środa, 5 września 2012

Roman Giertych: Pozwy o ochronę dóbr osobistych to moje hobby


Rozmawiał Sebastian Kucharski
2012-09-05, ostatnia aktualizacja 2012-09-05 12:29

Roman Giertych
Roman Giertych
 Fot. Albert Zawada / Agencja Gazeta

W 90 procentach takich spraw odradzam postępowania sądowe. Tylko wtedy, gdy mamy do czynienia z ewidentnym kłamstwem naruszającym dobra osobiste - mówi w rozmowie z "Gazetą Wyborczą" Roman Giertych, adwokat Michała Tuska i były wicepremier w rządzie PiS.

Sebastian Kucharski: Jak to się stało, że reprezentuje pan Michała Tuska?

Roman Giertych: - Bo jestem adwokatem, który reprezentuje ludzi.

To zacznijmy od początku. Dlaczego w imieniu syna premiera pozwał pan "Fakt", a w przypadku "Wprost" i "Super Expressu" złożył jedynie wnioski ugodowe?

- Na razie skupiliśmy się na tym, co jest ewidentne. "Fakt" naruszył - w moim przekonaniu - dobro Michała Tuska w najbardziej jaskrawy sposób. Tu ugoda nie wchodzi w grę.

Czyli?

- Powiem, jaką ja mam filozofię prowadzenia spraw o ochronę dóbr osobistych. W 90 procentach takich spraw odradzam postępowania sądowe. Przyjmuje jakieś 10 procent spraw dotyczących tego, co ludzi boli. Wtedy, gdy mamy do czynienia z ewidentnym kłamstwem naruszającym dobra osobiste. Tylko takich spraw podejmuje się w mojej kancelarii.

A w tej sytuacji to konkretnie co?

- Chciałbym, aby "Fakt" dowiedział się tego z pozwu, a nie mediów. Ale bez względu na to, jakie kto ma opinie na temat afery Amber Gold, czy uważa, że powinna powstać komisja śledcza czy nie, czy dobrze robił Michała Tusk pracując dla OLT czy źle, nie można używać sformułowań, które są po prostu zwykłą nagonką mającą na celu zwiększyć sprzedaż danego dziennika.

A pana zdaniem powinna powstać komisja śledcza w tej sprawie?

- Nie ma najmniejszych podstaw, żeby amatorzy z PiS-u zastępowali pracę prokuratury. Mówiłem to już dwa tygodnie temu.

Miał pan osobiste procesy z redakcją "Faktu". Zaczęło się w 2007 roku, gdy redakcja podała, że jako ówczesny wicepremier wozi pan rodziców na zakupy rządową limuzyną z ochroną BOR. Informacja okazała się nieprawdziwa, co potwierdził sąd. Pana walka z wydawcą "Faktu" trwała w tej sprawie 5 lat, wysyłała pan nawet komornika do jego siedziby.

- W tej sprawie pozwałem redakcję w swoim imieniu, imieniu ojca oraz mamy. W każdej z tych spraw wygraliśmy. W przypadku mamy zasądzono przeprosiny na pierwszej stronie "Faktu". Niestety, moja mama ich nie doczekała. Zmarła zanim się ukazały. Po wyroku, ale przed jego uprawomocnieniem. Szczerze przyznam, że mam o to żal do tego wydawnictwa. Nie wykonało ono oczywistego wyroku w sytuacji, w której zdawali sobie sprawę w jakim stanie zdrowia jest moja mama. To było ujawnione w postępowaniu sądowym.

Poza pana sprawą rodzinną i teraz pozwem syna premiera reprezentował pan jeszcze jakieś osoby w procesach z tą redakcją?

- Publicznie mogę jedynie powiedzieć, że reprezentuje jeszcze ministra Radosława Sikorskiego w sprawie dotyczącej antysemickich wpisów na forach internetowych. Ta sprawa się jeszcze nie skończyła.

"Fakt" to dla pana ulubiony przeciwnik na sali sądowej?

- W sprawie, w której wygrałem z nimi osobiście, musieli mnie przeprosić w gazetach, w TVN i Interia.pl. To chyba były najbardziej kosztowne przeprosiny w historii sporów o dobra osobiste w Polsce. Koszt tych przeprosin zbliżał się do pół miliona złotych. Wydaje mi się, że dotychczas nie było większej kwoty. Byłem też jedyną osobą, która trzy razy wysłała komornika do tego wydawnictwa.

Ile razy pozywał pan już tę gazetę?

- W sumie, ze wszystkim postępowaniami egzekucyjnymi, to może być jakieś kilkanaście spraw.

Chce być pan postrzeganym, jako skuteczny adwokat w walce o dobra osobiste naruszone właśnie przez "Fakt"?

- Nie tylko ich pozywałem. Miałem też wygrany proces z TVN. Wygrałem z "Super Expressem" po publikacji dotyczącej mojej żony. To nie jest tak, że pozywam tylko wydawcę "Faktu". Ale to wydawnictwo zaliczyło tę wielką wtopę z "jedynką" dotyczącą moich rodziców.

Wróćmy do pozwu Michała Tuska. Kontaktował się w tej sprawie z panem ktoś z rządu? Na przykład minister Sikorski, o którym wcześniej pan wspominał?

- To nie jest pytanie do mnie. Jestem adwokatem i nie ujawniam takich informacji.

Czy Michał Tusk sam do pana zadzwonił?

- Sposób w jaki pracuje kancelaria jest objęty tajemnicą adwokacką. I w tym zakresie obowiązuje żelazna zasada: żadnych informacji na te temat nie ujawniamy.

Unowocześniony Nissan Navara
Oto pełnia życia. Napęd 4x4 łączy zalety SUVa i pickupa. Sprawdź!
Urządzenia Wielofunkcyjne
Niskie Koszty oraz Wysoka Wydajność. Idealne dla Firm. Zobacz!
Nowe możliwości inwestowania
Zacznij zarabiać duże pieniądze! Sprawdź sam!
BusinessClick
Panie mecenasie, chce się pan specjalizować w pozwach dotyczących ochrony dóbr osobistych?

- Nie. Kancelaria liczy 20 osób. Prowadzimy bardzo liczne sprawy. Spraw o dobra osobiste jest zaledwie kilka procent. Z zainteresowaniem je śledzę, bo sam miałem różne spory. Dla mojej kancelarii to poboczny wątek pracy, ale ważny ze względu na hobby jej szefa.

Czyli rozumiem, że Michała Tuska będzie pan reprezentował osobiście?

Tak.

A może interesując się sprawami dotyczącymi dóbr osobistych zauważył pan, że "Fakt" mógł naruszyć dobra Micha Tuska i sam się z nim skontaktował?

- Nigdy czegoś takiego bym nie zrobił. Nie wiem, czy byłoby to naruszenie etyki zawodowej, ale na pewno było by to dziwaczne. Tak nie funkcjonują poważne kancelarie.

Źródło: Gazeta Wyborcza



Gość Radia ZET: Zbigniew Mikołejko


Poniedziałek, 13 Lutego 2012PROGRAMY

Monika Olejnik rozmawia ze Zbigniewem Mikołejko, filozofem, profesorem Polskiej Akademii Nauk.

Posłuchaj wywiadu

Monika Olejnik: A gościem Radia ZET jest profesor Zbigniew Mikołejko, filozof religii, wita Monika Olejnik, dzień dobry.

Zbigniew Mikołejko: Dzień dobry pani, dzień dobry państwu z samego rana.

Monika Olejnik: Tak, sprawa małej Magdy wstrząsnęła nami wszystkimi, wszyscy oglądali z ochotą to co się działo na ekranach telewizorów.

Zbigniew Mikołejko: Nowy serial, prawda.

Monika Olejnik: Tak, taka telenowela, właśnie, skąd to się bierze.

Zbigniew Mikołejko: Tak, tak, ten serial, czy to oglądanie, bo tu są różne rzeczy, straszny węzeł gordyjski powstał i trzeba go nadcinać, przynajmniej, bo rozciąć się go nie da za bardzo, bo jedną sprawą jest śmierć dziecka, inną sprawą jest kłamstwo, ta cała mitologia, którą ta dziewczyna wysnuła, ta opowieść, którą nas raczyła, a wreszcie jest publisia tego wszystkiego, publiczność gapiąca się, oceniająca i w gruncie rzeczy wykonująca już wyrok, dokonująca egzekucji, to jest najbardziej dramatyczne.

Monika Olejnik: Chyba wyrok to wykonują dziennikarze, mam takie wrażenie.

Zbigniew Mikołejko: A dziennikarze brali w tym udział.

Monika Olejnik: Mam przed sobą tygodnik „Wprost” – „Czy zabiła” tytuł, skandaliczny, prawda.

Zbigniew Mikołejko: Skandaliczny, ja znalazłem z kolei w jednym z portali internetowych wczoraj lub przedwczoraj, przedwczoraj tytuł „Ojciec Madzi odwiedza Katarzynę W. w więzieniu”.

Monika Olejnik: Tak, ona już...

Zbigniew Mikołejko: To zostało odjęte jej macierzyństwo zostało odjęte, jakaś Katarzyna W., obca baba, prawda, odwiedza obcą babę tatuś i coś tu się dokonuje strasznego. To znaczy, dziennikarze oczywiście są mediami, także w dosłownym tego słowa znaczeniu, to znaczy przekazują jednak nastroje społeczne i ulegają im. Tutaj mamy dowód na to, prawda. Schlebiają gustowi powszechnemu. A ten gust powszechny w wielu wypadkach, całe szczęście on jednak jest podzielony, ale w wielu wypadkach – zabić ją, niech zgnije w więzieniu, za co, za spowodowanie...

Monika Olejnik: A jak pan myśli, panie profesorze dlaczego ona oszukała, dlaczego udawała, że dziecko jest porwane.

Zbigniew Mikołejko: Oj, to właśnie, dlaczego kłamała w ten sposób ja bym jeszcze dopowiedział. Bo dlaczego kłamała no to można powiedzieć, że była bezradna wobec nieszczęścia, dlaczego kłamała w ten sposób, bo chciała siebie uczynić herosem pewnej opowieści, dość szczególnej opowieści i chciała nabrać znaczenia, to jest najistotniejsze. Przecież jest to dziewczynisko, które tam w domu, bez wykształcenia, bezrobotna jakaś...

Monika Olejnik: Znaczy młoda dziewczyna.

Zbigniew Mikołejko: No młoda dziewczyna.

Monika Olejnik: 21-letnia.

Zbigniew Mikołejko: No 21 lat, chyba, to dziecko ma, bo to dziecko, nic nie znaczyła, ani w tej swojej poprzedniej, z tego, co czytałem w gazetach i słyszałem w mediach, w tej poprzedniej rodzinie alkoholowej jakiejś, nie miała znaczenia, w tej nowej, w którą weszła – no tak, mąż studiuje i bawi się w tego rycerza w tym bractwie rycerskim, a ona kim jest, siedzi i kołysze tym wózeczkiem i z innymi wózkowymi sobie rozmawia.

Monika Olejnik: Może bała się swojego otoczenia, że ją oskarżą o to, że nie dbała o dziecko.

Zbigniew Mikołejko: Też, a jednocześnie tak, to zdarzenie – gotowa jest zawsze dopaść i zabić po prostu, moralnie oczywiście.

Monika Olejnik: Profesor Magda Środa mówi, że to jest wina Kościoła, poszła o krok za daleko?

Zbigniew Mikołejko: Ja myślę, że Magda popełniła pewien błąd, nadinterpretację, z całym szacunkiem dla Magdy, którą bardzo lubię i bardzo cenię. Natomiast mam wrażenie, że Magda, to nie na tym polega. To znaczy, mamy do czynienia z czymś takim, z takim mechanizmem. Istnieją grupy społeczne w Polsce, które w sobie wiadomych celach, możemy je zresztą nazwać, używają tego co mają pod ręką. A pod ręką mają pewną prostacką, okrojoną, kaleką mentalność religijną. Gdyby miały, bo ja wiem, pod ręką wiarę w Smoka wawelskiego to też by uwierzyły. Chodzi o to, że nie trzeba wykonywać żadnej pracy umysłowej, żadnej interpretacji rzeczywistości, żadnych wyborów, bo ma się wytarte pewne koleiny, pewne proste schematy. Jak ma zostać ukształtowana rodzina, jaka być powinna relacja pomiędzy matką a dzieckiem, między kobietą, a mężczyzną, jak należy zachowywać się na zewnątrz, a jak się należy zachowywać wewnątrz rodziny, scenariusze, takie prostackie i będące pod ręką.  One są w znaczniej mierze podpowiedziane przez nauki katechizmowe, trochę przez seriale, bo to jest taka mieszanka i Kościół tutaj, krótko mówiąc, bezpośrednio tego typu scenariuszy nie buduje. One są używane, ale jak powiadam, używane byłoby to coś, co jest łatwe, co nie wymaga żadnej pracy umysłowej, żadnego wysiłku, wyborów moralnych także.

Monika Olejnik: Ale ta, ojciec i mama, mama małej Magdy to religijni ludzie.

Zbigniew Mikołejko: No religijni są, no oczywiście, to trzeba powiedzieć. Gdzieś tam, jakieś grupy modlitewne, typu w Tebach, tam się chyba poznali, ale te grupy modlitewne niczego nie dają, w pewnym sensie, nie są opowieścią o tym, jak kształtować życie rodzinne, seksualne, co zrobić z kłopotami psychicznymi, tam się ludzie po prostu modlą, to jest zamiast, zamiast – bo ja wiem – wiedzy seksualnej w szkole, zamiast wiedzy psychologicznej w szkole, taka sublimacja najprościej mówiąc, takie ujście, ale nie rozstrzygnięcie problemów.

Monika Olejnik: Profesor Zbigniew Mikołejko jest gościem Radia ZET, ostatnio dyrektor Radia Maryja, ojciec Rydzyk wzywa wiernych, wzywa katolików do tego żeby nie płacili podatków.

Zbigniew Mikołejko: Ja rozumiem, że sam wyraża gotowość płacenia za nich tych podatków, bo co to znaczy nie płacić podatków, co to znaczy.

Monika Olejnik: „Bo utrzymują tych, którzy niszczą Polskę i Kościół”, tak ogłosił w Radio Maryja.

Zbigniew Mikołejko: Aha, on wie, kurczę ja chciałbym też mieć jakieś źródło tak pewnej wiedzy i wyciągać stąd tak daleko idące wnioski. No moim zdaniem, wzywanie do tego żeby nie płacić podatków to jest akt wymierzony w państwo. Ja jestem etatystą, to znaczy takim człowiekiem, dla którego państwo, wolne i demokratyczne, nareszcie wolne, demokratyczne stanowi niebywałą wartość. I w tym momencie, kiedy ktoś podnosi na... mi się otwiera w kieszeni scyzoryk, żeby nie powiedzieć nóż sprężynowy, przepraszam bardzo, jak słyszę takie rzeczy.

Monika Olejnik: Ale to nie dość, że przestępstwo, to jeszcze grzech przecież, niepłacenie podatków.

Zbigniew Mikołejko: No właśnie. A jeszcze nawet okupantowi, jak mówi ewangelia, należało płacić podatki, prawda, cesarzowi co cesarskie, przecież to był okupant, ten cesarz i to okrutny okupant. No, ale, a tu proszę bardzo, zresztą tego typu środowiska traktują cały czas polskie państwo jak obcą narośl, polskie państwo i to jest w ogóle coś strasznego. Jak przeczytałem w tej chwili informację o tym, że, o sondażu „Niedzieli”, że chyba 70 parę czy 80 procent, parę procent czytelników tejże „Niedzieli” uważa, że w Polsce nie ma demokracji.

Monika Olejnik: I o tym porozmawiamy na www.radiozet.pl, prof. Zbigniew Mikołejko i Monika Olejnik, o....

Monika Olejnik: Przeczytam „Polakom powinniśmy służyć, Polsce, a nie takie podejście jakieś, jakby szukali z Moskwy, czy z Brukseli”.

Zbigniew Mikołejko: Aha, to, a ja sobie nie życzę żeby ojciec dyrektor decydował kto jest Polakiem, a kto nie jest.

Monika Olejnik: „Poza tym to jakiś przedsionek piekła, tyle nienawiści”.

Zbigniew Mikołejko: A, tutaj mamy do czynienia z wylewem miłości najwyraźniej, pani redaktor, tak jak w orwellowskim ministerstwie miłości, to jest, niedługo w imię tej miłości zaczną nam zrywać paznokcie, niektórzy.

Monika Olejnik: Oznajmił, że „Komorowski daje pozwolenie na szatanistyczne...”

Zbigniew Mikołejko: Komorowski.

Monika Olejnik: „Komorowski daje pozwolenie na szatanistyczne orgie przeciwko krzyżowi”, co znaczy szatanistyczne orgie.

Zbigniew Mikołejko: Ja nie wiem, bo nie brałem udziału, żałuję.

Monika Olejnik: Ale „szatanistyczne”.

Zbigniew Mikołejko: Diabeł w tym musi być.

Monika Olejnik: Ale jest szatanistyczne, satanistyczne?

Zbigniew Mikołejko: Język polski wielebnego ojca dyrektora zostawia wiele do życzenia, to jest niechlujna, kaprawa, kaleka polszczyzna. No, ale jego słuchacz się tym nie przejmuje, bo to jest taka Polska właśnie, jak ten język, jak te oceny, jak te etykiety, które rozdaje ludziom będące jednocześnie policzkami, czy też uderzeniami czasami w plecy, to właśnie jest ten rodzaj polskości, która jest nam serwowana tu. On tego się od nas domaga, inna polskość jest niedopuszczalna.

Monika Olejnik: Mamy dwie Polski.

Zbigniew Mikołejko: Mamy dwie Polski. Poeta Rymkiewicz, prawda, upomniał się o tą Polskę Rydzyka, bo to ona jest prawdziwa, ona jedzie na lawecie, tą drugą w objęcia bierze car północy, tego Komorowskiego, tego Tuska, tych wszystkich liberałów, gejów, Palikotów, itd.

Monika Olejnik: Bruksela i Moskwa.

Zbigniew Mikołejko: Słucham?

Monika Olejnik: Bruksela i Moskwa.

Zbigniew Mikołejko: Bruksela, tak i ten hitlerowiec Putin z tą Żydówką Merkel.

Monika Olejnik: Żydówką Merkel, to jeszcze nie słyszałam.

Zbigniew Mikołejko: Tak, no jasne, no przecież hitlerowiec Putin i Żydówka Merkel.

Monika Olejnik: Aha, to tak musi być, to się składa.

Zbigniew Mikołejko: To tak musi być, ale możemy zamienić, stalinówka Merkel, w końcu w „Enerdówku” się wychowała, to można jej przypisać stalinizm, bardzo proszę. Tak jest, jak się państwu zdaje.

Monika Olejnik: Dobrze, ale teraz na koniec optymistycznie, to co się wydarzyło na ulicach Polski, ten bunt przeciwko ACTA, przeciwko rządowi, to jest taki bunt dla pana, jaki?

Zbigniew Mikołejko: Ja się temu przyglądam, zobaczę co z tego wyrośnie.

Monika Olejnik: No już wyrosło, już wyrósł bunt w całej Europie, a zaczął się od nas.

Zbigniew Mikołejko: Fajnie, dobrze jest być pionierem, ale ja wolałbym żebyśmy coś raczej wynaleźli, zbudowali i w tym byli pionierem, dostał jakąś Nagrodę Nobla w jakiejś fizyce, czemu nie, ale jakoś tego, to nie przychodzi. Natomiast oczywiście, upomnienie się, teraz już mówiąc poważnie, upomnienie się o to żeby rządy nie traktowały nas jak przedsiębiorstwa, to znaczy żeby nie traktowały nas jako firmy, którą zarządzają poza naszą wiedzą, podejmują, to jest słuszne. To jest słuszne, bo to o to chodzi, tak naprawdę rzecz dotyczy tego rodzaju wrażliwości. I ta odpowiedź przyszła także z Polski, ale ona wybucha w różnych miejscach, ruch odrzuconych w jakiejś mierze jest sprzeciwem wobec tego modelu, który się wyłania, sposobu modelu rządzenia, który się wyłania w dzisiejszych liberalno-demokratycznych systemach, znaczy zarządzanie, nie rządzenie.

Monika Olejnik: Ale zwyciężyli, zwyciężyli, bo szef Parlamentu Europejskiego mówi ACTA – nie.

Zbigniew Mikołejko: Zobaczymy, ja jestem stary i cyniczny pani redaktor, w odróżnieniu od pani redaktor i nie mam w sobie aż takiej dozy optymizmu, korporacje i wielkie rządy, wielkie korporacje i rządy przeprowadzą to, o co im chodzi innymi metodami, może później, itd., tutaj muszę powiedzieć brutalnie, że tak będzie. To znaczy w tym kierunku, tam jest siła. Społeczeństwa będą wierzgać przeciwko, od czasu do czasu spowalniać pewne procesy, ale generalnie logika jest tutaj – moim zdaniem – nieubłagana. Ten Sfinks ze stali, aluminium, z pewnego słynnego wiersza, z „Brzasku” ... zaczyna pokazywać swoje pazury. I nie odpuści.

Monika Olejnik: No, to ci też nie odpuszczą, zobaczymy.

Zbigniew Mikołejko: Ci nie odpuszczą, ale to pani dożyje, ja już popatrzę sobie na...

Monika Olejnik: Nie ma pan w sobie nic z anarchisty, naprawdę.

Zbigniew Mikołejko: No, mój Boże, jak byłem młody to miałem, to byłem anarchistą, a teraz staję się...

Monika Olejnik: To nie jest kwestia wieku, tylko filozofii.

Zbigniew Mikołejko: ...konserwatywny, nie, nie, moim zdaniem anarchizm mój jest w innym miejscu ulokowany. Tu nie chodzi o anarchizm, ja jestem raczej pesymistą chciałbym powiedzieć, w różnych sprawach, to znaczy te protesty społeczne opóźnią różne rzeczy, może skorygują, ale niestety forma rządów, jaka się wyłania na zachodzie, a Polska do tego zachodu przecież należy jest właśnie taka i to jest proces, moim zdaniem, nieodparty, chyba że znajdziemy inny model kapitalizmu, inny model gospodarki, bo to tam wszystko się dzieje, to stąd płyną tego rodzaju sposoby podejmowania decyzji, decydują, a jak się zerknie na listę Forbesa, wielkich potęg, tam ze dwa państwa narodowe przerastają te wielkie koncerny, tam Stany Zjednoczone, Chiny może, ale nie wiem czy Niemcy już, no wiadomo, gdzie jest władza. W tych właśnie wielkich budynkach ze szkła i aluminium, w tych samochodach z zaciemnionymi szybami, które bezszelestnie przemieszczają, w tych helikopterach, które unoszą się nad miastami, niektórymi miastami, gdzie siedzą ludzie, którzy tym wszystkim kręcą. To nie jest żadna teoria spiskowa, tak po prostu jest, znaczy niewidzialna pajęczyna decyzji, niewidzialna pajęczyna sprawowania władzy, no oczywiście zbuntowane, słusznie zresztą, przeciwko czemuś takiemu społeczeństwa i też niestety w jakiejś mierze bezradne. Bo ostatecznie, ostatecznie rewolucje są owszem bardzo fajnym, romantycznym momentem, ale znowu znajomość historii jaka taka i też pewne doświadczenie z rewolucjami, uczy mnie, że jest bardzo pouczający „Cesarz” Kapuścińskiego w tej materii, mówi, że tych otwartych działaczy rewolucji, fajnych, do których wchodzą ludzie, wychodzą w pewnym momencie zastępują faceci w garniturach, bunt się ustatycznia, przechodzi, że tak powiem, w akceptację.

Monika Olejnik: No tak, no ci co się buntowali w 68, teraz są w garniturach i rządzą.

Zbigniew Mikołejko: Tak, zieloni, prawda, ci, którzy byli na barykadach maja paryskiego, czy czerwca itd., itd.

Monika Olejnik: Taka kolej rzeczy, dziękuję bardzo.

Zbigniew Mikołejko: Dziękuję bardzo.

Monika Olejnik: Profesor Zbigniew Mikołejko był gościem Radia ZET.

Zbigniew Mikołejko: Ja wiem, że powinno być inaczej, ale nic nie mogę z tym zrobić.

wtorek, 4 września 2012

Osiem lat po Biesłanie; wstrząsająca relacja 14-letniej uczennicy z "piekła"


dzisiaj, 19:00
Agunda Watajewa, fot. mk.ru
Agunda Watajewa, fot. mk.ru

"Ludzie w maskach i z karabinami kazali nam milczeć i udać się do sali gimnastycznej. Przypomniałam sobie, co kiedyś mówili nam nauczyciele: »w nagłych sytuacjach najważniejsze to nie panikować«. Nie było to możliwe. Chciałam gdzieś się schować, ukryć" - wspomina w swoim pamiętniku Agunda Watajewa, która przeżyła atak czeczeńskich terrorystów na szkołę w Biesłanie. Swoje wspomnienia dziewczynka, która miała wówczas 14 lat, spisała tuż po zamachu, w którym zginęły 334 osoby, w tym 186 dzieci. Właśnie minęło osiem lat od tych tragicznych wydarzeń, które Watajewa określa mianem "prawdziwego piekła". Fragmenty wspomnień Agundy opublikował dziennik "Moskowskij Komsomolec".

Według 22-letniej dziś kobiety wszystko zaczęło się od strzałów. "Mężczyzna z grubą brodą i w kamuflażu biegł za trzema chłopcami i strzelał w powietrze". Agunda była przekonana, że to zabawa lub jakaś kontrola, jednak wkrótce rozpoczęła się prawdziwa strzelanina i ludzie zostali zagnani w stronę kotłowni".

Pierwsza śmierć zakładnika i terroryści o "lodowatym spojrzeniu".

REKLAMA

Już w dniu zajęcia szkoły przez rebeliantów doszło do pierwszego morderstwa. Według 14-letniej wówczas dziewczynki, ludzie wpadli w panikę i histerię, a bojownicy kategorycznie żądali milczenia, grożąc, że w przeciwnym razie będą musieli zabić jednego z mężczyzn. "Staraliśmy się, ale strach i panika nie odpuszczały. Rozległ się wystrzał. Mężczyzna został zabity" - opisuje Agunda.

Po tym zdarzeniu - jak pisze - "nastąpiła martwa cisza". Terroryści kazali dzieciom i dorosłym oddać wszystkie telefony komórkowe i torebki. Jednakże wiele osób wciąż miało nadzieję, że będą wstanie ukryć telefony, ale po kilkukrotnych groźbach wszyscy oddali swoje aparaty.

Zakładniczka opisuje również zamachowców-samobójców, którzy stali w jej pobliżu: "Oni byli w burkach i ich twarzy nie było widać. Tylko oczy i stopy. Byli w sportowych spodniach i tenisówkach. W jednej ręce mieli broń, a drugą trzymali na detonatorze. Mieli lodowe, nieżywe spojrzenie".

Bojownik z ogromną blizną na szyi

Dziewczyna opisuje także jednego z bojowników, którego twarz wydała się jej "dobrze znana". W jej ocenie mężczyzna miał około 35-38 lat i miał "ogromną bliznę na szyi". Jak twierdzi Agunda, ten terrorysta w gniewie kazał jej przyjaciółce "zakryć ten wstyd", wskazując na odkryte kolana nastolatki. Mężczyzna rzucił jej kurtkę, którą natychmiast zakryła nogi. Agunda pisze: "Po tym było mi trochę lżej. Pomyślałam, że chociaż gwałtów nie będzie".

Najlepsze wspomnienia z piekła rodem

Watajewa opisuje także w swoim pamiętniku doskwierający jej głód i pragnienie. Pić jej się chciało tak bardzo, że gdy wieczorem przez rozbite okna wpadały pojedyncze krople deszczu, próbowała złapać choć jedną z nich. "Mama nakryła mnie i inne dziewczynki swoją kurtką, a ja sama wydostałam się spod niej, aby poczuć deszcz. Czułam się tak dobrze. W mojej opinii to były najlepsze wspomnienia z tego piekła" - pisze.

Dyrektorka-zdrajczyni

Jak opisuje Agunda, pod koniec pierwszego dnia "piekła" jeden z dorosłych krzyknął: "Nie wyjdziemy stąd żywi". Autorka pamiętnika wspomina, że terroryści "cały dzień biegali po sali i krzyczeli: »nikomu nie jesteście potrzebni, wszyscy zginiemy razem«. Po tych słowach dyrektorka szkoły Lidia Aleksandrowna Caliewa stwierdziła, że wśród zakładników są dzieci Tajmuraza Mamrusowa (obecnej głowy Osetii Północnej, który w 2004 r. stał na czele lokalnego parlamentu, a wśród zakładników w szkole w Biesłanie był jego syn i jedna z córek - przyp. red.). Watajewa opisuje, że "wtedy Zamka i jej brat wstali. I zabrali ich gdzieś. Ich wydała Lidia Aleksandrowna. Nawet my - dzieci - wiedzieliśmy, że to była zdrada".

Najdłuższy dzień

Drugi dzień po zajęciu przez bojowników szkoły był według Agundy najdłuższy. "Terroryści przestali rozdawać ludziom wodę, gdyż byli przekonani, że jest zatruta, wyrywkowo wypuszczali do toalety", a z tego powodu, że przy wejściu do niej była spora kolejka, zamachowcy od czasu do czasu rozganiali ją krzykami i groźbami.

Jak pisze dziewczyna, terroryści dużo rozmawiali przez telefon, a w trakcie rozmów raz krzyczeli, a raz się śmiali. Zakładnikom mówili, że nikt ich nie będzie ratować i wszyscy zginą. Agunda wspomina, że dzień był bardzo długi i nie było żadnych wieści. "Jednakże, gdy w końcu wypuścili jedną z karmiących matek, atmosfera na sali stała się lżejsza".

Wieczorem - jak opisuje Watajewa - u niektórych z bojowników pojawiły się jakieś ludzkie uczucia. Zasugerowali, aby starsze osoby i nauczycieli przenieść do sali, w której było chłodniej. Była to - według niej - ogromna zmiana, gdyż wcześniej odmawiali pomocy starszemu mężczyźnie, którego stan zdrowia znacznie się pogorszył. "Niech umrze" - mówili.

"I wtedy po raz pierwszy zachciało mi się płakać"

Trzeciego dnia czas również "mijał bardzo powoli. Pragnienie zabijało, nie mogłam się nawet podnieść". Agunda zaznacza, że chciało jej się spać, a największym marzeniem była śmierć: "Ja tylko marzyłam nawet nie o uwolnieniu, ale o śmierci, ponieważ wydawało mi się to bardziej prawdopodobnym rozwiązaniem. W trzecim dniu wszyscy chcieli tylko jednego końca".

Jak wspomina, w pewnym momencie rozległ się dźwięk dzwonka telefonu. Rozmówca terrorystów poinformował ich, że Rosjanie wycofują z Czeczenii swoje wojska. Bojownicy mieli wówczas powiedzieć do zakładników: "Jeśli ta informacja się potwierdzi, zaczniemy was wypuszczać". "I wtedy po raz pierwszy w trakcie tych wszystkich trzech dni zachciało mi się płakać, bo pojawiła się nadzieja, że wyrwiemy się stąd" - pisze 22-letnia dziewczyna.

"Było mi wszystko jedno"

Gdy doszło do konfrontacji terrorystów z rosyjskim wojskiem, 14-latka straciła przytomność. "Kiedy się ocknęłam, nade mną płonął dach, wszystko spadło, pod gruzami leżeli ludzie. I pierwsza rzecz, jaką zobaczyłam, kiedy się podniosłam - gorące i spalone ciało jednego z terrorystów" - opisuje. "Moja mama i ja wstałyśmy i poszłyśmy. Zauważyłam tylko małe rozcięcie na lewej ręce i uspokoiłam się, że nie mam innych ran. Próbowałam iść ostrożnie - wszędzie były ciała, płonęły drewniane belki. Przy samych drzwiach widziałam ciało młodej dziewczyny. Prawdopodobnie wtedy uświadomiłam sobie, że to wszystko dzieje się naprawdę" - wspomina.

Agunda zaznacza, że terroryści zaczęli umieszczać w szkolnych oknach dzieci, które miały machać do rosyjskich żołnierzy i krzyczeć, że w budynku są zakładnicy. W oknach często stawały jednak matki dzieci, które nie chciały narażać swoich pociech na kolejne niebezpieczeństwo. "Wkrótce doszło do nowego, bardzo mocnego wybuchu. Patrzyłam na sufit, a gorąca fala wybuchu zalała mnie od głowy do stóp. Pomyślałam, że to koniec, tym razem po prostu umarłam" - pisze Watajewa.

Dziewczynce udało się jednak przeżyć kolejny wybuch. Gdy ocknęła się, spostrzegła rany na ręce i nodze. "Widziałam coś białego i lśniącego, jakby kość" - zaznacza i dodaje, że trudno jej było podnieść swoje kończyny. Jej matka leżała obok, krzyknęła tylko do dziewczynki: "Noga... Uciekaj!".

"Nie mogę sobie wybaczyć, że ją posłuchałam, odwróciłam się i uciekłam. Co to było? (...) Na czworakach wydostałam się przez rozbite okno" - pisze Agunda. Wtedy 14-latka po raz ostatni widziała swoją matkę, która straciła życie w szkole w Biesłanie.

Nastolatka uciekała, nie czuła jednak swojej nogi, a żołnierze krzyczeli do niej: "Chodź kochanie, chodź kochanie!". "Ale ja nie mogłam. Z tego poczucia bezradności i beznadziei zaczęłam płakać" - wspomina autorka wspomnień. Jakimś cudem udało jej się dotrzeć do żołnierzy; następnie trafiła do szpitala.

Jestem "zakładnikiem"

"Na każdym moim dokumencie medycznym jest wpisane "zakładnik" - pisze 22-letnia dziś kobieta. "Przez lata przyzwyczaiłam się do moich blizn, zaczęłam je ignorować i nie wstydzić się ich. One stały się częścią mnie. Bez nich mnie nie będzie" - zaznacza. Dodaje przy tym, że blizny to nie jedyne "pamiątki" po Biesłanie". "Mam też inne »ciekawe rzeczy«. Na przykład mój metal - jeden w głowie, jeden w klatce piersiowej, a kolejne rozproszone po całym organizmie". Była zakładniczka czeczeńskich terrorystów podkreśla, że często odczuwa dyskomfort, "zwłaszcza bóle i »niezginanie« palca w prawej ręce".

Dlaczego spisała swoje wspomnienia? "Jestem zamknięta. Wydaje mi się, że łatwiej się zastrzelić, niż opowiedzieć o tym wszystkim drugiemu człowiekowi, także bliskiemu" - przyznaje 22-latka.

Czeczeńscy rebelianci wzięli ponad 1100 zakładników

1 września 2004 roku czeczeńscy rebelianci, domagający się wycofania wojsk federalnych z Czeczenii, zajęli szkołę w Biesłanie, biorąc ponad 1100 zakładników, głównie dzieci, które uczestniczyły w rozpoczęciu roku szkolnego. 3 września rosyjskie siły specjalne zajęły budynek szturmem. Zginęły 334 osoby, w tym 186 dzieci; rannych zostało 810 osób.

Do zorganizowania ataku przyznał się Szamil Basajew, radykalny czeczeński dowódca polowy, który w Rosji był uważany za terrorystę nr 1. Basajew zginął w 2006 roku w wyniku eksplozji ciężarówki z materiałami wybuchowymi na terytorium Inguszetii.

Na szkolnym podwórku w Biesłanie budowany jest obecnie zespół memorialny, którego częścią będzie sala sportowa. To w niej terroryści przetrzymywali zakładników. Obecnie wiszą tam zdjęcia ofiar, obok wznoszona jest kaplica.

Na terenie szkoły umieszczono już tabliczki z nazwiskami oficerów sił specjalnych i ratowników z Ministerstwa ds. Sytuacji Nadzwyczajnych, którzy zginęli w czasie odbijania zakładników. W akcji tej poległo 10 oficerów sił specjalnych Federalnej Służby Bezpieczeństwa, 15 milicjantów i dwóch ratowników.

Osiem lat po tragedii mieszkańcy Biesłanu niezmiennie wyrażają żal, że nie została ona wyjaśniona; że wciąż nie są zbadane wszystkie okoliczności dramatu, w tym przebieg interwencji sił bezpieczeństwa.

Dochodzenie w sprawie tragedii w Biesłanie nadal trwa. Jak dotąd, do odpowiedzialności karnej pociągnięto tylko jedną osobę - Nurpaszę Kułajewa, jedynego schwytanego uczestnika ataku. Został skazany na dożywocie. Spośród przedstawicieli władz, zarówno republikańskich, jak i federalnych, nikt nie został ukarany za śmierć zakładników.

Komisja parlamentarna, która przez ponad dwa lata wyjaśniała okoliczności ataku, w grudniu 2006 roku oczyściła resorty siłowe z odpowiedzialności za tragiczne skutki akcji uwalniania zakładników. Według komisji to terroryści, a nie szturmujący szkołę, spowodowali eksplozję w budynku, która pochłonęła dziesiątki ofiar.

Zdaniem Matek Biesłanu, organizacji pozarządowej zrzeszającej rodziny poszkodowanych w biesłańskim dramacie, do tragedii doprowadziły przede wszystkim zaniedbania ze strony władz. Wśród winnych rodziny ofiar wymieniają również ówczesnego i obecnego prezydenta Rosji Władimira Putina.

Matki Biesłanu oceniają także, iż władze nie troszczą się wystarczająco o ludzi poszkodowanych w tym dramacie.

Najbardziej zdeterminowani bliscy ofiar, zrzeszeni w innej organizacji - komitecie Głos Biesłanu, w lipcu 2007 roku złożyli skargę na Rosję do Europejskiego Trybunału Praw Człowieka w Strasburgu. W maju 2011 roku Głos Biesłanu skierował do Strasburga kolejne dwie zbiorowe skargi. Oczekuje się, że trybunał odniesie się do nich pod koniec września.

We wrześniu 2010 roku, w szóstą rocznicę dramatu, rodzice biesłańskich dzieci wystosowali list otwarty do ówczesnego prezydenta Rosji Dmitrija Miedwiediewa, w którym zaapelowali do niego, by pamiętał o ranach Biesłanu. Zarzucili mu, że podobnie jak poprzednie władze, także on ignoruje ich wezwania o przeprowadzenie obiektywnego śledztwa oraz przyjęcie ustawy o statusie ofiar aktów terroru.

W czerwcu 2011 roku Miedwiediew przyjął przedstawicielki Matek Biesłanu. Obiecał im, że materiały śledztwa w sprawie ataku na szkołę zostaną rozpatrzone jeszcze raz. Przyznał również, że z tragedii tej nie wyciągnięto wniosków - ani administracyjnych, ani prawnych. Jednak do dzisiaj nic w tej kwestii się nie zmieniło.

(Onet./newsru.com/mk.ru/PAP)