niedziela, 24 sierpnia 2008

Piłka wodna: Węgrzy po raz dziewiąty mistrzami olimpijskimi

PAP, kd
2008-08-24, ostatnia aktualizacja 2008-08-24 11:49
Zobacz powiększenie
Fot. OLEG POPOV REUTERS

Mistrzami olimpijskimi igrzysk w Pekinie zostali w niedzielę piłkarze wodni Węgier, którzy pokonali w finale 14:10 (6:4, 3:4, 2:1, 3:1) ekipę USA. To dziewiąty triumf olimpijski Węgrów w tej dyscyplinie.

Zobacz powiekszenie
Fot. OLEG POPOV REUTERS Zobacz powiekszenie
Fot. LASZLO BALOGH REUTERS Zobacz powiekszenie
Fot. LASZLO BALOGH REUTERS Zobacz powiekszenie
Fot. LASZLO BALOGH REUTERS Zobacz powiekszenie
Fot. LASZLO BALOGH REUTERS Zobacz powiekszenie
Fot. LASZLO BALOGH REUTERS Zobacz powiekszenie
Fot. SERGIO MORAES REUTERS Zobacz powiekszenie
Fot. Mark Humphrey AP Zobacz powiekszenie
Fot. Mark Humphrey AP Zobacz powiekszenie
Fot. OLEG POPOV REUTERS Zobacz powiekszenie
Fot. SERGIO MORAES REUTERS
Na Węgrzech piłka wodna jest dyscypliną narodową. Wcześniej triumfowali w Los Angeles (1932), Berlinie (1936), Helsinkach (1952), Melbourne (1956), Tokio (1964), Montrealu (1976), Sydney (2000) i Atenach (2004). Poza tym maja na swoim koncie jeszcze trzy srebrne i trzy brązowe medale. Dla USA to dziewiąty medal w tej konkurencji. Wygrali tylko raz, przed 104 laty w Saint Louis. Brązowy medal pekińskich igrzysk wywalczyli Serbowie, po niedzielnej wygranej z Czarnogórą 6:4 (2:0, 2:1, 2:1, 0:2). Przed czterema laty w Atenach wspólna reprezentacja Serbii i Czarnogóry zdobyła srebrny medal olimpijski.

USA-HIS 118-107 Amerykanie powracają na koszykarski tron

Michał Owczarek
2008-08-24, ostatnia aktualizacja 2008-08-24 13:23
Zobacz powiększenie
Amerykanie świętują złoto Drużyny Odkupienia
Fot. Eric Gay AP

Po ośmiu latach dotkliwych porażek Amerykanie zdobyli złoty medal olimpijski. W finale Hiszpanie zawiesili poprzeczkę wysoko, ale zdeterminowani gracze z USA grali z niesamowitą skutecznością z gry i wygrali ostatecznie 118:107.

Zobacz powiekszenie
Fot. Eric Gay AP
Carmelo Anthony w obronie przeciwko Marcowi Gasolowi
Zobacz powiekszenie
Fot. LUCY NICHOLSON REUTERS
LeBron James, Deron Williams i Carlos Boozer
Zobacz powiekszenie
Fot. SERGIO PEREZ REUTERS
Juan Carlos Navarro i Kobe Bryant walczą o piłkę
Zobacz powiekszenie
Fot. Charlie Riedel AP
Kobe Bryant unika bloku Pau Gasola
Zobacz powiekszenie
Fot. Eric Gay AP
Dwight Howard fauluje Pau Gasola
Zobacz powiekszenie
Fot. Dusan Vranic AP
Dwayne Wade i Chris Bosh walczą o piłkę z Raulem Lopezem
Zobacz powiekszenie
Fot. JASON REED REUTERS
LeBron James kontra Pau Gasol
Złoty Redeem Team. A co będzie w Turcji? »

- Hiszpanie na pewno nie zagrają z USA tak źle jak w meczu grupowym, gdy przegrali różnicą 37 punktów. Jeśli przegrają, to na pewno nie aż tak - mówił Sergio Hernandez, trener Argentyny.

Już przed meczem było wiadomo, że w finale na pewno nie zagra kontuzjowany Jose Calderon. - Ciężko mu było się z tym pogodzić, ale wie, że z ławki rezerwowych też może pomóc kolegom - mówił lekarz reprezentacji Hiszpanii.

Przed meczem Hiszpanie, mistrzowie świata zapowiadali, że się nie poddadzą i będą walczyć do końcowej syreny. I swe obietnice wypełnili. Amerykanie byli zaskoczeni dobrą grą rywali. Już w pierwszej kwarcie Hiszpanie prowadzili nawet pięcioma punktami, ale zespół trenera Krzyzewskiego szybko zniwelował straty. Wielką formę na finał przygotował Dwayne Wade. Gracz Miami Heat w pierwszej połowie rzucił 21 punktów, myląc się zaledwie dwukrotnie. Amerykanie prowadzili, bo trafiali z niesamowitą skutecznością (momentami nawet 75 proc.) i wykorzystywali proste, acz rzadkie straty Hiszpanów.

W trzeciej kwarcie Hiszpanie skoncentrowali się na wyprowadzani piłki. Zaczęli grać szybciej, lepiej dzielili się piłką i szukali partnerów na czystych pozycjach. W obronie postawili strefę, która zaczęła przynosić korzyści. Reprezentacja USA nie trafiała już raz za razem z dystansu, a przewaga stopniał do zaledwie czterech punktów. Dopiero pod koniec kwarty znaleźli pomysł na defensywę rywali. Podaniami do wysokich zawodników rozciągali strefę, którzy dogrywali do wchodzących z obwodu

W czwartej kwarcie drugi bieg włączyli Hiszpanie. Na osiem minut przed końcem fantastycznie zagrali Rudy Fernandez z Pau Gasolem, a chwilę później trafił za trzy Fernandez i przewaga USA stopniała do zaledwie dwóch punktów. Na trzy minuty przed końcem trójkę z faulem trafił Bryant, czym uciszył całą halę. Amerykanie wzięli się do roboty, zaczęli mocniej grać w obronie i odskoczyli na dziewięć punktów. W końcówce Hiszpanie przestali trafiać.

Osiem lat czekali Amerykanie na złoty medal na imprezie rangi światowej. Pasmo porażek zaczęło się od szóstego miejsca na mistrzostwach świata w 2002 roku, których Amerykanie byli gospodarzami. W 2004 roku zespół złożony z gwiazd NBA (Duncan, Iverson, James) przywiózł z igrzysk w Atenach tylko brązowy medal. Na mistrzostwach świata w Japonii w 2006 roku też byli tylko trzeci.

Redeem Team (Drużyna Odkupienia) spełnił swoje zadanie. Nakreślony przed trzema laty plan przez Mike'a Krzyzewskiego okazał się skuteczny. Już pierwsze mecze w Pekinie pokazały, że Amerykanie nie odpuszczą. Do ćwierćfinałów awansowali bez żadnych problemów, a rywali rozbijali w pył różnicą ponad 30 punktów, czym przypominali legendarny Dream Team z igrzysk w Barcelonie. Wielkich problemów nie mieli także w ćwierćfinale z Australią i w półfinale z Argentyną. W finale zdeterminowani Hiszpanie zagrali rewelacyjnie i postawili rywalom wysokie wymagania, ale to nie wystarczyło.

Amerykanie grali perfekcyjnie. Nauczyli radzić sobie z obroną strefową, często trafiali z dystansu (13 w meczu z Hiszpanią). Nie zawiodły też największe gwiazdy. Powracający po kontuzji Wade raz po raz dziurawił kosz rywali rzutami za trzy (trafił cztery razy), a w kluczowych momentach nie mylił się Bryant. Ci dwaj zawodnicy, wraz z LeBronem Jamsem i Chrisem Paulem mieli największy udział w złotym medalu dla Amerykanów. Nie można też zapomnieć o Jasonie Kiddzie, z którym Amerykanie jeszcze nigdy nie przegrali (57 zwycięstw z nim w składzie!).

Mistrzowie świata mogą być ze swej postaw dumni. Postawili rywalom wysokie wymagania. Świetnie zagrali zwłaszcza pod atakowanym koszem (15 zbiórek). Bracia Gasol, Fernandez i Navarro pokazali, że nie przypadkowo znaleźli się w NBA. To po ich akcjach Hiszpania odrabiała straty. Wielki mecz zagrał także niespełna 18-letni Ricky Rubio. młody rozgrywający zastępował kontuzjowanego Calderona i z tej roli wywiązał się świetnie. Mecz zakończył z sześcioma punktami i zbiórkami, trzema asystami oraz przechwytami i miał tylko dwie straty.

W meczu o brąz Argentyna pewnie pokonała Litwę. Złoci medaliści poprzednich igrzysk zagrali w o brąz bez kontuzjowanego Manu Ginobiliego, ale mimo to nie mieli problemów z rywalami. świetnie zagrał Carlos Delfino, który rzucił 20 punktów i miał 8 zbiórek, a Luis Scola dołożył 18 punktów. Najskuteczniejsi wśród pokonanych Litwinów byli Ramunas Siskauskas (15 pkt) i Rimantas Kaukenas (14 pkt).

Hiszpania - USA 107:118 (31:38, 30:31, 21:22, 25: 27)

Hiszpania: Fernandez 22, P. Gasol 21, Navarro 18, Jimenez 12, M. Gasol 11, Reyes 10, Rubio 6, Garbajosa 3, Mumbru 2, Rodrigeuz 2, Lopez 0.

USA: Wade 27, Bryant 20, James 14, Anthony 13, Paul 13, Bosh 8, Howard 8, Williams 7, Prince 6, Kidd 2, Boozer 0, Redd 0.

Siatkarze USA z olimpijskim złotem po 20 latach przerwy

dsz
2008-08-24, ostatnia aktualizacja 2008-08-24 14:58
Zobacz powiększenie
Fot. STEFANO RELLANDINI REUTERS

Siatkarze USA w meczu godnym finału olimpijskiego pokonali Brazylię 3:1 (20:25, 25:22, 25:21, 25:23) i zdobyli złoty medal! To kolejny sukces Amerykanów po zwycięstwie w finale Ligi Światowej. Siatkarze z USA zdobyli olimpijskie złoto po 20 latach przerwy

Blog Rafała Steca: Koniec ery »

Kiedrosport: Moja klasyfikacja medalowa »

Napisz bloga po igrzyskach »

Amerykańska siatkówka w Pekinie święci sukcesy. Do finałów awansowały obie ekipy z USA. Kobiety po słabym meczu uległy w finale Brazylijkom. Rewanż na rywalu mieli wziąć w niedzielę rano panowie, którzy po zaciętym spotkaniu pokonali w półfinale brązowych medalistów Rosjan 3:2. Ostatnie złoto olimpijskie Amerykanie zdobyli w 1988 w Seulu. Minęło więc 20 lat, a Brazylia nie wydawała się już tak mocna, jak jeszcze przed kilkoma miesiącami.

Pierwszy set spotkania przebiegał pod dyktando Canarinhos, którzy mieli sobie sporo do udowodnienia po przegranych finałach Ligi Światowej, rozgrywanych bądź co bądź właśnie w Brazylii.

Kibice, którzy wstali wcześnie, aby obejrzeć zmierzch brazylijskiej hegemonii, przynajmniej w pierwszym secie, srogo się zawiedli. Brazylia w pierwszym secie w pełni przypominała drużynę, która od lat wiedzie prym w światowej siatkówce. W ataku i obronie dwoiła się ikona Canarinhos - Giba, który w pewnym momencie, mimo dużego prowadzenia, przeskoczył dwie bandy, aby ratować przegraną piłkę.

Brazylijczycy nie dali szans Amerykanom i wygrali pierwszą odsłonę spotkania 25:20.

W drugim secie niesamowitą serią popisali się na początku Amerykanie. Po świetnych zagraniach Claytona Stanley'a prowadzili już 6:0! Brazylijczycy nie mogli poradzić sobie z atomowymi serwami siatkarza z USA. Na początku drugiego seta oglądaliśmy siatkówkę z najwyższej półki, z pewnością dorównującą swoim poziomem randze spotkania. Na pierwszą przerwę techniczną Amerykanie schodzili prowadząc 8:1. Gra wyrównała się i, co ważne dla siatkarzy z USA. toczyła się punkt za punkt. Brazylijczycy nie mogli znaleźć sposobu na świetnie atakujących Amerykanów na drugą przerwę techniczną schodzili przegrywając 10:16.

Po przerwie, Canarinhos, którzy nie mieli już nic do stracenia rzucili się do odrabiania strat. Świetnie zaczął funkcjonować ich blok, dzięki któremu doprowadzili do stanu 15:17. Amerykanie przełamali niemoc w ataku i w końcówce seta znów zaczęli dominować na boisku, dzięki czemu wygrali drugiego seta 25:22. Decydujący punkt zdobył nie kto inny, jak bohater z początku seta, Clayton Stanley.

Trzeci set był bardzo zacięty. Żadna z drużyn nie mogła z początku wypracować sobie przewagi. Udało się to dopiero Amerykanom, którzy na pierwszą przerwę techniczną schodzili prowadząc 16:13. Bernardo Rezende wydawał się być coraz bardziej zaniepokojony i zdenerwowany. Amerykanie grali swoje, okazywali się lepsi w długich wymianach. Przy stanie 19:14 dla USA trener Canarinhos poprosił o czas. Brazylijczycy zaczęli grać lepiej i zdobyli kilka punktów pod rząd.

Przy wyniku 21:19 to z kolei trener Amerykanów był zmuszony wykorzystać przerwę. Świetnie w ataku USA spisywał się William Priddy, a Bernardo Rezende bezsilnie gestykulował i pokrzykiwał coś w stronę swoich podopiecznych. Siatkarze USA wygrali trzeciego seta 25:21.

Kolejny set zapowiadał się niezwykle ciekawie. Aktualni jeszcze mistrzowie olimpijscy zostali postawieni pod ścianą. Z kolei drużyna USA kroczyła po kolejny po zwycięstwie w finałach Ligi Światowej triumf.

Początek czwartego seta można było zapisać minimalnie na korzyść Brazylii, która zeszła na pierwszą przerwę techniczną prowadząc 8:6. Dwupunktowa przewaga utrzymała się również do drugiej przerwy technicznej. Kiedy wydawało się, że set jest już rozstrzygnięty, dwukrotnie blokiem zagrali Amerykanie i zrobiło się 20:19 dla Canarinhos, a później punkt zdobył rewelacyjny w tym meczu Stanley. 20:20. Niezwykle długa wymiana, Brazylijczycy atakują w siatkę i jest 21:20 dla USA! Amerykanom w meczu wychodziło wszystko. Nawet po pozornie nieudanych zagraniach, piłka spadała na parkiet po drugiej stronie siatki. Canarinhos byli bezradni. Przy stanie 23:22 dla USA na zagrywce stanął Giba. Rezende uznał jednak, że jego gwiazda jest za bardzo zdenerwowana i dokonał zmiany. Nie pomogło. 24:22 dla USA i piłka meczowa. Na zagrywce stanął Stanley i uderzył z całej siły. Brazylijczycy wybronili. Jednak później już nie dali radę. Mecz skończył chyba najlepszy w drużynie USA - Clayton Stanley.

Wynik czwartego seta: 25:23 dla USA.