niedziela, 10 sierpnia 2014

Siedem

Siedem

Maja Sałwacka, ilustracja Maja Wolna
 
26.07.2014 , aktualizacja: 24.07.2014 08:27
A A A Drukuj
Strażacy wciąż zmieniali się przy szambie. Fizycznie i psychicznie wykończeni wyciągali kolejne ciała

Strażacy wciąż zmieniali się przy szambie. Fizycznie i psychicznie wykończeni wyciągali kolejne ciała (AGATA MICHALAK)

Każdy liczył, że wyciągnie pierwszego. Wchodzili jeden za drugim. Kto zginął w szambie w Karczówce
Artykuł otwarty
Bogdan zginął w swoje 59. urodziny. Tego dnia miał się dowiedzieć, że będzie dziadkiem. Jesienią z Elżbietą miał jechać do sanatorium. Odpocząć po żniwach.

Grzesiek, syn Bogdana i Elki, właśnie wrócił z Ulą i dwiema córkami z Łeby. Cieszyli się, że kupią nowe auto.

Wiesiek, młodszy brat Grześka, kilka tygodni temu przeprowadził się z żoną i trójką dzieci do rodzinnej Karczówki. Zostawili w Żaganiu kawalerkę. To ojciec, Bogdan, wyremontował ich nowy dom.

Patryk i Krystian wzięli to zlecenie. Andrzej miał 17 lat i chciał dorobić przez wakacje. Kupić matce pralkę.

Karczówka 17

Wieś z 70 numerami pod Żaganiem, w gminie Brzeźnica. Po wojnie przesiedlono tu Ukraińców i Bukowińczyków. Całymi rodzinami. Dzielili wsie po pół. Minęły lata, zanim się z sobą zżyli, a ci ostatni odważyli się mówić w ojczystym języku. W Karczówce za PRL-u działała wiejska szkoła, był PGR i Spółdzielnia Kółek Rolniczych. Tylko ostatnia ocalała, ale nazwę zmienili, ma na stanie dwa kombajny. Domy odmalowane, trawniki wystrzyżone, ale to złudzenie, że gmina bogata. Rolnicy dzierżawią ziemię od Agencji Nieruchomości Rolnych, do gminy podatek nie wpada. Krucho z pieniędzmi. By je załatwić, mieszkańcy zgodzili się wyłączyć oświetlenie przez wakacje. Gdy słońce zachodzi, dziewięć wsi brzeźnickich i cztery przysiółki toną w mrokach.

Piekło

Czwartek 17 lipca, wieczór. XVII-wieczny kościół pw. Matki Boskiej Bolesnej pełen wiernych. Przez witraże widać gospodarstwo Bogdana. Ksiądz przerwał urlop, żeby odprawić mszę za zmarłych. Modli się także za Elkę, żeby wróciła do zdrowia. Ale łamie mu się głos, nie daje rady ciągnąć kazania. Prosi o pomoc księdza z Żagania. Sąsiedzi modlą się i wierzą w cud. Ela ma poparzone drogi oddechowe. Siarkowodór wypalił tchawicę, płuca. Leży w śpiączce farmakologicznej w szpitalu w Zielonej Górze.

- To było ogromne stężenie, w aparacie zabrakło skali - mówi Sławek Wójtowicz, sąsiad gospodarzy. Dzielili poniemiecki dom. On z rodziną na górze, gospodarze na dole. Zgodził się zidentyfikować ciała. - To był najgorszy dzień w moim życiu - mówi.

Pomagał strażakom wyciągnąć Elę i ratownika, który zasłabł. Chociaż wszedł do szamba w masce i z butlą tlenu. - Piekło - mówi.

W kościele brakuje tylko Beaty. Najstarsza córka gospodarzy mieszka w Holandii. Nie zdążyła dojechać. Kolejnego dnia czuwa przy matce w szpitalu. Pod jej zdjęciem na Facebooku wpisuje: "Mamuś, nie zostawiaj nas chociaż ty...".

- Nadal myślę, że się obudzę. Nie potrafię poskładać myśli, co będzie z dziećmi, ze świniami. To niemożliwe, by wszystko kończyło się w jednej chwili - mówi Sławek Wójtowicz. Wysoki, dobrze zbudowany, zatrzymał sześć kolejnych osób, które chciały skakać do szamba na ratunek. Najmocniej trzymał Kaśkę, żonę Wieśka. Zatrzymał dwóch synów Beaty i trzech robotników, którzy zbiegli z rusztowania ratować kolegów. - Nie wiem, jak będą na mnie patrzeć ludzie we wsi. Nie wiem, jak spojrzy na mnie pani Ela. Ściskałem ich, bo wiedziałem, że wszyscy zginą.

Cisza

W czwartek przed dziesiątą Sławek pił kawę, urlop się kończył, czekał na znak od szefa, gdzie zleci kurs. Powietrze było ciężkie. Choć nocą padał deszcz, było diabelsko parno. Zamiast o siódmej zwlekli się z żoną z łóżek o dziewiątej. W leniwy dzień tylko gospodarze pracowali. Bogdan, senior rodziny, od rana jeździł beczkowozem, wybierał szambo. Najpierw w domu Grześka.

- Wyszedłem na balkon i zdziwiła mnie ogromna cisza. Bo zawsze ktoś przejedzie traktorem, ktoś krzyknie, psy zaszczekają - opowiada. - Milczenie przerwał krzyk sąsiadki, żeby wzywać pogotowie, bo dwóch wpadło do szamba. Zbiegłem po schodach, ale jej już nie było. Wskoczyła za mężem i synami.

Śmierć w szambie. ''Popadali jak muchy. Gdyby było ich 15, zginęłoby 15''



Ela

Wzorowa gospodyni - wspomina Elżbieta Wójtowicz, żona Sławka. - Codziennie świeże ciastoupieczone. Jak rozbierali świnie, robiła kiełbasy, kaszanki. Zawsze coś przyniosła. Jak sięgałam po portfel, mówiła: "Nie trzeba, sąsiedzi sobie pomagają". Kochała męża, a on ją. Nawet jak jechał do sąsiedniej wsi, nie pojechał, jak nie ucałował Eli. U nich obowiązki były jasno podzielone. Ona dbała o dom, dzieci, on - o gospodarkę. Jedno za drugim skoczyłoby w ogień. I tak się stało.

Przez kilka lat Ela prowadziła sklep w Karczówce. Ale w południe robiła dwugodzinną przerwę dla rodziny. Żeby podać obiad, pobyć z mężem, synami. - To był święty czas. Nawet jak ktoś dzwonił do sklepu, nie otworzyła.

W przydomowym ogrodzie miała kilka zagonów. Posadzone jak pod linijkę. Ogórki, ziemniaki, pomidory, marchew. - Tak żeby starczyło dla trzech rodzin - mówi Wójtowiczowa.

Pierwsza urodziła się Beata, potem Grzesiek, Wiesiek i Malwina. Najmłodsza studiuje ekonomię w Zielonej Górze. - Bogdan miał urodziny, chciała zrobić mu niespodziankę, przyjechała rano, jak już nie żyli. Gdyby przyjechała wieczorem, pewnie nie byłoby jej z nami - mówi Sławek.

Liczyli: sześć, siedem, osiem

Tadeusz Buganik, sąsiad z naprzeciwka, były wuefista i dyrektor w szkole w Brzeźnicy, kisił ogórki, miał wlewać zalewę do słoików, gdy zobaczył przez okno wozy strażaków. Wybiegł w kapciach. - Ale już nie wpuszczali nikogo. Potem tylko liczyli: trzech, czterech, pięciu, sześciu, siedmiu umarło.

Jest pewien, że sam też skoczyłby do szamba. - Tylko oni umierali tak cicho. Nikt nawet nie krzyknął.

W gospodarstwie porządek

W oborach sterylnie czysto, matecznik wyłożony kafelkami, świnie piją ze sztucznych smoczków, kiedy chcą. Tylko rodzina mogła wejść do chlewni. Obcych nie wpuszczali - mówi Buganik. Świnie stały na głębokiej ściółce. Codzienne dostawały suchą słomę. Po czterech, pięciu miesiącach tucznik ważył ze 120 kg.

- Dopiero gdy szły na ubój, Bogdan wywoził cały obornik. Gnojówka spod ściółki cały czas spływała do szamba. Wywoził ją kilka razy w miesiącu. Wtedy faktycznie śmierdziało, ale żyjemy na wsi. Ma pachnieć?

Beczkowóz

- Wynająć zewnętrzną firmę? Pani żartuje. To jest wioska, tu każdy robi wszystko sam. Kto w rolnictwie przepisów przestrzega? Co żniwa, urwane ręce, nogi. Zresztą dla nich to nie było szambo, to był nawóz, którym żywili całe pole. A Bogdan i synowie mieli ze 100 hektarów - wylicza Wójtowicz. Dzień wcześniej pomagał zebrać im rzepak. Jeździł ciągnikiem. Udało się ściąć wszystko.

- Sąsiad cieszył się, że plony są dobre, zaprosił nas na grilla. Wtedy podałem mu rękę ostatni raz.

Dzień później znów wsiadł do ciągnika Bogdana. Zrobił 11 kursów beczkowozem, w każdym 6 tys. litrów gnoju. Szambo trzeba było opróżnić, by wydobyć ciała. Na nogach wyszły mu wybroczyny od siarki.

Jak uratować człowieka, który wpadł do szamba? - rozmowa z ekologiem Pawłem Karpińskim



Pomóc nie może

Sławek myślał, że gospodarz utknął w gęstych fekaliach, że go zassało, nie może się ruszyć. Pobiegł do komórki po linę. Chciał ratować. Gdy zajrzał do szamba, zrozumiał, że pomóc nie może.

- Z gnoju wystawał fragment ramienia, stopy, ręki, wszystko po kawałku. Głowy żadnej na powierzchni nie było. Zrozumiałem, że już odeszli - opowiada. Nie wie, jak zachowałby się, gdyby był na placu, gdy pierwszy z nich wpadł do szamba. - Pewnie też bym wskoczył, choć wiem, że robić tego nie wolno.

Sam jeździ cysterną, wozi chemię, co pół roku przechodzi szkolenie. A tam tłuką, że bez asysty partnera nie można zajrzeć nawet do pustej beczki. Opary mogą zabić.

Szambo sąsiadów widzi z okien. - Mówiłem zawsze synom: wpadnie ci tam piłka, zostaw. To tylko piłka, kupię ci nową.

Gospodarzy nie ostrzegał. - Głupio było dorosłym zwracać uwagę. A wchodzili tam nie raz. Nawet w zeszłym tygodniu. Schodzili po drabinie, czasem nawet z grabkami, żeby gęste odgarnąć. Może zgubiła ich rutyna? Nocą deszcz wciskał gazy do szamba, fekalia parzyły się z gorąca, wystarczyło ruszyć z wierzchu skorupę i zachłysnąć się śmiertelną dawką - tłumaczy sobie.

Ratownicy z pogotowia, którzy reanimowali topielców, zasłabli, wracając do bazy. Przejechali 500 metrów, zaczęli wymiotować. Kolejna karetka odwiozła ich do szpitala.

O 12 "Agrobiznes"

Staszek Irski działa w radzie parafialnej. Mieszka dwa domy dalej. Też nic nie słyszał. - Bogdan miał swój rytm, zawsze do południa było u niego gwarno. W pół do piątej stał już w oborach. Wszystko jak w zegarku. Potem jechał załatwić sprawy do Żagania, gdy Ela prowadziła sklep, przywoził jej towar.

Tadeusz Buganik: - Jak wsiadał do auta, zawsze się przeżegnał, jak wychodził, też. To było dobre, kochające się małżeństwo, żadnej zdrady, żadnych awantur.

- Ela zawsze w samo południe kroiła świeże ciasto, robiła kawę i całą rodziną oglądali "Agrobiznes". Taki rytuał.

O szesnastej wracali do obór, bywało, że siedzieli do północy.

Wójtowicz: - Czasami mnie to denerwowało, że wstają o piątej, a potem w południe drzemkę robią. Myślałem, czy nie mogą pospać dłużej, potem zwierzaki nakarmić. A on mi odpowiadał z uśmiechem: "Kto rano wstaje, temu Bozia daje".

Medaliki

Mieszkańcy Karczówki na gospodarzy mówili "Medaliki".

- Od medalików Matki Boskiej, no i że Bogdan przyjechał do Karczówki spod Częstochowy - tłumaczy Sławek.

W niedzielę wszyscy byli w kościele. Zajmowali całą ławkę. Zostały ich poduszki i książeczki do nabożeństwa. Zakładka utknęła na modlitwie o nieskończonej miłości Matki Boskiej.

- We wszystkich traktorach wisiały święte obrazki i różańce. Jeździli na pielgrzymki. Żyli według dziesięciu przykazań. Nigdy nikomu nie zrobili krzywdy - wspomina Sławek. Żona dodaje: - Syn zachorował, do lekarza zawieźli. Jak robiliśmy zabawę we wsi, przynieśli pół świniaka, dorzucili swoje jajka, jak zabrakło prądu, przynieśli agregat.

Grzesiek

Grzesiek, najstarszy syn, miał 33 lata. Nie miał trzydziestki, gdy został sołtysem Karczówki. Mieszkańcy chcieli młodego, namówili, by startował. Przy świetlicy zrobił plac zabaw, postawił nowe ogrodzenie.

- Potrafił skrzyknąć ludzi. Ale urwało się. Miał coraz więcej hektarów i świń. Nie miał już głowy, żeby jeździć na rady powiatu. Wolał zająć się konkretną robotą - wspomina Ludwik Poliszuk, nowy sołtys. Grześka ostatni raz widział na motorze. Codziennie objeżdżał nim pola.

Buganik: - Raz wymyślił, że pojedzie jako rzeźnik do Niemiec. Wrócił po miesiącu, u ojca miał lepiej.

Poliszuk rodzinę zna dobre 35 lat. Z Bogdanem zaprzyjaźnił się, gdy był traktorzystą w eskaerze. Grali razem w piłkę. W świetlicy wiszą stare zdjęcia Bogdana. Postawny, umięśniony, włosy za ucho. Uwielbiał Szarmacha i Latę. Po latach wskrzesił drużynę.

- Żeby jego chłopcy pograli - mówi Poleszuk. I Grzesiek świetnie grał piłkę. W Zorzy Brzeźnica był napastnikiem.



Wiesiek

Miał 30 lat. Skończył samochodówkę w Żaganiu. Ale wolał zostać rolnikiem. Osierocił pięcioletnią Wiktorię, trzyletniego Filipa i dwuletniego Kubę. Jeszcze miesiąc temu z żoną Kaśką mieszkali w Żaganiu w małej kawalerce. - Codziennie dojeżdżał do ojca, był zawsze przed piątą. W końcurodzice oddali mu swoje mieszkanie. Gospodarze zamieszkali w dwóch pokojach, w byłym sklepie. Chcieli, żeby Wiesiek miał dobrze, zlecili ocieplenie domu - opowiada Sławek. - Tyle że nas nie było na to stać. Sąsiad tylko kiwnął ręką i powiedział: jak będziecie mieć, oddacie.

Żona Sławka: - Skończymy ten remont. Dla nich.

Kto wpadł pierwszy?

Sławek przypuszcza, wbrew ustaleniom prokuratorów, że to Wiesiek, a nie gospodarz, wszedł pierwszy do szamba. Miał na sobie specjalne spodnie. - Ojciec poszedł go ratować. Przy szambie został jego klapek. Spieszył się z pomocą. Za nimi poszedł Grzesiek, a za nim jego żona, potem zbiegli robotnicy z rusztowania i Andrzej. Rzucił kosiarkę i wskoczył - zastanawia się, co by zrobił, gdyby to jego rodzina się topiła. - Też bym wszedł. Ale nie z myślą, żeby ratować. Bo po co żyć bez nich? Może też tak pomyśleli?

Kaśka chce zostać w Karczówce.

Klub AA

Bogdan to przykład, że można wyjść z każdego dołka. Przejmował ruinę, sam walczył z alkoholem. Wyremontował i przestał pić.

- Podróżować zaczęli dopiero, jak synowie zajęli się poważnie gospodarką. Wtedy zdarzał im się nawet wypad do Włoch. Od kilku lat zaczęli korzystać z życia. Wcześniej wszystko oddawali ziemi - wspomina Buganik. I głowi się, kto teraz zajmie się gospodarstwem. - Żeby choć jeden przeżył. To nie jest tak, że weźmiesz miskę i dasz świniom żarcie. On sam robił mieszanki, zależne od wagi, wieku świni. Inaczej wszystko można wytruć. Sami szczepili, zapładniali lochy, u nich rodziły się piękne warchlaki. Nie może uwierzyć, że ludzie, którzy trzymali się porządku, procedur, popełnili zbiorowy błąd. - To strasznie głupia śmierć.

Na polu zostały jeszcze jęczmień i pszenżyto. Sąsiedzi obiecali skosić, oddać do skupu. Świniami zajął się wojewoda. Znalazł trzech gospodarzy, którzy je zabrali. Wywieźli 300 sztuk. W chlewni zostały tylko maciory, które mają się oprosić. Kaśka będzie je dokarmiać. Mieszkańcy pomogą. Policja zaoferowała pomoc psychologa.

Pory roku

W zimie naprawiali traktory, szykowali maszyny na wiosnę. W oborach wszystko miało swoje miejsce. - Brałeś? Wyczyść, odłóż na miejsce. Bogdan wściekał się tylko na bałagan. Tylko wtedy można było usłyszeć jego podniesiony głos - wspomina Buganik.

- Ela pilnowała porządku w domu. Wchodzili do domu pachnący, bo w świniarni był prysznic, szatnia. Ludzie nie mają takich w domu - mówi Staszek i żal mu, że właśnie ostatnio zaczęli cieszyć się życiem. - Zanim synowie dorośli, Bogdan i Ela rzadko opuszczali gospodarstwo. W zaduszki jeździli tylko odwiedzić groby bliskich Eli na Dolnym Śląsku. Wracali zawsze tego samego dnia.

Ludwik: - Tu nie mieli nikogo na cmentarzu. W jeden dzień położą prawie całą rodzinę.

Bogdan

Przyjechał do Karczówki w 1978. Odrabiał wojsko w jednostce w Żaganiu. Potem zahaczył się w pegeerze, poznał Elę.

- Koledzy go rozpili, sięgnął dna. Bo co można było wtedy robić w pegeerze? Dyrektor miał nawet układ z jego matką, że jak było już źle, wsiadała w pociąg i przyjeżdżała z Częstochowy ratować syna. Przy niej momentalnie trzeźwiał. Słuchał się jej całe życie - wspomina Buganik. - Potem zapisał się do Klubu AA. Potrafił bawić się z wódką wyłożoną na stole, jeszcze wszystkim polewał, sam nie tknął.

Przejąć PGR

Gdy upadał PGR, Bogdan wydzierżawił kawałek ziemi. Na początek 10 hektarów. Wziął w ajencję obory. Za komuny stały tu krowy i jałówki. Podobnie jak za Niemca. - Tyle że szambo nie było szambem, tylko korytem na sianokiszonkę. Bogdan wyliczył, że na świniach lepiej zarobi. Zainwestował w klatki, odremontował. Zakrył betonem koryto, zrobił z niego szambo - opowiada Tadek. Pomagali mu koledzy z AA.

- Jeździł starym ciągnikiem, wiecznie go naprawiał, ale z roku na rok szło mu lepiej. Zaczynał od kilku świń, a stworzył porządne gospodarstwo. Synów siłą do gospodarki nie przymuszał. A to dał przejechać się ciągnikiem, pozwolił coś przy nim pogrzebać. Aż się obaj się rozkochali - opowiada Buganik.

Ula

Poszła za mężem instynktownie. Zawsze razem pracowali. Ręka w rękę. W gospodarstwie były dyżury, cała rodzina pracowała na zmianę. Ula zawsze w parze z Grześkiem. W dzieciństwie mieszkała w sąsiednim Jabłonowie. Zakochali się w żagańskim włókienniku. On był w rolniczej, ona dwie klasy niżej. - To była piękna dziewczyna, chłopcy się za nią oglądali, ale ona poza Grześkiem nie widziała świata. Zostali parą, gdy byli nastolatkami, i tak przetrwali - mówi Grzesiek Harendarz, strażak z Brzeźnicy. W maju posłali do komunii najstarszą Oliwię. Do szkoły miała pójść Maja. Dziewczynkami zaopiekowała się kuzynka Uli. Matka leży w szpitalu w Żaganiu. Zasłabła pod bramą gospodarstwa.

Andrzej

Wysoki, szczupły blondyn, w styczniu skończył 17 lat. Mieszkał w sąsiedniej Brzeźnicy, w małym poniemieckim domu, przy dawnym pegeerze. Od siedmiu lat sprawdzał się w młodzieżowej straży pożarnej. Nie opuścił żadnej zbiórki. Pasją zaraził go ojczym - strażak ochotnik. Andrzej czyścił sprzęt starszym kolegom, podglądał, jak ratują. - Na akcję jeździć nie mógł, zabraniają przepisy. Wsiadał na rower i jechał za nami. Żeby tylko pomóc - opowiada Grzegorz Szymoński, szef OSP w Brzeźnicy.

Andrzej nie mógł się doczekać osiemnastki, żeby włożyć hełm i mundur legalnie. W czerwcu skończył gimnazjum, od września miał się uczyć na sprzedawcę. Załatwił sobie już praktyki w księgarni w Żaganiu. - W czwartek miał podpisać dokumenty, ale Grzesiek napisał SMS-a: "Przyjdź, jesteś potrzebny". Miał skosić trawę. Pracę u gospodarzy wziął, bo chciał dorobić na wakacje.

- W domu popsuła się pralka, powiedział do mamy: "Nie martw się, zarobię, kupię ci nową". Nie żyło im się lekko, miał siedmioro rodzeństwa - opowiada ciotka Andrzeja.

- Wystarczyło raz coś wytłumaczyć, kumał za pierwszym razem. Nie chodził na dyskoteki, w mordę też nikomu nigdy nie dał, to nie ten typ. Spokojny, ułożony. W kościele był ministrantem - mówi strażak Harendarz. W czwartek wyciągał wszystkich z szamba. Andrzeja szukał najdłużej. Domyślał się, że go znajdzie, bo na podwórzu stał jego skuter. Znalazł go na samym dnie. Nie poznał, wszyscy mieli woskowe twarze.

Andrzej miał na sobie wodery. Ciężkie gumowe spodnie pociągnęły go na sam dół. Wchodził do szamba pierwszy? Wątpliwe. Wiedział, że nie wolno. Mógł kosić w nich trawę, żeby nie pokaleczyć nóg, a może założył je szybko, gdy inni zaczęli się topić?

- Spodnie przed niczym nie chroniły. Wystarczyło zrobić dwa wdechy powietrza, żeby stracić przytomność. Umierali w kilka sekund - mówi Harendarz.

Czterech mężczyzn nie dawało rady

Ciała były ciężkie, wyciągali je w czwórkę. Niewiele pomógł rozstawiony trójnóg. - Bosakiem nie dałoby rady, a bez masek nie było sensu wchodzić. Można było zrobić opaskę z mokrej szmaty. Obwiązać usta, nos, ale przy takim stężeniu to na nic - mówi Szymoński. Wie, że Andrzej o tym nie myślał. Chciał pomóc. Jak zawsze. Ostatnio zaangażował się w budowę strażackiej remizy. Mieszkańcy budują ją sami, bo radni nie dali ani grosza na budowę. Zrzekli się ekwiwalentu wypłacanego za akcję, 6 zł za godzinę. Materiały wymodlili od firm budowlanych. - Andrzej w piątek miał nam pomagać wylewać strop - mówi Szymoński. Pochowa go ze strażackimi honorami. Trumnę zawiezie na cmentarz strażacki wóz.

Patryk

Przystojny, ciemnowłosy, w szkole podobał się dziewczynom. Za kilka dni miał odebrać dowód osobisty, na początku lipca wyprawiał osiemnastkę. U sąsiadki z rodzinnego Jabłonowa zamówił tort. - Chciał jechać do pracy do Niemiec albo Irlandii. Zarobić, potem zdobyć prawo jazdy. Ale wyszła praca w Karczówce. Miał się nauczyć murarki - mówią koledzy z podwórka. Patryk chodził to technikum elektrycznego w Zielonej Górze. Czasem spóźniał się na lekcje, bo codziennie dojeżdżał 40 km pekaesem. Nie chciał mieszkać w internacie. - Przez chwilę garnął się do straży. Matka jest strażakiem w OSP w Jabłonowie. Ale chyba wolał łowić ryby - mówią koledzy.

Krystiana, ostatnią ofiarę, poznał na rusztowaniu. Starszy kolega przyjechał ze Szprotawy. We wsiach nie wiedzą, kim był, jak wyglądał. Nie bywał tu.

Skoczył na ratunek, choć nikogo z nich nie znał.

Śmierć w szambie. "Popadali jak muchy. Gdyby było ich 15, zginęłoby 15"


Kalina Stawiarz, Kosma Zatorski
 
19.07.2014 , aktualizacja: 19.07.2014 08:58
A A A Drukuj
Strażacy wciąż zmieniali się przy szambie. Fizycznie i psychicznie wykończeni wyciągali kolejne ciała

Strażacy wciąż zmieniali się przy szambie. Fizycznie i psychicznie wykończeni wyciągali kolejne ciała (AGATA MICHALAK)

- Tam było tylko 3 proc. tlenu. Oni się topili i dusili jednocześnie. Żałuję, że to widziałem - mówi strażak.
Artykuł otwarty
Karczówka to nieduża wieś pod Żaganiem. Ma tylko 150 mieszkańców. Prowadzi do niej wąska asfaltowa droga, na której z trudem mijają się dwa samochody.

Bogdan i Elżbieta wprowadzili się do wsi na początku lat 80. Zamieszkali w szarym jednopiętrowym domu pod piętnastką. Pracowali w miejscowym PGR. Po jego upadku sami wzięli się do gospodarki. Pomagała im rodzina. W żniwa dorabiali u nich miejscowi.

W czwartek gospodarz opróżniał szambo, stracił przytomność i wpadł do zbiornika. Na pomoc ruszyła mu rodzina i pracownicy. Zginęło siedem osób.



Mały betonowy basen

Gdy do gospodarstwa dotarli strażacy, zobaczyli w szambie pod chlewnią cztery ciała. Pływały w sfermentowanych fekaliach. Po chwili zauważyli kolejne. Wystawała ręka.

Zaczęli po kolei wyławiać i reanimować ludzi. Próbowali kilkadziesiąt minut, aż lekarz przerywał: nie żyje, nie żyje...

- Wyciągnęliśmy osiem ciał. Popadali jak muchy. Gdyby było ich 15, zginęłoby 15 - opowiadają strażacy.

Szambo wygląda jak mały betonowy basen. Dziesięć metrów długości, pięć szerokości. Zbiornik wkopano na trzy metry w ziemię.

Pierwszy utopił się Bogdan. Na pomoc ruszyli mu synowie Wiesław, Grzegorz i jego żona Ula. Potem dwóch młodych mężczyzn, którzy na posesji ocieplali ścianę jednego z budynków. Wszyscy po kolei umierali.

Z pomocą ruszył również 17-letni chłopak, który pomagał w gospodarstwie. Też zginął.

Żona gospodarza wpadła do szamba jako ostatnia. Była w nim najkrócej i dlatego przeżyła.

Chwilę po strażakach przyjechała policja, wojsko, prokurator, armia urzędników i psychologowie. Musieli się zaopiekować synową gospodarza, która straciła męża i została z trójką dzieci w wieku od 2 do 5 lat. Ich dwie kuzynki (7 i 9 lat) straciły oboje rodziców.

Wstrętny gaz

Strażacy twierdzą, że szambo było dobrze zabezpieczone. Zastrzeżeń nie ma też powiatowy inspektor nadzoru budowlanego.

Cały zbiornik jest przykryty betonowymi płytami. Odsunięta była jedna - by go opróżnić.

- Ci ludzie robili to kilkaset razy w życiu. Jak to się stało, że tym razem doszło do takiej tragedii? Nie mamy pojęcia. Coś zatkało się w urządzeniu. Ktoś przyniósł drabinę. Ludzie albo wchodzili po tej drabinie do środka, albo nachylali się nad szambem, aby podać rękę topiącym się, i sami ginęli. Gdyby nie ten wstrętny gaz, może by przeżyli. Ale tam było tylko 3 proc. tlenu. Reszta to toksyczny siarkowodór i dwutlenek węgla. Topili się i dusili jednocześnie - opowiada Paweł Grzymała, rzecznik żagańskich strażaków.

Strażacy wciąż zmieniali się przy szambie. - Nie byli w stanie patrzeć na ogrom nieszczęścia. Fizycznie i psychicznie byli wykończeni. W 30-stopniowym upale co chwila wyciągali kolejne ciała. To najgorsza rzecz, jaką w życiu widziałem. Do późnego wieczoru pracowali z nami psychologowie. Obserwowali, jak chłopaki sobie z tym radzą - wspomina Grzymała.

Nie wystarczyły zwykłe maski przeciwgazowe. Strażacy używali aparatów powietrznych. Mieli kombinezony i butle z tlenem na plecach. Do szamba wchodzili wyposażeni jak nurkowie, zanurzali się w nim i tak szukali kolejnych ofiar. Potem układali je na deskach i wyciągali na powierzchnię.

Szukali i jednocześnie opróżniali zbiornik. Aż do samego dna.

Grzymała: - Żałuję, że to widziałem.

Wieś się modli

Co roku pracownicy sanepidu jeżdżą po największych gospodarstwach i tłumaczą, że pod żadnym pozorem nie wolno wchodzić do zbiorników.

Sprawę wyjaśnia prokuratura. Wszczęła śledztwo w sprawie nieumyślnego spowodowania śmierci. - To kwalifikacja robocza. Osoba, która zachowała się nieostrożnie, już nie żyje. Reszta chciała jej tylko pomóc. Musimy ustalić przebieg tego zdarzenia, ale jestem przekonany, że sprawa karna nigdy nie ujrzy światła dziennego - mówi Zbigniew Fąfara, rzecznik Prokuratury Okręgowej wZielonej Górze.

W piątek dwóch biegłych patomorfologów przeprowadziło sekcje zwłok. Miało być szybko, żeby nie utrudniać pogrzebów.

Pierwszej nocy nad gospodarstwem czuwały policyjne patrole. Odgrodzili je od natarczywych dziennikarzy tabloidów.

Wieczorem Karczówka w kościele modliła się na mszy za ofiary. Sąsiedzi ustalali, jak pomóc kobiecie, która przeżyła. Trzeba zadbać o 300 świń, skosić 100 ha zboża.

- To ludzie bardzo pracowici i uczciwi - mówi Jan Buganik, mieszkaniec Karczówki.

O życie nadal walczy Elżbieta, 45-letnia żona gospodarza, jedyny świadek wypadku. Jej stan jest ciężki, ale stabilny. Do szpitala w Zielonej Górze przewiózł ją śmigłowiec Lotniczego Pogotowia Ratunkowego.

- Jest w stanie śpiączki klinicznej. Lekarze nie dają dobrych rokowań. Jej organizm jest silnie zatruty. Dostaje antybiotyki. Staramy się przede wszystkim utrzymać funkcje życiowe pacjentki - mówi rzecznik lecznicy.

Z rodziny została jeszcze tylko Malwina, najmłodsza córka gospodarza. Nie było jej na podwórku w dniu wypadku. 

sobota, 9 sierpnia 2014

Moje góry poza dobrem i złem


Dominik Szczepański
 
08.08.2014 , aktualizacja: 09.08.2014 09:25
A A A Drukuj

fot. CHRISTOF STACHE/ASSOCIATED PRESS

Dla ludzi to co robimy jest złe - i mają rację. Ale my ich nie słuchamy. Dlaczego mielibyśmy słuchać kogoś, kto nie rozumie tego, co robimy? Z Reinholdem Messnerem rozmawia Dominik Szczepański
Artykuł otwarty
Dziennikarz "Der Spiegel" Thomas Hüetlin pyta go, jak się zabija kurę. Pytanie nie jest przypadkowe. Młody Messner przez wiele lat pomagał ojcu w prowadzeniu kurzej fermy. Dużymi krawieckimi nożycami najpierw ogłuszał kurę uderzeniem w skroń, dokładnie nad prawym okiem. Brał ją pod pachę i ponownie uderzał w skroń. Otwierał jej dziób i przecinał obydwie tętnice w podniebieniu. Kura wykrwawiała się szybko, nie rzucała się, bo była znieczulona. Typowy sposób zabijania, który polega na odcięciu głowy siekierą, budził w Messnerze wstręt. "Ona potem jeszcze skacze bez głowy dookoła. To nieprofesjonalne, nie mogę na to patrzeć" - opowiadał dziennikarzowi.

Jadąc do Władysławowa, gdzie miał odsłonić pomnik Korony Himalajów, zastanawiałem się: jaki on jest? W górach na jego oczach ginęli partnerzy (w tym młodszy brat), sam stracił siedem palców i kilka razy cudem przeżył, a z największymi szczegółami opowiada o zabijaniu kury.

Po kilkudziesięciu minutach rozmowy zrozumiałem: Messner od świata ludzi woli świat przyrody, który zabiera mu sprzed nosa rozwijająca się cywilizacja. Złości się na ten nowy porządek i nie zgadza z nim.

"Gdy całą cywilizację szlag trafi, ja wciąż będę miał swoją farmę, która pozwoli żyć kilku rodzinom" - uśmiecha się, opowiadając o swoim życiu przez ostatnie lata.



Dominik Szczepański: Ma pan swoją ulubioną książkę o górach? 

Rheinhold Messner*: Tak, to powieść "Latająca góra" Christopha Ransmayra. Jest naprawdę solidnie napisana. Całkiem niezłą książką jest też "Dotknięcie pustki" [na jej podstawie w 2003 roku został nakręcony film fabularno-dokumentalny "Czekając na Joe"], bo autor jest nie tylko pisarzem, ale również wspinaczem. Nie interesuje mnie typowa literatura górska. Jeśli ktoś opowiada mi, jak się wspinał, a potem schodził, a potem znów trochę się wspinał, to to jest dla mnie nudne.

A co jest ciekawe? 

- To, co dzieje się w umysłach głównych bohaterów. To ciekawi mnie najbardziej.

Film, który zdaniem Messnera oddaje prawdę gór - zwiastun "Czekając na Joe"

W poszukiwaniu motywacji, która napędza wspinaczy, o polskich himalaistach z lat 80. napisała kanadyjska pisarka Bernadette McDonald. Czytał pan jej książkę"Ucieczka na szczyt" ? 

- Nie. Ale nie wydaje mi się, żeby McDonald mogła wiedzieć, co czują wspinacze, bo sama nie wspinała się za wiele.

Tylko dobrzy wspinacze mogą pisać dobre książki o górach? 

- Nie. Chodzi o to, że trzeba przeżyć coś mocnego, bo inaczej nie jest się w stanie tego przekazać. Najlepiej więc, jeśli wspinacz potrafi używać słów i jest gotów otworzyć swoje serce przed czytelnikiem. Jeśli jednak zgrywa w książce bohatera, to absolutnie nie jestem tym zainteresowany. Wspinaczka nie ma nic wspólnego z bohaterskimi sytuacjami.

W 1978 roku zdobył pan Mount Everest bez tlenu, chociaż wielu mówiło, że to niemożliwe. Jakie wyzwania stoją dziś przed alpinistami? Jakie granice mogą jeszcze przekroczyć? 

- Everest w 1978 roku to był tylko test. Chcieliśmy sprawdzić, czy naukowcy mają rację. Mówili, że nie da się wejść na Everest bez tlenu. Ale skąd oni mogli to wiedzieć? Przecież nie mogli, nie byli tam.

To miało jednak niewiele wspólnego z przesuwaniem granic, bo zostały one wyznaczone przez pewnego rodzaju dyktatorów, którzy mówili: "Oto granica, dalej nie możesz się posunąć". My nie poszliśmy więc tam przesuwać granice. W ogóle mam problem z tym sformułowaniem - jest dziś tak często używane, że w zasadzie straciło już swoją moc. W Europie mówi się często: "No limits". Jeśli ktoś uważa, że nie mamy ograniczeń, to nie wie nic o człowieku. Nasze istnienie opiera się praktycznie na samych granicach. A wspinaczka nie jest niczym innym, jak tylko sięganiem do tych granic.

Co pan widzi dziś, gdy idzie pan w góry? 

- Biegaczy. Wszędzie są biegacze. W zasadzie na szlaku coraz rzadziej spotykam ludzi, którzy idą. Wszystkie reklamy skierowane są do biegaczy.

A gdzie są wspinacze? 

- 90 proc. wspina się tylko na zamkniętych ściankach wspinaczkowych. To wspaniały sport, ale nie ma nic wspólnego z alpinizmem.

Czas pionierów: ''Kto był pierwszy na Evereście?''


Bernadette McDonald: Byli najlepsi na świecie. Zapowiedź książki o polskich himalaistach

A ile wspólnego z alpinizmem ma to, co dzieje się na Evereście? Co roku setki wspinaczy z komercyjnych wypraw szturmują szczyt normalną drogą. 

- Też nic. To turystyka. Szerpowie przygotowują za swoich klientów trasę i wprowadzają ich na szczyt. Poją ich, karmią, pomagają. 90 proc. ludzi, którzy wchodzą na szczyt, nie ma pojęcia o wspinaczce. Wielu z nich na wierzchołku robi sobie zdjęcie. Szuka takiego ujęcia, żeby nikogo nie było widać w tle, a później mówi: "Zdobyłem Everest samotnie".

Polacy, którzy w 1980 roku jako pierwsi zdobyli Everest zimą, byli w bazie pod szczytem sami. Jak pan ocenia to wejście? 

- Dla mnie to najważniejsze wejście na ośmiotysięcznik w historii alpinizmu. Polacy nie wiedzieli kompletnie, czego się spodziewać. Wiedza na temat warunków zimowych na takiej wysokości była wtedy znikoma. Nie wiedzieli, jak zimno tam może być, jak mocno może wiać. Co za historia! Pierwsze zimowe wejście na ośmiotysięcznik - i od razu na ten najwyższy!

A co z dodatkowym tlenem, którego Polacy wtedy używali? Jest pan jego przeciwnikiem. 

- Tlen już nie jest kluczem, kluczem jest pomoc kogoś z zewnątrz. Kiedy wspinasz się na Mount Everest po linach poręczowych, które założyli tam wcześniej Szerpowie, to nie ma znaczenia, czy używasz tlenu. Wytyczone i zabezpieczone przez Szerpów drogi są dziesięć razy większym ułatwieniem niż butla. Bez wyznaczonej trasy nie możesz wyjść z ostatniego obozu na Evereście w kierunku szczytu o północy. Szybko zgubisz drogę nawet mimo światła latarki czołowej. Ale kiedy widzisz wytyczoną trasę, to możesz ruszyć nawet o 21. Masz całą noc i kolejny dzień na wejście na szczyt i powrót. Masz też przy sobie telefon, więc dzwonisz do Polski, Japonii czy tam, skąd jesteś, i pytasz o pogodę. Dostajesz w miarę dokładne dane nawet na 60 godzin do przodu. I spokojnie idziesz.

Ale kiedy Polacy wspinali się w zimie na Everest, nie było jeszcze tego wszystkiego. Byli tam sami ze sobą. Spójrzmy na to, co działo się w latach 40. Wszystkie próby wspinaczki na ośmiotysięczniki kończyły się porażkami, bo sprzęt był o wiele gorszy niż teraz, a wiedza o warunkach na tych wysokościach równa zeru. Ale to była prawdziwa przygoda!

Czyli prawdziwy alpinizm to droga w nieznane? 

- Tak! Oczywiście, można też wspinać się samemu klasyczną drogą na K2. Mówiąc "samemu", mam na myśli mały zespół - dwóch, trzech wspinaczy, którzy jednak nie używają lin poręczowych założonych tam przez inne wyprawy. Bo jeśli ktoś korzysta z takiego ułatwienia, to kompletnie mnie to nie interesuje.

Wśród zdobywców Korony Himalajów i Karakorum są trzy kobiety. 99 proc. ich wejść odbyło się na zabezpieczonych wcześniej trasach. I znów - to nie ma nic wspólnego z alpinizmem. Żadna z nich nie byłaby w stanie wejść na alpejski czterotysięcznik bez zewnętrznej pomocy, o własnych siłach.

Weszli na ośmiotysięcznik na przekór Messnerowi: ''Polska sensacja fizjologiczna''


Messner w rozmowie z Al Dżazirą

W czasach moich i Kukuczki wspinacz mógł jechać w Himalaje tylko wtedy, gdy miał duże doświadczenie w Alpach, na Kaukazie czy w Tatrach. Tam zbierał doświadczenia z samotnych przejść wielu klasycznych dróg, sam wiele razy musiał szukać drogi w trudnym terenie, przeżyć w trudnych warunkach, kiedy w ścianie zastała go burza. Później musiał sam zejść, często uciec lawinie. Powoli chłonął tę wiedzę, którą zdobywa się w górach. Teraz to rzadkość.

A jeśli mimo wszystko przebędzie się tę drogę z niskich gór w Himalaje? 

- To dalej masz problem, bo na zwykłej drodze na ośmiotysięczniku napotkasz liny poręczowe. W tym roku po tragedii na Mount Evereście, gdzie w lawinie zginęło 16 Szerpów, zamknięto szczyt. Co więc zrobili Szerpowie? Zaczęli przygotowywać dla komercyjnych wypraw Kanczendzongę. Znaleźli nawet 50 chętnych. Niedługo wszystkie normalne drogi na ośmiotysięczniki zamienią się w turystyczne szlaki, a wycieczkę na szczyt będzie można kupić w biurze podróży.

Co można zrobić? Zakazać wchodzenia na niektóre góry? 

- Nie! Wystarczy zostawić góry takimi, jakie są, jakie były kiedyś. Nie budować wokół nich dróg, nie poręczować szczytów dla wypraw komercyjnych. Jeśli ktoś ma ochotę, to niech tam idzie, ale bez pomocy innych. Niech góry będą takie, jakie były tysiąc lat temu. Dzikie. Zaporęczowano Everest i setki ludzi rzuciły się na szczyt, niszcząc jakość tej góry. Uwierz mi, że 99 proc. ludzi, którzy wchodzą teraz na Everest, nie pojechałoby tam, gdyby nie było dobrej drogi dojazdowej, samolotu czy zamocowanej przez kogoś liny.

Czy podobny los może spotkać też trudne ośmiotysięczniki, jak Annapurna? 

- Annapurna wcale nie jest trudną technicznie górą, normalna droga jest tam bardzo prosta. Jej problem polega na tym, że jest bardzo niebezpieczna. Istnieje różnica między szczytem trudnym a niebezpiecznym. Współczynnik śmierci na Annapurnie jest najwyższy wśród ośmiotysięczników. Francuzi, którzy zdobyli ją w 1950 roku jako pierwsi, mieli dużo szczęścia. Kiedy wytyczałem nową drogę na tej górze, to widziałem bardzo dobrze północną ścianę, którą weszli na szczyt. Byłem zaskoczony jej widokiem.

Anna Czerwińska o kobiecym himalaizmie: ''Lodowi wojownicy boją się kobiet''



Jak wyglądała? 

- Była bardzo niebezpieczna i pamiętam, że powiedziałem sobie wtedy, że na ich miejscu nie odważyłbym się tamtędy iść. Przez wiele godzin trzeba przechodzić pod ogromnymi, 300-metrowymi serakami. Kiedy fragment takiego lodowego nawisu się obrywa, to leci w twoim kierunku pocisk wielkości dziesięciu domów.

Niebezpieczne drogi były w 80. latach specjalnością Polaków. Świat najbardziej zapamiętał dwóch z nich - Jerzego Kukuczkę i Wojciecha Kurtykę. Którego stawia pan wyżej? 

- Bez wątpienia największy był Wojtek Kurtyka, zrobił tyle wspaniałych rzeczy. Był mentalnym liderem polskiego himalaizmu. To on prowadził przez pewien czas Kukuczkę ku wielkim wyzwaniom. Kurtyka bardzo dobrze zdawał sobie sprawę z tego, co robi. Kukuczka z kolei był siłaczem. Miał perfekcyjną intuicję, która pozwalała mu przeżyć w ekstremalnych sytuacjach. Razem dokonywali pięknych, czystych stylowo przejść. Wspaniałym wspinaczem jest też Wielicki. Jego przewaga nad Kukuczką jest taka, że wciąż żyje.

Czy można oceniać zachowania wspinaczy w ekstremalnych warunkach? W 1986 roku, po wytyczeniu nowej drogi na K2 zwanej "drogą samobójców", w drodze powrotnej zginął Tadeusz Piotrowski i wielu obwiniało o to Jerzego Kukuczkę. Rok temu ze szczytu Broad Peaku po pierwszym zimowym wejściu nie wrócili Maciej Berbeka i Tomasz Kowalski. A dostało się za to Adamowi Bieleckiemu. 

- Kiedy zginął Piotrowski, ludzie obwiniali Kukuczkę, ale my, wspinacze, wszyscy wiedzieliśmy, co to była za droga i co się tam może stać. W latach 80. zginęło wielu świetnych polskich wspinaczy. Tak samo było ze Słoweńcami. Przez moment byli najlepsi na świecie, ale zaczęli ginąć. W kilka lat zginęła połowa z nich. Przed Polakami najlepsi w górach byli Brytyjczycy. Poza Boningtonem i Scottem wszyscy zginęli.

Na wyprawie każdy jest odpowiedzialny za siebie samego. Grupa w pewnych momentach jest odpowiedzialna za siebie, ale nie można powiedzieć, co jest dobre, a co złe.

W naszym świecie nie ma definicji dobra i zła. Jest tylko możliwe i niemożliwe. Osoba, która normalnie czuje, widzi, że idea wypraw w góry jest zła. I jestem pierwszą osobą, która to powie. Mea culpa. Czymś złym jest pójść tam, gdzie mogę umrzeć.

Czyli to zachowanie nielogiczne? 

- Wielka wspinaczka nie jest żadną inteligentną czynnością. Tak naprawdę to całkiem głupie pchać się w miejsce, gdzie możesz umrzeć. My ruszamy w miejsca, gdzie możemy umrzeć, po to by nie umrzeć. Inteligentna osoba po prostu tam nie pójdzie.

Wybitni fotografowie wystawili zdjęcia, by pomóc rodzinom ofiar tragedii na Mount Evereście


Artur Hajzer o zimowym zdobywaniu Annapurny

Gdy bronimy wspinaczy, nie możemy robić tego przed rodzinami tych, którzy zginęli. To niemożliwe. To, co robimy, nie jest w żadnym wypadku społeczne. Bo logiczne jest, że jeśli ktoś ma rodzinę, to powinien się nią zająć, a nie iść w góry. Ale to indywidualna sprawa i jeśli ktoś mimo wszystko rusza w góry, nic nam do tego. Społeczeństwo nie rozumie tego, co robimy. Dla ludzi to jest złe - i mają rację. Ale my ich nie słuchamy. Dlaczego mielibyśmy słuchać kogoś, kto nie rozumie tego, co robimy?

Czyli osoby z zewnątrz nie powinny oceniać wspinaczy? 

- Ludzie z zewnątrz nie mają pojęcia, co czeka na wspinacza tam wysoko. Nikt z zewnątrz nie ma prawa mówić nam, co jest dobre, a co złe, i wymagać, że to zrozumiemy.

Panu urodziły się dzieci, ale jednak ruszył pan na kolejną wyprawę. 

- Tak, przeszedłem Antarktydę. Wcześniej ubezpieczyłem się, żeby moje dzieci miały pieniądze, jeśli coś mi się stanie. I poszedłem. A moja żona nie powiedziała, żebym został. Wiedziała, że lepiej mnie puścić. Każdy musi odbyć tę rozmowę z samym sobą i zdecydować.

W zimie nie zdobyto jeszcze tylko dwóch ośmiotysięczników: Nanga Parbat i K2. Można na nie wejść o tej porze roku? 

- Na pewno. W końcu 12 z 14 ośmiotysięczników padło w zimie, więc dlaczego dwa ostatnie miałyby się oprzeć? Nanga Parbat nie jest szczególnie trudnym szczytem. W górnych partiach mocno wieje, często pogoda jest tam zła, ale po prostu trzeba próbować, próbować i jeszcze raz próbować.

Która droga jest najlepsza? 

- Ja stawiałbym na drogę Schella od strony Rupal. Jest wprawdzie bardzo długa, ale też ciepła, bo tam długo świeci słońce.

A K2? 

- Tutaj sytuacja jest trudniejsza, bo K2 jest wyższym szczytem, też wieje tam mocno, a dodatkowo jest bardzo zimno. Może potrzeba jeszcze pięciu lat? Ale komuś w końcu się to uda.

Kto jest teraz najlepszy na świecie? 

- W tradycyjnym alpinizmie - Hansjörg Auer i David Lama. Są młodzi, ale doświadczeni. Szybko się uczą. Jeśli uda im się pokonać północną ścianę Maszerbrumu, będzie to nowy poziom.

A co z Uelim Steckiem? 

- W tym wymiarze nie jest tak dobry. Jest bardzo szybki, zrobił świetne przejścia solo, chociaż historia jego wspinaczki na południową ścianę Annapurny jest dość dziwna... Wydaje mi się, że dwaj Francuzi [Graziani i Benoist], którzy powtórzyli jego drogę kilkanaście dni później, przeżyli większą przygodę. Przebywali dłużej w ścianie, mieli cięższe plecaki, przeżyli załamanie pogody. A na sam koniec im się udało. Przygoda Stecka była mniejsza, a ja jestem zainteresowany przede wszystkich alpinizmem, w którym chodzi o przygodę. To mój klucz. Nie skupiam się na sukcesie czy prędkości. Prędkość mnie zupełnie nie interesuje.

Jakie są najpiękniejsze drogi, które nie zostały jeszcze poprowadzone? 

- Myślę, że przyszłość alpinizmu to trawersy. Prawdziwe trawersy. Tylko że jak zrobić prawdziwy trawers, gdy teraz wszędzie są ludzie? Kiedy trawersowałem Gaszerbrumy [I i II], to nikogo tam nie było. Żadnych ludzi, żadnych lin poręczowych, tras. Nic. Ideą przygody jest oddalenie od bezpieczeństwa.

Multimedialny reportaż Jacka Hugo-Badera o wyprawie na Broad Peak: "Boskie światło"


Bez nich nie byłoby Messnera: fragmenty dokumentu ''Nanga Parbat'' z 1953 r. o wyczynie niemieckich himalaistów

Co pan myśli o roli nowych mediów we wspinaczce? Alpiniści w trakcie akcji górskiej przesyłają do mediów społecznościowych informacje prawie na żywo, publikują zdjęcia. Nawet z miejsc, gdzie ich życie jest zagrożone. 

- Alfabet mojego wspinania to: żadnego dodatkowego tlenu, żadnych spitów [rodzaj kotw do osadzania w skale stałych punktów asekuracyjnych; żeby zamontować spit, trzeba użyć wiertarki albo spitownicy, mocno ingerować w skałę], żadnej komunikacji ze światem, żadnych środków wspomagających.

Dziś nawet ze szczytu Everestu możesz zadzwonić do domu. Cała opowieść wspinaczy opiera się dziś na innych zasadach. Wspinacz od razu wysyła informację do mediów, tego samego dnia ukazuje się ona w internecie, a następnego w gazetach. I na tym opowieść się kończy. Tylko że po przyjeździe do domu nikt się nim już nie interesuje.

To jak powinno być? 

- Robert Scott wyprawę na biegun południowy rozpoczął w 1910 roku. Do celu dotarł 17 stycznia 1912 roku. Zginął podczas powrotu 29 marca 1912 roku. Informacja o jego śmierci dotarła do Anglii rok później. A książka o wyprawie [Scott pisał pamiętnik] wciąż jest bestsellerem.

Gdybym dokonał jakiegoś wspaniałego wejścia, nie informowałbym o tym. Poczekałbym i rozegrał to lepiej po powrocie.

A co ze sponsorami? Dają pieniądze i wymagają. 

- Postępują niemądrze. Lepiej dla wszystkich byłoby, gdyby po powrocie zorganizować cykl spotkań i może napisać książkę.

Jak porównałby pan swoje życie przed zdobyciem ostatniego ośmiotysięcznika i po nim? Było tak samo ekscytujące? 

- Tak, ale "ekscytacja" to złe słowo, bo np. na biegunie południowym było zbyt ciężko i zimno, by się ekscytować. Nie było tak niebezpiecznie jak w górach, bo nie można było spaść. Oczywiście są szczeliny, organizm jest wykończony, ale nie można tak po prostu spaść. To ogromna różnica. Kolejna to tlen, którego na wysokościach jest niewiele. Na biegunie nieźle się oddycha. Problemem jest zaopatrzenie, bo trzeba wziąć ze sobą wszystko, co potrzebne do przeżycia w takich warunkach przez trzy miesiące. Nie mogliśmy sobie wtedy pozwolić na błąd, bo samolot by po nas nie przyleciał. Jeden błąd - i byłoby po nas. I to była prawdziwa przygoda. Miałem szczęście, bo nikt wcześniej nie przeszedł Antarktydy, nikt nie pokonał dłuższą drogą Grenlandii. Mogłem wymyślać sobie przygody i jako pierwszy w nich uczestniczyć.

Słowo "ekscytacja" pasuje w takim razie do czegoś, co robił pan w życiu? 

- Pasuje do tego, co robię przez ostatnich 15 lat. Wymyślenie górskiego muzeum, znalezienie na nie miejsca i pieniędzy sprawia, że czuję się tak samo dobrze jak podczas moich wypraw. Tak samo jak wcześniej wielu ludzi mówiło mi, że moje plany są niemożliwe, niektórzy używali politycznych nacisków, by mi przeszkodzić, więc nie było łatwo. Ale na sam koniec, krok po kroku, mogłem przejść nad wszystkimi kłodami, które ludzie rzucali mi pod nogi.

*Reinhold Messner - największa legenda himalaizmu. W latach 1970-1986 jako pierwszy (tuż przed Jerzym Kukuczką) zdobył Koronę Himalajów i Karakorum, czyli wszystkie 14 ośmiotysięczników.

Więcej o himalaizmie na off.sport.pl

- Powrót himalaisty do domu, do żony, rodziny jest wymuszonym zanurzeniem w fikcję i fałszywą codzienność. Prawdziwe życie ma tylko tam, w górach - mówi prof. Jacek Hołówka w rozmowie z Jackiem Hugo-Baderem. Za tydzień w "Magazynie Świątecznym"

Jak giną bohaterowie? I czy góry są warte śmierci? Wspominamy Jerzego Kukuczkę, pytamy Wojciecha Kurtykę: "Od śmierci w dolinach zachowaj nas, Panie"''Igrzyska śmierci''


Przed Koroną Ziemi - solowa wspinaczka skalna Messnera

A poza tym w Magazynie Świątecznym

Nawet anioł ma brud pod paznokciami 
Pieprzę politykę. Żadnej prawdziwej rozmowy o ideach, wizjach rozwoju, oddzieleniu Kościoła od państwa. Nic, tylko miałkość i pyskówka. Rozmowa z Arkadiuszem Jakubikiem 

Jerzy Hausner: Dokąd idziemy? 
Naszym celem nie powinien być ani rynek, ani państwo, ani magiczny wzrost PKB. Chodzi o wspólny park, dobrą komunikację, w miarę sprawną służbę zdrowia. I żeby w pracy człowiek był traktowany po ludzku, a nie jak poddany w folwarku. Z prof. Jerzym Hausnerem rozmawia Grzegorz Sroczyński

Ochotnik 
"Niechaj nie zaznam strachu, w czynach wielkich niechaj znajduję śmierć słodką za Ciebie. I wiecznie będę żyć w Tobie, Odwieczna Ukraino, potężna i zjednoczona!". Zaraz po przysiędze ochotnicy batalionu Azow odjadą na wschód

Polacy, odkryjcie się 
Na styl stać każdego. Nie chcę żyć w świecie, w którym Urban Outfitters, Amazon, Gucci, Zara i H&M mówią nam, co mamy kupić, i wszyscy noszą to samo. Rozmowa z Bradfordem Shellhammerem

Nie każdy poeta miał taki fart 
Puszkin nie miał szczęścia do dobrych tłumaczy. A Bułat jak najbardziej. Dzięki temu jego poezja jak strzała utkwiła w sercach Polaków. Rozmowa z Olgą Arcymowicz-Okudżawą, wdową po legendarnym pieśniarzu i poecie

Tu deszcz jest stanem ducha 
Niewidoczną granicę kraju, który bezkrytycznie kocham od ponad 30 lat, a który od miesiąca sprawuje prezydencję w Unii, przekraczam w Tarvisio w alpejskim Friuli. Czym dziś żyją Włochy? Jak się czują?

Jan A.P. Kaczmarek: Mam dość mitu Polaka, który dał radę 
- Komisja uznała, że w historii szkoły chyba nikt nie wypadł gorzej, więc sugeruje, żebym się muzyką więcej nie zajmował. Wybiegłem z okrzykiem, który Amerykanin wyraziłby: "Freedom at last!" - mówi twórca festiwalu Transatlantyk