był bardzo blisko zwycięstwa".

Rozmawiamy z Elżbietą Jakubiak, byłą szefową stołecznego biura prezydenta, dziś posłanką PiS.

Elżbieta Jakubiak: Prezydent zrobił masę dobrego dla kotów, np. w ogródku ratusza stanęły dla nich domki. Wcześniej grasowały po piwnicach, zakamarkach, chowały się i rozmnażały pod iglakami na dziedzińcu.

Domki polecił stawiać prezydent?

- Za radą pani Katarzyny Kępińskiej, która dziś odpowiada za wystrój kancelarii, a była wiceszefową biura kultury, dokarmiała bezdomne koty ratusza, doradzając prezydentowi w ich sprawach. Pamiętam, jak przy 29 stopniach mrozu prezydent poszedł do wojewody Leszka Mizielińskiego [SLD] prosić, by jako właściciel budynku, gdzie obaj urzędowali, otworzył okienka piwniczne. To była zresztą jego pierwsza wizyta u wojewody.

Wojewoda zrobił to?

- Oczywiście. Przy okazji otworzył olbrzymią szafę z kolekcją figurek słoni, pan prezydent powiedział, że woli żywe zwierzęta, a szczególnie koty. I tak nawiązali kontakt. Gdy pani Kasia wyjechała na urlop, w damskiej toalecie ratusza zawisła skrzyneczka z prośbą o grosik na koty. Pan prezydent nadzorował osobiście remont schroniska na Paluchu, angażował się w naszą akcję "kto kradnie paszę".

Czyli?

- Budżet na karmę dla zwierząt był ogromny. Podejrzewaliśmy, że kierownictwo Palucha, z którym się szybko rozstaliśmy, wynosi ją i sprzedaje. Inspekcje przeprowadzała właśnie pani Kasia z jeszcze jedną miłośniczką kotów. Ta pani potrafiła przebierać się kilka razy dziennie, by wizytować schronisko incognito.

Przebierać się?

- Tak, zmieniała peruki, kapelusze. Wykryła, że wyrzucają karmę przez płot, zaalarmowała pana prezydenta. Potem wydał polecenie: "Ta pani może zawsze do mnie przychodzić". Dla pana prezydenta koty to mniejsi bracia, którzy prowadzą różne życie, często pieskie. Dlatego uważał, że trzeba im pomagać. Zresztą nie tylko im, ale wszystkim zwierzętom, nawet kaczuszkom, które wykluły się w lewym gazonie przy Pałacu Prezydenckim i pewnego dnia tuż przed oficjalną wizytą przemaszerowały po czerwonym dywanie.

Chyba większym kociarzem jest Jarosław Kaczyński, ale naczelny "Kota" twierdzi, że Lech Kaczyński ma większe zasługi.

- To nie tak. Pan premier dla kota potrafi zatrzymać samochód na środku ulicy, zdjąć zwierzę z płotu i się nim zaopiekować, nie mówiąc o tym, że nawet gdy biedował, potrafił oddać na koty połowę pensji.

Źródło: Gazeta Wyborcza

Abolicja może okazać się niezgodna z konstytucją


(Gazeta Prawna/13.02.2008, godz. 05:00)
Platforma Obywatelska chce wprowadzić abolicję podatkową dla Polaków pracujących za granicą. Minister finansów upoważniony zostałby do wydania rozporządzenia w sprawie zaniechania poboru podatku. Wprowadzenie abolicji może naruszyć gwarantowane w konstytucji zasady równości opodatkowania.

Posłowie Platformy Obywatelskiej złożyli w Sejmie projekt zmiany Ordynacji podatkowej mający na celu realizację przedwyborczych zapowiedzi wprowadzenia abolicji podatkowej dla Polaków pracujących za granicą. Projekt zakłada, że minister finansów zostanie upoważniony do wydania rozporządzenia w sprawie zaniechania poboru podatku od podatników, którzy muszą rozliczyć się w kraju z dochodów uzyskanych za granicą i tam opodatkowanych. Nowelizacja zakłada dodanie do art. 22 Ordynacji podatkowej (t.j. Dz.U. z 2005 r. nr 8, poz. 60), który reguluje zaniechanie poboru podatku, nowego ust. 1b. Zgodnie z proponowanym przepisem, minister finansów może wydać rozporządzenie w sprawie zaniechania, także w przypadku, gdy na podatniku ciąży obowiązek zapłaty podatku w Polsce, pomimo zastosowania metody unikania podwójnego opodatkowania.

- Błędne koło. To najkrótszy komentarz do propozycji PO - mówi Paweł Tomczykowski, doradca podatkowy, partner w kancelarii podatkowej Ożóg i Wspólnicy.

Zdaniem eksperta już dziś można wydać rozporządzenie o zaniechaniu poboru podatku od zarobków za granicą, gdyż obowiązujące upoważnienie na to pozwala.

- Tyle tylko, że minister finansów nie chciał z niego skorzystać. Upoważnienie proponowane przez PO ma węższy zakres i także jest fakultatywne, a zatem również nie musi być wykonane - wskazuje nasz rozmówca.

Naruszenie zasad równości

W ocenie Pawła Tomczykowskiego są jednak poważniejsze zastrzeżenia do poselskiej propozycji.

- Nie można zaniechać poboru podatku, gdy stał się on już zaległością podatkową (orzeczenie TK z 28 października 1996 r. - P. 1/96). Zatem nie ma mowy o abolicji. Nadal byłby nierozwiązany problem opodatkowania za lata 2004-2006 - podkreśla nasz rozmówca. Zwraca również uwagę, że wielu Polaków pracuje za granicą w ramach samozatrudnienia. Jak wskazuje ekspert - zaniechanie poboru podatku mogłoby oznaczać dla nich pomoc publiczną ze wszystkimi negatywnymi tego skutkami, np. w zakresie sprawozdawczości.

- Ponadto zaniechanie poboru podatku od osób, które należnej daniny nie zapłaciły, stawiałoby te osoby w lepszej sytuacji od podatników, którzy rzetelnie rozliczyli się z fiskusem. A to naruszałoby kilka zasad konstytucyjnych, przede wszystkim zasadę równości wobec prawa i sprawiedliwości (wyrok TK z 20 listopada 2002 r. - K 41/02) - argumentuje Paweł Tomczykowski.

Ulgi i umorzenia

Doktor Janusz Fiszer, partner w Kancelarii Prawnej White & Case i docent Uniwersytetu Warszawskiego, zwraca uwagę, że zaprezentowany projekt delegacji ustawowej dla ministra finansów do ewentualnego zarządzenia zaniechania poboru podatku dochodowego od osób fizycznych jest rozwiązaniem chyba najszybszym z punktu widzenia procedury legislacyjnej.

- Powstaje jednak pytanie, czy zaproponowana abolicja podatkowa - faktycznie będąca bardzo istotną ulgą podatkową, adresowaną do szerokiego kręgu osób - aby była w pełni zgodna z konstytucją, nie powinna mieć formy ustawy - wskazuje ekspert.

Wyjaśnia, że art. 217 konstytucji wymaga m.in., aby określanie zasad przyznawania ulg podatkowych i umorzeń następowało w drodze ustawy.

- Z drugiej jednak strony opracowanie, przyjęcie i wejście w życie odrębnej ustawy abolicyjnej mogłoby okazać się niemożliwe przed końcem okresu rozliczeniowego dla podatku dochodowego od osób fizycznych za 2007 rok, czyli przed 30 kwietnia tego roku - mówi dr Janusz Fiszer.

Jak wskazuje Michał Grzybowski, senior menedżer, doradca podatkowy w Ernst & Young, nowelizacja Ordynacji podatkowej ma upoważniać ministra finansów do zaniechania poboru podatku w sytuacji, gdy na podatniku ciąży obowiązek zapłaty podatku w Polsce, pomimo korzystania z tzw. metody proporcjonalnego odliczenia.

- Zastosowanie tej metody unikania podwójnego opodatkowania powoduje, że w niektórych przypadkach podatnicy są zobowiązani do zapłaty podatku w kraju wykonywania pracy, jak również w Polsce - wyjaśnia Michał Grzybowski.

Wątpliwości interpretacyjne

W ocenie eksperta, projekt nowelizacji może jednak powodować istotne wątpliwości interpretacyjne.

- W przedstawionym brzmieniu zaniechanie to może być również - w określonych przypadkach - stosowane w przypadku umowy wyłączenia z progresją. Jak należy rozumieć, nie takie było zamierzenie nowelizacji. Z drugiej strony, pozostawienie uznaniowego charakteru tego zaniechania powoduje, że to minister finansów będzie decydentem w zakresie faktycznego obniżenia obciążeń podatkowych dla części polskich rezydentów pracujących poza krajem - mówi Michał Grzybowski.

Anna Misiak, doradca do spraw PIT i ZUS w Spółce Doradztwa Podatkowego MDDP Michalik Dłuska Dziedzic i Partnerzy, podkreśla, że zaproponowane rozwiązanie to na razie uprawnienie dla ministra finansów do uregulowania kwestii zaniechania poboru podatku w przepisach wykonawczych.

- Dla podatników istotne jak zwykle okażą się szczegóły, a te zostaną określone już w samym rozporządzeniu. Dopiero po jego wydaniu będzie wiadomo, o jakiej grupie podatników jest mowa, jaki będzie okres zaniechania podatku i jakie dochody uzyskane za granicą zostaną objęte zaniechaniem. Wiele kwestii jest jeszcze otwartych. Wady i zalety rozwiązania przyjdzie oceniać po konkretnych propozycjach - wskazuje nasza rozmówczyni.

Magdalena Majkowska