sobota, 23 lutego 2008

OE: przerwana seria Wisły, remis w Łodzi

ŁW/PAP /08:51
fot. PAP/Piotr Polak
PAP
Po 74 dniach przerwy piłkarze Orange Ekstraklasy powrócili na boiska. W piątek odbyły się dwa spotkania 18. kolejki. Najciekawiej było w Kielcach, gdzie miejscowy Kolporter Korona podejmował lidera rozgrywek Wisłę Kraków. Oba zespoły podzieliły się punktami, remisując 1:1 (0:0). Remis zanotowaliśmy także w Łodzi, gdzie ŁKS spotkał się z Jagiellonią Białystok. W tym meczu żadnej z drużyn nie udało się strzelić bramek.
Piłkarze Korony Kielce zremisowali na własnym boisku z Wisłą Kraków w spotkaniu 18. kolejki Orange Ekstraklasy 1:1 (0:0). Tym samym podopieczni Jacka Zielińskiego zakończyli serię dziesięciu kolejnych ligowych zwycięstw "Białej Gwiazdy".

Szlagierowo zapowiadające się spotkanie z pewnością nie zachwyciło poziomem kibiców, którzy licznie przybyli na stadion przy ul. Ściegiennego. Piłkarze obu drużyn zaprezentowali wyrachowany futbol i w rezultacie sytuacji strzeleckich było jak na lekarstwo.
Postawa zawodników nie zachwyciła zapewne selekcjonera reprezentacji Leo Beenhakkera i jego asystenta Dariusza Dziekanowskiego. Spośród potencjalnych kandydatów do gry w kadrze najlepiej spisał się Adam Kokoszka. Zupełnie nie udał się natomiast powrót na polskie boiska Radosławowi Matusiakowi.

Pierwsza połowa była momentami nudna. W ciągu 45 minut wiślacy tylko raz strzelili na bramkę gospodarzy - Wojciech Kowalewski dość szczęśliwie odbił piłkę po uderzeniu z 20 metrów Mauro Cantoro. Jeszcze bliżej powodzenia był Marcin Robak, który - po zagraniu Marcina Kusia - z dziesięciu metrów kopnął piłkę ponad bramkarzem Marcinem Juszczykiem, jednak ta poleciała obok słupka.

Po przerwie jeszcze kibice na dobre nie skoncentrowali się na grze, a już zapanował na trybunach szał radości. Niegroźna akcja w środku boiska zakończyła się dokładnym podaniem Hermesa do Pawła Sobolewskiego, ten przebiegł kilkadziesiąt metrów z piłką i z ostrego kąta strzelił obok bramkarza krakowskiego zespołu.

Utrata bramki skłoniła krakowskich piłkarzy do bardziej zdecydowanej gry, pod bramka kielczan zaczęło być gorąco. Groźny strzał Wojciecha Łobodzińskiego w 54. minucie z trudem obronił Kowalewski. Za chwile szybki kontratak gospodarzy, dokładne dośrodkowanie Grzegorza Bonina i Marcin Robak głową posłał piłkę tuż obok słupka bramki wiślaków.

W 60. minucie Marek Zieńczuk dośrodkował z lewego skrzydła a efektownym strzałem z woleja akcję zamknął Adam Kokoszka doprowadzając do wyrównania. Był to pierwsze trafienie w lidze reprezentacyjnego obrońcy i pierwszy w historii gol krakowian na stadionie w Kielcach.

W końcówce losy meczu mógł rozstrzygnąć Edi Andradina. Brazylijczyk nie zdołał jednak pokonać w dogodnej sytuacji nominalnego rezerwowego bramkarza Wisły Marcina Juszczyka.

Powiedzieli po meczu:

Maciej Skorża, trener Wisły: - Moi piłkarze mieli okresy dobrej gry, z których byłem zadowolony, ale za mało przeprowadzali akcji ofensywnych. Były też momenty, że kielczanie mieli dobre sytuacje i z takiej właśnie straciliśmy bramkę. Przyszło nam gonić wynik, udało się doprowadzić do remisu. Gratuluje gospodarzom godnej postawy i zdecydowanej gry.

Jacek Zieliński, trener Korony: - Choć zmierzyliśmy się z najlepszym zespołem ligi, liczyliśmy na zwycięstwo. W pierwszej połowie Wisła umiejętnie kontrolowała grę w środkowej strefie boiska. Po przerwie było lepiej, objęliśmy prowadzenie z nadzieją na sukces. Niestety, chwila nieuwagi, 50-metrowy przerzut piłki i stało się. Jeszcze w ostatnich minutach próbowaliśmy zmienić wynik, ale bramkarz wybił piłkę po strzale Ediego. Podział punktów z takim zespołem jak Wisła nie przynosi wstydu.

Kolporter Korona Kielce - Wisła Kraków 1:1 (0:0)
Bramki: Paweł Sobolewski (47) - Adam Kokoszka (60).
Żółta kartka - Hernani (Korona).
Sędziował: Zdzisław Bakaluk (Olsztyn).
Widzów: 13 947.

Korona: Wojciech Kowalewski - Marcin Kuś, Hernani, Andrius Skerla, Robert Bednarek - Grzegorz Bonin (77-Tomasz Nowak), Hermes, Cezary Wilk, Paweł Sobolewski (67-Marcin Kaczmarek) - Edi Andradina, Marcin Robak.
Wisła: Marcin Juszczyk - Adam Kokoszka, Arkadiusz Głowacki, Cleber, Piotr Brożek - Wojciech Łobodziński (78-Grzegorz Kmiecik), Radosław Sobolewski, Mauro Cantoro, Marek Zieńczuk - Rafał Boguski, Radosław Matusiak (73-Jean Paulista).

***

W spotkaniu inaugurującym 18. kolejkę Orange Ekstraklasy i jednocześnie polskie rozgrywki ligowe w 2008 roku ŁKS Łódź bezbramkowko zremisował na własnym boisku z Jagiellonią Białystok.

W rundzie wiosennej oba zespoły mają zadanie utrzymania miejsca w Orange Ekstraklasie. Bliżej celu jest Jagiellonia, która po jesieni miała 12 punktów przewagi nad ŁKS i utrzymała ją po piątkowym spotkaniu.

Do Łodzi goście przyjechali w osłabionym składzie. Z powodu kartek pauzował Dariusz Łatka, a kontuzje wyeliminowały z gry Łukasza Nawotczyńskiego i Mariusza Dzienisa.

ŁKS również miał problemy kadrowe. Oprócz kontuzjowanych Mladena Kascelana i Miczysława Sikory nie mógł wystąpić Brazylijczyk Jovino, którego certyfikat nie dotarł jeszcze do Łodzi. Tuż przed meczem udało się uprawnić do gry Gabora Vayera i Labinota Halitiego, którzy znaleźli się w wyjściowej jedenastce ŁKS.

Braki kadrowe przełożyły się na postawę obu drużyn w piątkowym meczu. Spotkanie nie stało na najwyższym poziomie a gra koncentrowała się w środku boiska. ŁKS miał optyczną przewagę, Jagiellonia próbowała wyprowadzać kontry. Zawodnikom nie można było odmówić ambicji i chęci walki, ale brakowało piłkarskich umiejętności.

W pierwszej połowie zespoły stworzyły cztery groźne sytuacje. W 12. minucie po zagraniu Ensara Arifovica przed bramką Jagiellonii zanalazł się Łukasz Madej, jednak piłkę spod nóg wyłuskał mu Jacek Banaszyński. Minutę później swoją najlepszą okazję zmarnowała Jagiellonia. Vuk Sotirovic znakomicie podał do Remigiusza Sobocińskiego, który nie atakowany przez rywali posłał piłkę obok bramki. W 19. minucie gości od straty gola uratował Radosław Kałużny. Obrońca gości wślizgiem wybił piłkę spod nóg będącego przed Banaszyńskim Paulinho. Szansę na zmianę wyniku miał jeszcze Vayer, ale piłkę po jego uderzeniu w 36. minucie odbił bramkarz Jagiellonii.

Po zmianie stron gra się wyrównała, jednak podbramkowych sytuacji było niewiele. Bliżej szczęścia była Jagiellonia, jednak Bogusław Wyparło w 78. minucie obronił strzały Dariusza Jareckiego i Marcina Truszkowskiego a w 83. minucie nie dał się pokonać Tomaszowi Sokołowskiemu. ŁKS w drugiej połowie nie zmusił Banaszyńskiego do żadnej interwencji. Na listę strzelców mógł się jednak wpisać Marcin Klatt, ale w 90. minucie stojąc dwa metry przed pustą bramką nie trafił w piłkę.

Po meczu powiedzieli:

Trener Jagiellonii Białystok Artur Płatek: - Nie był to wielki mecz piłkarski. Obie drużyny miały po dwie, trzy sytuacje do strzelenia gola, ale skończyło się remisem, który jest sprawiedliwym wynikiem. Jesteśmy zadowoleni z wywalczonego punktu. Przybliża to nas do utrzymania w lidze a to jest dla nas główny cel na ten sezon.

Szkoleniowiec ŁKS Łódź Mirosław Jabłoński: - Zdawaliśmy sobie sprawę, że Jagiellonia nie będzie grała otwartej piłki i nastawi się na kontry. Na początku mieliśmy problemy z wyprowadzeniem składnej akcji. Gra była lepsza pod koniec pierwszej połowy, jednak po przerwie znów nie wyglądało to dobrze. Zabrakło gry zespołowej i strzałów z dystansu, które przy takiej pogodzie mogły zaskoczyć bramkarza.

ŁKS Łódź - Jagiellonia Białystok 0:0.
Żółte kartki: Arkadiusz Mysona, Gabor Vayer, Łukasz Madej - Jacek Banaszyński, Jacek Falkowski, Marcin Truszkowski.
Czerwona kartka: Jacek Falkowski (89, Jagiellonia - za drugą żółtą).
Sędziował: Marcin Wróbel (Warszawa).
Widzów: 5000.

ŁKS: Bogusław Wyparło - Robert Łakomy, Tomasz Kłos, Marcin Adamski, Arkadiusz Mysona - Łukasz Madej, Paulinho, Labinot Haliti, Gabor Vayer, Robert Szczot (81-Marcin Klatt) - Ensar Arifovic (60-Kleyr).
Jagiellonia: Jacek Banaszyński - Adrian Napierała, Radosław Kałużny, Jacek Markiewicz, Marek Wasiluk - Jacek Falkowski, Bruno (69-Aleksander Kwiek), Tomasz Sokołowski, Remigiusz Sobociński (62-Marcin Truszkowski), Dariusz Jarecki (87-Bartłomiej Niedziela) - Vuk Sotirovic.

***

18. kolejka Orange Ekstraklasy:

Sobota:

Groclin Dyskobolia Grodzisk Wlkp. - Legia Warszawa (16)
Cracovia - Polonia Bytom (16)
Widzew Łódź - Odra Wodzisław (16)
Zagłębie Sosnowiec - Ruch (16)
Zagłębie Lubin - PGE GKS Bełchatów (18)

Niedziela:

Górnik Zabrze - Lech Poznań (17)

Tusk: Trzeba na nowo wybrać model ustroju państwa

mig, PAP
2008-02-23, ostatnia aktualizacja 2008-02-23 08:43

Premier Donald Tusk mówi w wywiadzie "Dziennikowi" o potrzebie zmian w ustroju państwa. Jego zdaniem trzeba na nowo wybrać model ustroju Polski - prezydencki lub kanclerski. Premier chce też zniesienia immunitetu parlamentarnego, zlikwidowania Senatu, zmniejszenia Sejmu i wprowadzenia okręgów jednomandatowych. Tusk mówi tez o tym, że warto byłoby przetestować gotowość prezydenta do weta.

Zobacz powiekszenie
Fot. Bartosz Makowczyński / AG
Donald Tusk
O konstytucji

"Dz.": Zapowiedział pan debatę o zmianie konstytucji. I ani nie powiedział pan, w którym kierunku, ani nie opisał scenariusza tych zmian.

D.T.: Chcę uniknąć wrażenia, że zabiegam o większą władzę dla siebie. Polacy poszli liczniej niż zwykle do wyborów i mają prawo oczekiwać, że ten, kto dzięki ich głosom wygrał, dokona teraz obiecywanych zmian. A zamiast tego będą się dowiadywali, że prezydent blokuje, bo taka jest konstytucja.

"Dz.": Ale jaka jest pana recepta? Więcej władzy dla prezydenta czy dla premiera?

D.T.: To wymaga debaty. Na razie chcę uzyskać od głównych sił politycznych zgodę na podjęcie tematu. Nie chcę więc z góry przesądzać: silniejsza władza prezydencka czy rządowa.

"Dz.": Ale my pytamy o technologię zmian. To najsilniejsza partia, czyli Platforma powinna się wykazać inicjatywą. Jeśli to ma być poważna propozycja, to np. powinna powstać w parlamencie odpowiednia komisja pracująca nad rozwiązaniami.

D.T.: Zaproponujemy jak najszybciej powołanie sejmowej Komisji Konstytucyjnej. Pewne zmiany, które w niej zaproponujemy, są dla wszystkich oczywiste: na przykład zniesienie immunitetu parlamentarnego. Wrócimy też do naszych dawniejszych pomysłów ustrojowych: likwidacji Senatu, wprowadzenie okręgów jednomandatowych, zmniejszenia Sejmu. Ale kluczową zmianą będzie wskazanie ośrodka władzy, który weźmie pełną odpowiedzialność za państwo. Będziemy wolni od podejrzeń, że piszemy ustrój pod przyszłe wybory, bo ich wyniki są nie do przewidzenia. W praktyce to niech opozycja dokona wyboru: model prezydencki czy kanclerski.

"Dz.": A jak za rok Komisja Konstytucyjna postawi na silnego prezydenta? Zgodzi się pan na uszczuplenie swojej władzy?

D.T.: Nowy ustrój wszedłby w życie w następnej kadencji parlamentu. A może inaczej: po przyjęciu nowej konstytucji powinny nastąpić nowe wybory.

"Dz.": Opowiada się pan za zmianami w obecnej konstytucji czy za przyjęciem nowej?

D.T.: To oczywiste, że tak zasadnicze zmiany wymagają całkiem nowego tekstu. Za dużo przepisów zależy od siebie nawzajem. Będę też przekonywał, aby nowa konstytucja nie przesądzała kształtu ordynacji wyborczej. Łatwiej będzie zdecydować: wybory proporcjonalne czy większościowe.

O wecie prezydenta

"Dz.": A jest pan pewien, że prezydent zawetuje wasze projekty?

D.T.: Zgadzam się z poglądem Piotra Zaremby, wedle którego warto byłoby przetestować gotowość prezydenta do weta. Ale w rozmowie ze mną Lech Kaczyński wyraźnie zapowiedział, że będzie blokował wszystkie reformy kwestionowane przez związki zawodowe, że zawsze stanie po stronie rozmaitych grup zawodowych czy branż. Zresztą już dwa lata temu, gdy nie było wiadomo, że dojdzie do wyborów, obiecał mi: "Nawet jeśli wygracie, nie myślcie, że przeprowadzicie jakąkolwiek ustawę". Nie ma spotkania z prezydentem, niezależnie, czy mówimy sobie na "pan" czy na "ty", czy mamy miny ponure, czy przyjazne, żeby Lech Kaczyński nie demonstrował wielkiej pretensji i poczucia krzywdy, że nie rządzi jego brat.

O Karcie Nauczyciela

D. Tusk: Mówię już dziś związkowcom, także członkom mojej rodziny, którzy są nauczycielami: ta Karta to dla was zguba. Trzeba zbudować system umożliwiający płacenie więcej za cięższą pracę. Część nauczycieli woli mniej zarabiać, gdyż woli mało pracować. To po części dotyczy zresztą i lekarzy.

"Dziennik": Za miesiąc premier Tusk pojawi się w parlamencie z projektem zmian w Karcie nauczyciela?

D.T.: Nie, gdyż najpierw muszę przyjść z tym projektem do Pałacu Prezydenckiego, a także do klubu PiS i do lewicy. Dwa kluby opozycyjne postanowiły w każdej sprawie popierać związki zawodowe. Prezydent przyjął podobną postawę.

"Dz." Brzmi to jak wymówka.

D.T.: To nie sztuka złożyć ustawę i przegrać.

"Dz.": Na pewno? Projekt ustawy oznacza debatę. Jak pan przyjdzie z argumentami i z konkretnym pomysłem, może pan wygrać poparcie społeczne dla reform.

D.T.: I dlatego na przykład w dużo drażliwszej sprawie służby zdrowia złożyliśmy już siedem projektów ustaw. W tym tę kluczową pozwalającą na uszczelnienie systemu zdrowotnego, zanim jeszcze zaczniemy rozmawiać o podwyżce składki zdrowotnej.

O reformie oświaty

D.T.: Kalendarz rządowych przedsięwzięć różni się od notesu eksperta. Strajk celników czy zażegnywanie kłopotów w służbie zdrowia nas po prostu dopadły. Ale na przykład w tym roku pojawi się pakiet propozycji reformujących edukację. To będzie jeden z naszych sztandarów, choć nie ukrywam, że do paru pomysłów Katarzyny Hall, skądinąd dobrze przygotowanego i zorganizowanego ministra, mam zastrzeżenia.

"Dz.": Minister Hall stawia m.in. na jak najszybsze posyłanie dzieci do szkół i na jak najwcześniejszą specjalizację uczniów.

D.T.: I tu mam wątpliwości. Żeby posyłać sześciolatki do szkół, trzeba najpierw szkołę odpowiednio przygotować. Patrzę też z powątpiewaniem na pomysł radykalnej specjalizacji na poziomie liceów.

"Dz.": Magister historii Donald Tusk zgadza się, że historii warto by uczyć do matury?

D.T.: Tak jak matematyki, bo oba przedmioty uczą różnego typu myślenia. Wczesna specjalizacja ma swoje zalety - ułatwia szybszą karierę zawodową. Ale ona może też pozbawić pewnych sprawności potrzebnych przy bardzo elastycznym rynku pracy, bo ludzie zmieniają nieraz profesje wiele razy.

"Dz.": Będzie pan tego pilnował jako premier?

D.T.: Pani minister Hall ma własne poglądy, ale jest bardzo lojalna. Pochwalam kreatywność ministrów, ale w razie sporu rację ma premier.

O reformie nauki

"Dz.": Z kolei rektorzy uczelni publicznych przyszli niedawno do pana zaniepokojeni pomysłem minister Barbary Kudryckiej wspierania prywatnych szkół wyższych przez państwo. W dobie niżu demograficznego to kurs na sztuczne podtrzymywanie ich bytu.

D.T.: A może spojrzycie panowie na to inaczej? Może warto, aby podstawą finansowania był poziom nauczania. By zasady były takie same dla wszystkich? Jestem przeciwny dyskryminacji sektora prywatnego edukacji. Zarazem mam nadzieję, że uspokoiłem lęki rektorów, których zresztą ja zaprosiłem do siebie, by o tym porozmawiać. Bo dobre, flagowe uczelnie publiczne nie mają się czego obawiać. Ale ogólny poziom innowacyjności na polskich uniwersytetach jest przecież niski. Mogą go wzmocnić nie tylko większe nakłady. ale i większa konkurencja o pieniądze, także europejskie.

O służbach specjalnych

D.T.: Kompromis z osobami pokroju Macierewicza i Olszewskiego jest niemożliwy. Ja chcę po prostu zbudować nową służbę wywiadu i kontrwywiadu. Obstrukcja Olszewskiego sprawi, że weryfikacja WSI nie zostanie dokończona w terminie. Więc my ją dokończymy sami. Dla ponurych postaci z minionej epoki nie będzie w nowej służbie miejsca.

"Dz.": Mówi pan tym samym: WSI nie wróci.

D.T.: Ci, którzy uważają, że zakończenie rządów PiS to szansa na odbudowę ich uprzywilejowanej pozycji, mocno się zdziwią. Pierwszy przykład z brzegu: zapowiadam, że znajdę źródła przecieku raportu pułkownika Reszki do "Dziennika". Winni staną przed prokuratorem.

"Dz.": Potwierdza pan tym samym autentyczność raportu o wywiadzie i kontrwywiadzie opisanego w "Dzienniku".

D.T.: Potwierdzam, że informacje opublikowane przez "Dziennik" nie powinny ujrzeć światła dziennego.

"Dz.": Raport zawiera druzgocącą ocenę postępowania Antoniego Macierewicza podczas przekształcania wojskowych służb specjalnych. Pan się z tymi ocenami identyfikuje?

D.T. Macierewicz jest nieodpowiedzialny, ale to nie oznacza sympatii do atakujących go byłych oficerów WSI.

"Dz.": Mówi pan o nowej służbie wywiadu i kontrwywiadu. To, jak rozumiemy, nie będzie SKW tworzona już przez Macierewicza?

D.T.: Moją intencją jest powołanie pod skrzydłami ministra Jacka Cichockiego zespołu przygotowującego powołanie nowych służb. Powrotu do dawnego WSI nie będzie. Tak jak nie będzie powrotu do niekompetentnych działań ludzi typu Macierewicz. Bo w ostateczności chodzi o bezpieczeństwo naszych żołnierzy w Iraku, Afganistanie czy Czadzie.

O wypoczynku

"Dz.": Nie zrezygnuje pan z weekendów w Gdańsku, z meczów piłki nożnej? Bo bywa pan coraz głośniej oskarżany o brak pracowitości.

D.T.: Jestem nowoczesnym konserwatystą. Cały tydzień bardzo dużo pracuję. A w każdą niedzielą o 19 rozgrywam z przyjaciółmi mecz piłki nożnej i zamierzam to robić nadal. Normalny człowiek w niedzielę o tej porze wypoczywa. A rządzić dobrze może tylko ten, kto jest zdrowy i wypoczęty. Polityk z poszarzałą twarzą, który śpi po trzy godziny, jest niebezpieczny dla ojczyzny. Narzekacie na weekendy w Gdańsku. Czasy średniowiecza dawno się skończyły. Dziś nie rządzi się z ponurego zamczyska. Z telefonem komórkowym, z laptopem można rządzić nawet z pokładu samolotu.

"dz.": Czyli nic pan nie zmieni w swoich zwyczajach?

D.T. Zmienię. W ten weekend będę w Warszawie podsumowując 100 dni. Jednocześnie do Warszawy przyjeżdża moja żona. Będzie mieszkała ze mną w stolicy, w rządowej willi Parkowa. Zdecydowały względy uczuciowo-emocjonalne, czyli po prostu wielka tęsknota. I mówię to panom jako pierwszym.

Źródło: "Dz"

Sikorski 9 miesięcy temu: Kosowo za wahhabickie pieniądze

Robert Kowalik, gazeta.pl
2008-02-22, ostatnia aktualizacja 2008-02-22 21:16

Jeszcze dziewięć miesięcy temu Radosław Sikorski przestrzegał przed islamizacją Kosowa, a sponsorów budowy nowych meczetów widział w Arabii Saudyjskiej. Pytał czy nasi żołnierze mają broń, by bronić Serbów oraz zastanawiał się co będzie z chrześcijańskimi zabytkami. Wtórował mu Stefan Niesiołowski. Dziś chcą uznać niepodległość Kosowa. - Szeregowemu senatorowi wolno wypowiadać się swobodniej niż ministrowi spraw zagranicznych - skomentował dziś sprawę rzecznik MSZ.

Zobacz powiekszenie
Fot. Dennis Cook AP
Radosław Sikorski
Szef klubu PO Zbigniew Chlebowski poinformował, że decyzja w sprawie uznania nowego państwa zostanie podjęta na najbliższym posiedzeniu rządu w przyszły wtorek. Rząd miał uznać niepodległość Kosowa w tym tygodniu, ale wstrzymał się - jak relacjonował premier Donald Tusk - na prośbę prezydenta. Spotkanie z Lechem Kaczyńskim miało jednak charakter czysto kurtuazyjny, bo rząd jest zdecydowany uznać niepodległość Kosowa w przyszłym tygodniu.

Za szybkim uznaniem niepodległości Kosowa optował zaraz po spotkaniu ministrów Unii w Brukseli Radosław Sikorski. - Złożyłem wniosek o uznanie niepodległości Kosowa, tak jak zrobiła to większość państw członkowskich Unii Europejskiej - powiedział Sikorski, - Mam wrażenie, że Rada Ministrów skłania się ku uznaniu niepodległości Kosowa - dodał szef polskiej dyplomacji. Jeszcze dziewięć miesięcy temu Radosław Sikorski miał w sprawie Kosowa więcej wątpliwości.

Złocone meczety kontra spalone chaty

Dotarliśmy do stenogramu z posiedzenia Komisji Spraw Zagranicznych Senatu RP w maju 2007 r. w sprawie Kosowa. Radosław Sikorski, wtedy jako senator, analizuje sytuację w tej części Europy: - Moja refleksja na ten temat (...) jest taka, że przyłożyliśmy do Kosowa wzór z Bośni, gdzie Serbowie byli agresorami, a biedni muzułmanie się bronili, który do Kosowa nie pasuje - mówi na spotkaniu Sikorski. - Byłem dwa lata temu w Kosowie i tam są w miasteczkach całe dzielnice wypalonych domów serbskich i nowe, złocone meczety wybudowane za wahhabickie, saudyjskie pieniądze - relacjonuje w 2007 roku Sikorski.

Przeczytaj fragmenty stenogramu

Czy nasi mają broń?

Sikorski pyta też, mimo że jako były minister obrony narodowej powinien to wiedzieć, czy polscy żołnierze mogą w Serbii użyć broni: - Czy nasi żołnierze mają tam prawo użycia broni? (...) Nie chciałbym, abyśmy doznali takiego wstydu, że nasi żołnierze nie mają prawa do użycia broni w obronie ludzi, których bezpieczeństwo im powierzyliśmy.

Obecny minister spraw zagranicznych martwi się też o zabytki: - Jakie są gwarancje, że te wspaniałe zabytki chrześcijańskiej historii, które tam są enklawami serbskimi, w jakimś momencie nie zostaną zniszczone, że one będą bronione?

Zwróciliśmy się z prośbę o komentarz do Ministerstwa Spraw Zagranicznych. Do tej pory nie udało nam uzyskać komentarza Radosława Sikorskiego w tej sprawie.

Dylematy pozostają

- Szeregowemu senatorowi wolno wypowiadać się swobodniej niż ministrowi spraw zagranicznych - skomentował dziś sprawę rzecznik MSZ Piotr Paszkoski. - Dylematy pozostają niezmienne i społeczność międzynarodowa będzie monitorować poszanowanie praw człowieka i ochronę dziedzictwa kulturowego w Kosowie - dodał.

Nie bądźmy tak dobroduszni

Stefan Niesiołowski, ówczesny przewodniczący Komisji Spraw Zagranicznych Senatu, potwierdzał w maju ub.r. obawy Sikorskiego: - (...) w pełni solidaryzuję się z opinią pana senatora Sikorskiego (...) jeżeli dopuszczamy fragmenty Europy do islamizacji, bo państwa islamskie nie wykazują żadnej pod tym względem wzajemności i za ochrzczenie dziecka, nawrócenie się czy przejście na chrześcijaństwo, porzucenie islamu często płaci się głową. Nie bądźmy tak dobroduszni i lekkomyślni w sprawie islamizacji Europy - mówił Niesiołowski

Nie chcemy, ale musimy

- Dalej tak uważam i potwierdzam swoje wątpliwości - komentuje dziś swoje słowa Stefan Niesiołowski. - Pokój w Europie opiera się na nienaruszalności granic, a tu dokonano aktu wrogiego wobec Serbii. Byłem wtedy przeciwny powstaniu państwa, które Europa musi podtrzymywać - twierdzi wicemarszałek Sejmu.

- Może to prowadzić do eskalacji konfliktu, bo zaraz Serbowie będą chcieli oderwać Banja Lukę. Nie rozumiem, dlaczego Bush pod koniec rządów podejmuje kolejną interwencję. Nie rozumiem też polityki Europy wobec Serbii, która była przecież zachęcana do proeuropejskiego kursu, a teraz może czuć się oszukana.

Jednak dla Polski byłoby większym błędem, gdybyśmy Kosowa nie uznali. Nie trzeba się jednak spieszyć, trzeba poszukać jakiego? zadośćuczynienia dla Serbii - kończy Stefan Niesiołowski.