czwartek, 9 sierpnia 2012

Porażka na Euro jest niczym wobec przegranej siatkarzy

08/08/2012 - 22:48


Od zawodników Franciszka Smudy trudno było oczekiwać sukcesu. Ludzie Andrei Anastasiego byli skazani na medal. Zawiedli jednak na całej linii. Najbardziej, oddanych fanów, którzy ślepo wierzyli, że znakomita forma z Ligi Światowej i Memoriału im. Huberta Wagnera zostanie utrzymana w Londynie. 

Piłkarze mieli prawie wszystko, aby zaprezentować się, co najmniej dobrze. Nie dość, że dostali dziką kartę na udział w mistrzostwach Europy, to jeszcze grali u siebie i mieli mnóstwo kibiców za sobą. Nie udało się nawet wyjść z grupy.  Wiadomo jednak, że w reprezentacji było tylko kilku piłkarzy na światowym poziomie. Co innego w gronie siatkarzy. 

W tę grę tak naprawdę na świecie poważnie inwestuje się tylko w kilkunastu krajach. O dziwo, w Polsce, gdzie nie ma specjalnego programu szkolenia udało się wychować zawodników, którzy spokojnie mogą walczyć o miano najlepszych na świecie. Zespół gwiazd. 

Siatkarze przed igrzyskami wygrali po raz pierwszy w historii prestiżową Ligę Światową, potem trochę "mniej ważny" Memoriał im. Huberta Wagnera. Pojechali do Londynu w znakomitej ponoć formie. W kraju balonik nadmuchano do granic możliwości. Sami zawodnicy narzekali na to, ale mówili, że to nie będzie miało żadnego znaczenia. Tak się jednak nie stało. 

Mówiłem przed igrzyskami, że Polacy nie zdobędą medalu. Wieszano na mnie psy, że  gadam głupoty. Serio, nie chciałem być złym prorokiem, jakimś tam Jonaszem. Tak jak każdy chciałem miejsca na podium! Ale trochę interesuję się sportem i czułem, że dobrej dyspozycji nie można utrzymać przez tak długi czas. 

Po pierwszym meczu z Włochami (3:1), moja teoria nieco upadła. Potem jednak wszystko potoczyło się... zresztą, każdy wie, jak było i jak się skończyło. 

- Mamy nadzieję, ze to będzie dla nas dobra nauczka i wyciągniemy z niej wnioski - skomentował mecz z Rosją Marcin Możdżonek. Sorry, kapitanie. Naprawdę nie chcieliśmy śpiewać: "Nic się nie stało, Polacy nic się nie stało". Co jednak innego możemy zrobić? Siatkarze buńczucznie, z pogardą w głosie mówili, że nie oglądali Euro. Powód? Wiedzieli, że drużyna Smudy jest słaba i nic z tego nie będzie. Teraz, mogą ugryźć się w język. 

W ich przypadku wszyscy myśleli, że coś z tego będzie. 

Wnioski trzeba było wyciągać po występie piłkarzy. W tej chwili można już tylko spakować walizki. 

Szkoda, wielka szkoda. 

Krzysztof Srogosz

Londyn 2012. Kolarstwo. Zjednoczone królestwo na dwóch kółkach


Jakub Ciastoń, Londyn
 
08.08.2012 , aktualizacja: 09.08.2012 08:24
A A A Drukuj
Brytyjczycy cieszą się ze złota

Brytyjczycy cieszą się ze złota (Fot. Matt Rourke AP)

Gdyby brytyjscy kolarze byli państwem, zajmowaliby jeszcze dziś rano dziewiąte miejsce w klasyfikacji medalowej, przed Australią, Japonią i Hiszpanią. - Nie mamy magicznych kół, mamy świetny system i ludzi - mówi Chris Hoy
Jest pewnie tylko kwestią czasu, gdy brytyjczycy postawią mu pierwszy pomnik. 36-letni Szkot we wtorek zdobył swój szósty złoty medal na igrzyskach. Zaczął jeszcze w Atenach w 2004 r., trzy złota dorzucił w Pekinie, teraz dwa kolejne. Specjalista od jazdy na torze został najbardziej utytułowanym brytyjskim sportowcem. Na szyi wioślarza Steve'a Redgrave'a wisiało pięć złotych medali. W środę Hoy trafił na okładki wszystkich gazet.

Brytyjscy kolarze - wśród nich także zwycięzca szosowej czasówki Bradley Wiggins - w klasyfikacji medalowej zajęliby siódme miejsce, ale jeśli policzyć tylko krążki wywalczona na torze, też byliby w czołówce. Na 10 konkurencji w welodromie, nie wygrali tylko trzech. Na 45 rozegranych wyścigów, zwyciężyli w 34. Z dwunastoosobowej ekipy torowców tylko Jess Varnish nie stanął na podium. Rywali zmiażdżyli - druga w klasyfikacji Australia zdobyła cztery krążki, w tym jedno złoto. Niemal 20 proc. wszystkich brytyjskich medali zdobyli torowcy.

Prawdopodobnie rozmiary brytyjskiego triumfu byłby jeszcze pokaźniejsze, ale Międzynarodowa Unia Kolarska (UCI) po igrzyskach w Pekinie zmieniła przepisy. Nie pozwala już dwóm zawodnikom z tego samego kraju startować w tej samej konkurencji. Brytyjczycy skarżyli się, że to prawo wymierzono specjalnie w nich, ale i tak sięgnęli po siedem złotych medali, tyle samo co w Pekinie.

Dziś są potęga, kiedyś na dwóch kółkach praktycznie nie istnieli. Hoy wspominał, że w 1996 r. jeżdżąc na zawody musiał podpisywać nazwiskiem swój kombinezon, a potem zwrócić go, żeby mógł z niego korzystać inny kolarz.

Zbawcą kolarzy okazał się Peter Keen, były trener świetnego czasowca Chrisa Boardmana. - Dajcie więcej pieniędzy, a zrobię z kolarstwa dyscyplinę przynoszącą medale - mówił w 1996 r., gdy został dyrektorem sportowym British Cycling. Pewnie nikt by go nie usłyszał, gdyby nie klęska Brytanii na igrzyskach w Atlancie. Rząd zaczął szukać sposobu, jak odbudować wyczynowy sport. I usłyszał Keena, który miał już gotowy plan.

Za pieniądze pochodzące z National Lottery zaczął sprowadzać australijskich i niemieckich trenerów (Hoya trenuje do dziś Niemiec Jan van Eijden), remontować tory, szkolić kolarzy, a także przejmować najzdolniejszych sportowców z innych dyscyplin. Rebecca Romero jeszcze w 2005 r. na MŚ w Gifu startowała w wioślarskiej czwórce. W Pekinie zdobyła złoto na kolarskim torze.

- Keen wiedział, że po igrzyskach w Atlancie, gdy powstał pomysł innego finansowania sportu, trzeba to wykorzystać. Że kilka medali, może rozpędzić śnieżną kulę, która da więcej pieniędzy, a potem jeszcze więcej sukcesów - opowiadał Hoy. Pomysły Keena kontynuował jego następca - Dave Brailsford, o którym środowy "Times" napisał, że jest największym wizjonerem i najskuteczniejszym menedżerem brytyjskiego sportu. Brailsford rozwijał wciąż tor, ale stworzył też zawodową grupę Sky, z zamiarem ekspansji na szosę i wygrania Tour de France. Dziś Brytania ma na szosie mistrza świata, mistrza olimpijskiego i tytuł w Tour de France na dokładkę.

"Jeśli bijesz na kolarskim torze Francuzów, dla których to jest narodowy sport, wiesz, że dobrze się sprawiłeś. Jeśli Francuzi, nie mogąc się pogodzić z porażką, oskarżają cię o oszustwo, wiesz, że sprawiłeś się świetnie" - napisał "Guardian".

Isabelle Gautheron, dyrektor francuskiej ekipy w Londynie, zarzucała, że koła brytyjczyków wzbudzają podejrzenia, że nie wyglądają tak samo, jak innych ekip, i że rywale dziwnie szybko chowają je do pokrowców. - Jak to możliwe, że zyskali aż tyle ułamków sekund - pytała. Jeszcze na kwietniowych MŚ Francuzi z Brytyjczykami czasem zwyciężali.

Brailsford zażartował wtedy, że "tajemnicą naszych kół jest to, że są okrągłe", co wywołało wściekłość francuskiej prasy. Zaczęła się nagonka, jak na Tour de France, gdzie trójkolorowi przegrywają od lat, a potem u wszystkich widzą nielegalny doping.

Diabeł tkwi jednak prawdopodobnie w pieniądzach - Brytyjczycy mieli ponad 50 mln funtów na przygotowania, najwięcej ze wszystkich, oraz w szczegółach. - Żeby być najlepszym, musisz pokonać rywali w najdrobniejszym detalu, musisz skumulować wszystkie drobiazgi na swoją korzyść - to ulubione powiedzonko Brailsforda. Szczegóły to rzeczywiście jego konik - kolarze mieli np. "gorące majtki" - jak przezwała je prasa - specjalne spodenki rozgrzewające mięśnie ud, wzorowane na ocieplanych pokrowcach do opon w F1. Brytyjczycy przed igrzyskami, a więc w PŚ i MŚ jeździli też... na gorszym sprzęcie niż w Londynie. Ich rowery - ważące na olimpiadzie po 6,8 kg (sama rama waży 1,4 kg!) - były wcześniej o 200 gram cięższe, niektóre części z włókien węglowych zastąpiono bowiem aluminiowymi. - Nie chcieliśmy rozpieścić kolarzy, najlepszy sprzęt dostali na najważniejsze zawody - mówił Brailsford. Kolarze mieli też nowatorskie kombinezony, oraz inaczej wyprofilowany przedni widelec w ramie, ale dziennikarze mówią, że tak naprawdę nikt nie wie, co było decydujące. - Wszystko na raz, drobiazgi, ludzie - podkreślają.

Kolarstwo to nie tylko trening, ale też technologia, pomysły, nieustające próby w tunelach aerodynamicznych. Ci, którzy nas dziś atakują, po prostu zaniedbali te elementy. Pieniądze nie są najważniejsze, trzeba umieć rozmawiać z ludźmi i szukać najlepszych rozwiązać metodą prób i błędów - podkreślił Boardman, były mistrz świata i olimpijski, pracujący dziś także w British Cycling.

- Brytyjczycy zawsze mają najnowszy sprzęt, my dostajemy go później - wzdychał Kevin Sireau, francuski kolarz, choć British Cycling zarzeka się, że wszystkie części były do kupienia na stronie internetowej, bo takie są przepisy UCI.

Przyszłość jest piękna. Poza 36-letnim Hoyem medale zdobyła też 20-letnia Laura Trott i 24-letni Jason Kenny, a na stronie internetowej British Cycling najczęściej klikanym linkiem jest "Znajdź klub kolarski koło domu".

Londyn 2012. Siatkówka. Skorek: Możliwe, że forma przyszła za wcześnie


Łukasz Jachimiak
 
08.08.2012 , aktualizacja: 08.08.2012 23:37
A A A Drukuj

08.08.2012, godzina 20:30

 Polska

Nowakowski, Winiarski, Kurek, Bartman, Żygadło, Ignaczak, Możdżonek
  • 213 Set25
  • 232 Set25
  • 171 Set25

Earls Court Exhibition Centre

Rosja 

Chtiej, Grankin, Tietiuchin, Musierski, Michajłow, Wołkow, Obomoczajew
- Siatkarze nie mają świeżości, dynamiki i tej radości z gry, którą mieli w lipcu. Możliwe, że nasza forma przyszła za wcześnie. To ogromne rozczarowanie. Wszyscy w Polsce, nawet ludzie, którzy na co dzień nie są związani z dyscypliną, oczekiwali dobrego występu, medalu. Siatkarze ich zawiedli - mówi Edward Skorek, mistrz świata i olimpijski w siatkówce, później trener polskich klubów po porażce Polski z Rosją 0:3 w ćwierćfinale igrzysk olimpijskich w Londynie.
Łukasz Jachimiak: Co się stało z polskimi siatkarzami? 

Edward Skorek: Zostali rozbici przez Rosjan. W żadnym z elementów nie podjęliśmy z nimi walki. Oni dominowali w zagrywce, w ataku, w bloku, a nawet w obronie. Rosjanie zagrali świetny mecz, potwierdzili, że są jednym z kandydatów do złota. Przykre, że nie sprawiliśmy im żadnych trudności. Po prostu nie istnieliśmy. 

Dlaczego tak się stało, dlaczego w najważniejszym momencie graliśmy zupełnie inaczej niż w lipcowym finale Ligi Światowej? 

- Widać, że jesteśmy w dołku. Sam początek olimpijskiego turnieju może jeszcze nie zapowiadał tego, co się w końcu stało, bo z Włochami zagraliśmy nieźle. Metamorfoza przyszła w meczu z Bułgarią. Już wtedy byliśmy bezradni, nie mieliśmy recepty na mocne zagrywki rywala. Później z Argentyną zagraliśmy poprawnie, ale spotkanie z Australią dawało wiele do myślenia. Przecież wygrywając startowalibyśmy do ćwierćfinału z pierwszego miejsca w grupie. A my skomplikowaliśmy sobie sytuację. Szanse na awans do czwórki zawaliliśmy sobie sami. To ogromne rozczarowanie, bo niedawno rzeczywiście graliśmy inaczej. Możliwe, że nasza forma przyszła za wcześnie, możliwe, że inne zespoły mecze przed igrzyskami traktowały mniej poważnie, że mocniej koncentrowały się na budowaniu dyspozycji dopiero na Londyn

Z obozu naszej kadry dobiegały sygnały, że po Lidze Światowej zawodnicy wchodzą w kolejne ciężkie treningi, które mają sprawić, że ich forma jeszcze wzrośnie. Może, brzydko mówiąc, zostali zajechani? 

- Trudno to oceniać, kiedy nie jest się na miejscu i nie obserwuje się wszystkiego z bliska. Sztab szkoleniowy cały czas monitoruje reakcje zawodników na trening. Ale z drugiej strony widać było, że zawodnicy nie mają świeżości, dynamiki i przede wszystkim tej radości z gry, którą mieli. Możliwe, że formę złapaliśmy za wcześnie i w tamtym okresie mieliśmy zdecydowaną przewagę nad innymi drużynami, bo te dopiero budowały swoją dyspozycję. Wielka szkoda, że tak wyszło. Wydawało się, że jest atmosfera w drużynie, że stworzył się fajny zespół, który wygrywa. Chociaż mnie martwiły niepotrzebne porażki jak choćby ta z Rosją na Pucharze Świata. W tie-breaku prowadziliśmy 14:9 i daliśmy sobie odebrać zwycięstwo. Wtedy wszyscy tłumaczyli, że wielkiej presji na zwycięstwo nie było, bo przecież już wcześniej zapewniliśmy sobie awans na igrzyska, a to było na Pucharze Świata najważniejsze. Tak nie można, w sporcie tak to nie działa. Jeżeli jest możliwość wygrania, to się wygrywa. Nie ma meczów nieważnych, wszystko zostaje w głowach chłopaków. 

Myśli pan, że nasi siatkarze nie wytrzymali mentalnie? 

- Pamiętam mecz z Rosją z 2006 roku, z mistrzostw świata w Japonii. Przegrywaliśmy 0:2, ich trener zmienił kilku zawodników, licząc na to, że już do końca będzie to mecz do jednej bramki. Raul Lozano szukając jakiegoś nowego rozwiązania wpuścił na boisko Grześka Szymańskiego i Piotrka Gruszkę. Byliśmy zdołowani maksymalnie, a oni odwrócili mecz. Tamto spotkanie na długo zostało w pamięci zawodników, bardzo wiele dla nich znaczyło, może teraz zawodnikom brakowało w głowach takiego meczu. Rosjan trzeba tłamsić, kiedy tylko się da. Wtedy łatwiej ich złamać w kolejnych spotkaniach. W ćwierćfinale igrzysk widać było, że oni nas się zupełnie nie bali. Mówimy, że ich atuty to blok, zagrywka i atak, tymczasem oni bronili dużo więcej piłek niż my. To my mieliśmy grać bardziej technicznie, kombinacyjnie, a było odwrotnie. Oni dominowali w polu, nawet ostatnia piłka była obroniona spod band, a my - jak w całym meczu - na moment wyłączyliśmy się z gry i obserwowaliśmy, jak Muserski przebija na stojąco, dając swojej drużynie ostatni punkt. 

Dlaczego siatkarze się wyłączali? Nagle przestali w siebie wierzyć? Przecież sami zapowiadali, że jadą po medal. A może przytłoczyły ich nasze oczekiwania - mediów, kibiców?

- Tacy zawodnicy muszą zdawać sobie sprawę z tego, że igrzyska są raz na cztery lata i że są imprezą zupełnie inną niż wszystkie. Tam naprawdę trzeba wielkiej odporności, umiejętności odnalezienia się w tej całej otoczce, wśród tych wszystkich wydarzeń, które tam się dzieją. One na koncentrację wpływają bardzo źle. Będąc w wiosce olimpijskiej trzeba i umieć żyć normalnie, i jednocześnie umieć się od wszystkiego odciąć, wyłączyć. Ktoś zdobył medal, ktoś przegrał, ktoś miał kontuzję - tym wszystkim żyje cała polska ekipa i każdy jej zawodnik. Trudno to wytrzymać, a kiedy jedzie się będąc jednym z faworytów, to jest jeszcze trudniej. My pojechaliśmy po tym jak Jurek [Hubert Wagner] zapowiedział, że jego interesuje tylko złoto. Czyli mieliśmy jeszcze trudniej niż podopieczni Andrei Anastasiego, bo oni aż takiego celu sobie nie stawiali, mówili tylko o medalu. Przyjadą bez niego i to jest porażka polskiej siatkówki

I całego sportu, bo w wiosce olimpijskiej, o której pan mówi, wielu naszych sportowców z innych dyscyplin w siatkarzach widziało pewniaków do olimpijskiego podium. 

- Wcale się temu nie dziwię, bo od wielu lat nasza dyscyplina ma ogromne środki na to, żeby się przygotowywać, realizować swoje zadania. Wiele dyscyplin nie ma takich możliwości. Zresztą, zostawmy pieniądze. Siatkarze cieszą się ogromnym zainteresowaniem mediów i publiczności, a to napędza koniunkturę. Za moich czasów w kadrze nie było nawet masażysty. Nie skarżę się, po prostu takie były czasy, nie chcę mówić, że obecna kadra powinna osiągnąć nie wiadomo co. Ale nie może pękać. Myśmy trenowali po osiem godzin dziennie, bo przepisy były takie, że mecze mogły trwać i po trzy godziny. Teraz wszyscy w Polsce, nawet ludzie, którzy na co dzień nie są związani z siatkówką, jeszcze dużo bardziej niż kiedyś oczekiwali dobrego występu, medalu. Siatkarze ich zawiedli.