środa, 8 sierpnia 2012

Londyn 2012. Siatkówka. Zagrać jak Polska, przechytrzyć Rosję



Łukasz Cegliński, Londyn
07.08.2012 , aktualizacja: 07.08.2012 21:00
A A A Drukuj

08.08.2012, godzina 20:30

Polska

Czyśćca nie będzie, są tylko niebo i piekło. W ćwierćfinale igrzysk, najważniejszym meczu od lat, Polacy zagrają w środę z Rosją. Początek o 20.30. Relacja na Sport.pl
Gest, który wykonał Władimir Romanowicz Alekno, trener Rosji, był wyrazem siły, pewności siebie i spokoju. - Czy czuje pan, że forma zespołu rośnie, że w ćwierćfinale będziecie lepsi niż w grupie? - spytał rosyjski dziennikarz. Blisko dwumetrowe chłopisko rozparte na krześle nie potrzebowało słów. Mina Alekny, taka z przymrużonymi oczami i półuśmiechem na ustach, wyrażała wszystko. Łącznie z zadowoleniem.

Jakże wielki był to kontrast w porównaniu z tym, co dwie godziny wcześniej w tej samej sali konferencyjnej przez zaciśnięte usta i przy nerwowym uśmiechu artykułował Andrea Anastasi. W poniedziałek jego Polska po słabiutkim meczu przegrała 1:3 z Australią, Rosjanie tuż potem rozbili Serbię.

Polska i Rosja startowały w Londynie z różnych pułapów - biało-czerwoni, triumfatorzy Ligi Światowej, zwycięzcy 10 spotkań z rzędu, w pierwszym meczu w świetnym stylu pokonali 3:1 Włochów. Złoty sen brutalnie przerwały porażki z Bułgarią i Australią.

Rosjanie Ligę Światową odpuścili, ogrywali ich Kubańczycy i Serbowie. Szykowali się na igrzyska, ale w nich pierwszy poważny mecz przegrali sromotnie - 0:3 z Brazylią. A po dwóch setach meczu z USA przegrywali 0:2.

Ale podnieśli się, wygrali, w czwartym secie i tie-breaku Amerykanów rozbili. Podobnie jak potem Serbię. Nic dziwnego, że analityk polskiej reprezentacji Oskar Kaczmarczyk stwierdził po losowaniu: - Wolelibyśmy Brazylię...

Z Brazylią Polacy mogą się jednak spotkać dopiero w finale, do którego droga prowadzi przez Rosję i zwycięzcę sensacyjnego ćwierćfinału Bułgaria - Niemcy.

Ale najpierw jest ćwierćfinał. Mecz cel, mecz, o którym siatkarze i Anastasi od tygodni mówią, że jest najważniejszy. Wygrywasz - jesteś w strefie medalowej. Przegrywasz - toniesz w morzu rozczarowań.

Nie liczą się ostatnie cztery lata, nie liczą się wyniki w grupie. Liczy się tylko jeden mecz, w którym o wyniku mogą decydować detale. Pojedyncze piłki, jak cztery lata temu w Pekinie, kiedy biało-czerwoni w ćwierćfinale przegrali z Włochami 15:17 w tie-breaku.

- Musimy wyczyścić głowy - powtarzali siatkarze po meczu z Australią, w którym wygrana 3:0 dałaby im za ćwierćfinałowego rywala Niemców, przeciwnika ogrywanego regularnie. Szansę z rąk wypuścili, grają z Rosją - zespołem usadowionym w światowej czołówce, którego atutem są warunki fizyczne i siła.

Nawet jeśli średnią wzrostu Rosjanie Polaków przewyższają tylko o centymetr, to 218 cm środkowego Dmitrija Muserskiego robi wrażenie. Podobnie jak możliwości fizyczne pozostałych graczy - skocznych, silnych, zasłaniających w bloku pół boiska.

Poza tym - zagrywka. Rosyjski znak firmowy i element gry, który potrafi wbić w parkiet lub odrzucić od siatki, utrudniając rozegranie każdego przeciwnika. Polacy poczuli to w pierwszym secie meczu z Włochami, ale wówczas nawałnicę przeczekali. Potężna, precyzyjna zagrywka ma to do siebie, że utrzymać ją na świetnym poziomie przez cały mecz jest bardzo trudno.

By pokonać Rosję, Polacy muszą przede wszystkim wrócić do poziomu gry z Ligi Światowej lub ze spotkań z Włochami lub Argentyną. Wrócić do gry, w której skoncentrowany zespół nie popełnia prostych błędów, walczy o każdą piłkę i znajduje sposoby na oszukiwanie rywala.

- Słabym punktem Rosjan jest przyjęcie - mówi Kaczmarczyk. A skoro tak, to konieczna jest dobra zagrywka. Dobra, lecz niekoniecznie atomowa. - Powinna był zmienna - raz mocna i dynamiczna, a raz taktyczne floaty [zagrywka szybująca] - analizuje Wojciech Drzyzga, komentator Polsatu Sport.

Zagrywka, a konkretnie asy Jakuba Jarosza, pchnęły Polaków do zwycięstwa nad Rosją w meczu o brązowy medal zeszłorocznych mistrzostw Europy. Biało-czerwoni wygrali wówczas 3:1, dwa poprzednie mecze z Rosją za kadencji Anastasiego przegrali.

Jeśli taktyczna, zróżnicowana zagrywka rywali nie rozreguluje, Polacy muszą walczyć w bloku, którego organizacja w ostatnich meczach nie była na najlepszym poziomie. Progres jest bardzo istotny, bo Maksim Michajłow, Taras Chtiej i Siergiej Tietuchin atakują świetnie.

Kolejne wyzwanie - ominięcie rosyjskiego bloku. - Zróżnicowany atak, inteligentna gra, techniczne obijanie podwójnego czy potrójnego bloku może Rosjan frustrować. Oni są na to podatni - mówi Drzyzga. Rosjanie siły fizycznej nie przekładają na psychikę, w trudnych momentach potrafią się złamać.

Do zróżnicowanego ataku idealnie pasowałby Paweł Zagumny - wirtuoz rozegrania, czołowy rozgrywający świata, którego Anastasi wpasował w rolę rezerwowego, pełniącego rolę dżokera. W przegranych meczach z Bułgarią i Argentyną Zagumny gry Polaków nie odmieniał, choć wchodził na boisko w trudnych momentach, a atakujący grali nieskutecznie. Czy Anastasi zdecyduje się i teraz na roszadę na kluczowej pozycji?

Trener USA Alan Knipe, mówiąc o Rosjanach, podkreśla ich dobrze znane atuty, ale na koniec dodaje: - Najważniejsze, by wystarczająco zadbać o siebie, o własny styl i poziom gry. By w danym dniu być możliwie najlepszym zespołem.

Jeśli dzisiaj Polacy wrócą na swój poziom i będą górą w pojedynczych akcjach, detalach, to po meczu promieniał będzie Anastasi, a w skorupie zamknie się Alekno. Włoch będzie jak mag, który wyciąga czar w najważniejszym momencie bitwy, Alekno dołączy do szerokiego grona poprzedników, którzy nie wykorzystali możliwości drużyny. Polska zagra o medale igrzysk pierwszy raz od 32 lat, Rosja znów zderzy się z rozczarowaniem.

Czyśćca nie będzie, są tylko niebo i piekło. I dla jednych, i dla drugich.

Rafał Stec bloguje na żywo o meczu Polska - Rosja i innych siatkarskich ćwierćfinałach - A jednak się kręci »

wtorek, 7 sierpnia 2012

Londyn 2012. Polscy siatkarze w ćwierćfinale zagrają z Rosją


Łukasz Cegliński, Londyn
 
07.08.2012 , aktualizacja: 07.08.2012 08:36
A A A Drukuj

08.08.2012, godzina 20:30

 Polska

    Rosja 

    Rosjanie rywalem Polaków w walce o strefę medalową siatkarskiego turnieju w Londynie. Rywala wyłoniło losowanie, które odbyło się tuż przed północą czasu londyńskiego.
    Co musimy zrobić, żeby pokonać Rosję? Tłumaczy Tomasz Wójtowicz

    Z losowaniem czekano do ostatniego meczu fazy grupowej, choć już po południu wiadomo było, że z grupy A będą brane pod uwagę Polska i Argentyna, z grupy B - Brazylia i Rosja. Dwa inne ćwierćfinały, w których spotkają się zespoły z miejsc pierwszych i czwartych obu grup, to Bułgaria -Niemcy oraz USA - Włochy.

    Za stołem usiadło kilku przedstawicieli FIVB, kulki i kartki prezentowano dokładnie, jedna po drugiej. Kiedy przyszło do losowania, prowadzący poprosił przedstawiciela Polski, którym był statystyk Oskar Kaczmarczyk, o wyciągnięcie kulki ze szklanej kuli z drużynami grupy B. Kaczmarczyk wyciągnął Polskę, przedstawiciel Argentyny - Rosję.

    Ćwierćfinały odbędą się w środę. Mecz Polska - Rosja rozpocznie się o 20.30 czasu polskiego. Zwycięzca z tej pary w półfinale zagra z wygranym meczu Bułgaria - Niemcy.

    Z Rosją za kadencji trenera Andrei Anastasiego Polacy grali trzy razy - wygrali w meczu o brązowy medal mistrzostwo Europy, przegrali w zeszłorocznej Lidze Światowej oraz Pucharze Świata.

    Polacy mogli uniknąć losowania, gdyby w poniedziałek rano pokonali Australię. Biało-czerwoni sensacyjnie przegrali jednak 1:3 i z pierwszego miejsca spadli na drugie.

    Ćwierćfinały igrzysk:

    Brazylia - Argentyna (15)

    USA - Włochy (17)

    Polska - Rosja (20.30)

    Bułgaria - Niemcy (22.30)

    Londyn 2012. Podnoszenie ciężarów. Spalone złoto, wyrwany brąz


    Radosław Leniarski, Londyn
     
    06.08.2012 , aktualizacja: 07.08.2012 08:45
    A A A Drukuj
    06.08.2012, godzina 20:00
    LP: Zawodnik:Kraj: Suma (kg) :
    1. Oleksij Trochitij Ukraina412(185+227)
    2. Navab Nasirshelal Iran411(184+227)
    3. Bartłomiej Bonk Polska410(190+220)
    . Marcin Dołęga PolskaNS
    To nie Marcin Dołęga zdobył medal w kategorii 104 kg. Największy faworyt spalił wszystkie próby rwania, Bartłomiej Bonk wykorzystał niezwykłą szansę, pięknie walczył i zdobył brąz
    Gdyby Usainowi Boltowi usunięto trzech najszybszych rywali z Jamajki i z USA, nie byłby takim pewniakiem do mistrzostwa olimpijskiego. Gdyby Michaelowi Phelpsowi zabrano najlepszych rywali, nie byłby takim faworytem jak Dołęga, trzykrotny mistrz i wielokrotny rekordzista świata.

    Przeciwnicy Polaka wykruszyli się - jedni w tajemniczych, inni w niesamowitych okolicznościach - ścieląc mu drogę do medalu, za który tak cierpiał. Ale on z niej nie skorzystał.

    Dimitrij Łapikow, z którym w Pekinie Polak przegrał wagą ciała, przeszedł po poprzednich igrzyskach do wyższej kategorii, potem wpadł na dopingu. Andriejowi Aramnauowi, rekordziście świata, kilka tygodni temu nie wytrzymał mięsień uda i Białorusin wycofał się z igrzysk. Już w Londynie - dwa dni przed zawodami! - zrezygnowali wielcy faworyci z Rosji: Chadżimurat Akkajew i Dmitrij Kłokow, czyli aktualni mistrz i wicemistrz świata (Dołęga na MŚ w Paryżu nie startował przez kontuzję).

    W konkursie pozostało zaledwie siedmiu rywali. Nie pierwszej jakości.

    To tak jakby złoty medal mówił do Dołęgi: "Weź mnie, jestem twój". A Dołęga go chciał, bo do Rio nie dociągnie. Kolana odmawiają posłuszeństwa, bolą, puchną, trzeba w nie wbijać igły, pompować komórki macierzyste, co boli koszmarnie, przeszły już po dwie operacje. Kręgosłup też wymaga pielęgnacji, nie dalszego niszczenia, przyjmuje 30 blokad na sezon, a lekarz dostaje drgawek, gdy widzi na ekranie telefonu, że dzwoni Dołęga. Londyn to była ostatnia szansa na medal, na nagrodę z PKOl-u, z ministerstwa, na emeryturę - kilka tysięcy złotych co miesiąc od państwa aż po grób - dla siebie, dziecka, żony.

    Polak spalił trzy próby, gdy na sztandze było 190 kg. To najbardziej niezwykłe - obudzony o północy w Spale, w pidżamie, może po krótkiej rozgrzewce poszedłby na salę treningową i wyrwał 190 kg. Zdarzały się treningi, w których Dołęga wykonywał serię takich rwań, a następnie przechodził do ciężaru 220 kg w podrzucie i też brał na siebie dwa w serii. A potem wracał i znów.

    Przez dwa miesiące przygotowań do Londynu wykonał setki prób i nie spalił ani razu, a były tam ciężary 190, 195 i 200 kg. Jeszcze raz: nie spalił ani razu.

    Trener nawet się dziwił, że 30-letni sztangista ma tak niesamowitą skuteczność. - Wolałbym wszystkie tamte spalić, byle tutaj jedna wyszła. Oddałbym wszystkie medale MŚ za chociaż jeden brąz olimpijski - mówił po konkursie Dołęga. - Tutaj sztanga była lekka, a spadała. Nie wiem co dalej. Muszę wszystko przemyśleć. Ja po prostu nie nadaję się do tego sportu. Chyba trzeba powiedzieć "dość, igrzyska są nie dla mnie". 

    Przypomnijmy: do Pekinu Dołęga jechał jako pewniak do złota, ale nabawił się kontuzji nogi, ledwo kuśtykał, wył z bólu - przed wyjazdem wziął 30 zastrzyków blokad. Z nieludzkim cierpieniem wymalowanym na twarzy przegrał brązowy medal z Łapikowem o 70 g.

    Dzieckiem szczęścia został w tych dramatycznych okolicznościach piąty na ostatnich MŚ Bartłomiej Bonk, który przede wszystkim chciał być żeglarzem, bo - jak wczoraj powiedział - to piękny sport, a w Sempólnie Krajeńskim, gdzie się wychował, był klub żeglarski, piłkarski i sala do podnoszenia ciężarów. Obaj Polacy marzyli dzień wcześniej, aby razem stanąć na podium. - Ale w czasie konkursu nie myślałem o medalu, tylko dźwigałem - mówił Bonk.

    On z kolei jeszcze dwa miesiące temu pytał trenera Ryszarda Szewczyka, czy w ogóle jest sens jechać na igrzyska, tak go bolały nadgarstki. - My, sztangiści, nie jesteśmy normalni - mówił Bonk. - Nie mogłem wyrywać, usztywniałem nadgarstki taśmami i dźwigałem, brałem środki przeciwbólowe i dźwigałem. Nie mogłem przerwać, igrzyska były tuż-tuż. Na leczenie nie miałem czasu. Trzeba było zacisnąć zęby i zapieprzać. Udało się. Podwójnie. Żona jest w piątym miesiącu ciąży z dwoma bliźniaczkami, no i mam medal. Jest lekki [tu zważył go twardymi od sztangi dłońmi], ale ciężko wypracowany.

    Bonk w każdym rwaniu pokazał, że umie walczyć. Brał na siebie 185, 188 i 190 kg, podchodził do podrzutu jako lider, ale wiedział dobrze, że Ukrainiec Ołeksy Torochtyj i Nasirelal Bavab z Iranu mogą podrzucić więcej. Chodziło tylko o to, by obronić brąz. Kiedy Bonk spalił na 225 kg, rywale mieli jeszcze po dwie próby. Torochtyj wygrał wynikiem 412 kg.

    W kategorii o 11 kg lżejszej Ilia Ilin z Kazachstanu zwyciężył z wynikiem 419 kg.