poniedziałek, 12 maja 2008

Bagno SLD

Rozmowa z Tomaszem Nałęczem*
2008-05-10, ostatnia aktualizacja 2008-05-09 21:00

Zobacz powiększenie
LiD trafił na wyjątkowo niekorzystny klimat - wojny PO z PiS-em. Eksplozja popularności Platformy wzięła się nie z tego, że PO jest taka sympatyczna, tylko ze strachu przed PiS-em - mówi prof. Tomasz Nałęcz. Na zdjęciu liderzy LiD-u po ogłoszeniu wyników wyborów parlamentarnych w 2007 roku
Fot. Sławomir Kamiński / AG

Czekam na nową formację lewicową, a nie SLD w nowym makijażu - mówi Tomasz Nałęcz, były wicemarszałek Sejmu i poseł SLD.

Zobacz powiekszenie
Fot. Wojciech Olkuśnik / AG
Tomasz Nałęcz
Agata Nowakowska, Dominika Wielowieyska: SLD żyje bratobójczą walką o przywództwo Wojciecha Olejniczaka i Grzegorza Napieralskiego. Już wkrótce kongres SLD będzie wybierał swojego lidera.

Prof. Tomasz Nałęcz: Zwycięstwo Olejniczaka będzie dla mnie smutną wiadomością. Oznaczałoby, że zyskał akceptację aparatu, pochodną PZPR-owskiego betonu. Stał się jego sztandarem i zaakceptował tę rolę.

Kibicuje pan Napieralskiemu?

- Paradoksalnie ucieszyłaby mnie wiadomość o jego zwycięstwie, bo sytuacja byłaby czytelniejsza. Napieralski, choć trzydziestolatek bez doświadczenia w PZPR, bardzo szybko wszedł w buty aparatu. Stał się jego ucieleśnieniem. A Olejniczak chciał zrobić coś nowego i ciekawego.

Dziś już nie chce?

- Wszedł na śliską drogę. Mając poczucie własnej słabości, usiłuje się wzmocnić, przejmując część haseł przeciwnika - w tym przypadku Napieralskiego - który domagał się rozwodu z Demokratami.

To za kogo trzyma pan kciuki?

- Za nikogo. Czekam na nową formację lewicową, a nie SLD w nowym makijażu. Bo ile razy można się nabierać na tę samą sztuczkę?

Widzi pan szansę na powstanie nowej lewicowej partii? Tylko SLD ma struktury i pieniądze. Demokraci są w rozsypce. SdPl jest słaba.

- Sporo zależy od rozstrzygnięcia na kongresie SLD. Olejniczak ma szanse na wygraną, ale jest to droga donikąd. To ocalenie ciała kosztem duszy. On uczyni SLD sympatyczniejszym i wiele osób może dać się zwieść tym pozorom. Sytuacja będzie dalej gniła. A próba zbudowania jakiejkolwiek alternatywy dla Sojuszu będzie o wiele trudniejsza.

Gdy Olejniczak przegra, to nie będzie miał już czego szukać w tej formacji. Przecież nie będzie nosił kapci za Napieralskim. Może wtedy ludzie z nim sympatyzujący zawarliby alians z innymi lewicowymi środowiskami. I pojawiłaby się szansa, by zepchnąć SLD na margines. Trzeba tego aparatowego wampira dobić osinowym kołkiem, bo on rodzi nowe dzieci, kształtuje postawy kolejnych pokoleń, czego żywym przykładem jest Napieralski.

Na razie panuje marazm. Po rozpadzie LiD-u lider SdPl Marek Borowski chyba się poddał. Zapowiedział, że nie wystartuje w wyborach na szefa swojej partii.

- Borowski nigdy się nie poddaje. To jest w nim wartościowe i zarazem niebezpieczne. On bez polityki nie potrafi żyć. Nie ma znaczenia, jaką funkcję będzie pełnił. Ma taki autorytet i charakter, że i tak będzie główną postacią tego środowiska.

Inni politycy SdPl - Marek Balicki i Andrzej Celiński - myślą o nowej formacji. Zachęcają do udziału w niej Włodzimierza Cimoszewicza. Może znów będzie kandydował na prezydenta i wokół jego osoby zbuduje się nowy ruch?

- Nie sądzę, aby wykorzystywanie wyborów prezydenckich do budowania nowej partii przyniosło efekty. Cimoszewicz, Borowski, Celiński i Balicki to ludzie bardzo wartościowi, ale dobijający sześćdziesiątki. W nowej formacji wystąpiliby w rolach ojców-założycieli. Stery powinni oddać trzydziestolatkom.

Jednak tylko SLD ma na lewicy znaną markę.

- Do tej pory był to argument ważący, ale z biegiem czasu tracił na znaczeniu. Coraz więcej osób nie chce już zaciskać zębów i głosować na tę partię. Zwłaszcza jeśli wróci Józef Oleksy i Leszek Miller. Bo dlaczego nie mieliby wrócić? Przecież to krew z krwi i kość z kości aparatu.

To wizja walki dobra ze złem w SLD, w której ostatecznym zwycięzcą jest aparat.

- W partii postkomunistycznej - SdRP, a potem SLD - od zawsze funkcjonowały dwa środowiska. Byli ludzie o mentalności aparatczykowskiej, nastawieni na przetrwanie. Bezideowi, postrzegający politykę tylko w kategoriach wpływów i władzy.

Drugie środowisko chciało budować prawdziwą lewicę, opierając się na zachodnioeuropejskich programach socjaldemokratycznych i nawiązując do pięknej tradycji PPS-u. W tym środowisku, nazwijmy je umownie autentycznymi reformatorami, też byli ludzie aparatu PZPR. Tu nie ma jasnych podziałów. Żeby nie być gołosłownym, podam przykład wręcz laboratoryjny - Janusz Zemke. Bez wątpienia człowiek aparatu, I sekretarz komitetu wojewódzkiego w Bydgoszczy. Szybko jednak się zmienił, jest jedną z pozytywnych postaci w Sojuszu i stracił cechy aparatczyka.

Jakie to cechy?

- Aparat to zwierzę, które genialnie wyczuwa koniunkturę. Jest wyćwiczone w socjotechnice i posiadło sztukę maskowania się w czasie kryzysu. Gdy w Polsce Ludowej oburzony lud palił komitety PZPR, a ludzie ginęli na ulicach, aparat potępiał winnych i ogłaszał się formacją reformatorską. Dokonywano makijażu i wszystko było po staremu. Gdy kryzys trwał dłużej, należało się przyczaić i przeczekać.

W wolnej Polsce ta taktyka się nie zmieniła. Na początku aparat miał świadomość, że komunistom wolno mniej, i trochę się hamował. Poza tym pilnował tego Kwaśniewski, który usiłował to środowisko zmieniać. To się nazywało szlifowaniem betonu. Ale Kwaśniewski wygrał wybory prezydenckie i SdRP pozostawiono Leszkowi Millerowi. Aparat przejął stery.

Przed Millerem był jeszcze Oleksy.

- Gdyby mnie ktoś zapytał, czy jest jakiś metr z Sevres aparatczyka, to byłby nim Oleksy. Nie wierzmy w jego piękne słowa, które on trzyma w zanadrzu na każdą okazję. To jest cecha aparatu - każdemu powiedzieć coś miłego i jednocześnie być o wszystkich złego zdania. Prawdziwego Oleksego zobaczyliśmy dzięki taśmom Gudzowatego.

Rozłam w SLD i wyjście Marka Borowskiego próbowano przedstawiać jako sprzeciw wobec aparatu. To zbyt naginana teza.

- Wręcz nieprawdziwa. To pęknięcie było bardziej towarzyskie, środowiskowe, a nie formacyjno-ideowe. Można znaleźć aparatczyków, już tych nowych, młodych, w SdPl. Oni uznali, że stara łódź tonie, więc trzeba wskoczyć do szalupy. Pomylili się w ocenie. To dowód, że nie były to perły tego środowiska.

I można znaleźć ludzi, którzy powinni się znaleźć w SdPl, a zostali w SLD. To jedna z przyczyn porażki partii Borowskiego, który brał wszystkich chętnych.

W ostatnich wyborach SdPl nie zawahała się sprzymierzyć z tym aparatczykowskim Sojuszem, podobnie Demokraci. Dlaczego LiD-owi się nie udało?

- Bo była to inicjatywa spóźniona. Dla mnie jako historyka było dość szokujące, że wielki, plebejski ruch, jakim była "Solidarność", stał się zaczynem wyłącznie partii prawicowych. Ta "Solidarność" z lat 80. to był ruch analogiczny do wielkiego, ludowego poruszenia z 1905 r., który dał wtedy ogromny impuls do rozwoju lewicy. Działacze "Solidarności" głosili lewicowe hasła, udając, że z lewicą nie ma to nic wspólnego. Nawet jak się zorientowali, jak niegdyś pan Jourdain, że mówią prozą, to się tego wypierali, bo proza to był język komunizmu.

W Polsce ludzie o lewicowych poglądach często są tradycjonalistami. To odstraszało ich od lewicy i to właśnie wykorzystał PiS.

- To był dylemat polskiej lewicy od zawsze, gdy dochodziło do zderzenia elit i mas. Elita lewicowa była wręcz ateuszowska, podczas gdy lewicowe doły życia bez Boga sobie nie wyobrażały.

To kiedy był ten dobry moment na centro-lewicową formację "ponad podziałami"?

- Sojusz mógł zawrzeć koalicję ze środowiskiem liberalnym dawnej "Solidarności". Dobre ku temu warunki pojawiły się w końcu lat 90., gdy Unia Wolności sparzyła się na rządach z AWS-em i gdy już opuścili ją gdańscy liberałowie. Gdyby Kwaśniewski rządził w SLD, to pewnie starczyłoby mu na to wyobraźni. Natomiast Miller i reszta aparatczyków postrzegała to jako bezsensowne dzielenie się tortem.

A wtedy mógł być to sojusz zdrowych partnerów, mogących mieć zdrowe dzieci. W 2007 r. to już był sojusz rozpaczy. SLD było przetrącone, przypominało wiarusa napoleońskiego powracającego z Moskwy. Demokraci też byli cieniem dawnego środowiska. Mimo to była jakaś szansa na zbudowanie w miarę silnego ugrupowania. Jednak LiD trafił na wyjątkowo niekorzystny klimat - wojny PO z PiS-em. Eksplozja popularności Platformy wzięła się nie z tego, że PO jest taka sympatyczna, tylko ze strachu przed PiS-em.

Aparat przestraszył się klęski wyborczej, więc zaakceptował LiD. Jaka miała być rola Olejniczaka i Kwaśniewskiego?

- LiD był realizacją odwiecznego marzenia Kwaśniewskiego, ale najbardziej na tej koalicji zależało Borowskiemu, który pamiętał o morzu nienawiści, jakie wzbiera w SLD na jego widok. Borowski przecież siadał do licytacji z bardzo marnymi kartami. LiD był dla niego szansą, bo wiedział, że koalicji SLD z SdPl Kwaśniewski nie będzie chciał patronować.

Z kolei Olejniczak dostrzegał problemy z aparatem. Nowa formacja pod patronatem Kwaśniewskiego bardzo mu się podobała, bo widział w niej szansę dla siebie jako szlifierza betonu.

Także aparat miał nadzieje, że coś ugra, że Demokraci trochę poprawią wizerunek Sojuszu, więc ostatecznie zrezygnował z buntu. Część aparatu zdawała sobie sprawę, że LiD ograniczy ich wpływy. Bała się, że będzie występować w roli kocmołucha, którego zamknie się w kuchni, gdy przyjdą goście. Gdyby nie było Demokratów i Borowskiego, prawdopodobnie Olejniczakowi nie starczyłoby sił, aby wypchnąć ikony aparatu z list wyborczych - czyli Millera i Oleksego.

Ale dziś aparat, doprowadzając do wyrzucenia Demokratów, działa też na swoją niekorzyść, bo wywołuje awanturę. A wyborcy awantur i podziałów nie lubią. To może doprowadzić do jeszcze większego osłabienia Sojuszu.

- Aparat jest formacją egoistyczną i bardzo przyziemną. Nie ma spojrzenia orła. Obserwuje świat z pozycji zwykłego drapieżnika, który widzi ofiarę i nie potrafi się pohamować, żeby jej nie złapać.

W tej rozgrywce nie chodziło o Demokratów, tylko o SdPl. Aparatczycy odreagowali tu złość do Borowskiego i chcieli się go pozbyć. Borowski wiedział, że wszystko zmierza do brutalnego mordobicia i sam sobie poszedł. I na to liczył aparat.

Paradoksalnie Borowski jest ideowo bardziej lewicowy niż Demokraci. A wyrzucenie Demokratów odbyło się właśnie pod hasłem: wracamy do prawdziwie lewicowych ideałów, nie idziemy na liberalne kompromisy.

- Ideały lewicowości nie mają nic do rzeczy. Aparat był wściekły, że kilkunastu jego przedstawicieli nie weszło do Sejmu, bo oddano miejsca na listach zdrajcom z SdPl.

Ponadto aparat doszedł do przekonania, że w 2010 r. nie ma szansy na dobry wynik wyborczy. SLD może dostać góra 12-14 proc. i po co się takim skromnym wynikiem dzielić z tymi, których się nienawidzi. Poza tym w aparatowym środku dominuje przekonanie, że by taki wynik osiągnąć, to trzeba wyżyłować pewne hasła, na które tamci nie będą się zgadzali. Stąd agresywny antyklerykalizm i skrajny populizm. Zrzucenie tego garbu - Demokratów i SdPl - ubrano w ideowy kostium.

Sam pan mówił, że aparat się uaktywnia, gdy jest coś do wzięcia. A tu idzie susza.

- Nie doceniacie aparatu. Jak się nie ma zahamowań, to w najgorszej sytuacji coś można złowić. Bo chyba nie są panie aż tak naiwne, aby sądzić, że Napieralski spotkał się z prezesem TVP Andrzejem Urbańskim w sprawie ustawy medialnej?

Ta susza nie jest aż tak dotkliwa, bo można wykorzystywać swoją pozycję języczka u wagi. Gdy prezydent będzie wetował rządowe propozycje, SLD zyskuje siłę. I przy każdej takiej okazji można coś utargować - jakieś stanowisko, jakieś wpływy. A los Urbańskiego zależy dziś w dużej mierze od SLD. Już widać pierwszy efekt - Piotr Gadzinowski dzięki sojuszowi SLD i PiS-u został wiceszefem rady programowej TVP.

Czy Sojusz nie brzydzi się paktować ze znienawidzonym PiS-em?

- Nie ma takiego cuchnącego bajora, przez które aparat by nie przeszedł, aby dojść do konfitur. A z drugiej strony PiS także udowodnił, że niczym się nie brzydzi. Jarosław Kaczyński pomstował na Leppera i Giertycha, po czym zrobił ich wicepremierami.

I jeżeli aparat stawia na taką taktykę, to musiał się też pozbyć Demokratów i Borowskiego, bo te środowiska mogłyby nie zdzierżyć takich świństw. Zaczęłoby się wyciąganie brudów na światło dzienne. A poza tym trzeba mieć swobodę także po następnych wyborach, bo a nuż bez owych 10 proc. zdobytych przez SLD nie uda się złożyć rządu? A Borowski mógłby bruździć, że nie wolno sprzymierzać się z liberałami, albo też chciałby jakichś posad. O nie, aparat sobie tego zdecydowanie nie życzy.

Władze SLD będą teraz wysuwać na plan pierwszy młode osoby, które z PZPR nie miały nic wspólnego, np. Anitę Błochowiak. To ma zadać kłam tezie o rządach aparatu.

- O przynależności do aparatu nie decyduje życiorys czy wiek, lecz sposób uprawiania polityki. Jeżeli panie wymieniają Anitę Błochowiak, to ja się uśmiecham. Mogłem tylko rozpaczać, że z komisji ds. afery Rywina wycofywany jest Ryszard Kalisz i zastępowany Anitą Błochowiak. Cel tej decyzji był jasny. Kierownictwo SLD było przerażone kierunkiem prac komisji. Mnie jako jej przewodniczącego nie można było wyrzucić, więc przynajmniej trzeba było odwołać niepewnego, hamletyzującego Kalisza. I wysłać do komisji młodą, cyniczną osobę, która zrobi wszystko, aby sobie zaskarbić wdzięczność kierownictwa partii. Błochowiak to sympatyczna osoba, ale jak człowiek jej się bliżej przyjrzy, to rysy Oleksego stają się bardzo widoczne.

SLD Olejniczaka stara się kreować na partię ideową. Olejniczak, ogłaszając ostry skręt w lewo, powołuje się na opinie Jacka Żakowskiego, Sławomira Sierakowskiego i środowisko "Krytyki Politycznej".

- Mało znam Sierakowskiego, ale jeżeli chciał w jakiś sposób wesprzeć Olejniczaka, to rozumiem jego zachowanie, bo widzę samego siebie sprzed lat. To jest dylemat ludzi, którzy chcieliby coś autentycznie na lewicy zmienić. Mają swoje marzenia, ale nie mają zaplecza. Widzą SLD, w którym są lepsi i gorsi politycy. Wtedy rodzi się pokusa, by wesprzeć tych lepszych w walce z tymi gorszymi. Tylko to się źle kończy.

SLD potrzebuje Sierakowskiego jako listka figowego. Ma alibi: "Oskarżacie nas o bezideowość, a my tu mamy za sojuszników niezainfekowane liberalizmem, lewicowe środowisko".

- Nie wierzę, że "Krytyka Polityczna" zostanie u boku Olejniczaka, gdy ten wygra partyjne wybory. Po co ma wchodzić w to bagno?

Sierakowski zachęca SLD do głoszenia radykalnych, lewicowych haseł: wysokich podatków, dużej roli państwa w gospodarce, utrzymywania państwowych monopoli i przywilejów dla różnych grup. To może podobać się wyborcom...

- Gdybym był Sierakowskim, to zadałbym sobie pytanie: a co będzie, gdy nadarzy się okazja, by te hasła drogo sprzedać? Wtedy aparat się nie zawaha. Miller kiedyś cierpiał, widząc Polaków szperających w śmietnikach, ale jak doszedł do władzy, to cierpienie to raptownie ustało. Mówię to z poczuciem wstydu i goryczy, bo sam brałem w tym udział. Uzdrawiano budżet kosztem tych ludzi.

Nie to było głównym źródłem klęski SLD i Millera, ale afery - Rywina i orlenowska.

- Afery też, ale one wynikały właśnie z tego sposobu myślenia: nie ma nic świętego, liczy się tylko socjotechnika i interesy. Jeśli ci młodzi ludzie z "Krytyki Politycznej" będą wspierali środowisko Sojuszu choćby z dystansu, to zgotują sobie marny los: albo zostaną zainfekowani chorobą aparatu, albo czeka ich rozgoryczenie.

W końcu to zrozumieją i nie będą angażować się w dwuznaczne układy, które już widać na horyzoncie. Bo jeśli TVP zaproponuje Sierakowskiemu prowadzenie własnego programu, to on nigdy nie będzie mógł być pewny, czy ta oferta jest skutkiem tego, że jest on ciekawą osobowością, czy też efektem tajnego targu między Urbańskim a SLD zawartego w związku z ustawą medialną.

Wróci pan do polityki, jeśli powstanie nowa partia lewicowa w kontrze do SLD?

- Ten wywiad i moja nadzwyczajna szczerość są chyba jasnym dowodem na to, że absolutnie o tym nie myślę.

Rozmawiały Dominika Wielowieyska, Agata Nowakowska

*Tomasz Nałęcz - profesor historii, specjalista dziejów polskiego ruchu robotniczego. W latach 90 poseł Unii Pracy, a od 2001 - koalicji SLD-UP. Był wicemarszałkiem sejmu, a w latach 2003-2004 stał na czele komisji badającej sprawę Rywina. Z Socjaldemokracji Polskiej odszedł w 2005 roku do sztabu wyborczego kandydata na prezydenta Włodzimierza Cimoszewicza, a po wyborach wrócił do pracy na Uniwersytecie Warszawskim. Autor książek m.in: "Polska Organizacja Wojskowa 1914-1918" (1984), "Irredenta polska" (1987), "Rządy Sejmu 1921-1926" (1991), "Spór o kształt demokracji i parlamentaryzmu w Polsce w latach 1921-1926" (1994), "Historia XX wieku" (2000)

Źródło: Gazeta Wyborcza

Serbia: Wybory parlamentarne: 38,75 proc. dla demokratów

lukaszel, PAP
2008-05-12, ostatnia aktualizacja 2008-05-12 13:45

Proeuropejska koalicja skupiona wokół Partii Demokratycznej (DS) prezydenta Serbii Borisa Tadicia uzyskała w niedzielnych wyborach parlamentarnych 38,75 proc. poparcia - podała komisja wyborcza po przeliczeniu 98 proc. głosów.

Zobacz powiekszenie
Fot. NIKOLA SOLIC REUTERS
Ubrana w ludowy strój Serbka podczas wczorajszego głosowania w lokalu w miejscowości Stara Pazova pod Belgradem
ZOBACZ TAKŻE
Główna rywalka demokratów, skrajnie nacjonalistyczna Serbska Partia Radykalna (SRS) Tomislava Nikolicia otrzymała 29,2 proc.

Trzecie miejsce przypadło narodowo-konserwatywnej Demokratycznej Partii Serbii (DSS) byłego premiera Vojislava Kosztunicy. DSS zdobyła 11,3 proc. głosów.

Długo nieobecna w życiu politycznym, a obecnie powracająca triumfalnie Socjalistyczna Partia Serbii (SPS), założona jeszcze przez byłego prezydenta Jugosławii Slobodana Miloszevicia, uzyskała 7,6 proc. głosów. Z kolei Liberalna Partia Demokratyczna (LDP), jedyna serbska partia, która uznaje niepodległość Kosowa, otrzymała 5,3 proc. poparcia.

Politolodzy ostrzegają jednak, że zwycięstwo Tadicia może okazać się pyrrusowe, ponieważ przed nim teraz trudne rozmowy koalicyjne.

Nikolić zapowiedział już, że ma zamiar rozmawiać o stworzeniu ewentualnej koalicji z Kosztunicą i socjalistami.

Ocenił wręcz, że albo te trzy ugrupowania stworzą koalicję, albo "Serbia nie będzie miała rządu i będziemy mieli nowe wybory". Z kolei Kosztunica zastrzegł, że ze względu na nieprzezwyciężone różnice z DS, szczególnie co do przyszłego członkostwa w UE, koalicja z demokratami Tadicia nie wchodzi w grę.

Kosztunica uważa, że sprawa uznania przez większość krajów UE niepodległości Kosowa jest ważniejsza od ewentualnej integracji.

"Serbia jest nadal podzielona, radykałowie i Kosztunica nieco osłabli, podczas gdy socjaliści odradzają się" - uważa cytowana przez agencję Reutera Dragana Ignjatović z firmy zajmującej się analizami ekonomicznymi i finansowymi Global Insight.

W ocenie mediów i politologów to właśnie SPS, możliwa do zaakceptowania dla obu stron nawet za cenę ustępstw, będzie języczkiem u wagi w rozmowach o przyszłej koalicji rządzącej.

niedziela, 11 maja 2008

Sylwia Gruchała: Lubię luksus. Lubię się bawić. Ale w Pekinie nie pęknę

Maciej Drzewicki, Grzegorz Kubicki
2008-04-29, ostatnia aktualizacja 2008-04-29 11:42

Zobacz powiększenie
Sylwia Gruchała podczas zawodów Pucharu Świata w Gdańsku w 2006 r.
Fot. Dominik Sadowski/AG

- Straciłam motywację. Kiedyś liczyła się tylko szermierka, nagle inne rzeczy zaczęły być ważne. Ale to już za mną. Igrzyska w Pekinie dają mi kopa - zapewnia Sylwia Gruchała

Zobacz powiekszenie
Fot. DMITRY LOVETSKY AP
Sylwia Gruchała (z prawej) podczas finału mistrzostw świata 2007 w walce z Eugenią Lamonową z Rosji
Zobacz powiekszenie
Fot. DMITRY LOVETSKY AP
Radość Sylwii Gruchały po zwycięstwie w drużynowych mistrzostwach świata 2007
Zobacz powiekszenie
fot. Dominik Sadowski / AG
Sylwia Gruchała podczas konferencji prasowej przed zawodami Pucharu Świata w Gdańsku w 2006 r.
Zobacz powiekszenie
Fot. STEFANO RELLANDINI REUTERS
Sylwia Gruchała po półfinałowej porażce w mistrzostwach świata 2006
Zobacz powiekszenie
fot. Dominik Sadowski / AG
Sylwia Gruchała
- Szermierka zaczyna się od...

- Szyi w górę.

- Szermierki można nauczyć...

- Nawet szympansa. Nauczę go poruszania się po planszy, szermierczego abecadła. Choć walczyć już go nie nauczę.

- Floret trzeba trzymać jak...

- Ptaszka. Żeby go nie udusić, ale żeby też nie uciekł. Maksymę XVIII-wiecznego włoskiego fechmistrza Agrippy przypominam zawodniczkom - mówi Tadeusz Pagiński, trener kadry florecistek. - Kiedyś myślałem, że o szermierce mógłbym napisać kilkutomową książkę. Dziś wiem, że całą wiedzę można zawrzeć w tych kilku zdaniach.

Na treningu też najlepsza

Wtorek, godz. 9.20. Gruchała wbiega po wąskich schodach do hali nr VII Akademii Wychowania Fizycznego i Sportu w Gdańsku. Za 10 minut zacznie się trening.

Na ścianach mnóstwo zdjęć z ubiegłych lat. Pełna demokracja - medaliści olimpijscy wiszą w towarzystwie juniorów. Na największym zdjęciu - Ryszard Sobczak, medalista z Barcelony i Atlanty.

Pagiński rozpoczyna w końcu sali trening z Magdaleną Knop. Pozostałe zawodniczki truchtają wokół sali, rozciągają się. Sylwia ubrana w czarny dres i żółtą koszulkę ćwiczy z Magdaleną Mroczkiewicz. Biegną obok siebie, żartują.

Godz. 9.50. Atmosfera zmienia się, gdy Pagiński kończy zajęcia z Knop. Rozmowy milkną, dziewczyny ustawiają się na planszach. Rozpoczynają walkę z cieniem. Ćwiczą trzy razy po trzy minuty, bo tyle trwają turniejowe walki. Gruchała porusza się po planszy szybciej od koleżanek.

- To mało przyjemna część treningu - przyznaje później. - Męcząca i monotonna. Po tylu latach można się znudzić.

10.07. Florecistki przebierają się w stroje szermiercze.

- Pracujemy nad celnością trafień i umiejętnością koncentracji - tłumaczy nam Pagiński.

Ćwiczy sześć zawodniczek. Oprócz Gruchały - Mroczkiewicz, Karolina Chlewińska, Knop, Aurelia Has i Agnieszka Kulczycka. Dziewczyny na zmianę walczą ze sobą, jedna zawsze sędziuje.

Najlepsza jest Gruchała - na dziesięć pojedynków wygrywa osiem. Trening kończy się kilka minut po 11.

Szczęście do ludzi

Gruchała: - Kiedy miałam 15 lat, życie zmusiło mnie, bym wydoroślała. Zmarł ojciec, mama od wielu lat mieszkała w USA. Sama musiałam decydować, co jest dla mnie dobre, a co złe. Miałam szczęście, że trafiłam na szermierkę. Była odskocznią, szansą na spełnienie marzeń. Miałam też szczęście do ludzi, którzy potrafili mną pokierować. Moją pierwszą trenerką była Ania Sobczak, później trafiłam do Longina Szmita. Dużo mu zawdzięczam. Miał świetne podejście. Byłam dzieckiem trudnym, zbuntowanym. Lubiłam trenować i dawałam z siebie wszystko, ale brakowało mi systematyczności - opuszczałam treningi, wagarowałam. Trener mi nie odpuszczał, często karał. Był surowy, zasadniczy. I miał rację. Od 2000 r. trenuję w grupie Pagińskiego. I znów miałam szczęście.

Shopping - nie, clubbing - tak

Czy hobby Gruchały to nadal zakupy? - Ludzie się zmieniają - uśmiecha się. - Wciąż lubię ciuchy, ale już nie łażenie po sklepach. Wciąż lubię się stroić, ładnie wyglądać. Lubię luksus. Ten, kto twierdzi, że go nie lubi, pewnie go nie dotknął. Ale od luksusu nie jestem uzależniona. Gdyby życie mnie zmusiło, z wielu rzeczy mogłabym zrezygnować.

Ma 27 lat, ale jest już zabezpieczona finansowo. Nie tylko dlatego, że medal olimpijski zapewnił jej emeryturę - wysokości średniej krajowej - którą sportowiec dostaje po ukończeniu 35 lat.

Niedawno kupiła mieszkanie nad morzem w Gdańsku, kilkaset metrów od plaży.

- Sama wymyślałam wnętrze, architekt był przerażony. Ale chcę się czuć dobrze we własnym domu. Mam ogromne łóżko, wielką wannę... Ostatnio kąpałam się z siostrą i koleżanką. Zmieściłyśmy się!

Gruchała nie ukrywa, że lubi się bawić. Kiedy ma wolny weekend, odwiedza knajpy w Sopocie. - Nie uważam, że sportowiec musi siedzieć w domu. Uwielbiam tańczyć, to mnie odstresowuje. Lubię wypady z przyjaciółkami. Kocham kobiecą energię, dziewczyny dodają mi sił.

W 2004 r. w plebiscycie "Wysokich Obcasów" na Polkę Idolkę III Rzeczypospolitej Gruchała zajęła 24. miejsce. Przed Hanną Suchocką, Joanną Brodzik czy Renatą Beger. Sama przyznaje, że teraz byłaby niżej.

Tymczasem...

W ubiegłym roku miała odważną sesję dla magazynu "CKM".

- Jestem kobietą i nie wstydzę się swojego ciała. Już wcześniej miałam podobne propozycje, ale byłam dzieckiem. Teraz dojrzałam. I jestem zadowolona z tej sesji.

Wkrótce Gruchałę będzie też można zobaczyć w teledysku grupy Feel do piosenki "Jak anioła głos".

- Z propozycją zwrócił się menedżer zespołu. Zgodziłam się bez wahania, zawsze chciałam wystąpić w teledysku. Tym bardziej, że lubię Feel. Przed startami słucham "Pokaż na co się stać". To bardzo sportowa piosenka...

Bez liderki ani rusz

W reprezentacji trwa rywalizacja o miejsce w drużynie olimpijskiej, która może zdobyć złoto w Pekinie. W zespole będą cztery florecistki, aby mieć szansę do niego trafić, trzeba zdobyć odpowiednią liczbę punktów w zawodach międzynarodowych. Na razie warunek spełniły: Gruchała, Małgorzata Wojtkowiak, Knop, Chlewińska i Martyna Synoradzka. Z drużyny, która przed rokiem zdobyła mistrzostwo świata w Rosji, o minimum nie musi martwić się więc tylko Gruchała. Mroczkiewicz, Katarzyna Kryczało i Anna Rybicka mają coraz mniej czasu. Pierwszym dwóm została ostatnia szansa - na zawodach Pucharu Świata w Hawanie w czerwcu Mroczkiewicz musi być w szesnastce, a Kryczało w "32". Rybicka, ponieważ z powodu kontuzji później zaczęła sezon, ma trzy szanse - na zawodach w Seulu, Tokio i Hawanie. By zdobyć minimum olimpijskie, wystarczy, że w każdym z turniejów będzie w "32".

W drużynie na Pekin na pewno będą dwie pierwsze florecistki z rankingu. Pozostałe dwie wybierze Pagiński.

- Drużyna to niekoniecznie cztery najlepsze zawodniczki. Liczy się też chemia. Ważne jednak, aby drużyna miała lidera, bez niego nie istnieje. Jeśli Włoszki nie miałyby Valentiny Vezzali, to - choć jej rodaczki to także wielokrotne mistrzynie świata - nie weszłyby do czwórki. U nas liderem jest Sylwia.

W turnieju drużynowym wystartuje osiem zespołów. Od razu rozegrane zostaną ćwierćfinały. Jedno zwycięstwo i drużyna jest w strefie medalowej. O rozstawieniu przed turniejem zdecyduje ranking. Na razie Polska jest na drugim miejscu, za Rosją. Warto powalczyć o lidera, bo na igrzyskach trafi się wtedy na Egipt - najsłabszą drużynę.

Skład polskiej drużyny trener poda po 12 czerwca, po zawodach w Hawanie.

Nie ma to, jak dowcip Agaty

W Sydney Gruchała startowała jako 19-latka, zdobyła srebro w drużynie. Ożywia się na pytanie o wspomnienia.

- Pamiętam uczucie, gdy wchodziłam na stadion podczas ceremonii rozpoczęcia. Pomyślałam - co ja tu robię, taki młody oszołom. W wiosce olimpijskiej mieszkałam z Agatą Wróbel [brązowa medalistka w podnoszeniu ciężarów]. Niesamowita dziewczyna - ma tyle pozytywnej energii. Do dziś pamiętam dowcipy, którymi sypała. Nie będę ich powtarzać, dużo przeklinała. Pamiętam też pojedynek o wejście do czwórki z Chinkami. Kończyłam rywalizację. Przegrywałyśmy 36:38, ale udało mi się wyciągnąć wynik i wygrałyśmy dwoma punktami.

W Atenach nie rozgrywano drużynowego turnieju florecistek. Gruchała startowała w turnieju indywidualnym. Liczyła na złoto, skończyło się na brązie.

- Wtedy byłam zawiedziona, ale dziś inaczej na to patrzę. To był sukces.

Chińscy taksówkarze

Gruchała denerwuje się, gdy pytamy ją o postulaty, aby sportowcy manifestowali podczas igrzysk sprzeciw wobec sytuacji w Tybecie.

- Dlaczego miesza się w to politykę? Igrzyska to zawody sportowe, marzenie i cel wszystkich sportowców. To nie my zdecydowaliśmy przed sześciu laty, że igrzyska odbędą się właśnie w Chinach, nie mieliśmy na to wpływu. A Tybet jest przecież okupowany od lat. Dlaczego nikomu z ludzi decydujących o miejscu igrzysk, to nie przeszkadzało? Dlaczego teraz mają za to odpowiadać sportowcy?

Florecistka przyznaje jednak, że nie przepada za Chinami. - Nie podoba mi się tam. Kiedy jestem w Chinach, czuję niepokój - zdradza. - Przed kilku laty w Pekinie, podczas zawodów PŚ, zgubiłam się na pchlim targu. Dziewczyny z reprezentacji odjechały już do hotelu, ja zostałam dłużej. Gdy chciałam wracać, okazało się, że żaden z kilkunastu taksówkarzy nie rozumiał mnie, gdy podawałam nazwę hotelu. Poryczałam się. Na szczęście w pobliżu była ambasada amerykańska. Tam mi pomogli. Zamówili taksówkę, wytłumaczyli, gdzie ma mnie zawieść.

W Pekinie nie pęknę

Przez kontuzję ścięgna Achillesa Gruchała zamiast w listopadzie treningi zaczęła dopiero pod koniec stycznia.

- Achilles daje mi się we znaki od dwóch lat - mówi. - Na planszach walczę już od 15, wyeksploatowałam organizm. Zimą nie obyło się bez zastrzyków. Teraz już o tym nie myślę. Mam wrażenie, że nadrobiłam zaległości.

Ostatnie wyniki są jednak słabe.

- Mam obniżkę formy - przyznaje Gruchała. - Przed Atenami wygrywałam z najlepszymi, nie schodziłam z podium. Teraz tak nie jest, ale mam za to większe doświadczenie. Walczyłam już na dwóch igrzyskach, wiem, z jakim stresem wiąże się taki start. W Pekinie raczej nie będzie niespodzianek - zdecyduje doświadczenie, odporność na stres. Tam trwa wojna psychologiczna, a ja nie pęknę. O czym będę myśleć przed walką? Sztuką jest nie myśleć.

Na co Gruchała liczy w Pekinie? - Nie powiem, że jadę po medal - odpowiada po chwili wahania. - Jadę, aby się sprawdzić. Igrzyska to wyzwanie. Na pewno nie odpuszczę.

Z przekonaniem mówi, że jej najgroźniejszymi rywalkami będą Włoszki: Vezzali (34 lata) i Giovanna Trillini (37).

- Mimo upływu lat, są niesamowite. Każda zawodniczka ma swój styl, trzeba pamiętać o jej dobrych stronach. Ale najważniejsze jest w nas. Liczy się koncentracja, świadomość własnych mocnych stron, wiara w siebie. A ja wierzę.

Źródło: Gazeta Wyborcza