poniedziałek, 14 lipca 2014

Czy pan mnie słyszy, czyli naprawdę Wielka Gra

25.12.2013 22:31




Kaśka Kolska, dla której napisałem ten tekst, zgodziła się bym go zamieścił na blogu. Zamieszczam zatem. Coś o czym pisać specjalnie nie lubię, aczkolwiek bardzo lubię myśleć. "Wielka Gra"...

...

Stanisława Ryster zakłada nogę na nogę i zadaje pytanie. Jest teraz jak Sfinks – jeśli nie odpowiesz, już po tobie. Kilkanaście lat walki o telewizyjny finał Wielkiej Gry pójdzie na marne. Żeby ich nie zmarnować, nie wolno ci zrobić jednego. Nie wolno spojrzeć na zegar.

Udepczmy sobie najpierw grunt pod tę opowieść o cierpliwości i zwykłym fuksie. Tym gruntem będą fakty. Rozmawiamy o teleturnieju telewizyjnym „Wielka Gra", który powstał w… Zaraz, zaraz, właściwie kiedy? Mnie bowiem wydaje się, że był zawsze. Odkąd sięgam pamięcią, odkąd zasiadałem – jeszcze po turecku, w rajstopkach, jeszcze z mlecznymi zębami – przed telewizją, która miała szeroki wybór dwóch kanałów, odkąd radziecki lampowy Rubin zastąpił telewizor czarno-biały – „Wielka Gra" była zawsze.

I zawsze chciałem ją wygrać.

No ale kiedy się jest dzieckiem, to w głowie piętrzy się tysiąc takich niedorzecznych marzeń. Być strażakiem, kosmonautą, podróżnikiem po odległych lądach, nieustraszonym łowcą groźnych zwierząt, Jankiem Kosem w udającej czołg piaskownicy, bohaterskim pułkownikiem Dowgirdem podczas zabawy w „Czarne chmury" za osiedlowymi garażami. Wygrać „Wielką Grę" – marzenie jak każde inne. Tak samo nierealne.

Bądź w telewizji

„Wielka Gra" była w telewizorze od zawsze, a konkretnie – od 1962 roku, kiedy to polska telewizja kupiła (hm, czy aby na pewno kupiła?) licencję amerykańskiego teleturnieju „The $64,000 Question", niezwykle popularnego w uwielbiających tego typu quizowe programy Stanach Zjednoczonych. Plan słusznie zakładał, że widzowie będą chcieli oglądać i podziwiać zupełnie zwyczajnych ludzi, dajmy na to taksówkarzy, sklepikarzy, policjantów, hydraulików, hodowców drobiu czy dziennikarzy sportowych, którzy znają się na jakimś konkretnym temacie, zupełnie niezwiązanym z ich zawodem. Ukrytych pasjonatów, hobbystów aż do krańcowych szczegółów, dorównujących swą wiedzą na ukochany temat nawet profesorom i naukowcom. Ludzi, którzy swoją pasją, zaangażowaniem i wiedzą staną się mimochodem gwiazdami telewizji, która przecież uwielbia pokazywanie wszelkich dziwolągów. Nawet takich, którzy wiedzą wszystko o czymś.

Program sprowadził do Polski entuzjasta teleturniejów, redaktor Ryszard Serafinowicz. Wtedy „Wielka Gra" rozgrywana była inaczej. Startował jeden zawodnik, zamknięty w wielkiej, dźwiękoszczelnej kabinie. Zakładał jeszcze ogromne słuchawki i tak odizolowany od świata niczym zakażony jakimś tajemniczym wirusem wiedzy, odpowiadał na pytania. To o „Wielkiej Grze" w takiej formie opowiada pierwszy odcinek filmu „Najważniejszy dzień życia" z 1974 roku. To serial, którego każdy odcinek zaczynał się tak samo – reporter Polskiego Radia zaczepiał przechodnia i pytał:

- Przepraszam bardzo, jaki był najważniejszy dzień pani/pana życia?

W jednym z odcinków zaczepiona została Ryszarda Hanin, która grała starszą panią, babcię wnuka z typowego, nowoczesnego małżeństwa intelektualistów lat 70. To małżeństwo uważało ją za zdatną jedynie do opieki nad wnusiem, ugotowania obiadu, zrobienia prania i pójścia do kościoła. A ona… zgłosiła się do „Wielkiej Gry" z tematu „Mity greckie". I wygrała, zyskując w jednej sekundzie szacunek w oczach swoich dzieci.

- Bo ja bardzo lubię bajki. A te mity greckie to takie właśnie bajki. I kiedy ugotuję już wszystko i upiorę, to sobie trochę tych książek poczytam – wyjaśniała, wskazując na wygrany finał jako najważniejszy dzień życia.

Cały czas mam wrażenie, że ja zaczepiony przez reportera, wskazałbym podobnie.

I jak Wam powiem, że 12 grudnia 2005 roku, to się pewnie uśmiejecie...

Redaktor Serafinowicz prowadził program, ale jedynie do marca 1968 roku. Rozpętana wówczas przez władze komunistyczne antysemicka nagonka dosięgła także jego. Jako „osoba pochodzenia żydowskiego" musiał opuścić kraj i wyjechać do „Syjamu", którym w jego wypadku były Włochy, a potem Kanada.

Na planie „Wielkiej Gry" została jego asystentka, Joanna Rostocka, która prowadziła teleturniej samodzielnie aż do 1973 roku. Wtedy to, podczas jednego z programów, wystąpiła na antenie z wisiorkiem w kształcie krzyża. Z gierkowskiej telewizji wyleciała za to momentalnie.

W 1975 roku do „Wielkiej Gry" wkroczyła Stanisława Ryster. A teleturniej przestał być nadawany na żywo.

Bądź odważny!

Przyznam, że Stanisławę Ryster wyobrażałem sobie inaczej. Była dla mnie uosobieniem władzy nad dwoma nieszczęśnikami, którzy zasiadali naprzeciwko niej, by spróbować odpowiedzieć na pytania. Skuleni, w słuchawkach, pełni stresu. A ona? Zrelaksowana, władcza, z tymi niesamowicie skrzyżowanymi nogami, ułożonymi w jakiejś niezwykłej geometrii wobec krzesła, zaciskała dłoń na pilocie z dwoma przyciskami, co przywodziło na myśl jakiś detonator.

– Pierwszy odpowiada pan X – mówiła redaktor Ryster i klik na przycisk. 

Gdy zobaczyłem ją na ekranie po raz pierwszy, jeszcze jako dziecko, była dla mnie skarbnicą wiedzy. Dziecięcy umysł nie dopuszczał ewentualności, że pani redaktor w gruncie rzeczy nie jest nauczycielką z telewizji i nie zna odpowiedzi na pytania, które zadaje. Że napisali je jej eksperci, a ona jedynie czyta. Przekonałem się o tym dopiero, gdy po raz pierwszy pojechałem na eliminacje. To było w 1991 roku, zaraz po tym gdy skończyłem 18 lat.

Zderzenie z eliminacjami było wielkim przeżyciem. Początkowo bowiem przegrywałem je sromotnie. Dopiero po czterech latach, w 1995 roku usłyszałem komunikat, w który nie mogłem uwierzyć – zakwalifikowałem się do finału telewizyjnego z tematu „Gady współczesne i kopalne". W swym wielkim entuzjazmie nie przypuszczałem jeszcze, że minie 11 lat, teleturniej zostanie zlikwidowany, a ja na występ przed kamerami z tego tematu się nie doczekam.

Musiało minąć jedenaście lat od pierwszych eliminacji nim udało mi się wreszcie dostać przed kamery telewizyjne. Temat „Gryzonie świata", z którego startowałem budził wesołość moich znajomych. Do dziś bawi ich moja odpowiedź na jedno z pytań, gdy pokazano mi zdjęcie zwierzątka wielkości kłosu zboża. – To prześliczna mała myszka zwana badylarką – odpowiedziałem i to określenie omal nie stało się moim przezwiskiem w gronie znajomych.

Specjalnie na tamten finał z 2002 roku kupiłem nową marynarkę. Zabrałem ze sobą rodziców, którzy nigdy nie widzieli telewizji od środka. Gdy przegrałem, nie chciałem by jechali ze mną na kolejny finał. Wiedziałem, że z zadaniem i tymi słuchawkami na uszach muszę uporać się sam.

Bądź skupiony

Ktoś kiedyś zapytał mnie, co słychać w słuchawkach w trakcie „Wielkiej Gry", gdy czeka się, aż odpowie przeciwnik? A może to ja sam siebie o to spytałem… Możliwe, nie pamiętam. Po prostu nie pamiętam. Naprawdę, nie potrafię sobie przypomnieć, co słyszałem wtedy w słuchawkach. Pewnie jakąś muzykę. A może obezwładniającą ciszę…

Skoro za żadne skarby nie umiem sobie tego przypomnieć to najprawdopodobniej byłem odpowiednio skoncentrowany na celu, który miałem do osiągnięcia. A cel był jasny – odpowiedzieć prawidłowo.

Sęk w tym, że tam, w studiu telewizyjnym „Wielkiej Gry" na Woronicza przeciwnikiem zawodnika nie były tylko pytania czytane z kartek przez redaktor Ryster. Była nim także sama telewizja, która próbowała nagle zrobić z ciebie gwiazdę. Zakładała ci na uszy słuchawki, przyciskała jakiś detonator w dłoni redaktor Ryster, wcześniej nakładała na twarz mnóstwo pudru (aby się nie świecić na wizji), by wreszcie błysnąć uczestnikom w twarze ostrym światłem mocnych jupiterów, które ten puder pod wpływem strużek potu rozpuszczały. A wszystko to w ceremoniale potęgującym napięcie.

Zaczynał się on w bufecie, w siedzibie TVP na Woronicza. Zawodnicy przyjeżdżali tam najczęściej na długo przed nagraniem. Siedzieli przy stolikach, nerwowo pili kawę, douczali się z książek, jakby mogło to coś jeszcze zmienić. Przede wszystkim – koncentrowali się. Ja przynajmniej tak robiłem. Koncentracja znaczyła dla mnie odnalezienie spokoju ducha, który pozwalał sięgnąć do tego, co ma się w głowie. Oznaczała zwalczenie strachu, który ściskał żołądek i paraliżował umysł. W tym celu należało unikać wszelkich rozmów na temat, z którego się startowało, giełd wiedzy, licytacji na wiadomości i wymiany wiedzy z innymi uczestnikami, z których każdy próbował odegrać przed wejściem do studia twardszego niż jest w rzeczywistości. To było trudne, bo większość finalistów „Wielkiej Gry" znała się nawzajem. Wiele razem bowiem przeżyli, o czym za chwilę.

Półtorej godziny przed nagraniem pojawiali się oficjele. Przychodził mecenas, u którego zdeponowane były pytania i nagrody. Próbował zagadnąć, powiedzieć coś zabawnego, zadać jakieś trywialne pytanie z tematu, z którego startowałem, typu:

– A ten kiwi na Nowej Zelandii to chyba wyginie, prawda? – gdy akurat startowałem z tematu „Fauna wysp świata".

– Nie teraz, panie mecenasie. Muszę się skupić – odpowiadałem niechętnie, gdyż nie lubię zbywać rozmówców. On na szczęście rozumiał.

Później przychodzili eksperci i razem z nimi maszerowało się do garderoby, aby przypudrować noski i czółka. Rozmawialiśmy w trakcie tych pudrów o czymkolwiek, byle nie o temacie, z którego zaraz zacznie się gra. Nie wolno. Nie, raczej… nie wypadało.

Na koniec wpadała Stanisława Ryster. Z papierosem, oczywiście, gdyż paliła jak smok. Teraz, bez nóg na krześle i detonatora w dłoni, wyglądała zupełnie inaczej niż w telewizji. Energiczna, wręcz neurotyczna, ustalała szczegóły nagrania. Bywało, że krzyczała na zawodników.

– Skończyło się! – pamiętam jak kiedyś zawołała tak do jednego, który pojawił się w dżinsowej kurtce, ale wołając do niego, mówiła też i do pozostałych: – Skończyło się przychodzenie do ludzi do domów w niedzielne po południu bez garniturów. Koniec z tym! Kto nie ma garnituru, a kobiety żakietu, nie gra.

Otóż Stanisława Ryster nie pomagała. Naprawdę nie pomagała opanować stresu. Raczej go potęgowała. Podkreślała, że jest z tej drugiej strony ekranu i że dla niej wejście za chwilę na wizję to bułka z masłem, zwykła robota.

Dla nas było to nieziemskie przeżycie, często jedyne w życiu. Bo my byliśmy zwyczajnymi taksówkarzami, sklepikarzami, policjantami, hydraulikami, hodowcami drobiu czy dziennikarzami sportowymi, którzy znają się tylko na jakimś konkretnym temacie, zupełnie niezwiązanym z ich zawodem.

Brało się więc głęboki wdech i wchodziło do studia. Stanisława Ryster i jakiś tajemniczy Big Brother w reżyserce (najczęściej bywała nim Bożena Pijanowska) wymieniały szereg konwencjonalnych pytań z cyklu: Jak się słyszymy? Czy na pewno dobrze? Rozlegał się charakterystyczny sygnał teleturnieju. Robiło się naprawdę gorąco. Zaczynała się „Wielka Gra".

Bądź opanowany!

Nie potrafię zliczyć, ile razy jeździłem na eliminacje „Wielkiej Gry". Starałem się być na każdych, które mnie interesowały. Kiedyś nawet, czekając na wynik swoich eliminacji, postanowiłem spróbować bez większego przygotowania test z tematu „Wielkie odkrycia geograficzne XV i XVI wieku". Sądziłem, że trochę się w tym orientuję…

Test pokazał, jak bardzo się myliłem. Nie wiem, jaki dokładnie osiągnąłem wynik. Według mnie, odpowiedziałem poprawnie jedynie na 4-5 pytań. A i tego nie jestem pewien.

Znam takich, którzy twierdzili, że napisali dobrze test eliminacyjny bez przygotowania, z marszu. Otóż nie wierzę im. To czcze przechwałki. Miałem przed sobą te pytania i wiem, co mówię.

Są jednak tacy, którzy potrafili przechodzić przez „Wielką Grę" jak burza. Jeśli się nie mylę, Jan Wolniakowski rzucił nawet pracę w fabryce w Poznaniu, by skupić się tylko na teleturnieju. Wygrał go 18 razy, głównie z tematów związanych z literaturę.

Zawodowo do teleturnieju podchodził również Marek Krukowski spod Kwidzyna – on wygrał15 razy. Zygmunt Krawczuk, motorniczy krakowskiego tramwaju, kóry mieszkał w Krakowie w małym mieszkanku wypełnionym książkami, zwyciężył bodaj siedmiokrotnie.

Ja wygrałem raz. Jeden jedyny raz.

...

Pojedynek polegał na tym, że musieliśmy (ja i przeciwnik) odpowiedzieć na 20 pytań. Wolno było popełnić jeden błąd, drugi eliminował. Czas na odpowiedź – 20 sekund, a odmierzał go zegar na monitorze przed zawodnikiem.

No właśnie, ten zegar! To on odpowiadał za wiele przegranych pojedynków.

20 sekund to może i dużo, ale nie wówczas, gdy ktoś zaczyna je odliczać. Wyobraźcie sobie, że nauczycielka w szkole wzywa was do odpowiedzi z historii czy z polskiego. Pyta i równocześnie zaczyna mówić miarowo: dwadzieścia, dziewiętnaście, osiemnaście…

Jak odliczanie przez odpaleniem rakiety!

Nie wiem jak innych, ale mnie stresowało to bardzo. Szybko zatem zorientowałem się, że aby nie wpaść w dekoncentrujące rozważania na temat tego, jak mało czasu mi już zostało, należy na ten zegar nie spoglądać. Starałem się tego nie robić, ale wielu innych wpadało w pułapkę własnych myśli i własnej paniki.

Drugi pojedynek (dlaczego drugi – wyjaśnię za moment) z tematu „Fauna wysp świata" rozgrywałem ze Sławkiem z Warszawy. Faceta znałem, rozmawiałem z nim wielokrotnie, wiem jaką miał wiedzę. Jak obszerną. Tymczasem już podczas jednego z pierwszych pytań, które polegało na odgadnięciu nazwy zwierzęcia wskazanego na zdjęciu

Sławek powiedział: lemur płowy. Pomylił się. Tak naprawdę był to lemur z Madagaskaru, zwany mongozem. To mniej więcej tak, jakby podczas odpowiedzi z języka polskiego pomylić Sonety krymskie z Grażyną.

Sławek nie wiedział, że to lemur mongoz? Ależ oczywiście, że wiedział! Nie w tym rzecz, czy wiesz czy nie. Rzecz w tym, czy w tych okolicznościach, które opisałem, jesteś w stanie tę odpowiedź z siebie wydusić. On nie był.

A że nieszczęścia chodzą parami, ten błąd pociągnął za sobą kolejny. Sławek zastanawiał się zapewne jeszcze nad tym i pluł sobie w brodę, jak mógł się tak pomylić i że każdy kolejny błąd go eliminuje, gdy dostaliśmy nastepne pytanie. Tym razem o jadowitego węża, który na Cejlonie i Malajach budzi trwogę i odpowiada za wyjątkowo dużo ukąszeń, bywa że śmiertelnych. Padła nawet jego synonimiczna nazwa – żmija indyjska! Musiał, po prostu musiał – przy stanie swojej wiedzy – znać odpowiedź! Wiedział, że chodzi o daboję, czyli żmiję łańcuszkową. A on z tych nerwów rzucił coś o kobrze indyjskiej.

W ten sposób pojedynek sam się wygrał. Awansowałem do kolejnej rundy dzięki pudrom i lampom.

Bądź uważny!

Pierwsza odpowiedź się liczy – to była żelazna zasada „Wielkiej Gry". Mój kolega Rysiu przekonał się o tym dobitnie. Graliśmy razem w finale telewizyjnym z tematy „Gryzonie świata". Na grzbiecie wełniana jasna marynarka, w której gotowałem się żywcem. Walczyłem, przegrałem. Rysiu poszedł dalej, aż do finału – ten miał zostać nagrany po miesiącu czy dwóch. Poprosiłem go, aby zadzwonił do mniej po jego zakończeniu i powiedział, jaki był efekt. Zadzwonił i powiedział:

– Jestem jedynym uczestnikiem „Wielkiej Gry", który usłyszał fanfary na cześć zwycięstwa i … przegrał.

Zatkało mnie. Ale jak to?

Ano finałowe pytanie dotyczyło pewnego gryzonia ze środkowej Afryki, który trochę wyglądem przypomina jeża (który gryzoniem nie jest) – też ma kolce na grzbiecie. To zwierzę jednak świetnie pływa, ma błonę między palcami i sporą część życia spędza w wodzie.

Ha, łatwe! Dla kogoś, kto interesuje się dogłębnie zwierzętami to naprawdę nie jest trudne pytanie. Dla Rysia też takie nie było. Złożył kartkę z pytaniem i mówi:

– Jeżatka azjatycka.

Fanfary, brawa, wygrał pan! Zanim zdążył się ucieszyć, odezwał się jednak ekspert i stwierdził: – Zaraz, zaraz! Jak to jeżatka azjatycka? W środkowej Afryce? Jeżatka – owszem, ale afrykańska.

Mój kolega złapał się za głowę. Przegrał, bo się przejęzyczył.

Druga żelazna zasada „Wielkiej Gry" była taka, że eksperci zapytać mogą o wszystko w zakresie zadanego tematu, co kiedykolwiek ukazało się w książkach w języku polskim. W grę nie wchodził zatem internet. Co ciekawe, eksperci mogą dzięki temu zapytać o … kompletne bzdury. Podczas eliminacji z tematu „Ssaki świata" padło pytanie o niedźwiedzia polarnego, który jest świetnym pływakiem. Chodziło o to, jaką prędkość rozwija w wodzie. Pewna książka podaje, iż jest to 50 km/h, co stanowi oczywisty chochlik drukarski. 50 km/h to prędkość orki. Niedźwiedź pływa z szybkością 5 km/h. A jednak eksperci podali ten wariant jako odpowiedź prawidłową!

Zasada, że trzeba znać każde książkowe opracowanie na dany temat brzmi groźnie bowiem takich opracowań są setki. Działa jednak w dwie strony. Obowiązuje także jurorów.

Podczas pojedynku z „Fauny wysp świata" dostałem pytanie o pewnego czarno-białego ptaka z rodziny srokaczy, który żyje na Nowej Zelandii i Fidżi. Nazywa się on zabawnie – dzierzbowron gwiżdżący. Ja podałem jego zamienną nazwę, wroniec australijski. Początkowo jury jej nie uznało, ale gdy złożyłem reklamację, musieli przyznać rację. Nazwa ta bowiem występuje w pewnej polskiej książce. Wystarczyło, że ją wskazałem.

Bądź cierpliwy!

Miałem niewiele lat i mleczne zęby, gdy po raz pierwszy zapragnąłem wygrać „Wielką Grę". Żeby wystartować, musiałem jednak skończyć 18 lat. Gdy to się stało, pojechałem na eliminacje. Wtedy przekonałem się, że może pytania w telewizyjnych finałach wyglądają na trudne, ale to jednak nic przy tych eliminacyjnych. A droga do fotela naprzeciw redaktor Stanisławy Ryster jest bardzo długa. Trudno nawet sobie wyobrazić, jak długa.

Eliminacje składają się z dwóch etapów, a każdy z nich to test. Kilkadziesiąt pytań, trzeba zaznaczyć jedną z opcji. Ile razy można się pomylić? To zależy od tego, jak spiszą się inni uczestnicy. Bywało, że eliminował jeden błąd, bo inne osoby oddawały testy bezbłędne. Czasem, gdy test był bardzo trudny, przechodziło się dalej nawet z kilkoma będami.

Przypominam sobie przykładowe pytania:

– Jaki kolor ma podgardle jerzyka alpejskiego?

– Ile pierścieni znajduje się na rogach samca ridboka górskiego?

– Jaki procent panter żyjących w Malezji ma melanistyczną sierść?

Trudne? Nawet biorąc pod uwagę, że pytano o sprawy charakterystyczne (jerzyk alpejski ma nietypowe ubarwienie, ridbok górski ma więcej pierścieni na rogach niż jego krewniacy, a Malezja jest rekordzistką pod względem liczby czarnych panter), to jednak odpowiedź na podobne pytania wymaga bardzo szczegółowej wiedzy.

Testy zatem dość skutecznie przetrzebiały uczestników. Po każdym czekało się na wyczytanie nazwiska. Najprzyjemniejszy moment był wówczas, gdy usłyszało się je po drugim etapie. Bo oznaczało to, że przechodziło się do finału.

Finał nie oznaczało jednak wcale gry.

Przed kamerami telewizyjnymi występowało bowiem jedynie dwóch zawodników równocześnie. Jeśli któryś z nich wygrał, następna para z tego samego tematu mogła się pojawić na wizji najwcześniej po roku. Najwcześniej. Bywało, że pojawiała się po wielu latach, a niekiedy … nigdy.

Nie wystarczyło więc pomyślne zaliczenie testów eliminacyjnych. Potrzebne było też szczęście, by trafić do gry w jednej z pierwszych par, najlepiej pierwszej. Decydowała o tym redaktor Stanisława Ryster. Dostać w takiej sytuacji numerek 10, 15 albo 20 oznaczało … nie zagrać nigdy, mimo zdanego testu.

Dostać z kolei numerek 3 oznaczało … być rezerwowym pierwszej pary. Rola rezerwowego była wyjątkowo niewdzięczna: musiał przyjechać na nagranie odcinka z pełną świadomością, że … raczej nie zagra. Przypadki, by rezerwowy wszedł do gry były absolutnie sporadyczne. Kiedyś jeden z zawodników zasłabł przed wejściem do studia, kiedy indziej z kolei ktoś miał wypadek czy też spóźnił mu się pociąg.

Rezerwowy wchodził do swojej gry w drugiej parze (o ile ta w ogóle pojawiła się na ekranie), ale na nagrania musiał przyjeżdżać kilkakrotnie częściej niż inni. „Wielka Gra" nagrywana była bowiem w wielu odcinkach. Mój występ w temacie „Fauna wysp świata" był przypadkiem skrajnym. A wyglądał tak:

Pierwsza wizyta w Warszawie – eliminacje, na szczęście udane; dostałem numerek 3.

Druga wizyta w Warszawie – jako rezerwowy, nie zagrałem.

Trzecia wizyta w Warszawie – już jako zawodnik drugiej pary, pojedynek z pewnym doktorem z Torunia; padł remis – tzn. żaden z nas nie popełnił dwóch błędów podczas zadawanych 20 pytań.

Co w takiej sytuacji? Otóż obydwaj zawodnicy wcale nie zdobywali prawa do dalszej gry. Rozgrywany był drugi pojedynek. Za jakiś czas.

Czwarta wizyta w Warszawie – drugi pojedynek, przerwany po… nie pamiętam którym pytaniu; czas nagrania się skończył.

Piąta wizyta w Warszawie – dokończenie pojedynku, podczas którego nie uznano mi wspomnianej odpowiedzi „wroniec australijski".

Złożyłem odwołanie.

Szósta wizyta w Warszawie – przywrócony do gry po odwołaniu, stoczyłem pojedynek z nowym przeciwnikiem; zdołałem zremisować tzn. żaden z nas nie popełnił dwóch błędów w 20 pytaniach.

Siódma wizyta w Warszawie – drugi pojedynek, podczas którego mojego przeciwnika zawiodły nerwy; ja awansowałem i doszedłem do finału, który udało się wygrać.

Siedem wizyt. A przecież mogło być znacznie więcej. Wszystko po to, aby usłyszeć te fanfary.

Bądź niepocieszony!

Nie chciałbym jednak, aby ktokolwiek odniósł wrażenie, że się na te siedem wizyt użalam. Nie może przecież tego zrobić facet, który usłyszał fanfary, wygrał główną nagrodę i był, kto wie, czy nie najszczęśliwszy w życiu. Użalam się na co innego.

Latem 2006 roku ówczesny szef Telewizji Polskiej, redaktor Bronisław Wildstein, zlikwidował „Wielką Grę". Za jednym zamachem zlikwidował nie tylko ten postkomunistyczny relikt, ale wszystko co za sobą niósł ten teleturniej. W tym – eliminacje.

Wspomniałem, że polegały one na pisaniu testów. Ich wypełnianie trwało może godzinę, za to oczekiwanie na ogłoszenie wyników – o wiele dłużej. W efekcie wszyscy uczestnicy spędzali ze sobą niemal cały dzień. Rozmawiali, wymieniali się poglądami, literaturą, kontaktami. A nade wszystko – widzieli, że nie są sami ze swoją pasją.

„Wielkiej Gry" już nie ma. Zostały teleturnieje, które można wygrać bez przeczytania choćby jednej książki. Wystarczy obstawić prawidłowo jaką odpowiedź najczęściej wskazywali ankietowani. Choćby była najgłupsza.

 

Radosław Nawrotzwycięzca „Wielkiej Gry" z tematu „Fauna wysp świata"; przegrany w telewizyjnym finale z tematu „Gryzonie świata"; nadaremnie oczekujący na grę z tematów „Fauna Azji", „Gady współczesne i kopalne", „Ptaki wróblowate świata", „Koty świata", w których dostał odległy numerek.

niedziela, 13 lipca 2014

Joachim Loew. Kim jest właściwie Mister Cool?

 

Zagadkowy jak sfinks i zawsze świetnie wystylizowany: tak publicznie prezentuje się selekcjoner niemieckiej reprezentacji Joachim Loew. Jaki człowiek i sportowiec kryje się za tą fasadą?

Scena na plaży wygląda na zabawę dwójki dzieci. Joachim Loew i Urs Siegenthaler spacerują przed ostatnim treningiem w Santo Andre. Asystent trenera przyklęka i rysuje na piasku jakieś postacie, trener przygląda się temu z zaciekawieniem. Wygląda jak typowy turysta na wakacjach: w granatowych kąpielówkach i błękitnej koszulce.

Na plaży po drugiej stronie Atlantyku selekcjonera niemieckiej reprezentacji można było spotkać każdego ranka: tuż po godz. 5.00 na obowiązkowym półgodzinnym joggingu, niezależnie od pogody. Jak przyznaje, ten czas potrzebny jest mu, by pozbierać myśli. Także pod Copacabana, gdzie w niedzielę odbędzie się finał mundialu, Joachim Lewo rozejrzy się z rana, gdzie można by pobiegać w pobliżu hotelu, gdzie nocuje drużyna.

Bildergalerie WM 2014 Nationaltrainer

Temperament Löwa ujawnia się podczas meczu

Stoicki spokój

Tego dnia odbędzie się z dotychczasowych najważniejszy mecz w jego 8-letniej trenerskiej karierze narodowej kadry RFN.

- Joachim Loew jest jak zawsze spokojny i rzeczowy, i oczywiście całkowicie skupiony na ostatnim meczu - informował jego asystent Hansi Flick tuż przed odlotem do Rio de Janeiro.

- Mojego szefa nic nie może wyprowadzić z równowagi - podkreślał także szef banku informacji czyli skaut kadry Urs Siegenthaler.

- Joachim jest zawsze spokojny, z rezerwą, nawet po zwycięstwie 7:1 z Brazylią. Siegenthaler poznał Loewa, w czasach, gdy ten był asystentem narodowego selekcjonera Juergena Klinsmanna (2004-2006) i już wtedy polubili się.

- To nie jest typ trenera, który wciąż by się chełpił, jaki to on nie jest wspaniały. Jest skromny i wciąż tylko podkreśla, że chce być dobrym trenerem. A przypuszczalnie jest najlepszy, bo wszystko, co robi ma ręce i nogi - mówi skaut, nie kryjąc swojego podziwu.

WM 2014 Trainer Joachim Loew

Zawsze nienagannie ubrany i ostrzyżony

Pełni pochwał i uznania

Dobrze o trenerze mówi też mundialowy król strzelców Miroslaw Klose, który od samego początku był świadkiem rozwoju trenerskiej kariery Loewa. - Wspaniałe jest to, że od 2004 roku do dziś właściwie wcale się nie zmienił. Już wtedy przedstawiał nam swoje pomysły i wspierał nas w rozwoju. To fantastyczny trener - podkreśla 36-letni Klose, dodając, że szczególnie imponuje mu jego czysto ludzka strona. - On zawsze patrzy na nas jak na zespół, rozmawia z każdym zawodnikiem i uważnie słucha tego, co każdy ma do powiedzenia. To jego szczególna zaleta, nie tylko jako trenera, ale przede wszystkim jako człowieka.

Podobnego zdania jest kapitan kadry Philipp Lahm. - Zawsze uderza w odpowiedni ton i ma najlepsze rozwiązanie. Nie mogę sobie wyobrazić lepszego trenera - podkreślał Lahm jesienią ubiegłego roku, wydając doskonałą opinię o selekcjonerze jeszcze zanim ten podpisał przedłużenie swojego kontraktu do 2016 roku. Podobnie jak Klose wysoko ocenia jego opanowanie, rzeczowość i bardzo ludzkie podejście.

Sarah Brandner Freundin von Bastian Schweinsteiger

Daniela Loew (l) i Sarah Brandner, dziewczyna Steinschweigera

Dobrze robi nieco pokory

O prywatnym życiu Joachima Loewa wiadomo niewiele: chętnie słucha piosenek Udo Juergensa, czasami zdarza mu się zapalić cygaro i zawsze jest bardzo zdystansowany. Może ma po prostu taki charakter. 54-latek pochodzi ze Szwarcwaldu ("Dorastałem w bardzo skromnych warunkach i nie potrzebuję żadnego wielkiego show"). Ma wykształcenie kupieckie w handlu detalicznym i zagranicznym. Jako młody chłopak był ministrantem i grał w SC Schoenau a potem w wielu klubach niemieckich i zagranicznych. Na jego temat nigdy nie pisze plotkarska prasa, bo nie ma o czym. Od 28 lat ma żonę Danielę; nie mają dzieci, mieszkają pod Fryburgiem w Szwarcwaldzie.

Redakcja poleca

 

Wysokie oczekiwania po 7:1 z Brazylią

Sobotnie wydania gazet zajmują się finałowym meczem piłkarskich Mistrzostw Świata Niemcy – Argentyna w Rio de Janerio i oceniają szanse niemieckiej drużyny na zwycięstwo. (12.07.2014)

Reprezentacja Niemiec, jeśli wygra, będzie świętować w Berlinie

Mundial 2014: Merkel zapowiada przyjazd na finał

- Gramy dalej i dobrze nam zrobi trochę pokory - stwierdził ze stoickim spokojem po meczu, w którym Niemcy rozgromili Brazylię. To, że pękał z dumy, można było tylko podejrzewać.

- Jogi jest zawsze taki sam - przyznaje menadżer kadry Oliver Bierhoff. Dlatego gdyby Niemcy faktycznie wygrali finałowy mecz, nie można się spodziewać, żeby Loew zaczął nagle dziko tańczyć na boisku. - Będzie się cieszył, ale nie wyskoczy ze skóry.

Jako dobrą radę dał swym chłopcom na drogę nakaz "najwyższej koncentracji", w swym ciepłym, szwarcwaldzkim dialekcie.

sid / Małgorzata Matzke 

Jan Nowicki: Bóg to przewrotny ojciec

                                                   

Małgorzata I. Niemczyńska
11.07.2014 , aktualizacja: 13.07.2014 13:30
A A A Drukuj

Fot. Michał Mutor/AG

 
Można być sklerotycznym 30-latkiem, a można mieć takie oczy, jak miał Miłosz, gdy się przytulał do Carol. Co mnie obchodzi, że powłóczył nogami? A dokąd miał biegać, skoro biegał mu rozum? Z aktorem Janem Nowickim* rozmawia Małgorzata I. Niemczyńska
Artykuł otwarty
Jan Nowicki (odpalając papierosa): Palę przeszło 60 lat, mam już kłopoty z frazą. Zauważyłem, gdy czytaliśmy z synem audiobooki. On ma piękny głos i mówi szeroką frazą, a ja siłą rzeczy muszę to wszystko interpretować inaczej. To takie denerwujące, kiedy człowiek wie jak, a nie jest w stanie. To dotyczy zresztą wszystkiego.

Małgorzata I. Niemczyńska: Gdyby młodość wiedziała, gdyby starość mogła.

Jan Nowicki: Pani mówi o czymś innym, o tym, że tej młodości jest żal. A nie może być żal czegoś, co jest nieuniknione. To zajęcie dla kobiet w maglu, jeśli wie pani jeszcze, co to jest magiel.

Jeszcze wiem.

- A bryczesy?

Z literatury.

- Ostatnio kręciłem film i powiedziałem, że chętnie bym wystąpił w bryczesach. Pani reżyser nie wiedziała, o co chodzi. Ja chodziłem jeszcze z mamą do magla, żeby sobie pokręcić kołem.

Palenie obniża głos, przez to może być nawet bardziej interesujący.

- Tak rozumując, można by stwierdzić, że dla pogłębienia swojej psychiki aktor odcina sobie nogę i od tego staje się bogatszy wewnętrznie. Albo sobie infekuje raka. Wbrew pozorom mówię o poważnej rzeczy, bo teraz nie chodzi się do teatru na aktora, tylko na jego ślub lub chorobę, którą albo ma, albo dopiero wyleczył. Takie czasy. Pani rozmawia z człowiekiem, który cierpi stosunkowo mało i nie ma zupełnie pretensji o to, że jest stary.

Jeździ pan do Ciechocinka?

- Jestem z Kowala, małej mieściny koło Włocławka. I jednak z czasów, kiedy na Wiśle była żegluga śródlądowa. Statki miały z boku koła, zupełnie jak na Missisipi. Jeździliśmy na wycieczki do Torunia i Ciechocinka. Trzeba było dopłynąć do Nieszawy i stamtąd kilka kilometrów pieszej wycieczki. Ciechocinek znałem z tego, że jest tam zegar słoneczny, słona woda Krystynka, świetny basen. Wtedy to była dla mnie metropolia. Brałem słoik smalcu na drogę, mama kazała mi wkładać ciepły sweter. 30-40 km to była odległość niewyobrażalna. Teraz już wszystko zmalało, ale w sposób znakomity.

Posłał pan do Ciechocinka bohaterów swojej książki "Białe walce".

- Pojechałem tam znowu, zatrzymałem się w Domu Zdrojowym. Jest w Ciechocinku pewna zaszłość, ona wisi w powietrzu, została zaklęta w koniach, które ciągną dorożki. To niezwykłe miasto, niezwykły kurort, tam się nikomu nie spieszy i w zasadzie nic nie ma. Dywany kwietne, błotne kąpiele. Pochodziłem po ulicach, zajrzałem do knajp i restauracji, zwiedziłem dansingi. I już wiedziałem, o czym chcę pisać.

Ale błyskawicznie zorientowałem się też, że jakakolwiek próba satyrycznego spojrzenia na tamtejszych kuracjuszy jest absolutną bzdurą. Tam się rozgrywa piękno starości. Widziałem w Ciechocinku parę na wózkach: jedną ręką kręcili kółko, a drugą się trzymali. W restauracji Zdrojowej o godz. 18 wszyscy tańczą, muzyka jest rozkosznie żywa. Pojawia się np. człowiek, który gra równocześnie na trzech instrumentach, żeby było taniej. Wejścia są po pięć złotych, kieliszek szampana dla pań - gratis. Przy stolikach umalowana starość pochylona nad jakimś kolorowym płynem ze słomką. Niepaląca, a szkoda, bo kiedy starość pali, to jeszcze coś się dzieje. Starość, która tylko wisi nad słomką, jest absolutnie dramatyczna. Kobiet jest dużo, najczęściej patrzą w przestrzeń, jak u Felliniego. Wzruszające. Jeśli kogoś to bawi, to powinien się leczyć.



W jednej z takich scen w pana książce tańczą ze sobą choroby: amnezja, asomnia, surditas, ekstaza, miastenia, abazja, apatia, echolalia.

- Wymyśliłem ten rozdział, bo te choroby się tak pięknie nazywają. Jakiś młody człowiek mnie zaczepił i powiedział, że w finałowej scenie moi bohaterowie idą w kierunku śmierci. Kompletnie nie o to chodzi, oni idą w kierunku życia. Mówią o tym, zaświadczają o tym ich decyzje, bo przecież nie wracają do domów, tylko idą w stronę horyzontu, jak dzieci.

Pewnie pomyślał tak, bo oni wszyscy są starzy.

- Głupota. Śmierć wisi nad nami wszystkimi tak samo. Wychodzi młody człowiek i za węgłem natrafia na pędzący autobus.
<podzial_strony>
Pan wciąż ma apetyt na życie? Jak pana bohaterowie?

- Starsi panowie - a może w ogóle starsi ludzie? - niechętnie poszerzają krąg swoich znajomych. Masz tych paru sprawdzonych przyjaciół, i cześć. Musi się pojawić ktoś absolutnie szczególny, żeby ci się chciało go poznać. A ja te moje postacie tak polubiłem, że mi wystarczały za towarzystwo. Mają dużo ze mnie. Cały rozdział o turnieju tenisowym wziąłem ze swojego życia.

To tam, gdzie mowa o kategoriach wiekowych? Juniorzy - od 40 do 50 lat, seniorzy - od 50 do 60, oldboje - od 60 do 70.

- No właśnie, a ja mam 75. Mistrz Serafin opowiada o tym, jak jest angażowany do filmu. To jeden do jednego przystaje do mnie. Młodzi w ogóle nie przyjmują do wiadomości, że istnieje człowiek po sześćdziesiątce. W każdym scenariuszu jest teraz "mężczyzna około 60-letni". No i co ja mam zrobić biedny z moją wódką, kochaniem kobiet, papierosami, pamięcią, nadziejami? Co ja jestem winien, że mam 75 lat? Jakiś absurd totalny! Przecież można być sklerotycznym 30-latkiem albo 25-letnią idiotką, a można mieć takie oczy, jak miał Czesław Miłosz, gdy się przytulał do Carol. Jak szczeniak. I śmiał się tak głośno, jakby chłopiec ze wsi na Kresach złowił rybę. Co mnie obchodzi, że powłóczył nogami? A dokąd on w ogóle miał biegać, skoro biegał mu rozum? Po cholerę to?

Czyli "to nie jest kraj dla starych ludzi"?

- Czytelniczka patrzy na moje zdjęcie na okładce i pyta: "Panie Janku, dlaczego ma pan plamy na rękach?". "No, bo mam takie". "To nie mogli panu zlikwidować? A co pan taki pomarszczony?". "Może dlatego, że nie jestem Kożuchowską". "E, lepiej było, jak pan był młody". Tak się dziś rozmawia z czytelnikami. Człowiek zaczyna w końcu mieć twarz, a oni mówią, że to źle. Oni - od proszku, od reklamy. Zdemoralizowane społeczeństwo wszystkich krajów, nie tylko Polski.

Albo zaciągnął mnie kumpel do galerii handlowej. Wziąłem ze sobą tysiąc złotych, pomyślałem: "Może coś kupię, jak już idę do tego obrzydlistwa". Podchodzi do mnie uroczy gej przedziwnie wyfryzowany: "O, dzień dobry, aktora mamy".

Nikogo tam nie ma, jakby dżuma przeszła, ludzie w tej świątyni zaczynają się chyba gromadzić wieczorem. Wisi marynarka, mówię: "O, może ja bym to kupił". Mierzy mnie spojrzeniem: "No, wie pan, wie pan...". Tak mi się przygląda, jakbym był jakimś potworem. "No to pójdę do magazynu, spróbuję znaleźć pański rozmiar". Przynosi coś, co by pasowało na człowieka w ostatnim stadium suchot. Mówi: "No, to musimy schudnąć". "Proszę pana, miły młody człowieku - odpowiadam. - Ja tu mam pieniądze i ja nie będę do pana pieprzonej marynarki chudł. To marynarka ma być uszyta tak, jak wygląda człowiek, który ma moje lata i ma pieniądze".

''Ja nie udaję, ja dalej mogę'' - Jan Nowicki w programie ''Duży w Maluchu''

Starość naprawdę oznacza wykluczenie?

- Myśląc o tym komercyjnie: społeczeństwo jest coraz starsze. Takim ludziom trzeba dać ofertę. Kulturalną, filmową. Taką książkę jak "Białe walce". Żeby przeczytali, uśmiechnęli się, odnaleźli tam siebie. W mojej książce są duże litery. Nie tylko dlatego, że jest napisana dla ludzi starszych. Żyjemy w epoce ciemności. Wszystko przez te cholerne energooszczędne żarówki, które najpierw mruczą, potem są pomarańczowe, a jak się rozjaśnią, to już trzeba wychodzić z pokoju. Ktoś biega po ulicy i krzyczy, że jest młody - no i co z tego? Też byłem młody i proszę mi wierzyć, że z tego niewiele wynika. Znam się na tym, bo żaden młody nie był stary, a stary za każdym razem był młody.

Ci staruszkowie z pana książki lubią się jeszcze czasem poczuć młodzi. Np. zachwycić się tą, no...

- ...dupą Oleńki. Jeśli mi pani powie, że sempiterną, tyłkiem, rzycią, zadkiem, nic nie przyjmuję. Najdelikatniejszym określeniem jest "dupa", bez żadnego wykropkowania. To nic, że pisana na płocie. Ona coś znaczy, natomiast sempiterna jest czymś obrzydliwym. Gdyby pani miała sempiternę, tobym pani do domu nie wpuścił.

Czytałem fragmenty tej książki u Frania Serwatki. On jest pierwowzorem mojego doktora Pali, to on napisał m.in. "Konik, z drzewa koń na biegunach" i wiele świetnych tekstów, będąc równocześnie znakomitym profesorem chirurgii szczękowej. Całe lata mieszkał w Wiedniu, jeździłem do niego, w poczekalni piosenki pisałem. Tam jest pięknie, czysto, pachnie kawą, siedzisz w fotelu i na ekranie sobie rybki oglądasz, nic nie boli. Tylko zęby rwać! Teraz mieszka pod Wawelem, ma żonę Marynię, jeździmy czasem na rowerach. Gdy u niego jestem, pijemy wina. Mówię mu zwykle: "Dawaj te najlepsze, kwas niech dzieci wypiją, niech one mają zgagę".

Franciszek Serwatka w ''Zaczarowanym Radiu Kraków''

No i czytał pan te fragmenty - i co?

- A tak, ja stary jestem, tak się czasem zagalopuję. Dzieci tam były, a ja chciałem sprawdzić, jak reaguje na to młodzież. Franio mnie zapowiadał w trzech językach, wkładał marynarkę, białą koszulę, zapalał świece, aż zaczynałem się denerwować. No i on nieprawdopodobnie ukochał dupę Oleńki, a zwłaszcza scenę, kiedy ona jedzie na rowerze i pękają jej legginsy. Zmierzałem już do końca książki, a on mnie namawiał: "Janek, daj jeszcze raz Oleńkę". Franio - i ja za tym poszedłem - chciał nawet, żeby na okładce była dupa Oleńki.

O matko, tylko nie to!

- Ale nie jakaś wulgarna, raczej zdjęcie w stylu retro, czerwone legginsy. Jeden facet z wydawnictwa powiedział mi jednak: "Janku, nie rób tego. Twoje czytelniczki poczują się zdradzone". Pomyślałem sobie: "Oż, ty! Ależ jesteś inteligentny!". Miał rację.

A Oleńka ma pierwowzór?

- Otóż ma. Gdzie to ja ją spotkałem? Na festiwalu aktorstwa filmowego we Wrocławiu. Podeszła do mnie dziewczyna, Oleńka, studentka filologii, chciała ze mną porozmawiać. Wolałem z nią porozmawiać, niż te filmy oglądać. Wypiliśmy herbatę, potraktowałem ją bardzo poważnie. Następnego dnia przyniosła mi wierszyk, który wcześniej napisała. Świadczył o tym, że to bardzo wrażliwa, fajna, inteligentna dziewczyna. Tylko dziwnie była ubrana, jak to teraz potrafią. Coś jej wisiało między nogami - ni to sukienka, ni to spodnie.
<podzial_strony>
W pewnym momencie mówię do niej: "Oleńko, co ty tam nosisz w środku? Nie możesz się ubrać jak człowiek?". "To znaczy jak?". "Chociażby w czarne spodnie". Następnego dnia widzę ją z daleka, pokiwałem jej, już chciałem wyjść, a ona mnie woła: "Nie widzi pan?". Była w czarnych, obcisłych, sprężynujących spodniach i z tak rajcowną dupą, że od tego momentu wszyscy tylko na nią patrzyli.

To miło, że pan jednak wymienia tę wrażliwość i inteligencję przed dupą...

- Jak zobaczę kogoś młodego, kto jest wrażliwy i inteligentny, to się od razu do niego przypinam, bo to naprawdę rzadkość. Nawet za bardzo strzępię sobie język, jacy to młodzi są do niczego, jak na narządach rodnych wysyłają te SMS-y, jak nic nie umieją, jacy są wkurzający. A tu taka Oleńka. Wpadła do mnie kiedyś, gdy była w Krakowie. Pierwsze, co zrobiła, to poszła oglądać książki. Otwarta, pełna planów, pisząca wiersze. Świetna osoba. A przy okazji ma dupę.

''Są z piekła rodem'' - Jan Nowicki o kobietach

"Białe walce" to już pana szósta książka.

- Zawsze kochałem literaturę: Tołstoja, Garcia Márqueza, Konwickiego. Czytam Pilcha, bo to mój kumpel, Stasiuka, gdy mi wpadnie w ręce. Ktoś mi dał niedawno "Kronosa" Gombrowicza, ogromne moje rozczarowanie. Rozreklamowali to jako pornosa, żeby biedna Rita mogła zarobić, a to jakaś bzdura. Uwielbiam "Profesora Tutkę" Szaniawskiego, to widać w "Białych walcach". Gdy przeczytałem "Pod wulkanem" Lowry'ego, o mało się nie zapiłem na śmierć. Chciałem być Konsulem także biologicznie.

Powie pani, że to dziecinne. Pewnie, ale ja tylko tak potrafiłem, bo byłem aktorem. Aktorstwo zresztą przeszło mi jak katar, kiedy tylko się zorientowałem, że to już umiem robić. A pisać jeszcze nie umiem. Kiedyś budziłem się nocą, żeby zapisać sobie minę, jak mam coś zagrać. Teraz się budzę ze zdaniem albo z frazą.

Stał się pan pisarzem?

- Zgodzę się, choć z oporami. Właściwością każdego w miarę inteligentnego i wrażliwego człowieka jest mieć w stosunku do siebie dystans, wieczne poczucie niespełnienia i chęci naprawienia samego siebie, udoskonalenia swoich dokonań. Całymi latami mówiłem na rozmaitych spotkaniach tak: „Mili państwo, macie przed sobą książeczkę, np. »Mężczyzna i one «. To skromna próba zrozumienia kobiet. I to jest książeczka, bo książki to pisali Tołstoj, Dostojewski itd.". Aż tu nagle w „Wyborczej" na dwóch stronach podnoszą temat, że jest wśród pisarzy nowa obowiązująca tendencja: trzeba mówić o sobie dobrze (najlepiej w granicach tysiąca znaków). Zdębiałem.

Ale myślę sobie tak: co się stało z ludźmi? Pokazują w telewizji proszek i mówią, że jest najwspanialszy na świecie. To tak głęboko w nich weszło, że przenieśli podobne zachowania na książkę. Książka stała się towarem.

Postanowiłem zaryzykować. Mam pełną salę, jest trochę młodych, ale większość to mój wymierający elektorat. I mówię tak: "Miłe panie, mili panowie, macie przed sobą książkę znakomitą. Dużo nad nią pracowałem, trzy lata (dodaję oczywiście półtora roku). Jest napisana przez bardzo wrażliwego, inteligentnego pana. Proszę mi wierzyć, że te wasze 35 zł nic nie znaczy. Kupujecie to w zasadzie za półdarmo, bo to wam coś da". I czekam, kto mi da w mordę. Albo kto powie: "Panie, czyś pan zwariował?". A tu nikt tak nie reaguje! Wszyscy przyjmują to za dobrą monetę.

Powinien pan sobie jeszcze założyć konto na Fejsie.

- Nie mam nawet internetu. Z komórki prawie wcale nie korzystam. Nie wysyłam SMS-ów ani nie przyjmuję. Mam Grzesia, który się zajmuje na wsi moim domem, latem mówię mu: "Chodź, postawimy sobie piwo i mi przeczytasz moje SMS-y". Jest ich np. 600, w tym z życzeniami na Boże Narodzenie, a to rozmowa w maju lub lipcu. Zdobycze techniki są oczywiście przydatne, ale jednak dostarczają bardzo dużo śmieci. Dawniej nie miałem nawet telefonu stacjonarnego. To mi pozwalało odsiać złe role. Dobry reżyser, któremu zależało, przyjeżdżał. Szliśmy na obiad. A zły odpuszczał.

Nieuważnie kręciłem te swoje filmy całe życie, jest ich prawie 250. Albo ze względu na partnerki, albo żeby wyjechać za granicę, albo żeby się wina napić. Nakręciłem 30 filmów na Węgrzech, bo kochałem Martę - zresztą dalej ją kocham, aleśmy się rozstali [chodzi o Marthę Meszaros]. Udało mi się zagrać kilka dobrych ról. Komuna była fantastycznym ustrojem dla sztuki. W biedzie wszyscy się dobrze czuliśmy. Nie ma nic gorszego niż artysta przejedzony. A jak jest jeszcze niesłusznie bogaty, to już jest koszmar. Artystę trzeba trzymać na głodzie, wtedy ma marzenia i cele. Kumasz, mała?

Mówi pan, że pan kocha - i że się pan rozstał?

- Każde rozstanie to dramat. W moim przypadku tabloidy od razu rozpatrują rozstanie w kategoriach żenujących, głównie dopatrując się w nim błota: przewinień, perwersji, innych kobiet. Ale powtórzę: to dramat. Więc dlaczego? Dlatego że się dalej nie dało - ani z jednej, ani z drugiej strony. Tak bywa. I boli cię, i kochasz, a musisz się rozstać. W moim przypadku to było tym bardziej dramatyczne, że chodziło o kobietę starą, a starych kobiet się nie zostawia. Potem coś się pojawiło, a potem znowu samotność i znowu dramat.

Samotny stary mężczyzna jest żałosnym tworem, bo przemienia się znowu w dziecko. Potyka się, zapomina, sięga nie po ten przedmiot, co trzeba. W sposób naturalny musi być koło niego ktoś, kto pokocha jego ułomność. Ale są ludzie skazani na samotność. Jeżeli ja się ożeniłem po raz pierwszy po siedemdziesiątce, to naprawdę nie z wygodnictwa ani z perwersji, tylko z braku wiary, że ja się do tego nadaję. Giedroyc to kiedyś tak pięknie nazwał: "Ja się nie nadaję do szczęścia osobistego". Może kimś takim jestem ja? A czas ucieka, a deszcz pada.

Jan Nowicki: Naturę w ryzach utrzymuje uległość samic



Smak miłości się zmienia?

- Ktoś mnie teraz mierzył w szpitalu i powiedział mi, że mam 170 cm. Przecież ja całe życie miałem 174. Jeśli wzrost się zmienia, to co dopiero odruchy serca? Gdy nic nie było, była bieda, to się kochaliśmy non stop. Ale jedno jest w zasadzie nie do wyplenienia: najważniejsze pozostają poczucie humoru i dotyk. Jednak dotyk. Do tego nie trzeba mieć 18 czy 30 lat. Tylko nie wolno mieć pretensji do siebie, że minął czas.
<podzial_strony>
Miłość. Ona zawsze jest. A jak nie ma, to jest tęsknota za miłością. Kto wie, czy to nawet nie jest mocniejsze? Nadzieja, tęsknota, oczekiwanie. Przecież to ma takie jajo, to jest tak bezwzględnie namiętne! Fajnie, że jest miłość. W ogóle wszystko jest miłością, nie sądzisz? Nawet zapach zupy, smak malin. I Bóg. Takie mam problemy z tym Bogiem, nie wiem, co mam w ogóle z nim zrobić. Ale bez niego się nie da.

Problemy z Bogiem? A konkretniej?

- To bardzo przewrotny ojciec. Daje życie, a potem się przygląda, co z nim zrobisz. Kiedyś sobie nawet pomyślałem, tak dla siebie, że piekło, niebo i czyściec przeżywamy tutaj. Teraz to jest.

A co to w ogóle jest grzech? To się przecież tak bardzo zmienia przez lata. Człowiek nie może iść do spowiedzi, bo mu się wydaje, że nic nie nagrzeszył. Kiedyś byłem, to mi ksiądz powiedział, żebym się nie wygłupiał. Albo raz mnie taka chuda w kościele spytała, czy ja też do spowiedzi, bo przy konfesjonale stałem. Mówię, że ja nie mam żadnych grzechów, a ona mi na to: "Pycha! Pycha!".

*Jan Nowicki - ur. w 1939 r., aktor teatralny i filmowy związany z krakowską Piwnicą pod Baranami, pedagog, autor sześciu książek.