środa, 30 kwietnia 2008

Chelsea w finale LM! Dramatyczny mecz na Stamford Bridge

Bramki:

Drogba (33., 105.), Lampard (98. - karny)

Kartki:

-

Skład:

Petr Cech - Michael Essien, Ricardo Carvalho, John Terry, Ashley Cole; Claude Makelele, Michael Ballack, Frank Lampard (119. Andrij Szewczenko); Joe Cole (91. Anelka); Didier Drogba, Salomon Kalou (70. Malouda)

Trener: Abraham Grant


3 : 2

1
:
0


30 kwietnia 2008 godz. 20:45
Stamford Bridge - Londyn
Sędzia: Roberto Rosetti (Włochy)

Bramki:

Torres (64.), Babel (117.)

Kartki:

Alonso - żółta

Skład:

Pepe Reina - Alvaro Arbeloa, Jamie Carragher, Martin Skrtel (22. Hyypia), John Arne Riise; Xabi Alonso, Javier Mascherano, Steven Gerrard, Dirk Kuyt, Yossi Benayoun (78. Pennant); Fernando Torres (99. Babel)

Trener: Rafael Benitez

mk
Mecz zadowolić mógł chyba każdego, być może tylko z wyjątkiem kibiców gości, ale i oni mają prawo być dumni ze swojej drużyny. Były emocje, bramki, piękne akcje, kontrowersje, a przede wszystkim dużo walki i nieustępliwość. Rywale z Anglii nie mają po przyjeżdżać na Stamford Bridge - Chelsea od 103 spotkań jest tam dla nich nie do pokonania.
Relacja "z czuba"

Już pierwsze minuty zdradzały, że dziś nikt nie będzie kalkulował. Obie drużyny chciały przejąć inicjatywę od początku. Szybko okazało się, że to Chelsea będzie stroną przeważającą. Gospodarze sprytnie postanowili wykorzystać warunki atmosferyczne i uderzali mocno z daleka. Śliska piłka sprawiała kłopoty Jose Reinie, jednak ani Drogba, ani Essien, ani w końcu Ballack nie pokonali bramkarza gości. Liverpool również przeprowadził kilka akcji, dogodną okazję miał jak zawsze aktywny Fernando Torres. W wyjątkowej dyspozycji był dziś jednak Drogba. Skrtel ambitnie stawiał mu czoła, ale dość szybko złapał kontuzję i już w 22 min. zastąpił go mniej zwrotny Sami Hyypia.

Z minuty na minutę Chelsea zdobywało coraz bardziej przygniatającą przewagę, którą w końcu udało się udokumentować. W 33 min. świetne prostopadłe podanie otrzymał Kalou. Minął jednego z obrońców i zamiast strzelać, zdecydował się ogrywać kolejnego. Bardzo zwolnił akcję, ale zakończył ją potężnym uderzeniem, po którym kapitalną paradą popisał się Reina. Nie mógł jednak złapać piłki. Dopadł do niej Drogba i bez zastanowienia uderzył z całej siły przy słupku. Reina próbował jeszcze rozpaczliwie, ale nie zdołał już wybić zmierzającej do bramki futbolówki.

Nawet po zdobyciu gola gospodarze nie pozwolili Liverpoolowi przejąć inicjatywy. Świetnie z rywalami radził sobie Kalou, który raz po raz uciekał piłkarzom w czerwonych koszulkach, co w końcu skończyło się kartką dla Xabiego Alonso. Gdy piłkarze schodzili z boiska na przerwę, wydawało się, że nic nie może ich uratować od porażki.

Druga połowa rozpoczęła się ogromną ulewą, zapowiadającą obniżenie standardów gry. I rzeczywiście - mecz zwolnił, przez kilkadziesiąt minut nie oglądaliśmy już tak rewelacyjnego spektaklu jak w pierwszej części. Zdarzyło się jednak nieoczekiwane: Liverpool wziął się do gry i zaczął przeważać.

W 66 minucie "The Reds" w końcu dopięli swego. Znakomitą akcję przeprowadził Benayoun, który cudem - a właściwie chyba przypadkiem - minął kilku obrońców gospodarzy i zagrał w pole karne do Fernando Torresa, a ten strzelił celnie przy prawym słupku. Było 1:1. Po chwili sędzia nie odgwizdał ewidentnej ręki Terry'ego centymetry przed polem karnym Chelsea.

W środowy wieczór kibice obejrzeli wiele naprawdę pięknych akcji. Jedną z nich na niecały kwadrans przed końcem meczu zainicjował pięknym odegraniem piętką Joe Cole. Piłka trafiła do Essiena, który urządził sobie rajd prawą stroną, ogrywając obrońców Liverpoolu. Zakończył swój koncert uderzeniem z ostrego kąta w boczną siatkę.

W dodatkowym czasie gry nie zobaczyliśmy już Joe Cole'a, którego zastąpił Anelka. Druga minuta dogrywki przyniosła świetną akcję Liverpoolu. Riise miał okazję do rehabilitacji za pechowego samobója z pierwszego meczu. Mógł strzelać, ale zbiegł do boku i wrzucił piłkę. Dwóch piłkarzy gości próbowało ją uderzyć, ale piłka poszybowała odrobinę za wysoko. Po chwili jeszcze Hyypia bardzo dobrze strzelił głową i piłka minęła bramkę Cecha o jakieś 1,5 metra. Spotkanie cały czas trzymało w nieprawdopodobnym napięciu.

W piątej minucie dogrywki Chelsea znakomicie rozegrało piłkę i Essien sprzed pola karnego trafił do siatki Liverpoolu. Piłkarze gospodarzy wpadli w euforię i chwilę trwało, zanim dotarło do nich, że sędzia nie uznał gola. Dwóch zawodników w niebieskich koszulkach ustawionych było przed Jose Reiną, z czego jeden z nich zasłaniał mu całą sytuację.

Już 120 sekund później piłkarze Chelsea mogli się cieszyć naprawdę i nikt nie odebrał im tej radości. Z rzutu karnego podyktowanego za faul na Ballacku pewnie strzelił Lampard. Po golu zawodnik odbiegł do rogu boiska i oddał hołd zmarłej sześć dni temu matce, całując opaskę, którą nosi na pamiątkę żałoby.

Wydawać by się mogło niemożliwe, ale od tej pory mecz nabrał jeszcze bardziej fenomenalnego tempa. Akcja za akcję, świetne sytuacje z obydwu stron. Dobre okazji mieli m.in. Malouda i Xabi Alonso, a za tym co działo się na murawie naprawdę ciężko było nadążyć.

Wreszcie w końcówce pierwszej połowy dogrywki uciekającego prawą stroną Anelkę goniło trzech zawodników w czerwonych koszulkach. Hyypia nie zdążył, najbliżej był Riise, ale z bliżej niewiadomych przyczyn bardziej skupił się na sygnalizowaniu czegoś sędziemu (prawdopodobnie spalonego, o którym nie mogło być mowy) i Anelka spokojnie zagrał piłkę w pole karne, gdzie egzekucją (czyli strzeleniem gola) zajął się już niezawodny Didier Drogba, który wprost oszalał ze szczęścia.

W całym meczu zaobserwować można było kilka ogromnych zamieszań w polu karnym Chelsea, ale to rozpoczynające ostatni kwadrans rozgrywki było prawdopodobnie najbardziej spektakularne. Gąszcz nóg był tak wielki, że naprawdę ciężko stwierdzić, czy gościom należał się karny, którego tak się domagali po upadku Hyypii.

Czas płynął, a Liverpool stracił już pomysł i wiarę. Kiedy kibicom zaczęło wydawać się, że można powoli opuszczać stadion, a Avram Grant przygotowywał się do wpuszczenia na boisko Szewczenki w miejsce Lamparda, w 116. min. strzał niewypowiedzianej rozpaczy z ogromnej odległości oddał Ryan Babel. Uderzenie było niezłe, piłka odchodząca, jednak ewidentny błąd popełnił Petr Cech, który musnął jeszcze futbolówkę, zanim ta wpadła do bramki. Gdyby przy strzale stał tam, gdzie jest miejsce każdego bramkarza, na pewno zdołałby ją co najmniej odbić. Liverpool udawał jeszcze, że wierzy, a Chelsea, choć lekko zbite z tropu i tak wydawało się pewne swego. Goście potrzebowali jeszcze jednej bramki, aby zremisować i awansować dzięki golom zdobytym na wyjeździe. Zaatakowali z furią, ale pozostały im ledwie cztery minuty. Sędzia okazał się dla Liverpoolu bezlitosny i nie tyle nie przedłużył dogrywki, co właściwie zakończył ją jeszcze przed upływem regulaminowego czasu gry.

Finał zapowiada się na kolejne niezwykle szybkie spotkanie rodem z ligi angielskiej. Tym bardziej będzie emocjonująco, że zawodnicy obu drużyn mają jeszcze w pamięci ligowy mecz z ostatniej soboty, w którym "Czerwone Diabły" uległy Chelsea i nie obyło się bez incydentów. Oba zespoły także ścigać będą się do ostatniej kolejki po mistrzostwo Anglii.

wtorek, 29 kwietnia 2008

Testy DNA potwierdziły: Fritzl jest ojcem swoich wnuków

tan
2008-04-29, ostatnia aktualizacja 2008-04-29 19:26

Testy DNA potwierdziły, że Josef Fritzl jest ojcem szóstki dzieci, zaś matką jest jego córka Elisabeth. Fritzl przetrzymywał i regularnie gwałcił swoją córkę przez 24 lata w piwnicy - grozi mu za to jednak najwyżej 15 lat. Zgodnie z austriackim prawem sędzia może go skazać tylko na tyle.

Zobacz powiekszenie
Fot. HO REUTERS
Josef Fritzl
Zobacz powiekszenie
Fot. Anonymous AP
Ukryty pokój w domu rodziny Fritzlów w Amstetten
Austria: Ojciec więził i gwałcił swoją córkę przez 24 lata


Dziś rozpoczęło się postępowanie przed sądem - zapadnie decyzja, czy Fritzl ma pozostać w areszcie tymczasowym. Ochrzczony "Potworem" Fritzl przyznał się do wszystkich zarzutów i powiedział, że "chce dokonać odkupienia" - według relacji Sabrine Arndt, reporterki z austriackiej stacji Pro7/Sat1 TV.

Zgodnie z jej opisem Fritzl na sali sądowej pozostawał spokojny, a wręcz nie okazywał żadnych emocji w ogóle.

Austriackie media obecne na sali sądowej donoszą, że pani sędzia zapowiedziała, że Fritzl pozostanie w areszcie, jednak nie wiadomo jak długo.

W poniedziałek "potwór" został przewieziony z rodzinnego Amstetten (gdzie przetrzymywał swoją córkę i sześcioro dzieci-wnucząt) do sądu w pobliskim St. Poelten.

Thomas Birgfellner, reporter austriackiej telewizji ORF, powiedział że mało kto wierzy, iż Fritzl - który zamontował elektroniczny system ochrony w drzwiach - mógł działać sam.

- Każdy na sali sądowej mówił, że on nie mógł tego zrobić sam. Nie zainstalowałby tego sam, a teraz sprawdzają (śledczy - red.) czy ktoś mu w tym pomagał - powiedział Birgfellner amerykańskiej CNN.

Co wspólnego ze sprawą Kampusch?

Phil Black, reporter CNN, donosi z kolei że austriacka policja sprawdza czy istnieją podobieństwa między sprawą "potwora" Fritzla a uprowadzeniem i przetrzymywaniem Nataschy Kampusch, która 18 miesięcy temu uciekła z piwnicy w domu w pobliżu Wiednia w którym była przetrzymywana odkąd skończyła 10 lat.

- Istnieją powierzchowne podobieństwa, jednak policja twierdzi że ta sprawa jest o wiele gorsza i, że nie wierzą iż w Austrii, albo gdziekolwiek indziej na świecie, może istnieć mroczniejsza historia - donosił Black.

Policja bada teraz jak to możliwe, że Fritzl tak długo zwodził policję, władze i sąsiadów.

Wpadł przez kartkę

Policja trafiła do piwnicy Fritzla, dzięki przyczepionej do ubrania jego wnuczki kartce. Po tym jak dziewczyna zasłabła, dziadek postanowił zabrać ją do szpitala. Nie wiedział jednak, że matka przyszyła do ubrania córki skrawek papieru z prośbą o pomoc.

Lekarze wezwali policję, gdy badania DNA dziewczyny wykazały, że Fritzl jest jednocześnie jej dziadkiem i ojcem. Funkcjonariusze przybyli na miejsce i uwolnili uwięzionych - Tam są rzeczy, których nie chcecie widzieć. Im mniej macie w głowie obrazów z tego miejsca, tym lepiej - powiedział po akcji jeden z funkcjonariuszy, którzy brali udział w przeszukiwaniu piwnicy.


Manchester w finale Ligi Mistrzów

Bramki:

Scholes (13.)

Kartki:

Carrick, Ronaldo - żółte

Skład:

Van der Sar - Evra (90. Silvestre), Brown, Ferdinand, Hargreaves - Park, Carrick, Scholes (77. Fletcher), Nani (77. Giggs.) - Tevez, Ronaldo

Trener: Alex Ferguson


1 : 0

1
:
0


29 kwietnia 2008 godz. 20:45
Old Trafford
Sędzia: Fandel

Bramki:

-

Kartki:

Zambrotta, Deco, Yaya Toure - żółte

Skład:

Valdes - Abidal, Milito, Puyol, Zambrotta - Deco, Yaya Toure (89. Gudjohnsen), Xavi - Iniesta (61. Henry), Eto'o (72. Krkic), Messi

Trener: Frank Rijkaard



misza
Słaby Manchester wygrał 1:0 z jeszcze słabszą Barceloną i 21 maja zagra w finale Ligi Mistrzów ze zwycięzcą środowego meczu Liverpool - Chelsea. Gola na wagę awansu strzelił 34-letni Paul Scholes.
Jak Manchester wygrał - Relacja Z czuba

Gdy po kilkunastu minutach kibice przygotowywali się na równie monotonne widowisko jak w Barcelonie, Gianluca Zambrotta wyłożył piłkę pod nogi Paula Scholesa. 34-letni Anglik zrobił trzy kroki i kopnął z całej siły pod poprzeczkę bramki Victora Valdesa. Był to pierwszy strzał Manchesteru i jeden z dwóch celnych w całym meczu.

Na Old Trafford wybuchła euforia, bo Scholes zagrał tak jak chcieli kibice, którzy przed meczem ułożyli na trybunach napis "believe", czyli uwierzcie. Scholes uwierzył i uratował Czerwone Diabły. Diabły, który przez cały sezon spisywały się fantastycznie, ale w ostatnich dniach przegrały z Chelsea i dały się jej dogonić w tabeli, od tygodni nie zagrały dobrego spotkania. W dodatku w uznawanym za zbiór najbardziej utalentowanych piłkarzy na świecie najbardziej zawodzili młodzi, którzy mieli w tym sezonie posadzić na ławce Ryana Giggsa i Scholesa. Zawiedli i we wtorek, a MU do finału zaprowadzić musieli ci, którzy większość życia spędzili na treningach prowadzonych przez Aleksa Fergusona.

O tym, że Cristiano Ronaldo nie radzi sobie w meczach na wielkim europejskim poziomie, napisano już niemal prace magisterskie. W rewanżu z Barceloną Portugalczyk nie przeprowadził ani jednej udanej akcji, jego dryblingi łatwo przerywali obrońcy, nie oddał nawet strzału. Sprowadzony przed sezonem Nani po słabym meczu z Chelsea był jeszcze bardziej irytujący. Michael Carrick, który miał zastąpić w MU Roya Keane'a, w beztroski sposób tracił piłkę przed swoim polu karnym.

Pozbawiona Nemanji Vidica defensywa MU popełniała błędy, atak bez Wayne'a Rooneya nie funkcjonował w ogóle. Obu z rewanżu wyeliminowały kontuzje. Całą odpowiedzialność wzięli na siebie weterani. Rio Ferdinand łatał dziury w obronie, gol rozgrywającego setny mecz w LM Paula Scholesa był jego drugim w tym sezonie, pierwszym od sierpnia.

Świetnie grał też Park Ji Sung. Koreańczyk, którego przyjście na Old Trafford tłumaczono względami marketingowymi harował jak wół. We wtorek to wystarczyło, bo Barca grała jeszcze gorzej niż gospodarze.

Bardziej bojaźliwie, zachowawczo, bez pomysłu i wiary w sukces. Wydawało się, że jedynym pomysłem Katalończyków na grę w ofensywie było oddanie piłki Leo Messiemu. Argentyńczyk robił, co mógł, mijał po kilku rywali, podawał, ale sam awansu do finału zapewnić nie mógł.

Na wsparcie "starej" Barcelony liczyć nie mógł, bo albo pozbyto się ich po triumfie w LM dwa lata temu (van Bronckhorst, Edmilson, Van Bommel, Ludovic Giuly), albo są zupełnie bez formy. Deco stać było na strzał nad bramką, a Samuela Eto'o na uderzenie zablokowane. Kameruńczyk jest w Katalonii chwalony za fantastyczną średniej goli (16 w 22 meczach), ale zdobył je głównie w spotkaniach z Levante i innymi słabeuszami ligi hiszpańskiej. Spisujący się przez cały sezon lepiej od niego Bojan Krkić pojawił się na boisku dopiero na ostatni kwadrans. Thierry Henry ledwie kilka minut wcześniej. Barca więcej atakowała, strzelała, tak jak przed tygodniem częściej była przy piłce, ale nie miała ani jednej stuprocentowej okazji.

Słabemu Manchester udało się spełnić życzenia kibiców, którzy oprócz prośby o wiarę ułożyli na trybunach napis 68 i 99, czyli daty dwóch finałów Pucharu Europy, w których grał zespół z Old Trafford. Za każdym razem wygrywał. W takiej formie jak we wtorek na trzeci triumf nie ma jednak co liczyć.

Chelsea faworytem drugiego półfinału