niedziela, 25 kwietnia 2010

Boks. Adamek dał szkołę boksu Arreoli

Radosław Leniarski
2010-04-25, ostatnia aktualizacja 2010-04-25 12:02
Tomasz Adamek
Tomasz Adamek
Fot. Alik Keplicz AP

Ten koszmar będzie się Chrisowi Arreoli śnił długo. Tomasz Adamek przez 12 rund był szybszy, sprytniejszy. Brutalna siła Amerykanina na nic mu się nie zdała. Sędziowie dali zwycięstwo Polakowi, nieliczni rodacy na trybunach krzyczeli: Dziękujemy!

Tomasz Adamek
Fot. Małgorzata Kujawka / Agencja Gazeta
Tomasz Adamek
Chris Arreola
Fot. Mark J. Terrill AP
Chris Arreola
Zobacz ostatnią rundę walki i werdykt na Zczuba.tv



W Citizen Arena w kalifornijskim Ontario sędziowie punktowali 114:114, 115:113, 117:111 dla Polaka. My typowaliśmy zwycięstwo Adamka co najmniej czterema, pięcioma punktami, przy kilku kolejnych rundach bardzo wyrównanych. Wygrał lepszy pięściarz, który od początku do końca walki miał plan wdrażany konsekwentnie, ale nie unikał ciosów. - Jestem szczęśliwy, jutro Ziggi będzie rozmawiał o następnej walce. On był bardzo silny, ale ja byłem sprytniejszy. Czy byłem w kłopotach w 4, 5 i 6. rundzie? Wcale nie. Jestem góralem, a górale zrobieni są z twardego materiału - powiedział po walce Adamek.

- Masz świetnych fanów Tomek, dziękuję ci. On był naprawdę dobry. Nie spodziewałem się, że skopie mi tyłek, ale stało się. Wyglądam teraz jak Shrek. Tomek przeprowadził ta walkę perfekcyjnie. W czwartej rundzie poczułem jakąś kontuzję lewej ręki. Ale walczyłem mimo to - powiedział Arreola pytany przez dziennikarza HBO tuż po zakończeniu walki.

Formalnie pojedynek toczył się o tytuł mistrza IBF Intercontinental, ale nie on był główną nagrodą, ale szansa na pojedynek o mistrzostwo świata wszech wag, być może już jesienią. Pasy głównych federacji należą do Brytyjczyka Davida Haye, Ukraińców Witalija i Władimira Kliczków.

Przez 12 rund Adamek punktował w każdej rundzie, zadawał kilka razy więcej ciosów niż rywal, ale nie mógł być spokojny ani przez sekundę, bo Arreola bił bardzo mocno. Polak kilkakrotnie otrzymał czyste uderzenie i wytrzymał je, czym dowiódł wyjątkowej odporności - Arreola ma jeden z najlepszych wskaźników nokautów, ponad 85 procent.

Arreola w końcowych rundach był sfrustrowany, pokazywał, że nie może w kółko gonić po całym ringu za Polakiem. W ostatnich rundach sygnalizował kontuzję ręki, ale nie pozwolił sędziemu przerwać starcia nawet na chwilę. Arreola był zapuchnięty, w ostatnich minutach ledwo poruszał się całkiem wyczerpany i czyhał na nokaut. Z kolei Adamek wytrzymał pojedynek fantastycznie kondycyjnie. Miał trudne chwile - jak w szóstej rundzie, ale nawet w tych chaotycznych atakach Arreola nie trafiał często. Na zwycięstwo - jak się później okazało - miał szanse tylko wtedy, gdyby sędziowie po dwóch upomnieniach arbitra ringowego Jacka Reissa, odebrali Polakowi punkt za ciosy poniżej pasa.

Przegrany musi znów się przebijać i budować karierę na nowo.

Bilans Adamka to teraz: 41 zwycięstw, 1 porażka, 27 nokautów.

Arreoli: 28 zwycięstw (25 KO), 2 porażki.

Boks. Media: Twarz Arreoli potwierdza - Adamek to prawdziwy bokser wagi ciężkiej

łw, ringtv.com, dailynews.com, latimes.com
2010-04-25, ostatnia aktualizacja 2010-04-25 11:09
Tomasz Adamek
Tomasz Adamek
Fot. Alik Keplicz AP

Media zagraniczne nie mają wątpliwości, że decyzja o zwycięstwie Adamka nad Crisem Arreolą była słuszna. - Adamek to prawdziwy bokser wagi ciężkiej. Twarz Arreoli to potwierdza - pisze portal The Ring, uważany za "Biblię" zawodowego boksu. - Pokazał świetną technikę i szybkość - czytamy na portalu internetowym Los Angeles Times.

Tomasz Adamek
Fot. Małgorzata Kujawka / Agencja Gazeta
Tomasz Adamek
Chris Arreola
Fot. Mark J. Terrill AP
Chris Arreola
Tomasz Adamek pokonał na punkty Chrisa Arreolę i zdobył tym samym prawo do walki o mistrzostwo świata w wadze ciężkiej. Spryt i technika okazały się lepsze od tępej siły, choć sędziowie nie byli jednomyślni. Punktowali 114:114, 115:113, 117:111. Wątpliwości nie mają za to zagraniczne portale internetowe - Adamek był lepszy i wygrał zasłużenie.

The Ring:

Teraz mamy już pewność. Były mistrz wagi półciężkiej i Cruiserweight jest prawdziwym bokserem wagi ciężkiej. Świadczy o tym doskonale twarz Arreoli tuż po walce - krwawa i posiniaczona. Adamek jest teraz poważnym pretendentem do walki o mistrzostwo świata.

Co do walki: większy i silniejszy Arreola nie mógł znaleźć sposobu na sprytnego Polaka, który zastosował taktykę "uderz i ucieknij" - pisze prestiżowy portal The Ring.

Daily News:

To twarz Arreoli po walce wyglądała dużo gorzej. Była też rozcięta nad lewym okiem po jednym z przypadkowych zderzeń głowami.

Adamek walczył dzielnie, nawet mimo szaleńczych ataków Arreoli. Pokazał wielki zapał. Arreola miał swoje szanse, walka była wyrównana, ale końcówka należała do Polaka - czytamy na portalu Daily News.

The Boxing Historian:

Adamek stał się największym koszmarem Arreoli - tytułuje swoją relację z walki portal The Boxing Historian, nawiązując do ringowego pseudonimu Arreoli. - Polak potwierdził, ze należy do czołówki światowej wagi ciężkiej - czytamy dalej.

Zważając na przewagę wielkości i siły Arreoli, Polak przyjął taktykę ciągłego krążenia wokół rywala. Schodzenia z linii ciosu. Polak czyhał na błędy rywala i kiedy mógł - punktował.

Los Angeles Times:

Precyzyjne ciosy Adamka skutkowały obrzękiem na twarzy Areroli - pisze Los Angeles Times. - Umiejętności Polaka pozwoliły mu zadać 70 ciosów więcej niż rywal. Adamek uderzał szybkimi lewymi, bił kombinacjami - wywoływał tym aplauz publiczności.

Polak pokazał technikę i szybkość, ale punktowanie sędziów zmusza do zadawania pytań. Sędzia Druxman dał Adamkowi zwycięstwo w pierwszych pięciu rundach, a przecież początek walki był najbardziej wyrównany - zauważa portal internetowy Los Angeles Times.


"Prezydent wszedł do kabiny załogi i zapytał: panowie, kto jest zwierzchnikiem sił zbrojnych? Odpowiedziałem: Pan, Panie Prezydencie. To proszę wykonać polecenie i lecieć do Tbilisi - powiedział Prezydent i wyszedł, nie czekając na żadne wyjaśnienia".

To fragment relacji kapitana Grzegorza Pietruczuka, który 12 sierpnia 2008 r. dowodził załogą prezydenckiego samolotu lecącego do Azerbejdżanu. Relacja pochodzi z akt postępowania, które jesienią 2008 r. prowadziła prokuratura wojskowa, sprawdzając, czy Pietruczuk popełnił przestępstwo, gdyż nie wykonał rozkazu prezydenta Lecha Kaczyńskiego.

Świadkiem i uczestnikiem konfliktu dowódcy z prezydentem był kpt. Arkadiusz Protasiuk - wówczas drugi pilot.

Po niespełna 20 miesiącach, 10 kwietnia 2010 r., to on dowodził tupolewem, który z prezydentem i 95 osobami na pokładzie rozbił się na lotnisku w Smoleńsku. W obu lotach brał też udział nawigator mjr Robert Grzywna.

Przypominamy - z nieznanymi dotąd szczegółami - incydent gruziński, bo jest on przywoływany jako argument, że w przeszłości dochodziło do presji na pilotów ze strony prezydenta i jego ludzi.

Nie rozstrzygamy, czy to naciski na załogę spowodowały, że 10 kwietnia pilot próbował w trudnych warunkach atmosferycznych posadzić maszynę na płycie lotniska w Smoleńsku. Przypominamy, że prokurator generalny Andrzej Seremet mówił, iż na razie nie znaleziono na to żadnych dowodów.

Kapitan odmawia zmiany planu

12 sierpnia 2008 r. o godz. 12.25 (wszystkie godziny według czasu polskiego) prezydent Kaczyński w towarzystwie przywódców Litwy, Łotwy i Estonii wyruszył z pomocą dyplomatyczną do Gruzji, na której teren zaczęły wkraczać wojska rosyjskie.

Samolot miał dolecieć do miejscowości Gandża (w aktach postępowania występuje w transkrypcji angielskiej jako Ganja, nazwa azerska - Ganca) w graniczącym z Gruzją Azerbejdżanie. Stamtąd delegacja miała opancerzonymi samochodami przejechać do stolicy Gruzji Tbilisi (ok. 300 km). W trakcie lotu zaplanowano lądowanie w Symferopolu na Krymie, gdzie do samolotu dosiadł się prezydent Ukrainy Wiktor Juszczenko.

Taki plan lotu dostała załoga dowodzona przez kpt. Grzegorza Pietruczuka. Zgodnie z tym planem samolot miał pozwolenie na kurs do Azerbejdżanu i gwarancje bezpieczeństwa na tej trasie. Samolot z Krymu, zamiast skierować się bezpośrednio w stronę Gruzji, miał lecieć łukiem, nad Turcją, by ominąć strefę powietrzną Rosji.

Jednak w czasie postoju w Symferopolu prezydenccy ministrowie Maciej Łopiński i Władysław Stasiak (zginął w katastrofie pod Smoleńskiem) przekazują pilotowi, że Lech Kaczyński żąda zmiany planu i lotu prosto do Tbilisi. Kapitan odmawia, mimo że polecenie osobiście powtórzył prezydent.

Zaalarmowany w sprawie konfliktu zastępca dowódcy sił powietrznych gen. Krzysztof Załęski o godz. 15.29 wysyła faksem z Warszawy do dowódcy 36. Pułku Lotniczego (w jego skład wchodzą samoloty, którymi podróżuje prezydent i rząd) płk. Tomasza Pietrzaka rozkaz wykonania woli głowy państwa. Na papierze firmowym zastępcy dowódcy sił powietrznych Załęski pisze odręcznie: "Proszę natychmiast wykonać polecenie Pana Prezydenta i wykonać przelot z lotniska Ganja do lotniska w Tbilisi".

Oznacza to, że gen. Załęski nie nakazał lotu bezpośrednio do Tbilisi, lecz najpierw zgodnie z planem do Gandżi - i dopiero potem wykonać dodatkowy lot do stolicy Gruzji.

Kpt. Pietruczuk argumentuje, że nie ma zgody dyplomatycznej na przelot do Tbilisi, obszar powietrzny Gruzji jest objęty działaniami wojennymi, samolot nie ma systemu rozpoznania SWÓJ-OBCY kompatybilnego z takimi systemami w samolotach rosyjskich, z którymi nie można też nawiązać łączności radiowej, bo pracują na innych częstotliwościach.

Jego zdaniem samolot mógł zostać ostrzelany przez jedną ze stron konfliktu.

Wszystko to oraz brak wiarygodnych informacji o sytuacji na lotnisku w Tbilisi sprawia, że pilot uznaje lot do Gruzji za groźny dla życia prezydenta i bezpieczeństwa samolotu. Ostatecznie tupolew leci do Gandżi. Do Tbilisi prezydent z delegacją dojechali samochodami.

"Przyniósł wstyd i wykazał się tchórzostwem"

Spór z pilotem miał dalsze konsekwencje. Po powrocie delegacji, 25 sierpnia 2008 r., poseł PiS Karol Karski złożył do prokuratury zawiadomienie o możliwości popełnienia przestępstwa przez kapitana samolotu, który "odmówił wykonania rozkazu".