Siedem

Grzesiek, syn Bogdana i Elki, właśnie wrócił z Ulą i dwiema córkami z Łeby. Cieszyli się, że kupią nowe auto.
Wiesiek, młodszy brat Grześka, kilka tygodni temu przeprowadził się z żoną i trójką dzieci do rodzinnej Karczówki. Zostawili w Żaganiu kawalerkę. To ojciec, Bogdan, wyremontował ich nowy dom.
Patryk i Krystian wzięli to zlecenie. Andrzej miał 17 lat i chciał dorobić przez wakacje. Kupić matce pralkę.
Karczówka 17
Wieś z 70 numerami pod Żaganiem, w gminie Brzeźnica. Po wojnie przesiedlono tu Ukraińców i Bukowińczyków. Całymi rodzinami. Dzielili wsie po pół. Minęły lata, zanim się z sobą zżyli, a ci ostatni odważyli się mówić w ojczystym języku. W Karczówce za PRL-u działała wiejska szkoła, był PGR i Spółdzielnia Kółek Rolniczych. Tylko ostatnia ocalała, ale nazwę zmienili, ma na stanie dwa kombajny. Domy odmalowane, trawniki wystrzyżone, ale to złudzenie, że gmina bogata. Rolnicy dzierżawią ziemię od Agencji Nieruchomości Rolnych, do gminy podatek nie wpada. Krucho z pieniędzmi. By je załatwić, mieszkańcy zgodzili się wyłączyć oświetlenie przez wakacje. Gdy słońce zachodzi, dziewięć wsi brzeźnickich i cztery przysiółki toną w mrokach.
Piekło
Czwartek 17 lipca, wieczór. XVII-wieczny kościół pw. Matki Boskiej Bolesnej pełen wiernych. Przez witraże widać gospodarstwo Bogdana. Ksiądz przerwał urlop, żeby odprawić mszę za zmarłych. Modli się także za Elkę, żeby wróciła do zdrowia. Ale łamie mu się głos, nie daje rady ciągnąć kazania. Prosi o pomoc księdza z Żagania. Sąsiedzi modlą się i wierzą w cud. Ela ma poparzone drogi oddechowe. Siarkowodór wypalił tchawicę, płuca. Leży w śpiączce farmakologicznej w szpitalu w Zielonej Górze.
- To było ogromne stężenie, w aparacie zabrakło skali - mówi Sławek Wójtowicz, sąsiad gospodarzy. Dzielili poniemiecki dom. On z rodziną na górze, gospodarze na dole. Zgodził się zidentyfikować ciała. - To był najgorszy dzień w moim życiu - mówi.
Pomagał strażakom wyciągnąć Elę i ratownika, który zasłabł. Chociaż wszedł do szamba w masce i z butlą tlenu. - Piekło - mówi.
W kościele brakuje tylko Beaty. Najstarsza córka gospodarzy mieszka w Holandii. Nie zdążyła dojechać. Kolejnego dnia czuwa przy matce w szpitalu. Pod jej zdjęciem na Facebooku wpisuje: "Mamuś, nie zostawiaj nas chociaż ty...".
- Nadal myślę, że się obudzę. Nie potrafię poskładać myśli, co będzie z dziećmi, ze świniami. To niemożliwe, by wszystko kończyło się w jednej chwili - mówi Sławek Wójtowicz. Wysoki, dobrze zbudowany, zatrzymał sześć kolejnych osób, które chciały skakać do szamba na ratunek. Najmocniej trzymał Kaśkę, żonę Wieśka. Zatrzymał dwóch synów Beaty i trzech robotników, którzy zbiegli z rusztowania ratować kolegów. - Nie wiem, jak będą na mnie patrzeć ludzie we wsi. Nie wiem, jak spojrzy na mnie pani Ela. Ściskałem ich, bo wiedziałem, że wszyscy zginą.
W czwartek przed dziesiątą Sławek pił kawę, urlop się kończył, czekał na znak od szefa, gdzie zleci kurs. Powietrze było ciężkie. Choć nocą padał deszcz, było diabelsko parno. Zamiast o siódmej zwlekli się z żoną z łóżek o dziewiątej. W leniwy dzień tylko gospodarze pracowali. Bogdan, senior rodziny, od rana jeździł beczkowozem, wybierał szambo. Najpierw w domu Grześka.
- Wyszedłem na balkon i zdziwiła mnie ogromna cisza. Bo zawsze ktoś przejedzie traktorem, ktoś krzyknie, psy zaszczekają - opowiada. - Milczenie przerwał krzyk sąsiadki, żeby wzywać pogotowie, bo dwóch wpadło do szamba. Zbiegłem po schodach, ale jej już nie było. Wskoczyła za mężem i synami.
Ela
Wzorowa gospodyni - wspomina Elżbieta Wójtowicz, żona Sławka. - Codziennie świeże ciastoupieczone. Jak rozbierali świnie, robiła kiełbasy, kaszanki. Zawsze coś przyniosła. Jak sięgałam po portfel, mówiła: "Nie trzeba, sąsiedzi sobie pomagają". Kochała męża, a on ją. Nawet jak jechał do sąsiedniej wsi, nie pojechał, jak nie ucałował Eli. U nich obowiązki były jasno podzielone. Ona dbała o dom, dzieci, on - o gospodarkę. Jedno za drugim skoczyłoby w ogień. I tak się stało.
Przez kilka lat Ela prowadziła sklep w Karczówce. Ale w południe robiła dwugodzinną przerwę dla rodziny. Żeby podać obiad, pobyć z mężem, synami. - To był święty czas. Nawet jak ktoś dzwonił do sklepu, nie otworzyła.
W przydomowym ogrodzie miała kilka zagonów. Posadzone jak pod linijkę. Ogórki, ziemniaki, pomidory, marchew. - Tak żeby starczyło dla trzech rodzin - mówi Wójtowiczowa.
Liczyli: sześć, siedem, osiem
Tadeusz Buganik, sąsiad z naprzeciwka, były wuefista i dyrektor w szkole w Brzeźnicy, kisił ogórki, miał wlewać zalewę do słoików, gdy zobaczył przez okno wozy strażaków. Wybiegł w kapciach. - Ale już nie wpuszczali nikogo. Potem tylko liczyli: trzech, czterech, pięciu, sześciu, siedmiu umarło.
Jest pewien, że sam też skoczyłby do szamba. - Tylko oni umierali tak cicho. Nikt nawet nie krzyknął.
W gospodarstwie porządek
W oborach sterylnie czysto, matecznik wyłożony kafelkami, świnie piją ze sztucznych smoczków, kiedy chcą. Tylko rodzina mogła wejść do chlewni. Obcych nie wpuszczali - mówi Buganik. Świnie stały na głębokiej ściółce. Codzienne dostawały suchą słomę. Po czterech, pięciu miesiącach tucznik ważył ze 120 kg.
- Dopiero gdy szły na ubój, Bogdan wywoził cały obornik. Gnojówka spod ściółki cały czas spływała do szamba. Wywoził ją kilka razy w miesiącu. Wtedy faktycznie śmierdziało, ale żyjemy na wsi. Ma pachnieć?
Beczkowóz
- Wynająć zewnętrzną firmę? Pani żartuje. To jest wioska, tu każdy robi wszystko sam. Kto w rolnictwie przepisów przestrzega? Co żniwa, urwane ręce, nogi. Zresztą dla nich to nie było szambo, to był nawóz, którym żywili całe pole. A Bogdan i synowie mieli ze 100 hektarów - wylicza Wójtowicz. Dzień wcześniej pomagał zebrać im rzepak. Jeździł ciągnikiem. Udało się ściąć wszystko.
- Sąsiad cieszył się, że plony są dobre, zaprosił nas na grilla. Wtedy podałem mu rękę ostatni raz.
Dzień później znów wsiadł do ciągnika Bogdana. Zrobił 11 kursów beczkowozem, w każdym 6 tys. litrów gnoju. Szambo trzeba było opróżnić, by wydobyć ciała. Na nogach wyszły mu wybroczyny od siarki.
Pomóc nie może
Sławek myślał, że gospodarz utknął w gęstych fekaliach, że go zassało, nie może się ruszyć. Pobiegł do komórki po linę. Chciał ratować. Gdy zajrzał do szamba, zrozumiał, że pomóc nie może.
- Z gnoju wystawał fragment ramienia, stopy, ręki, wszystko po kawałku. Głowy żadnej na powierzchni nie było. Zrozumiałem, że już odeszli - opowiada. Nie wie, jak zachowałby się, gdyby był na placu, gdy pierwszy z nich wpadł do szamba. - Pewnie też bym wskoczył, choć wiem, że robić tego nie wolno.
Sam jeździ cysterną, wozi chemię, co pół roku przechodzi szkolenie. A tam tłuką, że bez asysty partnera nie można zajrzeć nawet do pustej beczki. Opary mogą zabić.
Szambo sąsiadów widzi z okien. - Mówiłem zawsze synom: wpadnie ci tam piłka, zostaw. To tylko piłka, kupię ci nową.
Gospodarzy nie ostrzegał. - Głupio było dorosłym zwracać uwagę. A wchodzili tam nie raz. Nawet w zeszłym tygodniu. Schodzili po drabinie, czasem nawet z grabkami, żeby gęste odgarnąć. Może zgubiła ich rutyna? Nocą deszcz wciskał gazy do szamba, fekalia parzyły się z gorąca, wystarczyło ruszyć z wierzchu skorupę i zachłysnąć się śmiertelną dawką - tłumaczy sobie.
Ratownicy z pogotowia, którzy reanimowali topielców, zasłabli, wracając do bazy. Przejechali 500 metrów, zaczęli wymiotować. Kolejna karetka odwiozła ich do szpitala.
Staszek Irski działa w radzie parafialnej. Mieszka dwa domy dalej. Też nic nie słyszał. - Bogdan miał swój rytm, zawsze do południa było u niego gwarno. W pół do piątej stał już w oborach. Wszystko jak w zegarku. Potem jechał załatwić sprawy do Żagania, gdy Ela prowadziła sklep, przywoził jej towar.
Tadeusz Buganik: - Jak wsiadał do auta, zawsze się przeżegnał, jak wychodził, też. To było dobre, kochające się małżeństwo, żadnej zdrady, żadnych awantur.
- Ela zawsze w samo południe kroiła świeże ciasto, robiła kawę i całą rodziną oglądali "Agrobiznes". Taki rytuał.
O szesnastej wracali do obór, bywało, że siedzieli do północy.
Wójtowicz: - Czasami mnie to denerwowało, że wstają o piątej, a potem w południe drzemkę robią. Myślałem, czy nie mogą pospać dłużej, potem zwierzaki nakarmić. A on mi odpowiadał z uśmiechem: "Kto rano wstaje, temu Bozia daje".
Medaliki
Mieszkańcy Karczówki na gospodarzy mówili "Medaliki".
- Od medalików Matki Boskiej, no i że Bogdan przyjechał do Karczówki spod Częstochowy - tłumaczy Sławek.
W niedzielę wszyscy byli w kościele. Zajmowali całą ławkę. Zostały ich poduszki i książeczki do nabożeństwa. Zakładka utknęła na modlitwie o nieskończonej miłości Matki Boskiej.
- We wszystkich traktorach wisiały święte obrazki i różańce. Jeździli na pielgrzymki. Żyli według dziesięciu przykazań. Nigdy nikomu nie zrobili krzywdy - wspomina Sławek. Żona dodaje: - Syn zachorował, do lekarza zawieźli. Jak robiliśmy zabawę we wsi, przynieśli pół świniaka, dorzucili swoje jajka, jak zabrakło prądu, przynieśli agregat.
Grzesiek
Grzesiek, najstarszy syn, miał 33 lata. Nie miał trzydziestki, gdy został sołtysem Karczówki. Mieszkańcy chcieli młodego, namówili, by startował. Przy świetlicy zrobił plac zabaw, postawił nowe ogrodzenie.
- Potrafił skrzyknąć ludzi. Ale urwało się. Miał coraz więcej hektarów i świń. Nie miał już głowy, żeby jeździć na rady powiatu. Wolał zająć się konkretną robotą - wspomina Ludwik Poliszuk, nowy sołtys. Grześka ostatni raz widział na motorze. Codziennie objeżdżał nim pola.
Buganik: - Raz wymyślił, że pojedzie jako rzeźnik do Niemiec. Wrócił po miesiącu, u ojca miał lepiej.
Poliszuk rodzinę zna dobre 35 lat. Z Bogdanem zaprzyjaźnił się, gdy był traktorzystą w eskaerze. Grali razem w piłkę. W świetlicy wiszą stare zdjęcia Bogdana. Postawny, umięśniony, włosy za ucho. Uwielbiał Szarmacha i Latę. Po latach wskrzesił drużynę.
- Żeby jego chłopcy pograli - mówi Poleszuk. I Grzesiek świetnie grał piłkę. W Zorzy Brzeźnica był napastnikiem.
Wiesiek
Miał 30 lat. Skończył samochodówkę w Żaganiu. Ale wolał zostać rolnikiem. Osierocił pięcioletnią Wiktorię, trzyletniego Filipa i dwuletniego Kubę. Jeszcze miesiąc temu z żoną Kaśką mieszkali w Żaganiu w małej kawalerce. - Codziennie dojeżdżał do ojca, był zawsze przed piątą. W końcurodzice oddali mu swoje mieszkanie. Gospodarze zamieszkali w dwóch pokojach, w byłym sklepie. Chcieli, żeby Wiesiek miał dobrze, zlecili ocieplenie domu - opowiada Sławek. - Tyle że nas nie było na to stać. Sąsiad tylko kiwnął ręką i powiedział: jak będziecie mieć, oddacie.
Żona Sławka: - Skończymy ten remont. Dla nich.
Sławek przypuszcza, wbrew ustaleniom prokuratorów, że to Wiesiek, a nie gospodarz, wszedł pierwszy do szamba. Miał na sobie specjalne spodnie. - Ojciec poszedł go ratować. Przy szambie został jego klapek. Spieszył się z pomocą. Za nimi poszedł Grzesiek, a za nim jego żona, potem zbiegli robotnicy z rusztowania i Andrzej. Rzucił kosiarkę i wskoczył - zastanawia się, co by zrobił, gdyby to jego rodzina się topiła. - Też bym wszedł. Ale nie z myślą, żeby ratować. Bo po co żyć bez nich? Może też tak pomyśleli?
Kaśka chce zostać w Karczówce.
Klub AA
Bogdan to przykład, że można wyjść z każdego dołka. Przejmował ruinę, sam walczył z alkoholem. Wyremontował i przestał pić.
- Podróżować zaczęli dopiero, jak synowie zajęli się poważnie gospodarką. Wtedy zdarzał im się nawet wypad do Włoch. Od kilku lat zaczęli korzystać z życia. Wcześniej wszystko oddawali ziemi - wspomina Buganik. I głowi się, kto teraz zajmie się gospodarstwem. - Żeby choć jeden przeżył. To nie jest tak, że weźmiesz miskę i dasz świniom żarcie. On sam robił mieszanki, zależne od wagi, wieku świni. Inaczej wszystko można wytruć. Sami szczepili, zapładniali lochy, u nich rodziły się piękne warchlaki. Nie może uwierzyć, że ludzie, którzy trzymali się porządku, procedur, popełnili zbiorowy błąd. - To strasznie głupia śmierć.
Na polu zostały jeszcze jęczmień i pszenżyto. Sąsiedzi obiecali skosić, oddać do skupu. Świniami zajął się wojewoda. Znalazł trzech gospodarzy, którzy je zabrali. Wywieźli 300 sztuk. W chlewni zostały tylko maciory, które mają się oprosić. Kaśka będzie je dokarmiać. Mieszkańcy pomogą. Policja zaoferowała pomoc psychologa.
Pory roku
W zimie naprawiali traktory, szykowali maszyny na wiosnę. W oborach wszystko miało swoje miejsce. - Brałeś? Wyczyść, odłóż na miejsce. Bogdan wściekał się tylko na bałagan. Tylko wtedy można było usłyszeć jego podniesiony głos - wspomina Buganik.
- Ela pilnowała porządku w domu. Wchodzili do domu pachnący, bo w świniarni był prysznic, szatnia. Ludzie nie mają takich w domu - mówi Staszek i żal mu, że właśnie ostatnio zaczęli cieszyć się życiem. - Zanim synowie dorośli, Bogdan i Ela rzadko opuszczali gospodarstwo. W zaduszki jeździli tylko odwiedzić groby bliskich Eli na Dolnym Śląsku. Wracali zawsze tego samego dnia.
Ludwik: - Tu nie mieli nikogo na cmentarzu. W jeden dzień położą prawie całą rodzinę.
Bogdan
Przyjechał do Karczówki w 1978. Odrabiał wojsko w jednostce w Żaganiu. Potem zahaczył się w pegeerze, poznał Elę.
- Koledzy go rozpili, sięgnął dna. Bo co można było wtedy robić w pegeerze? Dyrektor miał nawet układ z jego matką, że jak było już źle, wsiadała w pociąg i przyjeżdżała z Częstochowy ratować syna. Przy niej momentalnie trzeźwiał. Słuchał się jej całe życie - wspomina Buganik. - Potem zapisał się do Klubu AA. Potrafił bawić się z wódką wyłożoną na stole, jeszcze wszystkim polewał, sam nie tknął.
Przejąć PGR
Gdy upadał PGR, Bogdan wydzierżawił kawałek ziemi. Na początek 10 hektarów. Wziął w ajencję obory. Za komuny stały tu krowy i jałówki. Podobnie jak za Niemca. - Tyle że szambo nie było szambem, tylko korytem na sianokiszonkę. Bogdan wyliczył, że na świniach lepiej zarobi. Zainwestował w klatki, odremontował. Zakrył betonem koryto, zrobił z niego szambo - opowiada Tadek. Pomagali mu koledzy z AA.
- Jeździł starym ciągnikiem, wiecznie go naprawiał, ale z roku na rok szło mu lepiej. Zaczynał od kilku świń, a stworzył porządne gospodarstwo. Synów siłą do gospodarki nie przymuszał. A to dał przejechać się ciągnikiem, pozwolił coś przy nim pogrzebać. Aż się obaj się rozkochali - opowiada Buganik.
Ula
Poszła za mężem instynktownie. Zawsze razem pracowali. Ręka w rękę. W gospodarstwie były dyżury, cała rodzina pracowała na zmianę. Ula zawsze w parze z Grześkiem. W dzieciństwie mieszkała w sąsiednim Jabłonowie. Zakochali się w żagańskim włókienniku. On był w rolniczej, ona dwie klasy niżej. - To była piękna dziewczyna, chłopcy się za nią oglądali, ale ona poza Grześkiem nie widziała świata. Zostali parą, gdy byli nastolatkami, i tak przetrwali - mówi Grzesiek Harendarz, strażak z Brzeźnicy. W maju posłali do komunii najstarszą Oliwię. Do szkoły miała pójść Maja. Dziewczynkami zaopiekowała się kuzynka Uli. Matka leży w szpitalu w Żaganiu. Zasłabła pod bramą gospodarstwa.
Wysoki, szczupły blondyn, w styczniu skończył 17 lat. Mieszkał w sąsiedniej Brzeźnicy, w małym poniemieckim domu, przy dawnym pegeerze. Od siedmiu lat sprawdzał się w młodzieżowej straży pożarnej. Nie opuścił żadnej zbiórki. Pasją zaraził go ojczym - strażak ochotnik. Andrzej czyścił sprzęt starszym kolegom, podglądał, jak ratują. - Na akcję jeździć nie mógł, zabraniają przepisy. Wsiadał na rower i jechał za nami. Żeby tylko pomóc - opowiada Grzegorz Szymoński, szef OSP w Brzeźnicy.
Andrzej nie mógł się doczekać osiemnastki, żeby włożyć hełm i mundur legalnie. W czerwcu skończył gimnazjum, od września miał się uczyć na sprzedawcę. Załatwił sobie już praktyki w księgarni w Żaganiu. - W czwartek miał podpisać dokumenty, ale Grzesiek napisał SMS-a: "Przyjdź, jesteś potrzebny". Miał skosić trawę. Pracę u gospodarzy wziął, bo chciał dorobić na wakacje.
- W domu popsuła się pralka, powiedział do mamy: "Nie martw się, zarobię, kupię ci nową". Nie żyło im się lekko, miał siedmioro rodzeństwa - opowiada ciotka Andrzeja.
- Wystarczyło raz coś wytłumaczyć, kumał za pierwszym razem. Nie chodził na dyskoteki, w mordę też nikomu nigdy nie dał, to nie ten typ. Spokojny, ułożony. W kościele był ministrantem - mówi strażak Harendarz. W czwartek wyciągał wszystkich z szamba. Andrzeja szukał najdłużej. Domyślał się, że go znajdzie, bo na podwórzu stał jego skuter. Znalazł go na samym dnie. Nie poznał, wszyscy mieli woskowe twarze.
Andrzej miał na sobie wodery. Ciężkie gumowe spodnie pociągnęły go na sam dół. Wchodził do szamba pierwszy? Wątpliwe. Wiedział, że nie wolno. Mógł kosić w nich trawę, żeby nie pokaleczyć nóg, a może założył je szybko, gdy inni zaczęli się topić?
- Spodnie przed niczym nie chroniły. Wystarczyło zrobić dwa wdechy powietrza, żeby stracić przytomność. Umierali w kilka sekund - mówi Harendarz.
Czterech mężczyzn nie dawało rady
Ciała były ciężkie, wyciągali je w czwórkę. Niewiele pomógł rozstawiony trójnóg. - Bosakiem nie dałoby rady, a bez masek nie było sensu wchodzić. Można było zrobić opaskę z mokrej szmaty. Obwiązać usta, nos, ale przy takim stężeniu to na nic - mówi Szymoński. Wie, że Andrzej o tym nie myślał. Chciał pomóc. Jak zawsze. Ostatnio zaangażował się w budowę strażackiej remizy. Mieszkańcy budują ją sami, bo radni nie dali ani grosza na budowę. Zrzekli się ekwiwalentu wypłacanego za akcję, 6 zł za godzinę. Materiały wymodlili od firm budowlanych. - Andrzej w piątek miał nam pomagać wylewać strop - mówi Szymoński. Pochowa go ze strażackimi honorami. Trumnę zawiezie na cmentarz strażacki wóz.
Patryk
Przystojny, ciemnowłosy, w szkole podobał się dziewczynom. Za kilka dni miał odebrać dowód osobisty, na początku lipca wyprawiał osiemnastkę. U sąsiadki z rodzinnego Jabłonowa zamówił tort. - Chciał jechać do pracy do Niemiec albo Irlandii. Zarobić, potem zdobyć prawo jazdy. Ale wyszła praca w Karczówce. Miał się nauczyć murarki - mówią koledzy z podwórka. Patryk chodził to technikum elektrycznego w Zielonej Górze. Czasem spóźniał się na lekcje, bo codziennie dojeżdżał 40 km pekaesem. Nie chciał mieszkać w internacie. - Przez chwilę garnął się do straży. Matka jest strażakiem w OSP w Jabłonowie. Ale chyba wolał łowić ryby - mówią koledzy.
Krystiana, ostatnią ofiarę, poznał na rusztowaniu. Starszy kolega przyjechał ze Szprotawy. We wsiach nie wiedzą, kim był, jak wyglądał. Nie bywał tu.
Skoczył na ratunek, choć nikogo z nich nie znał.






