niedziela, 7 lutego 2016

ROSATI: Przejęcie władzy, a nie rozwój. Rząd rozda pieniądze, których nie ma


Dariusz Rosati
 
05.02.2016 01:00
A A A
Dariusz Rosati

Dariusz Rosati (Fot. Krzysztof Karolczyk / Agencja Gazeta)

Po trzech miesiącach od objęcia funkcji przez premier Beatę Szydło wyłania się powoli program gospodarczy nowego rządu. Nie jest to obraz napawający optymizmem.
Jego głównym elementem jest znaczący wzrost wydatków socjalnych mających realizować hojne obietnice złożone przez PiS w kampanii wyborczej. W sytuacji, gdy deficyt budżetowy na 2016 r. ma wynieść 54,7 mld zł, program skokowego powiększenia wydatków socjalnych oznacza po prostu rozdawanie pieniędzy, których nie ma. Ma się to dokonywać w warunkach wyraźnego zamykania się polskiej gospodarki na napływ kapitału zagranicznego i wzmacniania tendencji protekcjonistycznych. Do tego brak jakiejkolwiek długofalowej strategii pobudzania inwestycji i wzmacniania podstaw rozwojowych kraju.

O 60 mld zł większa dziura

Program socjalny rządu PiS jest szczególnie destrukcyjny dla stabilnościfinansów publicznych, ponieważ ma być finansowany z deficytu i powoduje dalszy wzrost udziału wydatków sztywnych w budżecie, redukując praktycznie do zera niewielką już zdolność do reagowania na niekorzystne zmiany koniunktury. Tylko trzy sztandarowe programy socjalne zapowiedziane w kampanii wyborczej i powtórzone w exposé premier Beaty Szydło (program 500+, podniesienie kwoty wolnej do 8000 zł i bezpłatne leki dla seniorów 75+) będą kosztować budżet - przy pełnej realizacji - ok. 50 mld zł rocznie. Do tego dochodzą koszty innych "dobrych zmian", takich jak obniżenie CIT dla MŚP, obniżenie VAT, ulga inwestycyjna, gabinety lekarskie w szkołach, cofnięcie sześciolatków do przedszkoli czy rekompensaty dla frankowiczów. Szczególnie szkodliwe, wręcz katastrofalne skutki będzie miało obniżenie wieku emerytalnego, które - według analiz Kancelarii Prezydenta - tylko w latach 2016-19 będzie kosztować ok. 40 mld zł. O ile w 2016 r. budżet państwa jest w stanie ten wzrost wydatków udźwignąć dzięki odsunięciu w czasie realizacji niektórych pomysłów i jednorazowym, nadzwyczajnym wpływom (sprzedaż licencji na częstotliwości LTE za blisko 9 mld zł i dodatkowa wpłata z zysku NBP - też ok. 9 mld zł), o tyle od 2017 r. dodatkowa dziura w budżecie wyniesie ponad 60 mld zł, czyli ponad 3 proc. PKB.

Politycy PiS przekonują, że wydatki te zostaną sfinansowane wpływami z podatków od banków i od sieci handlowych oraz poprawą ściągalności podatków. To pobożne życzenia. Podatki sektorowe zapewnią co najwyżej 7-9 mld dodatkowych dochodów i znaczną część tej kwoty zapłacimy my sami jako klienci banków, dostawcy do supermarketów i konsumenci. Tłumaczenie, że w innych krajach stosuje się podobne rozwiązania, jest bałamutne, bo w takich krajach jak Niemcy, Wielka Brytania czy Szwecja podatki bankowe obciążają zobowiązania banków, a nie ich aktywa. Podatki te nie hamują więc akcji kredytowej, natomiast skłaniają banki do wzmacniania własnej bazy kapitałowej. Co do podatku od sprzedaży detalicznej, warto pamiętać, że podatek taki na Węgrzech został w 2014 r. uznany przez Europejski Trybunał Sprawiedliwości za niezgodny z prawem europejskim. Obecnie cały handel obejmuje tam jedna stawka 0,1 proc. od obrotu.

Poprawa ściągalności jest jeszcze bardziej wątpliwa, bo unikanie opodatkowania i wyłudzanie zwrotów podatkowych jest plagą, z którą borykają się wszystkie państwa. Nie ma tu łatwych rozwiązań. Życzę rządowi sukcesów w tej dziedzinie, ale uważam, że zwiększenie wpływów podatkowych o 50-60 mld zł jest zupełnie nierealistyczne, a opieranie na tym programu kolosalnych wydatków socjalnych jest drogą do katastrofy finansowej państwa.

Rozdawnictwo albo wzrost

Program socjalny PiS jest także wyjątkowo szkodliwy dla wzrostu gospodarczego Polski. Nie jest tak, jak utrzymują niektórzy, że wzrost wydatków konsumpcyjnych finansowanych transferami spowoduje wzrost produkcji i przyspieszenie tempa wzrostu. Będzie dokładnie odwrotnie. Ponieważ wydatki socjalne budżetu są finansowane z deficytu, to zmniejszają one krajowe oszczędności, które mogłyby być przeznaczone na nowe inwestycje. Te pieniądze zostaną po prostu przejedzone. Nie stworzą nowych, lepiej płatnych miejsc pracy, nie pobudzą innowacyjności, nie zbudują podstaw rozwojowych kraju. Za tę nieodpowiedzialną politykę cenę zapłacimy wszyscy w postaci zwiększonego bezrobocia i niższych zarobków. Dotknie to zwłaszcza młode pokolenie Polaków, którzy dziś cieszą się perspektywą otrzymania 500 zł na dziecko.

Co gorsza, również alternatywne źródła finansowania inwestycji będą mniej dostępne. Kredyt krajowy będzie droższy i trudniejszy do uzyskania w sytuacji, kiedy banki będą obciążone podatkiem od aktywów finansowych oraz dodatkowo kosztami ratowania upadłych SKOK-ów i restrukturyzacji kredytów frankowych. Propozycja, jaką w tej ostatniej kwestii zgłosił niedawno prezydent Andrzej Duda, może kosztować banki od 40 do 60 mld zł, co oznacza praktycznie unicestwienie ich kapitałów własnych i załamanie polskiego sektora bankowego, dotychczas jednego z najbezpieczniejszych i najbardziej stabilnych w Europie (swoją drogą ciekawe, co na tę propozycję doradcy prezydenta wchodzący w skład Narodowej Rady Rozwoju). Ci, którzy uważają, że polskim bankom trzeba przykręcić śrubę, nie powinni zapominać, że banki te są jedynym źródłem kredytu dla gospodarki i że powierzyliśmy im nasze oszczędności. W przypadku kryzysu bankowego oszczędności te będą zagrożone.

Potrzebujemy zagranicy

Również uzupełnienie oszczędności krajowych napływem kapitału zagranicznego staje się coraz bardziej problematyczne pod rządami PiS. Warto przypomnieć, że firmy z kapitałem zagranicznym zatrudniają w Polsce ponad 1,5 mln pracowników i dzięki średniej wydajności pracy wyższej o blisko 50 proc. niż w firmach krajowych wytwarzają ok. jednej czwartej polskiego PKB. Przenoszą na polski grunt zaawansowane technologie, nowoczesne metody zarządzania i zapewniają dostęp do światowych łańcuchów dostaw. Bez tych firm mielibyśmy wyższe bezrobocie i wolniejsze tempo wzrostu. W świetle tych danych trudno zrozumieć niechęć i podejrzliwość wobec kapitału zagranicznego, jaka dominuje w środowisku PiS, i nie dotyczy to bynajmniej tylko banków i sieci sklepowych. Zasmucającym przykładem są poglądy wicepremiera i ministra rozwoju Mateusza Morawieckiego, który w jednej z wypowiedzi ubolewa, że Polska słono płaci za kapitał zagraniczny, ponieważ dochód z inwestycji zagranicznych transferowany za granicę wynosi 90 mld zł rocznie. Wicepremier zapomniał dodać, że ok. 30 proc. tych dochodów to zyski reinwestowane ponownie w Polsce, a to, co ostatecznie wypływa za granicę, stanowi niewiele ponad 3 proc. zainwestowanego kapitału (na koniec 2014 r. ogólny zasób inwestycji zagranicznych w Polsce sięgnął prawie 2 bln zł). Nie jest to wygórowana cena za korzystanie z oszczędności zagranicznych. Jako doświadczony bankowiec pan Morawiecki doskonale wie, że dostęp do kapitału kosztuje. W końcu kierowany przez niego bank pobierał za udzielone kredyty średnio ok. 6 proc. rocznie (dane za lata 2010-14).

Taka wypowiedź jest nie tylko nie na miejscu w ustach kogoś, kto jest wybitnym finansistą i sam przecież pracował wiele lat - zresztą z sukcesem - w banku BZ WBK, należącym do inwestora zagranicznego (obecnie Grupa Santander). Zdumiewa ona także dlatego, że pada z ust wicepremiera odpowiedzialnego za rozwój gospodarczy, który musi przecież zdawać sobie sprawę, że bez wykorzystania zagranicznych źródeł finansowania rozwój gospodarczy Polski musiałby być wolniejszy. Aby znacząco przyspieszyć wzrost gospodarczy, udział inwestycji w PKB musi wzrosnąć do 24-25 proc., tymczasem oszczędności krajowe w Polsce wynoszą jedynie 18-19 proc. PKB. Ja także jestem zwolennikiem budowy rodzimego kapitału, ale dopóki go nie mamy, musimy korzystać z oszczędności zagranicznych. Dalszy napływ kapitału z zagranicy jest więc konieczny. Strategia autarkii i rozwoju o własnych siłach, którą wydaje się lansować obecny rząd, byłaby powtórzeniem drogi rozwojowej Kuby i Korei Północnej.

Prawdziwe wydatki socjalne, a dla innowacji Rada

Ale nie tylko kapitał się liczy. Tempo wzrostu gospodarczego zależy także od zatrudnienia i postępu technicznego, będącego z kolei funkcją innowacyjności. Program PiS nie tylko ogranicza dostępne zasoby kapitału, ale obniża także aktywność zawodową ludności. Powrót do niższego wieku emerytalnego w połączeniu z cofnięciem sześciolatków do przedszkoli oznacza o 15-20 proc. mniej osób w wieku produkcyjnym w całości populacji. Poza drastycznym obniżeniem przyszłych emerytur i skokowym zwiększeniem dziury finansowej w ZUS oznacza to trwałe obniżenie potencjalnego tempa wzrostu gospodarczego o blisko 1 pkt proc. rocznie.

Nie ma co także liczyć na przyspieszenie postępu technicznego. Dalszy wzrost przy utrzymaniu dotychczasowej struktury gospodarczej, opartej głównie na wytwarzaniu i eksporcie standardowych, nisko i średnio zaawansowanych technologicznie produktów (motoryzacja, meble, AGD, chemikalia, żywność), będzie coraz wolniejszy ze względu na wyczerpywanie się przewagi konkurencyjnej w postaci niskich płac i rosnącą konkurencję ze strony krajów "wschodzących". Wyjściem z tej "pułapki średniego dochodu" jest wzrost innowacyjności gospodarki, wzrost udziału sektorów wykorzystujących nowoczesne technologie i wzrost udziału produktów o wysokiej dochodowej elastyczności popytu. Wymaga to jednak radykalnego zwiększenia nakładów na badania i rozwój, pobudzanie innowacji, edukację oraz na wsparcie finansowe dla nowych, innowacyjnych przedsiębiorstw. Tymczasem program gospodarczy PiS, skoncentrowany na wydatkach socjalnych, nie przewiduje żadnych konkretnych działań na rzecz przyspieszenia postępu technologicznego i wzrostu innowacyjności (bo trudno za takie uznać utworzenie Rady ds. Innowacyjności).

Wszystkie te zagrożenia stają się coraz bardziej widoczne także dla rynków finansowych. Obniżenie ratingu Polski przez agencję Standard & Poor's to jasny sygnał, że sprawy w Polsce idą w złym kierunku. W okresie od połowy października 2015 r. do końca stycznia 2016 r. wskaźnik WIG20 na warszawskiej giełdzie obniżył się o blisko 17 proc., co jest między innymi przejawem obaw o stabilność sektora bankowego i skutkiem "dobrej zmiany" w spółkach z udziałem skarbu państwa, gdzie sprawdzonych menedżerów zastępują polityczni nominaci. W tym samym czasie kurs złotego wobec euro i dolara osłabił się odpowiednio o 5 proc. i 10 proc., a rentowności 10-letnich obligacji skarbowych wzrosły o ponad 50 pkt bazowych, co oznacza wzrost rocznych kosztów obsługi długu łącznie o blisko 1,5 mld zł. W świetle tych danych wypowiedź ministra finansów Pawła Szałamachy, że polski złoty może pewnego dnia stać się światową walutą rezerwową na równi z dolarem i chińskim juanem, brzmi jak kiepski żart.

Exposé premier Szydło zawierało szereg trafnych obserwacji i rozsądnych propozycji. Obiecująco brzmiały zwłaszcza fragmenty o potrzebie zwiększenia inwestycji i przyspieszenia wzrostu. Ale po trzech miesiącach staje się jasne, że priorytetem rządu PiS jest raczej przejęcie całkowitej kontroli nad państwem, a nieodpowiedzialne zwiększanie wydatków socjalnych ma po prostu na celu uspokojenie opinii publicznej. O żadnym sensownym programie długofalowego rozwoju nie ma mowy. Trzeba jasno powiedzieć, że kontynuacja takiej polityki jest receptą na stagnację i trwałe zacofanie. Po prostu szkoda Polski.



Dariusz Rosati jest profesorem ekonomii i europosłem 

sobota, 16 stycznia 2016

Polowanie na wampira z Zagłębia


Józef Krzyk
 
19.04.2013 15:19
A A A
Zdzisław Marchwicki, szczupły i niewysoki, nie wyglądał na kogoś, kto byłby w stanie zadać tak silne ciosy jak te, od których zginęły ofiary ''wampira''. Podobno jednak założył się kiedyś z kolegami, że przejdzie z czterema ciężkimi workami cementu na plecach, i zakład wygrał. Prokurator wykorzystał tę opowieść podczas procesu.

Zdzisław Marchwicki, szczupły i niewysoki, nie wyglądał na kogoś, kto byłby w stanie zadać tak silne ciosy jak te, od których zginęły ofiary ''wampira''. Podobno jednak założył się kiedyś z kolegami, że przejdzie z czterema ciężkimi workami cementu na plecach, i zakład... (Fot. Kazimierze Seko/PAP)

Trwający ponad siedem lat pościg za seryjnym zabójcą grasującym na Śląsku i w Zagłębiu był jednym z największych dochodzeń kryminalnych w PRL. Z profilu psychologicznego wynikało, że "wampir z Zagłębia" to ktoś bardzo sprytny i nieprzeciętnie inteligentny. Człowiek, który został w końcu złapany, oskarżony i stracony, zupełnie nie pasował do tego opisu
Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu prenumeraty cyfrowej
Między listopadem 1964 r. a marcem 1970 r. "wampir", jak nazwała go ulica, zamordował 14 kobiet, a sześć innych ciężko zranił. Ciała ofiar znajdowano wSosnowcu, Będzinie, Czeladzi, Katowicach i Siemianowicach Śląskich.

Zabójca nie gwałci

Pierwszą ofiarą była sprzątaczka z jednego z katowickich zakładów. W sobotni wieczór 7 listopada 1964 r. wysiadła z pociągu w Dąbrówce Małej, kiedyś wsi, dziś północnej dzielnicy Katowic oddzielonej od Sosnowca rzeczką Brynicą.

- Spieszę się do męża, on już tam na mnie czeka - rzuciła na pożegnanie do koleżanek i poszła na skróty przez nasyp. Następnego ranka jej ciało znaleźli kolejarze.

Zginęła od siedmiu ciosów zadanych twardym przedmiotem w tył głowy. Morderca zaskoczył ją, gdy przechodziła przez tory (tam znaleziono ślady krwi), i wlókł po ziemi około 20 metrów. Pies tropiący doprowadził milicjantów do pobliskiego domu, okazało się, że 58-letnia kobieta zginęła kilka minut drogi od swojego mieszkania.

Zwłoki były obnażone od pasa w dół, ciało leżało z rozłożonymi nogami ugiętymi w kolanach, ale po oględzinach milicja uznała, że nie doszło do stosunku. Śledczy nie znaleźli też nic, co by mogło być przydatne w wytropieniu zabójcy.

Dziwnie natomiast zachowywał się mąż zamordowanej, który wiadomość o śmierci żony przyjął dosyć obojętnie. Przeciw niemu świadczyły też słowa żony rzucone koleżankom przy pożegnaniu. Śledczy zinterpretowali je tak: wybrała drogę przez nasyp, bo wiedziała, że mąż na nią czeka właśnie tam, a nie w domu.

Przesiedział w areszcie prawie pięć miesięcy, ale milicja uznała w końcu, że tak drobny mężczyzna nie zdołałby uderzyć z taką siłą ani wlec ofiary 20 metrów. 17 marca 1965 r., a więc gdy siedział w areszcie, w Będzinie, kilka kilometrów od Dąbrówki Małej, doszło do podobnego zabójstwa.

W pobliżu stacji kolejowej znaleziono zwłoki 34-letniej kobiety. Tak jak pierwsza ofiara zginęła po zmroku od ciosów ciężkim przedmiotem, ktoś zawlókł ją w krzaki i tam częściowo rozebrał. Śladów gwałtu nie było.

Rozmowa z psychiatrą Michaelem Stonem: ''Coraz więcej sfrustrowanych seksualnie mężczyzn siedzi w domu i kompensuje utraconą władzę brutalnym traktowaniem kobiet''



Rysopis pasujący do każdego

Śledczy zaczęli podejrzewać, że chodzi o seryjnego mordercę, dopiero dwa miesiące później. 14 maja 1965 r. w Grodźcu (wtedy samodzielnej gminie, dziś dzielnicy Będzina) w ten sam sposób co dwie poprzednie kobiety zaatakowana została 17-latka. Mimo ośmiu uderzeń w głowę przeżyła, bo mordercę zapewne spłoszyli przechodnie. I znów milicjanci nie znaleźli żadnego śladu.

Latem 1965 r. zabójca zaatakował kilka razy w ciągu miesiąca. Najpierw 22 lipca, w dniu święta PRL. W parku na Środuli w Sosnowcu do zmroku bawiło się wielu młodych, ale nikt z nich ani nie widział, ani nie słyszał, jak ktoś zamordował 45-letnią tramwajarkę. Jej ciało znalazł młody chłopak i przerażony zamiast po milicję pobiegł do domu. Matka natychmiast odesłała go do komisariatu i pół godziny później zdenerwowany świadek opowiedział milicjantom, że chyba otarł się o zabójcę, ale było zbyt ciemno, żeby mógł rozpoznać jego twarz. Gdy radiowóz przyjechał na miejsce, park był już pusty.

Cztery dni później w Łagiszy (dziś to dzielnica Będzina) "wampir" zaatakował po raz kolejny. Ale tym razem nie na odludziu, lecz w pobliżu przystanku, obok którego ciągle ktoś przechodził. Ciosy znów zadał ciężkim przedmiotem, ale zaatakowana doszła do siebie w szpitalu.

Szczęście miała też następna kobieta, napadnięta 4 sierpnia 1965 r. również w Łagiszy. W mglisty poranek napastnik uderzył ją w głowę w zagajniku nieopodal stacji, gdy spieszyła się na pociąg. Zbyt lekko, by zabić.

Zeznania obu tych kobiet niewiele dały - na ich podstawie nie można było określić nawet przybliżonego wieku napastnika. A podawane przez nie rysopisy mogły pasować do każdego.

Do końca roku "wampir" zabił kolejne dwie kobiety w Będzinie i dwie w sąsiedniej Czeladzi. Znów nie zostawił śladu.

Dziesiątą ofiarę, na którą napadł 12 grudnia 1965 r. w ponurym parku nad Brynicą w Czeladzi, uderzył, zawlókł w krzaki i zostawił otuloną w płaszcz. Gdy ją znaleziono, jeszcze żyła, ale obrażenia czaszki były rozległe - umarła trzy dni później, nie odzyskawszy przytomności.

Grupa "Anna"

Władze długo ukrywały informacje o zabójstwach, ale wieści rozchodziły się pocztą pantoflową, wywołując rosnącą panikę. Mężowie odprowadzali żony do pracy i czekali na nie na przystankach, gdy wracały. Pracownicom, które na taką ochronę nie mogły liczyć, zakłady pracy organizowały przewozy autobusowe - spod bramy fabrycznej aż na próg domu. Mówiło się, że "wampir" zabija, by w makabryczny sposób uczcić obchodzone w 1966 r. Millennium Polski - jedna kobieta na każdy rok tysiąclecia.


Ktoś w końcu doszedł do wniosku, że blokada informacji nie ma sensu, i w lokalnej gazecie oraz na słupach pojawiły się apele o ostrożność i ewentualne informacje o mordercy. W komendzie wojewódzkiej milicji powołano specjalny sztab do poszukiwań zabójcy. Początkowo kilkuosobowy, ale wkrótce rozrósł się do liczącej 3 tys. funkcjonariuszy grupy operacyjnej.

Grupa nosiła kryptonim "Anna", od imienia pierwszej ofiary, a jej szefem został podpułkownik Jerzy Gruba z Katowic. Do pomocy oddelegowano z Warszawy pułkownika Józefa Muniaka, naczelnika wydziału zabójstw Komendy Głównej. "Anna" miała do dyspozycji psy tropiące, najlepszy sprzęt i aż 400 aut.

Milicjanci skompletowali 100 tys. akt osobowych, a w kartotece - podstawowe informacje dotyczące 270 tys. osób z całej Polski. Podejrzani byli grzybiarze - bo chodzą po lasach, i motocykliści - bo sądzono, że "wampir" mógł jeździć na motorze, by łatwiej wymknąć się obławie. Skontrolowane zostały zakłady jubilerskie i zegarmistrzowskie, bo jednej z ofiar "wampir" ukradł zegarek, drugiej kolczyk, a jeszcze innej obrączkę.

Na ulice w charakterze przynęty wyszli milicjanci w kobiecych ubraniach, ale ponieważ było widać, że to przebierańcy, po pewnym czasie zastąpiły ich milicjantki znające dżudo i noszące pod chustkami chroniące głowy kaski. Jednak "wampir" nie zaatakował żadnej z nich.

Natomiast 19 lutego 1966 r. w Grodkowie niedaleko Będzina napadł na 45-letnią kobietę, którą uratowało tylko to, że po pierwszym ciosie nie straciła przytomności. Na jej krzyk okoliczne psy podniosły alarm, a z domów wybiegli ludzie, którzy - zanim jeszcze przyjechała milicja - zorganizowali obławę.

Idący tyralierą ludzie przeczesywali pole metr po metrze, kierując się w stronę wskazaną przez zaatakowaną kobietę. Mordercy pomógł przypadek - w wiejskim domu kultury trwała zabawa, gdy dotarł tam pościg. Tłum podchmielonych mężczyzn wylał się na zewnątrz, a "wampir" najpewniej wmieszał się między imprezowiczów, a potem zdołał się ulotnić.

Jest opanowany, inteligentny i chytry

Wiosną morderca zabił - znów w Łagiszy - ledwie kilometr od miejsca, w którym dwukrotnie atakował poprzedniego lata. Martwą ofiarę wlókł aż 82 metry. Zaatakował rankiem i na uczęszczanej ścieżce. Robił wrażenie, jakby coraz mniej przejmował się tym, że ktoś go zobaczy lub usłyszy.

W Komendzie Głównej milicyjni psycholodzy sporządzają portret psychologiczny: "Nie działa na oślep, starannie rozpoznaje teren. Jest opanowany, inteligentny i chytry, a do tego sprzyja mu szczęście".

Jakby na potwierdzenie tej opinii "wampir" atakuje w coraz wymyślniejszy sposób - 15 czerwca 1966 r. dwukrotnie. O godzinie 21 zamordował kobietę w pobliżu osiedla Zagórze w Sosnowcu. Ktoś powie potem milicji, że widział (a może tylko tak mu się zdawało) biegnącego dwudziestoparolatka, szczupłego i mocno zbudowanego. Ale w czasie, gdy świadek jest przesłuchiwany, kilka kilometrów dalej, w Będzinie, morderca napada na kolejną kobietę. Na szczęście wysoki kok ofiary amortyzuje cios - została tylko ogłuszona.

Sprawa wagi państwowej


Cztery miesiące później w parku nad Przemszą "wampir" zamordował 18-letnią uczennicę, a jej ciało wrzucił do wody. Ofiarą okazała się Jolanta Gierek, bratanica Edwarda Gierka, wówczas I sekretarza Komitetu Wojewódzkiego PZPR w Katowicach.

Od tej chwili złapanie mordercy staje się sprawą wagi państwowej. Za pomoc w jego ujęciu milicja obiecuje 1 mln zł nagrody. I nie waha się skorzystać z doświadczeń specjalisty zza żelaznej kurtyny.

Opinię o wampirze śledczy zamówili u Jamesa Brussela, amerykańskiego psychiatry, specjalisty od tworzenia profili osobowościowych seryjnych morderców. Po analizie czynów "wampira z Zagłębia" Brussel orzekł, że to schizofrenik paranoidalny.

Jest precyzyjny, ostrożny, planuje starannie działania. Schludny, lubi porządek, jest czysty. Trzyma się z dala od ludzi. Jego jedynym sposobem osiągania satysfakcji seksualnej jest masturbacja lub - symbolicznie, jak w postępowaniu z ofiarami - kombinacja fetyszyzmu z zemstą na matce i całym rodzaju żeńskim. 

Kuszeni milionową nagrodą ludzie piszą donosy - na sąsiadów, kolegów z pracy i krewnych. Milicja sprawdza każdy sygnał, ale żaden nie jest pomocny. Natomiast ze skąpych opisów "wampira" przekazanych przez kobiety, które przeżyły atak, udaje się w końcu wyłowić parę szczegółów: mordercą jest szczupły, ciemny blondyn z haczykowato złamanym nosem, mający poniżej 170 cm wzrostu.

Ofiara z uniwersytetu

Do października 1968 r. od uderzenia w potylicę giną kolejne trzy kobiety - w Grodźcu, Wojkowicach i Cieślach-Maczkach na obrzeżach Sosnowca. Potem nastąpił jeszcze jeden nieudany atak na 34-letnią kobietę w Katowicach, a 4 marca 1970 r., tuż za ogrodzeniem katowickiego ośrodka TVP, zginęła 45-letnia pracownica naukowa Uniwersytetu Śląskiego.

Przez kilka dni milicja uważała, że złapała "wampira". Zatrzymany mężczyzna wyglądem pasował do rysopisu, ale szybko okazało się, że ma mocne alibi: nie mógł mieć nic wspólnego z zabójstwami z 1965 r., bo rok ten spędził w szpitalu w gipsowym pancerzu nałożonym po wypadku samochodowym.

Nareszcieście wampira ujęli


W czerwcu 1970 r. pułkownik Gruba postanawia sporządzić jeszcze jeden portret psychologiczny. Z dotychczasowych analiz jego zespół wyciąga aż 485 cech mogących pasować do mordercy. Wzrost, wiek, włosy i wzrok, sprawność fizyczna, siła - wszystko może się liczyć. Biorą pod uwagę opinię z miejsc pracy i to, jak komuś układa się życie małżeńskie. Na koniec sprawdzają, które z tych cech pasują do mężczyzn mających założoną kartotekę.

Najwięcej pasowało do Zdzisława Marchwickiego z Dąbrowy Górniczej - konwojenta pracującego w kopalni Siemianowice. Gdy 6 stycznia 1972 r. dwie milicyjne wołgi przyjechały po niego do domu, miał przywitać Grubę słowami: "Nareszcieście wampira ujęli". W śledztwie przyznał się do zabójstw, a w spisanym w celi pamiętniku opisał je z detalami.

Wątpliwości i dowody

Tyle tylko że o aresztowaniu Marchwickiego wcale nie zdecydowała zgodność jego cech z portretem psychologicznym (wspólnych doszukano się zaledwie 56), lecz donos żony. Maria Marchwicka skarżyła się, że mąż ją bije, i mówiła, że jest pewna, że to on jest "wampirem". Ale przy ważącej 120 kg kobiecie Marchwicki wyglądał jak piórko.

Co więcej, po zabójstwie w marcu 1970 r. milicja otrzymała list od Piotra Olszowego, rzemieślnika z Sosnowca. Napisał w nim, że to on jest "wampirem", i obiecywał, że więcej już nikogo nie zabije. Sygnał został zbagatelizowany, bo Olszowy wprawdzie był notowany za znęcanie się nad rodziną, ale milicja miała go za schizofrenika. Czy rzeczywiście był "wampirem", nie sposób ustalić, bo kilka dni po wysłaniu listu zabił swoją rodzinę, a potem oblał się benzyną i podpalił.

W winę Marchwickiego nie wierzyła część oficerów z grupy "Anna", a także prokurator Leszek Polański, który z tego powodu zrezygnował z udziału w procesie. Marchwicki nie pasował do portretu psychologicznego i rysopisu - w chwili pierwszego zabójstwa miał 37 lat i był starszy niż człowiek, którego opisywały zaatakowane kobiety.

Przede wszystkim jednak, patrząc na jego zachowanie, sposób wypowiadania się, śledczy nie mogli uwierzyć, że ten nieokrzesany mężczyzna po sześciu klasach podstawówki przez tyle lat mógł wodzić za nos całą milicję.

Największą słabością śledztwa był brak dowodów - w miejscu zbrodni nie znaleziono żadnych śladów, które można by wiązać z Marchwickim.

Dla sceptyków niewiarygodny był jego napisany w celi pamiętnik. Owszem, zawierał fakty, których nie mogła znać osoba postronna, ale znali je śledczy. I to oni mogli podyktować Marchwickiemu, co ma pisać, żeby uniknąć kary śmierci.

Trudno taką wersję wykluczyć, tym bardziej że Marchwicki nawet na sali sądowej nie powiedział nic, co by można przyjąć jako jednoznaczne przyznanie się do winy. Gdy ostatniego dnia rozprawy sędzia zapytał go, czy ma jeszcze coś do powiedzenia, sprawiał wrażenie pogodzonego z losem.

- Ja nie chcę już po prostu zeznawać, bo nie mam nic do powiedzenia. Wiele zawiniłem, to na pewno, że tak postąpiłem, tego żałuję. No, ale dzisiaj to już za późno.

- No to ostatnie pytanie: oskarżony się przyznaje czy nie?

- No cóż, Najwyższy Sądzie, cóż to jest za różnica?

- Czy oskarżony jest mordercą?

- No, z tego, co słyszałem, co się dowiedziałem, no to chyba tak.

Rodzina na ławie oskarżonych


Proces odbywał się w Klubie Fabrycznym Zakładów Cynkowych "Silesia" w Katowicach, gdzie mogło się zmieścić ponad 800 osób. Chętnych było tylu, że wprowadzono wejściówki. Oprócz Marchwickiego sądzeni byli jeszcze jego dwaj bracia, siostra, u której znaleziono należące do ofiar zegarek, kolczyk i obrączkę (według sceptyków mogła je podrzucić milicja), oraz siostrzeniec. Ten ostatni miał wiedzieć, kto jest zabójcą, ale nie zawiadomił milicji.

Kluczowe dla procesu okazało się to, że Jan Marchwicki, młodszy o dwa lata brat Zdzisława, znał ostatnią ofiarę. Jan był kierownikiem dziekanatu Wydziału Prawa i Administracji na Uniwersytecie Śląskim, gdzie pracowała naukowo zamordowana w marcu 1970 r. kobieta.

I miał motyw, by się jej pozbyć - Jan Marchwicki był bowiem łapówkarzem, który brał pieniądze od niektórych kandydatów na studia. Gdy źle im poszedł egzamin pisemny, podmieniał ich prace na dobre. A gdy oblewali egzamin ustny, dbał, by ich odwołania zostały pozytywnie rozpatrzone.

Kobieta miała wiedzieć o tych oszustwach, a także o tym, że Jan Marchwicki jest homoseksualistą. Zdaniem prokuratora Marchwicki bał się, że go wyda, i dlatego namówił brata do jej zabicia. I żeby dobrze przygotować morderstwo, razem z najmłodszym z braci Henrykiem obserwował, którędy wraca z pracy do domu.

Zdzisław i Jan, który nie przyznał się do winy, zostali skazani na śmierć. Henryk dostał 25 lat więzienia, a pozostali członkowie rodziny po cztery lata. Za zacieranie śladów 12 lat za kratami miał spędzić życiowy partner Jana Marchwickiego.


Ponieważ Rada Państwa nie skorzystała z prawa łaski, 29 kwietnia 1977 r. w garażu milicyjnym w Katowicach powieszono Zdzisława, a godzinę później Jana. Rodzina nigdy się nie dowiedziała, gdzie ich pochowano.

Trzeci z braci wyszedł na wolność w 1992 r. Starał się oczyścić siebie i bliskich z - jego zdaniem nieprawdziwych - zarzutów. Podjął nawet głodówkę i domagał się rewizji wyroku. Pewnego dnia spadł jednak ze schodów i się zabił. Policja nie znalazła śladów wskazujących na to, że ktoś przyczynił się do jego śmierci.

Pułkownik Gruba awansował na generała i został dowódcą Komendy Wojewódzkiej w Katowicach. Dziś bardziej pamiętany jest nie jako pogromca "wampira", ale jako ten, któremu podlegał pluton zomowców pacyfikujących kopalnię Wujek w grudniu 1981 r.

RPO nie wnosi o kasację

W 2002 r. jeden z potomków Zdzisława Marchwickiego zwrócił się do rzecznika praw obywatelskich, by raz jeszcze zbadał sprawę. Pracownicy biura RPO przejrzeli 180 tomów akt procesu, ale nie znaleźli podstaw do wniosku o kasację wyroku.

Autorzy filmów i książek poświęconych "wampirowi z Zagłębia" od lat dzielą się na przekonanych o tym, że doszło do pomyłki sądowej, oraz pewnych tego, że zbrodnia została udowodniona ponad wszelką wątpliwość.

Pierwsi uważają, że poszlaki przeciw Marchwickiemu były mało wiarygodne, wątłe dowody milicjanci mogli sfabrykować, a jego przyznanie się do winy zostało wymuszone przez śledczych - działając pod presją władz, dążyli do sukcesu za wszelką cenę, a zagubiony i prymitywny Marchwicki znakomicie nadawał się na winnego.

Drudzy za koronny dowód jego winy uznają życie rodzinne - żona raz po raz zostawiała go dla innego, ale potem wracała. A "wampir" mordował wyłącznie w okresach, gdy Marchwicki mieszkał sam porzucony przez żonę. A więc zabijał, bo mścił się za zdrady małżeńskie.

OBROŃCA Z URZĘDU: NIEWINNY

Bolesław Andrysiak, jeden z trzech obrońców z urzędu wyznaczonych przez sąd do obrony Marchwickiego, nie wierzy w jego winę. 

W rozmowie, którą kilka dni temu z nim przeprowadziłem, podkreślał, że zarówno akt oskarżenia miał wiele luk i słabości, jak i postępowanie sądu momentami budziło jego wątpliwości.

Ostatnia ofiara "wampira" miała być rzekomo śledzona przez braci Marchwickich od bramy Wydziału Prawa Uniwersytetu Śląskiego. Ale, jak przypomina mecenas Andrysiak, podczas procesu okazało się, że w feralnym dniu tej kobiety w tym miejscu nie było. Sąd jednak nie wziął tego faktu pod uwagę.

Podobnie zresztą potraktował zeznania kobiety, która przeżyła atak "wampira" i nie rozpoznała w nim Marchwickiego.

Mecenas Andrysiak pamięta kobietę, pracownicę Uniwersytetu Śląskiego, która przyszła do niego, by mu opowiedzieć, że milicja wymusza na niej złożenie zeznań. Miała powiedzieć, że była świadkiem konfliktu między Janem Marchwickim a ostatnią ofiarą "wampira", a gdy odmówiła złożenia takich zeznań, została wrobiona w sprawę o nielegalny handel dolarami.

Winy Marchwickiego nie dowodzą przedmioty znalezione u siostry Marchwickich (mogły zostać podrzucone). Również pamiętnik pisany przez Zdzisława Marchwickiego w areszcie nie jest przekonującym dowodem, ponieważ skazany nie posługiwał się na dzień słownictwem, jakie zostało użyte w tekście.

Adwokat kwestionuje argument, że po aresztowaniu Marchwickiego ustały zabójstwa kobiet. Marchwicki został zatrzymany prawie dwa lata po ostatnim zabójstwie, a seryjnym mordercom tak długie przerwy się nie zdarzają.

Przyznanie się do winy zostało na Marchwickim wymuszone. - Był już bardzo zmęczony fizycznie i psychicznie, więc za którymś razem powiedział to, co śledczy chcieli od niego usłyszeć. Andrysiak zapamiętał, jak Marchwicki mówił w sądzie: "Przestańcie mnie już męczyć, jeśli chcecie, zabiłem 20 albo i 30 kobiet".

Kto w takim razie, jeśli nie Marchwicki, był "wampirem"? Najwięcej dowodów wskazuje na Piotra Olszowego, rzemieślnika, który przyznał się do zabójstw kobiet w liście do milicji, a zaraz potem popełnił samobójstwo. - Jednak martwy "wampir" nie odpowiadał milicji. Żeby pochwalić się sukcesem, musieli złapać żywego - uważa Andrysiak. 

wtorek, 12 stycznia 2016

"Rzeczpospolita": Trybunał Konstytucyjny pęka od środka


Wśród sędziów Trybunału Konstytucyjnego narasta spór – pisze "Rzeczpospolita" w artykule zatytułowanym "Trybunał pęka od środka". Ma to być skutek działań prezesa Andrzeja Rzeplińskiego dot. zmian w Trybunale wprowadzanych przez PiS.

Udostępnij
3
Skomentuj
Foto: Adam Stępień / Agencja GazetaProf. Andrzej Rzepliński

Jak pisze Andrzej Stankiewicz, konflikt ma wymiar prawny. Wczoraj Trybunał Konstytucyjny umorzył postępowanie ws. uchwał Sejmu: o unieważnieniu wyboru w październiku 2015 r. przez poprzedni Sejm 5 sędziów TK oraz o powołaniu w grudniu 5 nowych w ich miejsce.

Zdania odrębne złożyli sędziowie Andrzej Rzepliński, Andrzej Wróbel i Marek Zubik. Problem polega jednak na tym, że niektórzy sędziowie powątpiewają, czy Rzepliński w ogóle powinien poddać pod obrady Trybunału serię uchwał przeprowadzonych przez PiS w Sejmie.

Andrzej Duda nie zamawiał ekspertyz ws. TK. Ale jedna trafiła do Pałacu - prywatna

    Dlaczego? "Trybunał nie ma wprost prawnych możliwości zajmowania się uchwałami Sejmu. Badanie uchwał dotyczących indywidualnych decyzji nie jest zapisane ani w konstytucji, ani w ustawie o TK" – czytamy w "Rzeczpospolitej".

    Trybunał Konstytucyjny umorzył sprawę 10 uchwał Sejmu ws. sędziów TK

    W piątek TK informował, że odwołał zapowiedzianą na 12 stycznia rozprawę w sprawie tych 10 uchwał Sejmu. Wczoraj TK ujawnił zaś, że jeszcze w czwartek, 7 stycznia, na niejawnym posiedzeniu pełny skład 10 sędziów TK umorzył sprawę tych uchwał.

    Postanowienie o umorzeniu postępowania zapadło na podstawie ustawy o TK z 25 czerwca 2015 r. (a nie jej grudniowej nowelizacji autorstwa PiS, którą TK ma wkrótce zbadać). W podjęciu tego postanowienia nie uczestniczył żaden z pięciu nowych sędziów TK, wybranych przez Sejm w grudniu 2015 r.

    4 grudnia 2015 r. grupa posłów PO (do których potem przyłączył się RPO Adam Bodnar) zaskarżyła uchwały Sejmu z 25 listopada stwierdzające "brak mocy prawnej" wyboru 8 października przez Sejm poprzedniej kadencji 5 sędziów TK (Romana Hausera, Andrzeja Jakubeckiego, Krzysztofa Ślebzaka, Bronisława Sitka i Andrzeja Sokali) oraz uchwały Sejmu z 2 grudnia o wyborze 5 nowych osób w ich miejsce (Henryka Ciocha, Lecha Morawskiego, Mariusza Muszyńskiego, Julii Przyłębskiej, Piotra Pszczółkowskiego).

    REKLAMA

    Prokurator generalny i Sejm wnieśli o umorzenie sprawy. Sejm, prezydent Andrzej Duda oraz PiS podkreślali, że TK nie może badać uchwał Sejmu, bo dotyczą one indywidualnego wyboru sędziów, a TK "nie jest sądem faktów, ale prawa". PO i część prawników uważała, że TK ma prawo badać te uchwały, bo mają treść normatywną.

    Oceniając w uzasadnieniu postanowienia z 7 stycznia uchwały o braku mocy prawnej wyboru 5 sędziów przez poprzedni Sejm, TK ustalił, że nie mogą być one uznane za akty normatywne. "Uchwały te należało zaliczyć do kategorii uchwał nieprawotwórczych oraz zakwalifikować je jako prawnie niewiążące" - uznał TK. W konsekwencji Trybunał ocenił, że postępowanie w tym zakresie podlegało umorzeniu ze względu na niedopuszczalność wydania orzeczenia.

    Z kolei uchwały o ponownym wyborze 5 sędziów TK zaliczył do "kategorii uchwał nieprawotwórczych, przez które Sejm miałby realizować funkcję kreacyjną w odniesieniu do organów władzy publicznej", wobec czego nie mogą one zostać uznane za akty normatywne. TK stwierdził, że również w tym zakresie postępowanie podlegało umorzeniu ze względu na niedopuszczalność wydania orzeczenia.

    Analizując dokumenty związane z wyborem sędziów z 8 października, TK "nie stwierdził jednak, by w jego toku uchybiono wymogom określonym w obowiązujących przepisach prawa". "Za uznaniem dokonanego wówczas wyboru za nieważny w znaczeniu nieistniejący nie przemawiają w szczególności podnoszone w debacie publicznej argumenty dotyczące zgłoszenia kandydatów przez rzekomo nieuprawnione podmioty czy też rzekomej konieczności uwzględnienia zasady dyskontynuacji prac parlamentu, które to argumenty należy uznać za całkowicie nietrafne" - napisano. "Wyjątkowo znamienna wydaje się tu okoliczność, że uzasadnienia do poszczególnych projektów uchwał o braku mocy prawnej nie zawierają wskazania, jakie konkretnie wady miałyby decydować o niedojściu do skutku wyboru dokonanego 8 października 2015 r., wzmiankując jedynie nieokreślone nieprawidłowości związane z naruszeniem procedury" - dodano w uzasadnieniu.

    Jednocześnie w uzasadnieniu TK napisał, że "Trybunał Konstytucyjny - w duchu odpowiedzialności za zachowanie ładu konstytucyjnego w państwie, respektując wyrażoną w preambule do Konstytucji zasadę współdziałania władz i chroniąc zasadnicze wartości konstytucyjne - podjął próby współpracy z władzą ustawodawczą i wykonawczą, w szczególności z prezydentem, stając się stroną dialogu w staraniach o konstytucyjne rozwiązanie spornych zagadnień i dążąc do jak najszybszego przezwyciężenia kontrowersji godzących w samą istotę demokratycznego państwa prawnego".

    "Będąc organem trzeciej władzy - równorzędnej, odrębnej i niezależnej od innych władz - (TK) podjął również niezwłocznie wszelkie działania mające na celu zapewnienie mu możliwości realizacji nałożonych na niego, jako gwaranta konstytucyjności obowiązującego w Polsce prawa, obowiązków. "Nie przyniosło to jak dotąd pożądanych efektów; wręcz przeciwnie, można odnieść wrażenie, że doszło do eskalacji działań zmierzających do ograniczenia możliwości wykonywania przez Trybunał funkcji powierzonych mu przez ustrojodawcę" - głosi uzasadnienie. Dodano w nim, że jakkolwiek z zasady TK "powstrzymuje się od formułowania w swoich orzeczeniach tego rodzaju ogólnych uwag, to obecną reakcję wymusiły na nim okoliczności, w jakich znalazł się wskutek działań podjętych przez dwie pozostałe władze: parlament oraz prezydenta".

    Zdania odrębne sędziów

    Sędziowie Rzepliński, Wróbel i Zubik w zdaniach odrębnych uznali, że TK mógł zbadać sprawę uchwał.

    W zdaniu odrębnym prezes TK prof. Andrzej Rzepliński napisał, że uchwały Sejmu "noszą w sobie istotny element nowości normatywnej". Według niego "przejawia się to w uchyleniu mandatów wybranych sędziów, a w konsekwencji ustaleniu nowego, nieznanego konstytucji i ustawie o TK trybu wygaśnięcia kadencji sędziego oraz przewartościowaniu roli pełnionej w procesie wyboru sędziów przez prezydenta RP w przypadku uchwał z 25 listopada". W przypadku uchwał z 2 grudnia za przejaw tej normatywności uznał wybór 5 sędziów "na niewakujące urzędy, a w konsekwencji powiększenie składu TK ponad konstytucyjną liczbę 15 sędziów konstytucyjnych".

    "Biorąc to pod uwagę, skoro uchwałami Sejm przyznał sobie oraz prezydentowi nowe kompetencje, nieprzewidziane w konstytucji i ustawie o TK, a na inne podmioty nałożył obowiązek poszanowania określonego, ustalonego stanu prawnego – to w tym obszarze miały one charakter przepisów prawa, wydawanych przez centralne organy państwa, a więc podlegają kognicji Trybunału Konstytucyjnego, który ma kompetencje do kontroli ich zgodności z konstytucją" - dodał prezes TK. Podkreślił, że nie przesądza "ostatecznego orzeczenia, jakie TK podjąłby po publicznej rozprawie". Według prezesa TK, cała sprawa ta powinna być rozstrzygnięta na rozprawie, a nie na niejawnym posiedzeniu.

    Sędzia Zubik w zdaniu odrębnym wskazał, że w tej sprawie TK "po raz pierwszy w swojej historii stanął wobec problemu oceny uchwał Sejmu, które jednoznacznie wkraczają w sferę regulacji stanowiącej materię konstytucyjną, domagającą się regulowania danych stosunków społecznych w formie aktu normatywnego". "Wymaga to dostosowania wypowiedzi Trybunału do specyfiki ocenianej sytuacji. Proste odwołanie się do wcześniejszego dorobku orzeczniczego dotyczącego uchwał prawotwórczych Sejmu do uchwał o innym charakterze, musiało rodzić pytanie o przydatność tego dorobku do rozstrzygnięcia sprawy zawisłej obecnie przed Trybunałem. W mojej ocenie, sprawa ta ma charakter precedensowy" – ocenił Zubik.

    Dlatego, jego zdaniem, kontroli Trybunału muszą podlegać również te uchwały Sejmu, które "wkraczają w sfery, dla jakich konstytucja domaga się wydania aktu normatywnego". "Odmienna interpretacja oznacza akceptację praktyki omijania norm konstytucyjnych określających formy podejmowania czynności władczych przez organy państwa" – pokreślił.

    Sędzia Wróbel w zdaniu odrębnym napisał tylko, że podziela argumentację sędziego Zubika.

    Zamieszanie ws. orzeczenie TK z 3 grudnia

    3 grudnia TK orzekł, że niekonstytucyjny jest przepis ustawy o TK z czerwca 2015 r. w zakresie, w jakim był podstawą wyboru 8 października dwóch sędziów w miejsce tych, których kadencja mijała w grudniu. Wybór pozostałej trójki - w miejsce sędziów, których kadencja minęła na początku listopada - był według TK konstytucyjny. Ponadto TK uznał, że niezgodny z konstytucją jest przepis ustawy ws. zaprzysięgania sędziów TK przez prezydenta RP rozumiany inaczej niż jako zobowiązujący go do niezwłocznego zaprzysiężenia sędziów.

    PO i część prawników mówiła po tym wyroku, że prezydent musi zaprzysiąc trzech "październikowych" sędziów (czego prezydent dotychczas nie uczynił). Rzepliński zapowiedział zaś, że nie będzie wyznaczał do orzekania wybranych 2 grudnia pięciu sędziów - dopóki nie wyjaśni się sprawa zaprzysiężenia trzech sędziów wybranych w październiku.

    Wiceszef MSWiA Jacek Sasin zapowiadał, że kancelaria premiera nie opublikuje orzeczenia TK podjętego w składzie 10 sędziów. "To będzie towarzyskie spotkanie sędziów Trybunału w składzie, który uniemożliwia im podejmowanie wiążących rozstrzygnięć co do konstytucyjności aktów prawnych. Do wiążącej decyzji potrzeba 13 sędziów, więc 10 sędziów nie będzie miało możliwości orzekania" - mówił Sasin w Radiu Zet.

    28 grudnia 2015 r. weszła bowiem w życie nowelizacja ustawy o Trybunale autorstwa PiS. Stanowi ona m.in., że TK co do zasady orzeka w pełnym składzie liczącym co najmniej 13 spośród 15 sędziów TK (wcześniej pełny skład to co najmniej 9 sędziów). Orzeczenia pełnego składu mają zapadać większością 2/3 głosów, a nie - jak wcześniej - zwykłą. Ponadto, terminy rozpatrywania wniosków wyznaczane będą w TK według kolejności wpływu, a co do zasady rozprawa w TK nie może się odbyć wcześniej niż po 3 miesiącach od doręczenia uczestnikom postępowania zawiadomienia o jej terminie, a w pełnym składzie - po 6 miesiącach.

    Nowelizacja została zaskarżona do Trybunału przez posłów PO, PSL i Nowoczesnej oraz Bodnara i I prezes Sądu Najwyższego. TK wyznaczył uczestnikom tego postępowania termin do 29 stycznia na złożenie pisemnych stanowisk.

    - Nie wyobrażam sobie, żeby przyjęta i podpisana przez prezydenta nowelizacja ustawy o TK nie była respektowana przez Trybunał - mówiła rzeczniczka rządu Elżbieta Witek. Dodała, że sytuacja taka oznaczałaby, iż prezes TK nie respektuje prawa.

    Prezydent tłumaczył, że odbierając ślubowanie od wybranych w grudniu przez obecny Sejm 5 sędziów, realizuje wolę Sejmu. - W istniejącym w Polsce stanie prawnym podjęte przez Sejm decyzje są obowiązujące. Są to decyzje, uchwały podjęte przez najwyższy w Polsce organ ustawodawczy, wybrany przez naród w powszechnych wyborach. To właśnie Sejm stanowi emanację aktualnej woli społecznej - mówił. Podkreślił też, że TK ocenia podstawę prawną wyboru, ale nie jego procedurę. - Nie może oceniać uchwał podejmowanych przez Sejm, ponieważ te uchwały akurat są podejmowane w sprawach indywidualnych - dodał Duda.

    W ub. piątek Rzepliński powiedział, że jego czwartkowa rozmowa z prezydentem dotyczyła tego, jak rozstrzygnąć problem, żeby w TK było 15, a nie 18 sędziów. "Starałem się prowadzić tak rozmowę, żeby ruszyć do przodu z obsadą TK" - powiedział Rzepliński w TOK FM.