poniedziałek, 19 maja 2008

Podatkowcy rozdali nagrody swoim następcom

Katarzyna Pawlak 19-05-2008, ostatnia aktualizacja 19-05-2008 07:10

Moneta Aurea trafiła w tym roku do Wojciecha Stillera, studenta Europejskiego Uniwersytetu Viadrina, a Moneta Platina – do Daniela Dragi z Akademii Ekonomicznej w Katowicach

Dla laureatów udział w konkursie był przyjemnością, ponieważ wiązał się z ich zainteresowaniami. Obaj finaliści chcą w przyszłości zajmować się podatkami i rachunkowością. Daniel Draga (z lewej) i Wojciech Stiller
autor zdjęcia: Jerzy Dudek
źródło: Rzeczpospolita
Dla laureatów udział w konkursie był przyjemnością, ponieważ wiązał się z ich zainteresowaniami. Obaj finaliści chcą w przyszłości zajmować się podatkami i rachunkowością. Daniel Draga (z lewej) i Wojciech Stiller

Nagrody przyznano w piątek podczas uroczystego finału największego w Polsce konkursu dla studentów. Wzięło w nim udział ponad 5000 osób.

Moneta Aurea i Moneta Platina to konkursy sprawdzające wiedzę o podatkach i rachunkowości. Mogli jednak wziąć w nich udział nie tylko studenci prawa czy ekonomii, wystarczyło zainteresowanie tą dziedziną wiedzy.

Wielki finał

W ostatecznym starciu każdy z finalistów miał pięciominutowe wystąpienie. Wszyscy odpowiadali na to samo pytanie. Poznali je tydzień wcześniej, a autoprezentację szlifowali podczas poprzedzającego finał dwudniowego szkolenia.

Finaliści konkursu Moneta Aurea opisywali, przed jakimi dylematami etycznymi może podczas wykonywania zawodu stanąć doradca podatkowy. Rachunkowcy z kolei ustosunkowywali się do projektu połączenia w jedną ustawy o podatku dochodowym od osób prawnych i ustawy o rachunkowości. – Zeszłoroczny finał był inny, ponieważ pytania ułożono z poczuciem humoru. Tu zabrakło pewnej dozy zabawy, jednak było ambitniej i bardziej branżowo – oceniał Patryk Zamorski z firmy Deloitte.

Oba konkursy zorganizowała firma doradcza Deloitte we współpracy z Europejskim Stowarzyszeniem Studentów Prawa ELSA Poland, portalem Interia.pl, firmą AIESEC oraz dziennikiem „Rzeczpospolita”.

Na łamach naszej gazety publikowaliśmy teksty oznaczone logo konkursu i na ich podstawie powstawała część pytań konkursowych.

Wiedza wymagana od uczestników była dosyć szczegółowa. Musieli wiedzieć np., jakie są zasady ustalania miejsca świadczenia usługi transportowej.– Wystarczyła mi wiedza, którą zdobyłem podczas pięciu lat studiów, choć nieco wykraczała ona poza ich program. Jednak interesuję się tą tematyką, więc nie musiałem się specjalnie uczyć przed kolejnymi etapami – mówił po otrzymaniu nagrody Daniel Draga.

Także drugi laureat nie przygotowywał się specjalnie do konkursu. – Chociaż pracuję w niemieckiej kancelarii, często zajmuję się kwestiami prawa podatkowego w Polsce, ponieważ nasi klienci mają czasem zobowiązania wobec tego kraju – mówił Wojciech Stiller.

Obaj laureaci startowali w konkursie już po raz drugi. Daniel Draga dotarł w zeszłym roku do ścisłego finału. Wojciech Stiller odpadł w ćwierćfinałach.

Płatne staże w nagrodę

W jury zasiedli wybitni przedstawiciele środowiska podatkowego i finansowego, a wśród nich dwóch naszych redakcyjnych kolegów – Konrad Piłat i Przemysław Wojtasik. Honorowy patronat nad imprezą objął Jerzy Stępień, prezes Trybunału Konstytucyjnego.

Zwycięzcy oprócz tytułów „najlepszych” otrzymali cenne nagrody rzeczowe, m.in. laptopy oraz możliwość odbycia płatnej praktyki w dziale audytu i doradztwa podatkowego Deloitte oraz stażu dziennikarskiego w dziale podatków „Rzeczpospolitej”. Obaj wiążą karierę z tematyką podatkową.

Konkurs składał się z czterech etapów. Pierwszy, który odbył się w kwietniu tego roku, polegał na rozwiązaniu testu w trybie online. Test składał się z 60 pytań jednokrotnego wyboru. Na prawidłowe odpowiedzi uczestnik miał godzinę. 80 osób, które zdobyły w nim najwięcej punktów, zaproszono do dalszej rywalizacji. W jej wyniku wyłoniono już ostatecznie dziesięciu półfinalistów.

Do konkursu pomógł się przygotować wykaz aktów prawnych, które znajdowały się na stronie internetowej konkursu, oraz lektura żółtych stron „Rz”.

Konkurs Moneta Aurea odbył się już po raz czwarty. Moneta Platina jest młodsza o dwa lata.

Organizatorzy już dziś serdecznie zapraszają do udziału w przyszłorocznych zmaganiach.

Źródło : Rzeczpospolita

Birmańska apokalipsa

Grzegorz Stern, Rangun
2008-05-19, ostatnia aktualizacja 2008-05-18 20:33

Zobacz powiększenie
Stojące w kolejce po jedzenie dzieci zasłaniają się przed deszczem miskami, Delta Irawadi, miasto Labutta, 15.05.2008
Fot. AP

Mieszkańcy Rangunu ostrzegają, by nie kupować świeżych ryb, jak mówią, w ich trzewiach znaleziono ludzkie palce

GALERIA ZDJĘĆ

Pomóż Birmie! - apel



Daw Aye, prawniczka z Rangunu, pakuje do auta kartony wody mineralnej, konserwy, pieczywo, słodycze i mleko sojowe. Podróż Aye w rejon klęski, gdzie z powodu katastrofalnie prowadzonej akcji ratunkowej setki tysięcy ludzi są bez dachu nad głową i żywności, skończyła się na rogatkach. -Zatrzymała mnie policja. Powiedzieli, że armia sama potrafi zadbać o potrzebujących - mówi przez zaciśnięte zęby.

W rejon klęski w delcie Irawadi, którą rządząca Birmą junta zamknęła dla cudzoziemców, zmierzają podobno ciężarówki z darami. Tak piszą rządowe gazety. Z relacji wieśniaków, którzy przeżyli cyklon, wynika, że pomoc jest marginalna lub nie ma jej wcale.

-Przetrwali ludzie w średnim wieku. Dziesiątki tysięcy dzieci i starców nie potrafiło utrzymać się na wodzie czy uczepić czubków palm. Utonęli -mówi z Labutty przez telefon San San. Dwa razy podczas tej rozmowy wybucha płaczem.

Labutta, miasteczko, gdzie San San koczuje, było w oku cyklonu. Leży wyżej od zalanych sąsiednich wsi, więc ściągnęły tu tysiące uchodźców. San San prowadziła na wyspie Pyinzalu firmę połowu krewetek. Z 4 tys. 300 mieszkańców ocalało tam 280. W jej rodzinie zginęły 52 osoby, w tym brat z żoną i sześciorgiem dzieci. Z 200 rybaków, którzy dla niej łowili, ocalało 11.

San widziała setki spuchniętych trupów unoszących się na wodzie. -Po tygodniu pojawiła się pomoc rządowa - szepcze do słuchawki. - Codziennie stoimy w deszczu w kolejce po ćwierć kilo ryżu. Pijemy deszczówkę, ale nie mamy jej gdzie przegotować. W miasteczku postawiono trzydzieści namiotów. Rozdano trochę koców, ale nie mamy moskitier. Tysiące ludzi koczują pod gołym niebem, są przypadki dyzenterii, malarii i cholery.

W Labutta są dziesiątki ludzi sparaliżowanych po wylewach krwi do mózgu. Twierdzą, że w nocy nawiedzają ich duchy zmarłych. Setki są w szoku, od dwóch tygodni tylko tępo patrzą przed siebie. Wielu nie ma dachu nad głową, brakuje mat do spania, koców, prądu, środków czystości.

Ma Lwin o siwych, przetłuszczonych włosach przybyła do Rangunu z Hlaing Thar Yar. Opowiada, jak w zrujnowanym miasteczku wylądował wojskowy helikopter. Wyniesiono namioty i trzy z nich rozbito. Kazano wieśniakom z uśmiechem oglądać dary. Scenę sfilmowano i sfotografowano, a po kwadransie namioty spakowano do śmigłowca. Wojskowi zmusili jeszcze wieśniaków do machania do kamery na pożegnanie.

W Rangunie na bazarach pojawiły się dary z międzynarodowej pomocy. Taksówkarz U Win Maung pokazuje moskitierę w zielonkawym pokrowcu z amerykańską metką. Mówi się - nie sposób tego potwierdzić - że część pomocy ląduje w rękach junty.

- Kataklizm dotknął bezpośrednio 2 mln ludzi. Oceniamy, że liczba ofiar śmiertelnych może sięgnąć 200 tys. W rejonie klęski potrzeba 375 ton żywności każdego dnia - mówi mi przedstawiciel oddziału zachodniej organizacji pomocowej. -Studnie i stawy, źródła pitnej wody, zalała słona woda morska.

W Yeokekan, podmiejskim klasztorze, gdzie Aye, prawniczka z Rangunu, rozdaje jedzenie i mleko, schroniły się setki uchodźców. Jej auto otaczają kobiety z niemowlętami. Dzieci, bose i brudne, płacząc i przepychając się, wyrywają sobie z rąk plastikowe torebki.

40-letnia Ma Nwe koczuje w Yeokekan z mężem i piątką dzieci. -Po przejściu cyklonu z nowego domu została bezużyteczna sterta bambusa -mówi Ma Nwe, poprawiając śpiące w hamaku 17-dniowe niemowlę. Na pytanie o imię chłopca uśmiecha się zakłopotana. Nie stać jej na wyprawienie kinmontup, uroczystości, w trakcie której mnisi nadają imię dziecku. -Tyle się ostatnio wydarzyło - szepcze.

Pomóż Birmie! - apel



Źródło: Gazeta Wyborcza

Wojciech Cejrowski: Hasta la vista, amigo

Hasta la vista, amigo
Wojciech Cejrowski, rocznik 1964. Podróżnik, poszukiwacz ginących plemion Amazonii, osobowość telewizyjna, dziennikarz radiowy, artysta kabaretowy, pisarz, publicysta, satyryk, krytyk muzyczny, fotografik... a za zawodu cieśla. (© C. Piwowarski, Polska)
Andrzej Dworak
09.05.2008, aktualizacja: 12.05.2008, 07:22


Próbował Pan być misjonarzem – także w sensie religijnym – dla Indian czy raczej jest Pan cywilizacyjnym outsiderem zafascynowanym czystością pierwotnych kultur? Albo jest Pan znudzony Zachodem?

Na wszystkie te pytania w pytaniu odpowiadam NIE. Nie – nigdy nie próbowałem być misjonarzem. Nie – nie jestem cywilizacyjnym outsiderem, po prostu kulturowo jestem Amerykaninem, a nie Europejczykiem. Czytam amerykańskie książki, oglądam kino wyłącznie hollywoodzkie, a z muzyki wolę country, bluesa i latino od waszych europejskich rocków i popów. No i NIE – nie jestem znudzony Zachodem. Ja Zachód kocham, natomiast nie cierpię Europy. Ameryka jest Zachodem, Europa jest zbutwiałym kulturowo i zepsutym moralnie bagnem.

Na Pana stronie internetowej przeważają zdjęcia rozleniwionych, wyluzowanych mieszkańców Trzeciego Świata. Chce Pan wysiąść z europejskiego cywilizacyjnego pociągu?

Już dawno wysiadłem i dobrze mi z tym. A w dodatku od trzech lat jestem na emeryturze i od razu zacząłem więcej zarabiać (śmiech). Bo kiedy człowiek ma do pracy takie podejście, że może, ale nie musi pracować, to stawia wyższe wymagania w sferze honorariów, warunków pracy, czasu wolnego... Ja już wszystko mam i przestałem się ścigać. Leżę sobie rozleniwiony w słońcu, a do roboty ruszam tylko wówczas, gdy mi ta robota sprawia frajdę.

Prowadzi Pan rozliczne interesy, więc jednak Pan walczy, pracuje, konkuruje…

Nie walczę, tylko wiszę na gałęzi jak wytrawny drapieżnik i od czasu do czasu, gdy pod moją gałęzią pojawia się jakaś smaczna okazja, to się na nią rzucam. No i nie tracę energii na konkurowanie – zamiast ścigać się z innymi, skupiać uwagę na wyprzedzaniu konkurencji, ja staram się robić dobrze to, co robię. Najlepiej jak potrafię, bez oglądania się na to, jak to samo wychodzi innym. Takie oglądanie się na innych bardzo często OBNIŻA jakość naszej pracy, bo kiedy tylko wyprzedzimy konkurencję, to przestajemy się starać. Ja staram się być lepszy od samego siebie, nawet w tych momentach gdy konkurencja została daleeeeko w tyle.

Ale przed emeryturą był Pan w wojsku?

Byłem na kilku wojnach. Natomiast komunistyczna armia PRL-u przydzieliła mi w stanie wojennym kategorię E – trwale niezdolny do służby. Musieli się mnie strasznie bać, bo niczego sobie nie załatwiałem, nie dawałem łapówek ani nie szukałem znajomości w komisji.

No to czy umiałby Pan przeżyć w dzikiej dżungli?

Bywam tam regularnie i jakoś żyję. Natomiast odradzam łażenie po dżungli bez pomocy indiańskich przewodników – nawet najgorszy z nich ma lepsze oko do węży niż biały człowiek.

Potrafi Pan polować?

Potrafię, ale nie jestem jakoś szczególnie utalentowanym myśliwym. I nie mam w tym kierunku pasji. Wolę się zajmować moją robotą, czyli podglądaniem Indian, a myśliwego wynająć. Daję mu skrzynkę naboi i strzelbę i mówię: to wszystko będzie twoje PO wyprawie, pod warunkiem że codziennie zapewnisz mnie i moim ludziom żarcie. Wówczas ten myśliwy dba o strzelbę (bo ona ostatecznie będzie jego) i oszczędza naboje (bo te, co zostaną po wyprawie, też będą jego).

Ma Pan pozwolenie na broń?

Na szczęście w Amazonii nikt nie wymaga ode mnie żadnych głupich zezwoleń – kupuję sobie broń w sklepie żelaznym i już. Broń jest w dżungli jednym z podstawowych narzędzi – tak jak maczeta czy nóż.

A jakie jest Pana zdanie o piątym przykazaniu? Czy chrześcijaninowi w ogóle wolno zabijać?

Wolno. Wolno nawet zabijać innych ludzi – w obronie własnej lub w obronie osób trzecich zagrożonych napaścią. A pan co? Z Korei przyjechał, że się nie orientuje w podstawowych regułach cywilizacji chrześcijańskiej?

Ależ Pan drażliwy. W takim razie porozmawiajmy może lepiej o kobietach. Jakie podobają się Panu najbardziej? Polki? Meksykanki?

Pan, jak widzę, jest strasznie nieuporządkowany moralnie. Zdrowemu facetowi podoba się tylko jed-na kobieta – ta, którą on kocha. I jest mu wtedy obojętne, czy jest ona Polką, czy Meksykanką. Czy jest wysoka, niska, biała czy czarna. Kobieta nie jest przedmiotem do używania, drogi panie. Kobieta jest OSOBĄ. Tak samo jak pan. Krowę na targu może pan taksować według tego, czy się panu podoba, jakiej jest rasy i jaki ma temperament. Niech pan o tym pomyśli przy najbliższej okazji, bo może to całkowicie odmieni pańskie stosunki z piękniejszą połową świata.

Rozważę to przy najbliższej okazji. Jaki jest Pana stan cywilny? Kawaler, żonaty czy stanu wolnego, czyli rozwiedziony?

To znów pytania dotyczące prywatności – nie wypada ich zadawać i głupi ten, kto zgodziłby się na nie odpowiadać. Aha, i jeszcze coś – czy pan naprawdę z Korei przyjechał? Bo w Kościele katolickim nie ma rozwodów.

Mam przyjaciół Koreańczyków, którzy są katolikami, i oni dobrze wiedzą, że papież może dać rozwód. Jak zatem jest z Panem? Był Pan w związku konsekrowanym, cywilnym czy wolnym?

No to pańscy znajomi bardzo źle wiedzą, a pan się wkopał kompletnie – nawet papież nie może dać rozwodu, bo „co Bóg złączył, tego człowiek niech nie rozłącza”. Natomiast sąd biskupi (Rota Rzymska – red.) może stwierdzić, że jakiś sakrament nie został zawarty prawidłowo, a zatem nigdy nie miał miejsca, choć komuś się tak wydawało. No, na przykład gdyby wyszło na jaw, że jakiś facet oszukał księdza i wziął drugi ślub z inną panią – wówczas tylko ten pierwszy sakrament jest ważny, a każdy następny nie! Mimo że formalnie odbyły się wszystkie obrzędy i msza, i jeszcze potem konsumpcja związku w noc „poślubną”. Ale rozwodów w Kościele nie ma i nie będzie, bo my tu słuchamy nakazów Jezusa Chrystusa, które panu zacytowałem, a nie widzimisiów z Korei*.

W takim razie zapytam inaczej: Prowadzi Pan swoje gospodarstwo domowe sam czy jest w nim jakaś kobieca ręka? Pierze Pan sam, sprząta, prasuje?

Te pytania dotyczą sfery prywatności, więc na nie nie odpowiem. Tak jak nie zgodziłbym się na zaproszenie do domu telewizji, żeby sfilmować program w stylu „Zacisze gwiazd”. Pan wybaczy, ale albo zacisze, albo kamery w domu. I w ogóle dziwię się panu, że interesują pana takie plotkarskie zagadnienia jak to, czy ktoś pierze sam, czy w towarzystwie. Przy okazji powiem tylko, że w Ameryce Łacińskiej do tego typu zajęć zatrudnia się muchachę, czyli służącą. To doskonałe rozwiązanie, bo można biedniejszemu dać pracę. Muchachę zawsze zatrudnia pani domu, natomiast płaci jej pan domu.

No to w takim razie co Pana kręci teraz najbardziej? I nie chodzi mi tylko o yerba mate…

„Kręci”? Nie bardzo rozumiem pytanie. Czy chodzi o używki? Jeśli tak, to nic mnie nigdy nie kręci. Na przykład nigdy, nigdy, nigdy nie piję wódki. Nigdy, nigdy, nigdy nie miałem w ustach papierosa i nie mam zamiaru mieć. Nie miałem też w ustach słowa na k ani żadnego innego wulgaryzmu, bo mowę polską uważam za dobro narodowe, które należy szanować. Nasi przodkowie szli w obronie mowy polskiej na Sybir, więc gdy ktoś z nas przeklina, to tak jakby oszczywał ich groby.

Oszczywał? Przecież to wulgaryzm! Nie używając słowa na k, staje Pan w jednym szeregu z tymi tak przez Pana wytykanymi i… leje na groby. Czyż nie tak?

Nie! Umieszczone w tym kontekście słowo „oszczywać” jest mocne, lecz wystarczająco subtelne, by być dopuszczalne. Tym bardziej że ono tu zostało użyte w kontekście obrony (mowy polskiej), a nie jako epitet, czyli atak na kogoś. Natomiast pańskie „leje” brzmi zbyt dosłownie i moim zdaniem przez tę dosłowność jest już wulgarne. A w dodatku ustawił pan to słowo na pozycji zaczepnej – pan mnie nim atakuje, a przynajmniej karci – tak czy siak atakuje mnie pan. W zakresie języka bardzo często chodzi o takie właśnie prawie niewyczuwalne subtelności i to one powodują, że to samo słowo raz brzmi wulgarnie, a innym razem nie. Nawet to symboliczne słowo na k daje się czasami ustawić w takim kontekście, że nie razi wulgaryzmem – no na przykład w niektórych dowcipach, gdy k jest jedynie akcentem słownym.

Wróćmy do poprzedniego pytania – chodziło mi raczej o to, co Pana ostatnio najbardziej zajmuje, co Pana ekscytuje.

Ostatnio? Ja jestem stały w poglądach, stały w miłości, stały w fascynacjach – jestem wierny sobie i innym. Dlatego u mnie nie ma żadnego „ostatnio”, które różniłoby się od mojego „kiedyś”, „dawniej”, „wczoraj”. Interesuje mnie bardzo literatura – kocham pisać i czytać, zajmuje mnie bardzo życie rodzinne i religia, no i jestem gorącym i wojującym patriotą. Ostatnio... (śmiech) ostatnio wojuję z niedotrzymanymi obietnicami premiera, który zapowiadał obniżenie podatków.

Ma Pan jakieś wzory, postaci, które ukształtowały Pana przekonania?

Bardzo wiele – zależnie od konkretu. Duży wpływ na moje przekonania mieli różni zbrodniarze, zdrajcy i kolaboranci. Na przykład antykomunistą jestem dzięki Jaruzelskiemu, Millerowi, Kwaśniewskiemu... Wymienione osoby to wzory postaw, których człowiek porządny i patriota unika za wszelką cenę.

A przykłady pozytywne?

Jezus z Nazaretu.

Czy Pan szanuje ludzi? Czy nie ma Pan ochoty zmienić – jako dziennikarz i autor – swojego prowokacyjnego i niekiedy obraźliwego stylu?

Szanuję ludzi. Prowokacyjny styl bierze się z szacunku do widza. Widzów mam kilka milionów, a gość w studiu jest tylko jeden. W dodatku ten gość jest na służbie moich widzów – oni płacą abonament, natomiast gość dostał honorarium za występ. Można więc od gościa oczekiwać, że odpowie widzom na kilka trudnych pytań. Gdy się miga od odpowiedzi, wówczas mój styl staje się coraz bardziej prowokacyjny. To, co przed chwilą opisałem, to jest amerykańska szkoła dziennikarska – wykłady ze strategii wywiadu i reportażu, pierwszy semestr studiów.


* Sędziowie Roty Rzymskiej (watykańskiego trybunału sprawiedliwości) zajmowali się w 2005 r. 262 wnioskami o orzeczenie nieważności związku małżeńskiego zawartego w Kościele. Zgodę wydano w 69 przypadkach. Najwięcej wniosków napływa z Włoch (w 2005 r. było ich 128), ze Stanów Zjednoczonych (38) i z Polski (19). Informacje pochodzą z watykańskiego rocznika statystycznego wydawanego co trzy lata.