sobota, 14 lipca 2012

Jadwiga Jędrzejowska od podawaczki piłek bogaczom po finał Wimbledonu




Szymon Opryszek
13.07.2012 , aktualizacja: 13.07.2012 08:05
A A A Drukuj
Spała z wystruganą rakietą pod poduszką, nie miała pieniędzy na strój tenisowy, przez całą karierę paliła papierosy, kłóciła się z Charliem Chaplinem i złamała dworską etykietę. Krakowianka Jadwiga Jędrzejowska musiała pokonać o wiele więcej przeszkód niż Agnieszka Radwańska, by dotrzeć na szczyt
Jadwiga Jędrzejowska - zdjęcie z ksiązki
Fot. Jakub Ociepa / Agencja Gazeta
Jadwiga Jędrzejowska - zdjęcie z ksiązki "Urodziłam się na korcie"
Grób Jadwigi Jędrzejowskiej na krakowskim cmentarzu Rakowickim
Fot. Michał Łepecki / Agencja Gazeta
Grób Jadwigi Jędrzejowskiej na krakowskim cmentarzu Rakowickim
Jadwiga Jędrzejowska - zdjęcie z ksiązki
Fot. Jakub Ociepa / Agencja Gazeta
Jadwiga Jędrzejowska - zdjęcie z ksiązki "Urodziłam się na korcie"
Radwańska awansowała do finału wielkoszlemowego Wimbledonu, w którym przegrała z Sereną Williams. Powtórzyła wyczyn Jędrzejowskiej, która 75 lat wcześniej też grała w finale prestiżowego turnieju na trawiastych kortach w Londynie. Droga obu polskich tenisistek na szczyt zaczęła się w Krakowie.

- Jędrzejowska była krakowianką z krwi i kości. Jej sposób mówienia był typowo małopolski, co nas, warszawiaków, nieco śmieszyło. Była zupełnie inna niż Radwańska, grę opierała na zabójczym forhendzie, a na korcie zawsze się uśmiechała w przeciwieństwie do smutnej i technicznej Agnieszki - wspomina Bohdan Tomaszewski, komentator sportowy, a niegdyś tenisista, który trenował z Jędrzejowską w warszawskiej Legii.

Radwańska kreowana jest przez media na dziewczynę z sąsiedztwa, której rodzina musiała sprzedawać kolekcję obrazów, by finansować wyjazdy na turnieje. Ale to Jędrzejowska musiała przełamywać przeciwności losu i konwenanse, by w ogóle marzyć o przebijaniu piłki przez siatkę.

Rakieta jak ukochana lalka

Urodziła się w 1912 roku w małym domku nieopodal kortów Akademickiego Związku Sportowego w Krakowie. W latach międzywojennych tenis zarezerwowany był wyłącznie dla elit. Na robotników, a tym bardziej na ich dzieci, na kortach spoglądano spode łba. Ośmioletnia Jędrzejowska postanowiła wspomóc finansowo rodziców i zaczęła podawać piłki bogaczom.

"Nie pamiętam, kiedy po raz pierwszy wzięłam rakietę do ręki. Wiem tylko, że było to w przerwie między spotkaniami starszych. Odbiłam piłkę prawdziwą rakietą, taką piękną rakietą z wypolerowaną rączką i brzęczącymi strunami. Piłka frunęła leciutko na drugą stronę kortu" - wspominała po latach na łamach książki "Urodziłam się na korcie".

Korty w krakowskim parku stały się jej drugim domem. Gdy miała 10 lat, ojciec wystrugał dla niej drewnianą rakietę. "Nie rozstaję się z nią odtąd ani na chwilę. Kiedy kładę się spać, wkładam ją pod poduszkę, tak jak inne dziewczynki ukochaną lalkę" - pisała Jędrzejowska.

Z dziecięcym zapałem organizuje własny klub tenisowy. Namawia chłopców z sąsiedztwa, by wystrugali własne rakiety. Na niewielkim placyku kredą malują linie, któryś z tenisistów daje im starą piłkę. Przez kilka dni zabawa w tenis trwa w najlepsze, ale 10-letnia Jadzia bije rówieśników na łeb. Obrażeni chłopcy rezygnują z gry.

W wieku 12 lat pomaga robotnikom walcować kort, a nawet podaje piłki podczas międzynarodowego meczu Kraków - Praga. Coraz częściej rywalizuje z dorosłymi, o jej talencie głośno mówi się wśród członków klubu. Ktoś wpada na pomysł, by dziewczynce od podawania piłek dać szansę i włączyć ją do kadry. Problem w tym, że to córka robotnika.

Rakietą w konwenanse

"Często czuję na sobie wzgardliwy i zawistny wzrok, który zdaje się mówić: "Co ta dziewczyna od podnoszenia piłek robi na korcie? Dlaczego zabiera miejsce innym? Dlaczego kręci się tu, pośród ludzi z innego świata?" - wspominała krakowianka. Dodawała, że ówczesna gwiazda Wanda Dubieńska chętnie utopiłaby ją w łyżce wody.

Andrzej Faruzel, były mistrz Europy, szef wyszkolenia młodzieży w Małopolskim Związku Tenisa, który grał z Jędrzejowską w katowickim klubie Baildon: - W jej autobiografii wydawanej w czasach cenzury trzeba było dopiec burżuazji. Ale tak naprawdę Jadzia wiele zawdzięczała wyższym sferom, bo dostała wielką szansę od losu.

Ostatecznie zarząd AZS-u przyjął 13-letnią Jędrzejowską do klubu po burzliwych obradach. - Nigdy nie będę grała z dziewczyną od podawania piłek - krzyczała jedna z członkiń zarządu. Kobiety nie chciały z nią trenować, więc ćwiczyła z mężczyznami. Zresztą na kortach wciąż obecne były konwenanse i zabobony. Jędrzejowska wspominała, jak jedna z tenisistek goniła po korcie hipnotyzera, który przed meczem niesłusznie przepowiedział jej zwycięstwo.

Krakowianka wierzyła wyłącznie w siebie. Dzięki tenisowi pierwszy raz pojechała pociągiem (na turniej do Katowic) i zobaczyła Tatry (podczas zawodów w Zakopanem). W wieku 15 lat miała zadebiutować w mistrzostwach Polski (razem z seniorami, bo wówczas nie było kategorii młodzieżowych), ale nie miała profesjonalnego stroju: obowiązkowej białej sukienki i długich pończoch. "Wiele łez wylewałam po nocach przez ten przeklęty kostium" - pisze w autobiografii.

Ostatecznie członkowie klubu kupili strój ze składek członkowskich, ale nie spodobało się to wyżej notowanym tenisistkom, które nadal z pogardą traktowały córkę robotnika. Jędrzejowska zdobyła wówczas mistrzostwo Polski w deblu, za co otrzymała złoty zegarek. Wkrótce potem zwyciężyła w turnieju w Krośnie, a nagrodą był kuferek, z którym nie rozstawała się przez resztę kariery.

Przez tenis wyleciała ze szkoły. Zgodnie z ówczesnym prawem na zajęcia nie mogły uczęszczać członkinie klubów sportowych. Jędrzejowska spakowała książki i wróciła do domu, by napisać list do Ministerstwa Edukacji. W resorcie postanowili zrobić wyjątek dla utalentowanej krakowianki i przywrócili ją do szkoły. O złośliwości elit miała przekonać się jeszcze raz, tuż przed maturą. Zazdrośni tenisiści namówili jednego z krakowskich dziennikarzy, by napisał, że Jędrzejowska zdała egzamin dojrzałości dzięki sukcesom sportowym.

Z Krakowa na salony

Tenisistka robiła postępy i zaczęła wyjeżdżać na zagraniczne turnieje. Przed mistrzostwami Francji w Paryżu (ówczesny French Open) zgubiła się na dworcu i okradł ją taksówkarz. Zadebiutowała na Wimbledonie. Potem wygrywała między innymi mistrzostwa Londynu, międzynarodowe mistrzostwa Węgier, Austrii, Irlandii Północnej i Walii.

Z Krakowa przeniosła się do Warszawy i zaczęła pracować w przedstawicielstwie jednego z producentów sprzętu sportowego. Przełomowy był rok 1937. Dotarła do półfinału French Open oraz finałów Wimbledonu i mistrzostw USA.

Z rozrzewnieniem wspominała sukces na trawiastych kortach w Londynie. W trzecim secie prowadziła 4:1 z Dorothy Round, by przegrać. "Bałam się zwycięstwa" - notuje po latach.


Wspomina, że Alicja Marble, półfinałowa rywalka, podbiegła do niej na korcie i krzyczała: "Jesteś najlepsza na świecie, skąd u ciebie ten kompleks niższości?".

Po turnieju odrzuciła ofertę przejścia na zawodowstwo wartą 25 tys. dolarów (tzw. cyrk Tildena skupiał tenisistów, którzy rozgrywali turnieje pokazowe, ale nie mogli startować w zarezerwowanych dla amatorów zawodach pokroju Wimbledonu). Wyjechała do USA, gdzie na trybunach zdenerwował ją nieznajomy mężczyzna, który raz po raz krytykował zawodników. - Pan zupełnie nie zna się na tenisie! - rzuciła zdenerwowana. I wspominała, że "rozmowa przerodziła się w ostrą utarczkę słowną". Okazało się, że prowokował ją sam Charlie Chaplin. "Gdybym nie miała nogi w gipsie, niewątpliwie uciekłabym z loży" - pisała. Szybko zaprzyjaźniła się z komediantem i gwiazdą Hollywood.

W 1939 roku wygrała French Open w grze podwójnej, a potem jej karierę przerwała II wojna światowa. Pewnego dnia do jej domu w Warszawie wkroczyli gestapowcy z propozycją azylu od Gustawa V, króla Szwecji i partnera deblowego. Mimo to Jędrzejowska odmówiła wyjazdu. - Po latach spotkali się podczas turnieju w Sztokholmie. Król zobaczył grającą na korcie Jadzię, ich spojrzenia się spotkały i wówczas pogroził jej palcem. Potem żartował, że złamała dworską etykietę, bo przecież królowi się nie odmawia. Bardzo lubił Polkę, która lepiej mówiła po niemiecku niż po angielsku i nazywała go Herr King - wspomina Tomaszewski.

W trakcie wojny schudła 23 kilogramy. W 1945 roku odwiedziła pogorzelisko po warszawskim domu. Pod stertą gruzu znalazła jedynie srebrny medal wimbledoński.

Gem, set, papieros

Po wojnie wróciła do tenisa, ale jedynym międzynarodowym sukcesem był finał French Open w grze mieszanej. W kraju wciąż dominowała. Ostatecznie zdobyła 65 tytułów mistrzyni Polski (w 1933 roku związek przyznał jej mistrzostwo bez gry), choć jak wspominają jej przyjaciele, przez całą karierę namiętnie paliła papierosy.

- Do dziś widzę Jadzie na ławeczce przed kortami Legii, jak zaciąga się damskimi papierosami z munsztukiem. Paliła zarówno przed, jak i po grze, ale nawyk zupełnie jej w tym nie przeszkadzał. Wciąż była najlepsza - uśmiecha się Tomaszewski.

- Mimo upływu lat ponad 40-letnia Jędrzejowska imponowała precyzją. Gdyby rozłożyć na korcie chusteczkę, na pewno trafiłaby w nią bez problemu z serwisu. Ale cały czas paliła. Inną namiętnością były karty. Gdy padało, siadaliśmy w klubie i graliśmy w jej ukochanego remika - wspomina Faruzel.

Radwańska zarobiła w finale Wimbledonu 3 mln zł i część sumy przeznaczy pewnie na kupno torebek znanych marek. 75 lat wcześniej Jędrzejowska dostała za finał 3,5 funta w bonach towarowych i korty Wimbledonu opuszczała z kuferkiem, który wygrała jako nastolatka w Krośnie. Po zakończeniu kariery trenowała młodzież w Katowicach. Gdy po latach wróciła do Krakowa, ze smutkiem stwierdziła, że jej macierzyste korty AZS-u już nie istnieją. Zmarła w 1980 roku na raka krtani, zgodnie z wolą rodziny została pochowana na cmentarzu Rakowickim.

* Korzystałem z książek "Urodziłam się na korcie" w opracowaniu Kazimierza Gryżewskiego i "T jak tenis" Zbigniewa Dutkowskiego

Sprawa małej Madzi. To pogrążyło Katarzynę W.


"Super Express" do­tarł do wy­ni­ków badań, które po­grą­ży­ły Ka­ta­rzy­nę W. Po­zwo­li­ły one pro­ku­ra­to­rom po­sta­wić matce małej Madzi z So­snow­ca za­rzut za­bój­stwa. We­dług nich śmierć dziec­ka była wy­ni­kiem mi­ni­mum dwóch ude­rzeń. Rzecz­nicz­ka Pro­ku­ra­tu­ry Okrę­go­wej w Ka­to­wi­cach Marta Za­wa­da-Dy­bek ujaw­ni­ła tylko, że śmierć Madzi była "nagła i gwał­tow­na".

Sprawa małej Madzi, fot. Newspix
Sprawa małej Madzi, fot. Newspix

"Te dwa urazy po­wsta­ły w od­stę­pie kilku se­kund"

"Ma­dzia zmar­ła w kilka se­kund, co od­po­wia­da oszczęd­ne­mu opi­so­wi Marty Za­wa­dy-Dy­bek z Pro­ku­ra­tu­ry Okrę­go­wej w Ka­to­wi­cach, która w czwar­tek na kon­fe­ren­cji pra­so­wej okre­śli­ła, że dziec­ko zmar­ło »nagle i gwał­tow­nie«" - pisze "Super Express".

- Na­stą­pi­ło uszko­dze­nie rdze­nia prze­dłu­żo­ne­go, a więc w ob­rę­bie sta­wów krę­go­słu­pa szyj­ne­go i pod­sta­wy czasz­ki. Po takim ura­zie śmierć na­stę­pu­je na­tych­miast, bo do­cho­dzi do po­ra­że­nia trzech klu­czo­wych ukła­dów: od­de­cho­we­go, ner­wo­we­go i krwio­no­śne­go. W toku sek­cji stwier­dzo­no też uraz me­cha­nicz­ny głowy mię­dzy opo­na­mi twar­dą a mięk­ką. Te dwa urazy po­wsta­ły w od­stę­pie kilku se­kund - po­wie­dział ga­ze­cie ano­ni­mo­wo le­karz są­do­wy, który brał udział w sek­cji zwłok dziec­ka. Za­su­ge­ro­wał także, że śmierć dziec­ka na­stą­pi­ła w wy­ni­ku mi­ni­mum dwóch ude­rzeń.

Ka­ta­rzy­na W. w pią­tek, tuż po godz. 7.30, zo­sta­ła prze­wie­zio­na do aresz­tu śled­cze­go. "Jako osa­dzo­na bę­dzie trak­to­wa­na ze spe­cjal­ną uwagą i nie­ustan­nie ob­ser­wo­wa­na" - pisze "SE".

"To jest kłam­czu­cha sys­te­mo­wa"

Na ła­mach "Super Expres­su" znany psy­cho­log prof. Zbi­gniew Nęcki ana­li­zu­je za­cho­wa­nie Ka­ta­rzy­ny W. - Matka Madzi przez cały czas po­ka­zy­wa­ła różne twa­rze, raz była blon­dyn­ką, raz bru­net­ką, raz pła­ka­ła, innym razem tań­czy­ła na rurze. To cha­rak­te­ry­stycz­ne dla osoby, która jest psy­cho­pa­tycz­na, za­in­te­re­so­wa­na przy­jem­no­ścia­mi, która gwiż­dże na re­gu­ły i za­sa­dy życia spo­łecz­ne­go. To in­te­li­gent­na dziew­czy­na. Nie­ste­ty, by­strzy psy­cho­pa­ci są naj­gor­si, bo oni po­tra­fią grać - oce­nia.

- Od po­cząt­ku miała przy­go­to­wa­ny sce­na­riusz, wszyst­ko zo­sta­ło prze­my­śla­ne i zre­ali­zo­wa­ne. Miała parę wa­rian­tów w za­leż­no­ści od tego, jak będą re­ago­wać lu­dzie, wszyst­ko było na pokaz, w świe­tle kamer. To jest kłam­czu­cha sys­te­mo­wa i bez­względ­na, czyli two­rzy swoje wizje, a potem w nie wie­rzy i re­ali­zu­je bar­dzo sku­tecz­nie me­to­dą au­to­su­ge­stii - do­da­je. - Jak bę­dzie sie­dzia­ła w wię­zie­niu na­pi­sze książ­kę. Otwo­rzy­ły się przed nią duże moż­li­wo­ści biz­ne­so­we i to wy­ko­rzy­stu­je - prze­ko­nu­je Nęcki.

"Ka­ta­rzy­na ode­gra­ła przed­sta­wie­nie"

Po­dob­ny wer­dykt na ła­mach "Faktu" wy­da­je spe­cja­li­sta psy­chia­trii, dr Jerzy Po­bo­cha.

- Ka­ta­rzy­na ode­gra­ła przed­sta­wie­nie i dalej, kon­se­kwent­nie grała rolę. Teraz może de­mon­stro­wać jesz­cze swoją po­sta­wę np. dzia­ła­nia­mi de­struk­cyj­ny­mi, czego zresz­tą już wcze­śniej pró­bo­wa­ła - oce­nia.

- Dla prze­cięt­ne­go czło­wie­ka samo za­bój­stwo nie jest czymś nor­mal­nym, więc lu­dzie dzi­wią się: jak ona mogła zabić? Ale to nie do końca praw­da, je­ste­śmy zdol­ni do za­bi­ja­nia, wy­star­czy wziąć np. czas wojny, żeby się prze­ko­nać, że zdol­ni są do za­bój­stwa ci, któ­rzy nawet by tego u sie­bie nie po­dej­rze­wa­li. Dla spe­cja­li­stów opi­su­ją­cych za­bój­ców, w tym rów­nież ko­bie­ty, przy­pa­dek oso­bo­wo­ści po­dej­rza­nej nie jest ewe­ne­men­tem. Dla opi­nii pu­blicz­nej jest to sy­tu­acja wy­jąt­ko­wa także z tego wzglę­du, że mogła ob­ser­wo­wać ko­bie­tę, w róż­nych sy­tu­acjach, na prze­strze­ni czasu. Do­tych­czas bar­dzo rzad­ko się to zda­rza­ło. Dla mnie jest to oso­bo­wość nie­pra­wi­dło­wa - pod­kre­śla psy­chia­tra.

Matka Madzi usły­sza­ła za­rzut za­bój­stwa

Matce Madzi w czwar­tek przed­sta­wio­no za­rzut za­bój­stwa. Zo­sta­ła aresz­to­wa­na na trzy mie­sią­ce.

- Prze­pro­wa­dzo­ne czyn­no­ści, w tym uzy­ska­na w środę opi­nia bie­głych, po­zwo­li­ły na zmia­nę za­rzu­tu wobec Ka­ta­rzy­ny W., matki Magdy z So­snow­ca, na za­rzut za­bój­stwa - tłu­ma­czy­ła rzecz­nicz­ka Pro­ku­ra­tu­ry Okrę­go­wej w Ka­to­wi­cach Marta Za­wa­da-Dy­bek.

- Ta opi­nia zo­sta­ła wy­da­na w opar­ciu o dwie inne opi­nie, w tym opi­nię Gdań­skie­go Za­kła­du Me­dy­cy­ny Są­do­wej. Bie­gli na zle­ce­nie pro­ku­ra­tu­ry od­po­wia­da­li na py­ta­nie, jaka była przy­czy­na zgonu sze­ścio­mie­sięcz­nej Magdy z So­snow­ca i w tym za­kre­sie prze­pro­wa­dzi­li szcze­gó­ło­we ba­da­nia hi­sto­pa­to­lo­gicz­ne i tok­sy­ko­lo­gicz­ne - po­wie­dzia­ła Za­wa­da-Dy­bek.

Za­zna­czy­ła, że nie ma sprzecz­no­ści mię­dzy wcze­śniej uzy­ska­ny­mi opi­nia­mi a ostat­nią eks­per­ty­zą bie­głych oraz, że nie bę­dzie na razie ujaw­nia­na treść tej opi­nii. - Je­dy­ne, co mogę pań­stwu po­wie­dzieć, to to, że bie­gli wska­za­li, że śmierć dziec­ka miała cha­rak­ter nagły i gwał­tow­ny - po­wie­dzia­ła pro­ku­ra­tor.

Śledz­two, któ­re­go ter­min był po­cząt­ko­wo okre­ślo­ny na 24 lipca, zo­sta­ło prze­dłu­żo­ne na "ko­lej­ne mie­sią­ce".

Rut­kow­ski przed pro­ku­ra­tu­rą

W czwar­tek przed pro­ku­ra­tu­rą po­ja­wił się wła­ści­ciel biura de­tek­ty­wi­stycz­ne­go Krzysz­tof Rut­kow­ski, który był za­an­ga­żo­wa­ny w po­szu­ki­wa­nia dziec­ka. Dzien­ni­ka­rzom po­wie­dział, że nie jest za­sko­czo­ny de­cy­zją pro­ku­ra­tu­ry.

Za­gi­nię­cie pół­rocz­nej Magdy zgło­szo­no w stycz­niu br. Po­cząt­ko­wo jej matka utrzy­my­wa­ła, że dziew­czyn­kę po­rwa­no. Potem przy­zna­ła, że zgi­nę­ła ona w wy­ni­ku nie­szczę­śli­we­go wy­pad­ku; miała wy­paść jej z rąk. Wska­za­ła miej­sce ukry­cia zwłok. Ko­bie­ta spę­dzi­ła bli­sko dwa ty­go­dnie w aresz­cie.

Wcze­śniej pro­ku­ra­tu­ra sta­wia­ła Ka­ta­rzy­nie W. za­rzu­ty nie­umyśl­ne­go spo­wo­do­wa­nia śmier­ci dziec­ka, po­wia­do­mie­nia o nie­po­peł­nio­nym prze­stęp­stwie (rze­ko­mym po­rwa­niu) oraz two­rze­nia fał­szy­wych do­wo­dów (kie­ro­wa­nia śledz­twa prze­ciw rze­ko­me­mu po­ry­wa­czo­wi).

Ka­len­da­rium zda­rzeń zwią­za­nych z Ka­ta­rzy­ną W.

24 stycz­nia br. - in­for­ma­cja o do­mnie­ma­nym za­gi­nię­ciu pół­rocz­nej Magdy z So­snow­ca.

z 24 na 25 stycz­nia - kil­ku­set po­li­cjan­tów po­szu­ku­je dziec­ka na te­re­nie So­snow­ca; w na­stęp­nych dniach roz­po­czy­na się akcja roz­wie­sza­nia ulo­tek z po­do­bi­zną Magdy, także poza mia­stem; za in­for­ma­cje po­moc­ne w od­na­le­zie­niu dziew­czyn­ki po­li­cja wy­zna­cza 5 tys. zł na­gro­dy, którą na­stęp­nie po­dwa­ja so­sno­wiec­ki sa­mo­rząd.

27 stycz­nia - matka dziew­czyn­ki wy­stą­pi­ła z me­dial­nym ape­lem o pomoc w po­szu­ki­wa­niach Madzi.

z 2 na 3 lu­te­go - po­li­cjan­ci bez­sku­tecz­nie prze­cze­su­ją rejon na rzeką Prze­mszą w So­snow­cu, gdzie - jak miała wy­znać za­an­ga­żo­wa­ne­mu w spra­wę de­tek­ty­wo­wi Krzysz­to­fo­wi Rut­kow­skie­mu matka dziec­ka - miało znaj­do­wać się ciało.

3 lu­te­go - matka wy­zna­je po­li­cjan­tom, że Magda zmar­ła w wy­ni­ku nie­szczę­śli­we­go wy­pad­ku, a ciało zo­sta­ło ukry­te.

z 3 na 4 lu­te­go - po­li­cja znaj­du­je ciało dziec­ka w zruj­no­wa­nym bu­dyn­ku w kom­plek­sie par­ko­wym przy to­rach ko­le­jo­wych w So­snow­cu. To ok. 1,5 km od miej­sca, wska­za­ne­go przez nią wcze­śniej.

4 lu­te­go - usły­sza­ła za­rzu­ty nie­umyśl­ne­go spo­wo­do­wa­nia śmier­ci dziec­ka i zo­sta­ła aresz­to­wa­na na dwa mie­sią­ce.

6 luty - wy­ni­ki sek­cji zwłok - uraz głowy przy­czy­ną śmier­ci dziec­ka.

15 lu­te­go - po­grzeb Magdy; Ka­ta­rzy­na W. opusz­cza areszt; wy­da­jąc de­cy­zję o jej zwol­nie­niu z aresz­tu sąd okrę­go­wy uznał, że obawa uciecz­ki lub ukry­wa­nia się po­dej­rza­nej, musi być opar­ta na do­wo­dach, a nie na do­mnie­ma­niach.

28 marca - dwa ko­lej­ne za­rzu­ty dla Ka­ta­rzy­ny W. do­ty­czą­ce za­wia­do­mie­nia or­ga­nów ści­ga­nia o nie­po­peł­nio­nym prze­stęp­stwie oraz two­rze­nia fał­szy­wych do­wo­dów sta­wia ka­to­wic­ka pro­ku­ra­tu­ra.

12 lipca - za­rzut za­bój­stwa dla matki dziew­czyn­ki.

(Super Express/Fakt/Onet/PAP, TSz)

środa, 11 lipca 2012

Ile jest złota w Goldzie? Wyniki finansowe Amber Gold


Mikołaj Chrzan, Michał Jamroż
10.07.2012 aktualizacja: 2012-07-11 08:05
A A A Drukuj
Gdańsk, nowy terminal T2 Portu Lotniczego Rębiechowo Fot. Dominik Werner / Agencja Gazeta
Coraz głośniej wokół 28-letniego gdańszczanina Marcina Plichty, właściciela oferującej lokaty w złoto firmy Amber Gold oraz linii lotniczych OLT Express. Media ostrzegają przed piramidą finansową. Plichta w odpowiedzi publikuje wyniki finansowe, zapewnia, że jest wypłacalny i grozi dziennikarzom procesami
Ciężko przejść przez miasto, by nie natknąć się na reklamę gdańskiej firmy z charakterystycznym logo w postaci krzyża patriarchalnego. Na wielkich plakatach uśmiechnięci modele zachęcają do inwestycji w złoto, które mają przynieść niespotykane zyski.

Obecnie Amber Gold kusi oprocentowaniem 13,9 proc. w przypadku lokaty na 12 miesięcy. To parę razy więcej niż oferują banki: mBank proponuje za taki sam okres odsetki w wysokości 4,4 proc., a PKO BP - zaledwie 2,8 proc.

Finansista anonimowo: to piramida

Nic dziwnego, że mająca siedzibę w Gdańsku firma budzi coraz większe zainteresowanie mediów. Ostatnio "Rzeczpospolita" cytowała anonimowego przedstawiciela jednego z Towarzystw Funduszy Inwestycyjnych. - Schemat działalności Amber Gold to klasyczna piramida finansowa. Na spłatę zapadających lokat wraz z odsetkami firma przeznacza pieniądze z lokat dopiero co założonych, kończących się później. Interes się kręci, dopóki do systemu napływają pieniądze. Kiedy klienci przestaną wpłacać, Amber Gold nie będzie miał z czego oddać tym, którzy lokaty już pozakładali - mówił dziennikarzowi "Rzeczpospolitej" finansista.

"Rzeczpospolita" przypominała też, że Marcin Plichta był w przeszłości skazany prawomocnie za przywłaszczenie mienia. Chodzi o firmę Multikasa, która miała umożliwiać płacenie rachunków np. za prąd w kasach sklepów. Po pewnym czasie jej funkcjonowania wpłacane w sklepach pieniądze przestały docierać do adresatów. Sąd uznał, że szefowie firmy te pieniądze przywłaszczyli.

W ostatni weekend Plichta postanowił przejść do kontrataku. Na stronie internetowej swojej spółki opublikował oświadczenie. Co się w nim znajduje?

- "Skrócony bilans finansowy" (tak zestawienie kilku danych finansowych nazwał Plichta),

- Informacja o trwającym w firmie audycie biegłego rewidenta,

- Zapowiedź pozwów przeciwko mediom, które w publikacjach "poddają w wątpliwość wypłacalność i rzetelność spółki",

- Oskarżenie, że działania Komisji Nadzoru Finansowego, która od lat ostrzega publicznie przed Amber Gold i donosi na nią do prokuratury (postępowanie wciąż trwa), mają "znamiona nękania",

- Informację o tym, że działania KNF utrudniają realizację nowych projektów takich jak linie lotnicze OLT Express, które "z sukcesem konkurują z dużo większymi podmiotami na rynku w tym również z państwową spółką LOT".

KNF: Nie liczcie na Bankowy Fundusz Gwarancyjny

Wywołana do tablicy Komisja Nadzoru Finansowego nie czuje się winna nękania. - W każdym przypadku, kiedy istnieje podejrzenie, że jakiś podmiot wykonuje czynności bankowe bez wymaganego przepisami prawa zezwolenia, informujemy o tym fakcie prokuraturę - informuje Katarzyna Mazurkiewicz z Komisji Nadzoru Finansowego. - Ponieważ usługi o charakterze finansowym świadczone przez podmioty wskazane w rejestrze "Ostrzeżenia publiczne" publikowanym przez urząd [tam znajduje się informacja o Amber Gold - red.] kierowane są do nieprofesjonalnych uczestników rynku, celem tej informacji jest umożliwienie potencjalnym klientom takich podmiotów podjęcia w pełni świadomej decyzji w zakresie korzystania z usług podmiotów nienadzorowanych przez KNF. Co więcej, środki finansowe powierzone takim podmiotom nie podlegają ochronie np. Bankowego Funduszu Gwarancyjnego, co ma miejsce w przypadku instytucji bankowych w Polsce.

O komentarz do wyników poprosiliśmy także jednego z finansistów pracujących w gdańskim banku. - Nie chcę mieć ich prawników na głowie, mogę się wypowiedzieć tylko anonimowo - tłumaczy. - Pierwszy raz spotykam się z czymś takim, co nazwane jest "skrócony bilans finansowy". Takiego pojęcia w profesjonalnym świecie finansów nie ma. Poza tym, to co podał Plichta, bardziej przypomina rachunek zysków i strat, a nie bilans. Tak naprawdę nie wiadomo jednak nic: ani o tym, czym tak naprawdę są te przychody (czy to tylko prowizja za "przechowywanie" kruszców, czy całość wpłacanych przez klientów pieniędzy?), ani o ich prawdziwej wysokości (jak czytamy w oświadczeniu w firmie trwa dopiero audyt biegłego rewidenta).

Krytycznie też na temat oświadczenia Plichty wypowiada się dziennikarz ekonomiczny "Gazety Wyborczej" Maciej Samcik. - Oświadczenie jest ostre i stanowcze, ale niestety niewiele wyjaśnia - pisze Samcik na blogu samcik.blox.pl. - To, że quasi-lokaty, oferowane przez Amber Gold, mają pokrycie w kruszcu, nie ma nic wspólnego z wiarygodnością gwarancji zysków z inwestycji, którymi kusi Amber Gold. Wciąż nie wiemy na czym - poza słowem honoru Marcina Plichty - owa wiarygodność się zasadza. Zamiast wysokości zysków i przychodów Amber Gold, wolałbym przeczytać w oświadczeniu o tym, w jaki sposób, z użyciem jakich mechanizmów lub instrumentów finansowych - poza standardowym trzymaniem kciuków za wzrost ceny uncji złota i srebra na światowych giełdach - Amber Gold zapewnia stałe oprocentowanie depozytów towarowych.

Reklamy Businessclick
Samochód na prąd?
Zobacz auta Renault z silnikiem elektrycznym.
Alergia na Pyłki
Zobacz aktualną mapę pylenia. Sprawdź - Otrivin Allergy!
Zdrowe zęby
Nowa pasta Elmex Przeciw Erozji chroni i wzmacnia szkliwo zębów!
 
Co dalej z OLT Express?

Sprawa jest o tyle ciekawa, że kłopoty Amber Gold oznaczałyby kłopoty OLT Express - linii lotniczych uruchomionych przez Plichtę, które - niskimi cenami i dużą częstotliwością połączeń - doprowadziły do rewolucji w połączeniach krajowych. Polacy zaczęli masowo podróżować po kraju samolotem, a ceny biletów, u takich przewoźników jak LOT czy Eurolot, obniżyły się.

O ile to, że linie są deficytowe, nie jest niespodzianką (szefowie linii zapowiadali, że straty w tym roku mają wynieść ok. 120 mln zł), to ewentualne kłopoty Amber Gold mogą znacznie utrudnić OLT Express znalezienie finansowania, niezbędnego nie tylko do utrzymania obecnej siatki połączeń, ale i do jej zaplanowanej, znacznej rozbudowy.

Od miesiąca na konto przewoźnika wpływają pieniądze za sprzedaż biletów na połączenia międzynarodowe. Loty z Polski do 28 miast w Europie mają ruszyć 29 października. Na tych trasach na OLT Express czeka poważna i doświadczona konkurencja tanich przewoźników (m.in. Ryanair i Wizzair).

Finanse Amber Gold

Przychody ze sprzedaży:

2009 - 1,5 mln zł

2010 - 79,9 mln zł

2011 - 198, 7 mln zł

Zysk netto firmy: 

2009 - 0,7 mln zł

2010 - 42,3 mln zł

2011 - 53,1 mln zł

* Dane niezweryfikowane, podane za stroną internetową ambergold.com.pl


Więcej... http://trojmiasto.gazeta.pl/trojmiasto/1,35636,12101029,Ile_jest_zlota_w_Goldzie__Wyniki_finansowe_Amber_Gold.html#ixzz20IgFjgyB