sobota, 1 maja 2010

10 hipotez smoleńskiej katastrofy

Piotr Zychowicz 21-04-2010, ostatnia aktualizacja 21-04-2010 20:38
Kto winien: rosyjscy kontrolerzy, polscy piloci, mgła czy maszyna? Mnożą się też teorie spiskowe
Nad wyjaśnie
 niem katastrofy Tu-154 M pod Smoleńskiem pracuje polsko rosyjska grupa,
 w której skład wchodzi blisko 60 prokurato- rów.  Na zdjęciu  
specjaliści  badający wrak samolotu
autor: Kuba Kamiński
źródło: Fotorzepa
Nad wyjaśnie niem katastrofy Tu-154 M pod Smoleńskiem pracuje polsko rosyjska grupa, w której skład wchodzi blisko 60 prokurato- rów. Na zdjęciu specjaliści badający wrak samolotu
10 kwietnia o 8.56 w katastrofie prezydenckiego samolotu Tu-154M zginął prezydent Lech Kaczyński z małżonką i 94 inne osoby obecne na pokładzie. Do tragedii doszło podczas próby lądowania na lotnisku pod Smoleńskiem. Oto dziesięć teorii na temat przyczyn katastrofy.
1. Niedoświadczony pilot. 36-letni kapitan Arkadiusz Protasiuk miał według Rosjan przeszarżować: nie znał lotniska i maszyny, którą leciał. „Załoga najwyraźniej nie uwzględniła specyfiki rosyjskiego samolotu” – pisał portal Newsru.com, powołując się na rosyjskich ekspertów. Tu-154 traci wysokość szybciej niż inne samoloty. Protasiuk miał więc popełnić szkolny błąd i za nisko sprowadzić maszynę.
Ale polski pilot na tupolewie przelatał imponującą liczbę 2937 godzin. Maszynę znał doskonale. – Znał również lotnisko. Trzy dni wcześniej lądował na nim, jako drugi pilot samolotu premiera Donalda Tuska – powiedział „Rz” pułkownik Grzegorz Kułakowski, kolega Protasiuka z 36. Specjalnego Pułku Lotnictwa Transportowego.
2. Kłopoty z rosyjskim. Jak twierdzi rosyjski kontroler lotu ze Smoleńska Paweł Plusnin, polscy piloci nie informowali go o swojej wysokości, bo „słabo znali rosyjski”. Te słowa wzburzyły kolegów zabitych pilotów. – Protasiuk mówił po rosyjsku znakomicie – powiedział Kułakowski. Trzy dni wcześniej podczas lądowania w Smoleńsku Protasiuk nie miał najmniejszych problemów w komunikacji radiowej z rosyjskimi pracownikami lotniska.
3. Naciski na pilotów. Zwolennicy tej tezy przypominają, że w sierpniu 2008 r., podczas rosyjskiej inwazji na Gruzję, prezydent próbował nakłonić pilota do lądowania w Tbilisi. Ten jednak sprowadził maszynę na bezpieczniejsze lotnisko w Ganji w Azerbejdżanie. Czy tym razem pilot się ugiął, bo ktoś – prezydent lub dowódca Sił Powietrznych gen. Andrzej Błasik – kazał mu lądować w skrajnie trudnych warunkach?
Koledzy Protasiuka uważają, że to niemożliwe. – Załogi, które latają w pułku zapewniającym transport najważniejszym osobom w państwie, są tak wyszkolone, że nie ulegają presji – powiedział kapitan Grzegorz Pietruczuk, ten sam, który odmówił prezydentowi Lechowi Kaczyńskiemu lądowania w Tbilisi.
Wojskowi podkreślają, że żelazna zasada mówi, iż najważniejszą osobą na pokładzie jest pilot. Nikt, nawet prezydent, nie ma prawa narzucać mu swojej woli. Po incydencie na Kaukazie piloci mieli jeszcze umocnić się w tym postanowieniu.
Z przecieków po wstępnej analizie czarnej skrzynki wynika, że żaden z pasażerów nie ingerował w pracę pilotów.
4. Mgła. W chwili wypadku była bardzo gęsta i pilot mógł nie zauważyć drzew.
– Na nowoczesnych lotniskach mgła nie jest groźna, ale w Smoleńsku, gdzie jest lotnisko przestarzałe, mogła sprawić problemy – mówi „Rz” ekspert Grzegorz Hołdanowicz. Według niego mgła jest niebezpieczna, bo jest nieprzewidywalna. W jednym miejscu mogą być prześwity, gdzie indziej niespodziewanie gęstnieje. – Piloci nie zdawali sobie sprawy, że lecą nad jarem głębokim na 60 metrów. Tyle im zabrakło do bezpiecznego lądowania. Gdyby nie jar, wylądowaliby bezpiecznie – podkreślił Hołdanowicz.
Do bezpiecznego lądowania potrzeba widoczności na 1 km. Tego dnia nad Smoleńskiem wynosiła chwilami zaledwie 100 metrów.
5. Awaria samolotu. Kolejna hipoteza sugeruje możliwość usterki lub poważniejszej awarii w prezydenckim tupolewie. Park maszynowy 36. Pułku jest mocno wysłużony. – Liczba usterek, jakie miały te samoloty, jest przerażająca – mówił „Rz” po katastrofie były premier Józef Oleksy. – Sam byłem kiedyś poirytowany, iż z powodu awarii nie mogłem dolecieć na szczyt europejski – dodaje. Rosjanie zapewniają, że samolot był sprawny. Zimą przeszedł kompleksowy remont w rosyjskich zakładach lotniczych Awiakor w Samarze. Mógł po nim spędzić w powietrzu jeszcze 7,5 tys. godzin. Wylatał tylko 140. W sumie 20-letni samolot przeleciał 5000 godzin i lądował
1823 razy, co zdaniem dyrektora zakładów Awiakor Aleksieja Gusiewa jak na tę maszynę nie jest dużą liczbą. – Po remoncie samolot latał normalnie, żadnych pretensji nie zgłaszano – mówił Gusiew.
– Wstępne dane wskazują, że katastrofa nie była związana z problemami technicznymi na pokładzie samolotu – wtórował mu szef komisji śledczej Prokuratury Generalnej Rosji Aleksander Bastrykin. Wiadomo, że do momentu uderzenia w drzewa, tupolew był w pełni sterowny.
6. Bałagan na lotnisku. O potwornym bałaganie, który podobno jest normą na rosyjskich lotniskach, mówił „Rz” rosyjski dysydent Władimir Bukowski.
– Chaos, niekompetencja, nieporządek, zły stan techniczny sprzętu – wyliczał. – Wieża mogła podać złe współrzędne, źle pokierować pilotów.
Białoruski dziennikarz, przebywający na smoleńskim lotnisku, krótko po katastrofie zrobił fotografię rosyjskich żołnierzy wkręcających żarówki w światłach naprowadzających. Czy w momencie, gdy samolot podchodził do lądowania, lampy nie działały? Polska prokuratura już oficjalnie zadała to pytanie stronie rosyjskiej.
Do dziś nie wiadomo też, co podczas feralnego lądowania robiła obsługa lotniska i kto wchodził w skład naziemnej grupy przyjmującej Tu-154. Czy byli to pracownicy ze Smoleńska, czy też może ludzie oddelegowani tam specjalnie na ten dzień z innego miejsca i kiepsko znający to lotnisko. Nie podano też, kto osobiście odpowiada za lądowanie samolotu.
7. Presja na obsługę lotniska. Jak ujawniła „Rz”, to nie polscy piloci, lecz rosyjscy kontrolerzy lotów mogli działać pod naciskiem. Rankiem 10 kwietnia odbyli kilka rozmów z przełożonymi w Moskwie.
– W jednej z rozmów ostrzegali, że warunki są fatalne i że zastanawiają się nad zamknięciem lotniska i wprowadzeniem zakazu lądowania – mówi informator „Rz”. – Mieli jednak wątpliwość, czy ta decyzja nie zostanie przez polską stronę zinterpretowana jako celowa przeszkoda. Nasze źródła twierdzą, że wątpliwości dotyczące tego, czy zamknąć lotnisko, mieli też przełożeni kontrolerów – dodał.
Podobne wątpliwości miała Moskwa. Kazała nie zamykać lotniska, ale rekomendować Polakom, żeby lądowali gdzie indziej. Tak też według Rosjan miało się stać. Kontrolerzy zasugerowali pilotom, aby polecieli do Moskwy lub Mińska.
– Problem w tym, że nie ma czegoś takiego jak rekomendacja. Jest zezwolenie albo odmowa. Kontrolerzy na lotnisku mogli naruszyć procedury – tłumaczył rosyjski rozmówca „Rz”. Podobnego zdania są polscy eksperci. – Wieża może uznać, że warunki pogodowe są zbyt trudne i zamknąć lotnisko. Wtedy pilot musi lecieć gdzieś indziej. Jeżeli wieża tego nie robi, pilot uznaje, że nie jest tak źle i ma wszelkie prawo, by podjąć próbę lądowania. Jeżeli rzeczywiście wieża tego nie zabroniła, to oznacza, że Rosjanie popełnili fatalny błąd – powiedział „Rz” chcący zachować anonimowość polski pilot.
8. Brak systemu naprowadzania. Według rosyjskich mediów 7 kwietnia, gdy pod Smoleńskiem lądowały samoloty z premierami Władimirem Putinem i Donaldem Tuskiem, na lotnisko sprowadzono nowocześniejszy system nawigacyjny.
System ten przed wizytą prezydenta Kaczyńskiego miał zostać usunięty. Informacja ta nie została potwierdzona. Pewne jest, że na lotnisku nie było systemu automatycznego naprowadzania lądujących samolotów ILS (Instrument Landing System). – Wszystkie urządzenia nawigacyjne na lotniskach muszą być regularnie sprawdzane i posiadać aktualne świadectwa. Sprawdza się je w czasie lotów laboratoryjnych, przy użyciu specjalnego samolotu. Jeżeli wszystko działa, to system nawigacyjny otrzymuje świadectwo – tłumaczy „Rz” jeden z ekspertów. Danych na temat lotniska pod Smoleńskiem brak.
9. Zamach terrorystyczny. Prokurator generalny Andrzej Seremet powiedział, że śledczy badali także hipotezę zamachu. Wstępne śledztwo wykazało, że na pokładzie nie doszło do eksplozji ładunku wybuchowego.
Mimo to pojawia się wiele teorii spiskowych. – Okoliczności wskazują na poważną awarię lub celowe zablokowanie układu sterowania. Taką blokadę można celowo zamontować tak, aby uruchomiła się przy wypuszczeniu podwozia lub klap bezpośrednio na prostej przed lądowaniem. Przy blokadzie klap lub lotek na prostej katastrofa była nieunikniona – powiedział w wywiadzie udzielonym „Naszemu Dziennikowi” Ryszard Drozdowicz z Laboratorium Aerodynamicznego Politechniki Szczecińskiej (ZUT).
Inni eksperci wykluczają jednak taką możliwość: samolot był dokładnie sprawdzony przez polskie służby.
10. Atak elektroniczny. Na pokładzie tupolewa znajdowało się supernowoczesne satelitarne urządzenie TAWS (Terrain Awareness and Warning System), które z dokładnością do jednego metra informuje pilotów o ukształtowaniu terenu w okolicach lotniska. Ukazuje im trójwymiarowy model terenu nawet w najtrudniejszych warunkach pogodowych. Ponieważ do tej pory nie zdarzyła się jeszcze katastrofa samolotu wyposażonego w ten system, pojawiły się spekulacje, czy przypadkiem rzekomi terroryści świadomie nie zakłócił pracy urządzeń pokładowych.
– System TAWS zawieść nie może. Chyba że ktoś zaatakuje go techniką o nazwie „meaconing”. Fałszywy sygnał jest nagrywany i kilka milisekund później i z większą mocą niż sygnał satelity puszczany w eter na tej samej częstotliwości, na której nadaje satelita – mówi „Rz” współtwórca systemu trójwymiarowej nawigacji, wykładowca na Politechnice Hamburskiej Marek Strassenburg-Kleciak.
Wiadomo, że wcześniej problemy z wylądowaniem w Smoleńsku miał rosyjski samolot Ił-76. Zwolennicy teorii o ataku elektronicznym wskazują, że już wtedy sabotażyści mogli uruchomić swoje urządzenie.
Eksperci lotnictwa przestrzegają jednak przed wyciąganiem takich wniosków. Według Tomasza Hypkiego, Smoleńska nie ma na liście 11 tys. lotnisk, których dane są opracowane przez twórców systemów takich jak TAWS.

Olbrzymie siły zbrojne pod dowództwem Polaka


Okręty podczas ćwiczeń NATO, fot. Wojsko Polskie
Polski oficer Marynarki Wojennej, komandor porucznik Krzysztof Rybak dowodził jednostkami z jedenastu państw podczas jednych z największych ćwiczeń Sojuszu pod kryptonimem "Brilliant Mariner 2010". Pod jego dowództwem operowało trzynaście okrętów i trzy grupy nurków minerów.
Dowodzone przez Polaka siły wykonywały operacje przeciwminowe, uczestniczyły w akcjach embarga oraz działaniach obrony przed atakami z wody i powietrza. Manewry odbyły się od 12 do 23 kwietnia na wodach Cieśnin Bałtyckich.

Okręty NATO pod polskim dowództwem - galeria zdjęć

Od stycznia 2010 roku kmdr por. Krzysztof Rybak dowodzi Stałym Zespołem Sił Obrony Przeciwminowej NATO (Standing NATO Mine Countermeasure Group 1 - SNMCMG1), w skład którego obecnie wchodzi 5 okrętów reprezentujących bandery Belgii, Holandii, Niemiec, Polski i Wielkiej Brytanii. Okrętem dowodzenia Zespołu jest polski ORP "Kontradmirał Xawery Czernicki", z którego pokładu operuje międzynarodowy sztab, którego skład w większości tworzą polscy marynarze.

Na czas manewrów "Brillant Mariner 2010" pod rozkazy polskiego oficera  skierowano kolejne siły. Dowodził on łącznie flotyllą przeciwminową liczącą 13 okrętów oraz 3 grupy nurków minerów  z 11 państw: Polski, Belgii, Chorwacji, Danii, Francji, Holandii, Niemiec, Norwegii, Szwecji, USA i Wielkiej Brytanii. Siły te przeprowadziły ćwiczebne operacje oczyszczania morskich szlaków komunikacyjnych i portów z min morskich. Celem tej operacji było zapewnienie bezpiecznej żeglugi  na tych akwenach w sytuacji potencjalnego zagrożenia.

Podczas prowadzenia operacji przeciwminowej postawione zostały miny ćwiczebne, których poszukiwanie, lokalizacja i identyfikacja niczym się nie różni od faktycznych działań bojowych. Łącznie, dowodzone przez komandora Rybaka okręty wykryły, zidentyfikowały i "zniszczyły" prawie 50 min morskich i innych podwodnych materiałów wybuchowych. Równolegle do działań przeciwminowych okręty musiały być cały czas przygotowane na odparcie ataków zarówno z powietrza jak i z wody. W ramach ćwiczeń odpierały jednocześnie kilka ataków samolotów, łodzi motorowych i okrętów.

Chociaż było to ćwiczenie, to jednak w trakcie działań okręty reagowały także na rzeczywiste incydenty, które wystąpiły podczas manewrów. Już drugiego dnia ćwiczenia jednostki obrony przeciwminowej uczestniczyły w akcji ratowniczej udzielania pomocy kutrowi rybackiemu. Trzech duńskich rybaków zostało zabranych na pokład niszczyciela min i bezpiecznie przetransportowanych na ląd.

Kilka dni później duński niszczyciel min HMDS "Makrelen" wykrył bojową minę morską, angielską Mark I-IV pochodzącą z czasów II wojny światowej. Chociaż przeleżała na dnie kilkadziesiąt lat, cały czas stanowiła zagrożenie dla statków, a przede wszystkim dla kutrów rybackich, które na tych akwenach prowadzą połowy.

W skład Bojowej Grupy Przeciwminowej Sił NATO weszły: polski okręt Dowodzenia Przeciwminową Grupą Bojową – ORP "Kontradmirał Xawery Czernicki" (z zaokrętowanym polskim sztabem oraz oficerami z Wielkiej Brytanii, Niemiec i Norwegii) oraz 12 niszczycieli z Wlk. Brytanii, Belgii, Danii, Francji, Holandii, Niemiec, Norwegii i Szwecji oraz trzy grupy bojowe nurków minerów tworzyli marynarze z pięciu państw: Chorwacji, Danii, Francji, Norwegii i USA

Stały Zespół Sił Obrony Przeciwminowej NATO pod polskim dowództwem jest jednym z czterech stałych grup działających w ramach Paktu Północnoatlantyckiego. Rejonem działania Zespołu są akweny północnej Europy oraz środkowego i północnego Oceanu Atlantyckiego. Głównym zadaniem Zespołu, określanego mianem "Tarczy Przeciwminowej" jest utrzymanie bezpieczeństwa żeglugi na kluczowych pod względem strategicznym i ekonomicznym akwenach europejskich. Zadanie to realizuje poprzez prowadzenie operacji bojowych oraz manewrów międzynarodowych.

Alicja Bachleda-Curuś: Jestem flexible

Alicja Bachleda-Curuś i Colin Farrell w filmie Ondine
Alicja Bachleda-Curuś i Colin Farrell w filmie Ondine

- W Polsce idziemy często na łatwiznę: naśladujemy amerykańskie wzory albo koncentrujemy się na ciemnych stronach naszej historii. Ten polski pesymizm czasem mnie przeraża - mówi Alicja Bachleda-Curuś, tytułowa Ondine w filmie Neila Jordana

 
 
Ondine
Ondine
Ondine
Ondine
ZOBACZ TAKŻE
SERWISY
Paweł T. Felis: Wiara w selkie, kobiety, które zrzucają foczą skórę, jest tylko legendą z książek czy wciąż żywym mitem w Irlandii?

Alicja Bachleda-Curuś: W Polsce mamy legendy o Wandzie, która nie chciała Niemca, albo o smoku wawelskim, ale nigdy nie spotkałam kogoś, kto by tego smoka naprawdę widział. A w miasteczku, w którym kręciliśmy "Ondine", ta pamięć jest wciąż żywa - rozmawiałam z mieszkańcami, którzy zarzekali się, że ktoś kiedyś naprawdę taką osobę spotkał. Opowiadali o tajemniczych kobietach, dziwnie smutnych, które żyły wśród ludzi, zakładały rodzinę, a po siedmiu latach bez słowa znikały. Nie uciekały, ale - jak tłumaczono mi z przekonaniem - "wracały w otchłań oceanu".

W "Ondine" po raz kolejny Neil Jordan opowiada "realistyczną bajkę", historię o ludziach z krwi i kości, którzy funkcjonują w świecie żywego mitu.

- Uwielbiam w filmach Neila Jordana tę strefę mroku między dniem i nocą, którą po angielsku ładnie określa słowo "twilight". Do dziś pamiętam, jakie wrażenie zrobiły na mnie wiele lat temu "Gra pozorów" czy "Towarzystwo wilków". W "Ondine" świat jest bardzo niebajkowy: to świat prywatnych tragedii, nałogów, nieuleczalnych chorób, biedy. Ale nagle pojawia się w nim dziewczyna, którą niektórzy uważają za selkie, bo tego potrzebują: to ktoś, kto daje im światełko w tunelu. Łatwiej w nie uwierzyć, jeśli patrzy się na tę dziewczynę jak na kogoś, kto nie jest istotą ludzką i ma w sobie nadprzyrodzoną moc.

W "Ondine" mówisz po angielsku ze specyficznym akcentem - trochę irlandzkim, trochę wschodnioeuropejskim.

- Od początku wiedziałam, że muszę grać postać realną, która ma za sobą konkretną przeszłość, ale jednocześnie może być traktowana jak istota z wody. Próbowałam więc znaleźć niedookreślony akcent, który trudno będzie zakwalifikować. Trochę irlandzki, bo Ondine zaczyna mieszkać w Irlandii i używa słów, które tutaj właśnie usłyszała, ale trochę inny, żeby realistyczny, niebajkowy finał mógł być prawdopodobny. W efekcie miałam dość komfortową sytuację, bo nie musiałam się kontrolować - zmieniałam akcent w zależności od sytuacji, sceny, rozmówcy.

Jednym z najważniejszych bohaterów "Ondine" jest woda...

- Na planie musiałam pływać w wodzie o temperaturze 8 stopni, a jednocześnie pilnować się, żeby nie wyglądać na zbyt zmarzniętą, bo Ondine nie może przecież umierać z zimna. Wymagało to sporej dyscypliny i koncentracji, ale też zaufania do reżysera - kiedy oglądałam później niektóre ujęcia, nie mogłam uwierzyć, że tak właśnie wygląda moja twarz. W potwornym zimnie trudno do końca kontrolować mimikę.

Długo starałaś się o rolę u Neila Jordana?

- To on mnie wybrał. Zobaczył film "Trade", chciał się ze mną spotkać, ale chyba już wtedy był zdecydowany. Byłam akurat na wakacjach, kiedy dostałam od mojej menedżerki telefon: przesyłam ci faksem scenariusz Neila Jordana, czy możesz być za dwa dni w Londynie? Oczywiście rzuciłam wszystko i pojechałam.

O Zosi z "Pana Tadeusza" powiedziałaś kiedyś zdanie, które ładnie pasuje do "Ondine": "to zjawa, której urokowi poddaje się Tadeusz, ucieleśnienie jego snu o niewinności". Inaczej pracuje się na planie w Polsce i za granicą?

- Jeśli coś mnie zaskoczyło, to skala produkcji - nie spotkałam się w Polsce z takim rozmachem, chociaż i "Trade", i "Ondine" były filmami niskobudżetowymi. Udziela się jakaś euforia pracy, dzięki czemu masz poczucie, że pracujesz nad czymś naprawdę wyjątkowym. Chociaż na planie "Pana Tadeusza" było podobnie...

Z każdym reżyserem pracuje się inaczej - niektórzy robią dużo prób, jak Andrzej Wajda, innym - jak Neilowi Jordanowi - wystarczy parę dni na wspólne czytanie scenariusza.

Wielu polskich aktorów chciało zaistnieć na rynku międzynarodowym, ale bez skutku. To kwestia przypadku, szczęścia, pracowitości, znajomości?

- Wszystkiego po trochu. W "Trade" miałam pojawić się tylko w epizodzie. Znałam reżysera Marca Kreuzpaintnera, u którego zagrałam wcześniej w filmie "Sommersturm". Bardzo chciał dać mi rolę Veroniki

...ale producent nalegał, żeby główną rolę zagrała Milla Jovovich, która w ostatnim momencie zrezygnowała.

- A ja znalazłam się w odpowiednim miejscu i w odpowiednim czasie. I pojawiłam się w filmie, w którym zauważył mnie m.in. Neil Jordan. To właśnie przypadek oraz szczęście.

Nie boisz się, że na brutalnym rynku amerykańskim może ci go zabraknąć?

- Nie skupiam się na Stanach - jestem tutaj, bo tu jest mój syn, ale chciałabym pracować równocześnie w Ameryce i w Europie. Teraz w Hollywood jest zresztą dość kiepska sytuacja ekonomiczna i filmów kręci się mało - jeśli nie są to komercyjne hity albo sequele tzw. pewniaków, często scenariusze utykają gdzieś na etapie finansowania. Mam na przykład nagranych kilka projektów, w tym dwa, na których realizację są duże szanse, ale cały czas czekamy na domknięcie budżetów.

Wyjechałaś do Stanów, żeby uczyć się w szkole Lee Strasberga, potem szlifowałaś angielską wymowę w Nowym Jorku. Dla aktora emigranta to niekończąca się praca?


- Kiedy patrzę wstecz, to myślę, że bez pracy, którą włożyłam jako kilkuletnia dziewczynka, nie byłabym w tym miejscu, w którym jestem. Na początku granie było głównie przyjemnością, potem przyszła świadomość, że im więcej ćwiczę, tym lepsze są efekty. A ćwiczyłam sporo, bo przez całe dzieciństwo godziłam normalną szkołę, śpiew, taniec i aktorstwo. Może dzięki temu stałam się - jak mówi się tutaj - "flexible"?


Mówię i gram po angielsku, niemiecku, francusku, być może niedługo również po hiszpańsku, więc łatwo odzwyczaić mi się od akcentu. Zawsze, kiedy wracam z długiej podróży, zdaję sobie sprawę, jak dużo zapomniałam. Więc tę biegłość - mam na myśli akcent - cały czas muszę ćwiczyć.


Czy to plotki, że zamierzasz zagrać w polskim filmie?


- Bardzo bym chciała i szukam scenariuszy, w których będzie coś oryginalnego. A w Polsce, chociaż warsztatowo jesteśmy świetni, idziemy często na łatwiznę: albo naśladujemy amerykańskie wzory, albo koncentrujemy się na ciemnych stronach naszej historii czy naszej tożsamości. Ten polski pesymizm czasem mnie przeraża.


Za kilka tygodni będziesz jednak jednym z jurorów oceniających nowe polskie filmy w Gdyni


- I bardzo się z tego cieszę, bo wymądrzam się tu strasznie i krytykuję polskie filmy, a przecież od dłuższego czasu w Polsce już nie mieszkam. Wiem, że dzieje się coś dobrego w polskim kinie, że jest teraz naprawdę dobry czas dla młodych twórców.


Polski kompozytor Abel Korzeniowski, który od kilku lat mieszka w Los Angeles, opowiadał mi o największym zaskoczeniu: jechał do Hollywood z przekonaniem, że to gniazdo żmij, a okazało się, że i zwykli ludzie, i filmowcy są wobec siebie bardziej przyjaźni niż w Polsce.


- Nam, Polakom, często się wydaje, że wszyscy są tu sztuczni, bo ciągle pytają "How are you?", chociaż w ogóle ich to nie interesuje. Oczywiście ten optymizm jest powierzchowny, ale po paru latach w Los Angeles mam wrażenie, że łatwiej się z nim żyje. Kiedyś, kiedy wracałam do Stanów z Polski, sama chciałam od razu wszystkim opowiadać, że jest mi smutno, że jestem tu sama itd. Ale zrozumiałam, że nie muszę. I że ten uśmiech na powitanie nie jest taki zły.


Zmieniłaś się w Stanach jako aktorka, ale też jako kobieta.


- Te dwie Alicje rozwijały się równolegle. Myślę, że jako aktorka nabrałam większej pewności siebie, większej świadomości swoich możliwości i ograniczeń. Ale w moim życiu prywatnym zaszły ostatnio tak gruntowne zmiany, że nie da się ich oddzielić od pracy. Pracujemy przecież naszą wrażliwością i naszym doświadczeniem.


Wciąż nie wiem oczywiście, na ile uda mi się pogodzić macierzyństwo z aktorstwem, bo jestem świeżo upieczoną mamą: wystarczy krótki wyjazd na jeden dzień, a już mam wyrzuty sumienia. Nie wyobrażam sobie wyjazdu na parę tygodni, więc pewnie będę zabierać syna ze sobą na plan. Ale jak wtedy pogodzić aktorkę ze stuprocentową mamą, którą chciałabym być? Nie mam pojęcia.