wtorek, 30 października 2007

Leśnicy zniszczyli "katowicką Rospudę"

Tomasz Malkowski
2007-10-29, ostatnia aktualizacja 2007-10-30 08:03

Jeszcze kilka dni temu w panewnickim lesie meandrował strumień. Niewielką dolinkę porastały rzadkie i chronione mchy. Przyrodnicy mówią, że to unikat, którego nie powstydziłaby się Puszcza Białowieska. Teraz strumień przekształcono w prosty rów melioracyjny. Dzieła zniszczenia dokonali w majestacie prawa sami leśnicy

Zobacz powiekszenie
Fot. Dawid Chalimoniuk / AG
Dr Jerzy Parusel na zniszczonym torfowisku
ZOBACZ TAKŻE
Las panewnicki w pobliżu uniwersyteckich akademików jest często odwiedzany. W czwartek na rowerze przejeżdżał tędy Grzegorz Chwoła z Ligoty. - W środku lasu stanąłem oniemiały. Zobaczyłem koparkę i wycięte drzewa w najpiękniejszym miejscu, przy malowniczej dolince, którą pokochałem jeszcze w dzieciństwie - mówi.

Chwoła niezwłocznie zawiadomił Centrum Dziedzictwa Przyrody Górnego Śląska. Szef placówki, dr Jerzy Parusel, dokonał wizji lokalnej. - Byłem wstrząśnięty, bo zniszczono dolinę strumyka, który naturalnie meandrował. Odsłoniły się złoża torfowe, jakich nie powstydziłaby się nawet Puszcza Białowieska - mówi Parusel.

Niestety kilometr doliny strumienia został już zniszczony - to prawie jedna trzecia całej długości. Zdewastowano najcenniejszą, bo najszerszą część u ujścia do Ślepiotki. Wycięto drzewa, koparka pogłębiła strumień i przekształciła go w prosty rów melioracyjny.

- Torfy, które powstawały 10 tysięcy lat, teraz szybko ulegną osuszeniu, bo szybciej odpływa stąd woda. Znikną też bezpowrotnie torfowce, chronione przez nasze i unijne prawo mchy - dodaje przyrodnik. Pozbawiona drzew dolina z rowem zamiast strumyka przestanie być przyjaznym miejscem dla unikatowych gatunków roślin.

Dr Parusel jeszcze w piątek interweniował w Nadleśnictwie Katowice. Roboty wstrzymano w sobotę. - Te prace związane są z regulacją zlewni Odry. Projekt rowu melioracyjnego powstał kilka lat temu. Nie wiedzieliśmy, że są tam torfowce - mówi Grzegorz Skurczak, inżynier nadzoru w katowickim nadleśnictwie. Przyznaje, że inwentaryzacja cennych przyrodniczo fragmentów lasów rozpoczęła się dopiero w tym roku w ramach unijnego programu Natura 2000. - Ten rów nie ma osuszać tego miejsca, ale zatrzymać wodę. Powstaną na nim zastawki, rodzaj tam - dodaje Surczak.

Prace w katowickim lesie są częścią olbrzymiego programu rządowego Odra 2006, który powstał po tragicznej powodzi z 1997 roku. Prace są w jednej trzeciej finansowane przez Unię Europejską.

Przyrodnicy uważają, że roboty są niepotrzebne. - Natura stworzyła tu idealne zabezpieczenie przed powodzią, bo woda meandrując, zatrzymywana jest w lesie, w torfie i mchach. Torfowiec w 100 proc. trzyma wodę, to doskonały filtr. Po co tworzyć protezę natury? To wyrzucanie pieniędzy w błoto - uważa Parusel. Niepokoi go też fakt, że zastawki działają tylko w teorii. - W praktyce nikt o nie dba i po kilku latach są zrywane, nie zatrzymują wody, co powoduje osuszenie terenu. Tak znikły torfowiska w całej Europie. W Katowicach, mieście tak mocno przekształconym przez człowieka, ostatnie naturalne miejsca powinny być oczkiem w głowie władz - przekonuje Parusel.

W najbliższych dniach spotka się z kierownictwem nadleśnictwa, by zastanowić się nad naprawą doliny. - Zmienimy projekt. Nie będziemy dalej w niego brnąć - obiecuje Skurczak z nadleśnictwa. - Niestety, to kapitalne miejsce nie będzie już nigdy takie samo. Nie chcę nawet myśleć, co by się stało, gdyby nie postawa pana Chwoły. Dolinka mogła całkowicie zniknąć - mówi Parusel.

Ostatni tacy Springboks

Michał Kiedrowski
2007-10-29, ostatnia aktualizacja 2007-10-29 22:58
Zobacz powiększenie
Puchar Świata w rękach Percy Montgomery'ego. Obok JP Pietersen i Bryan Habana
Fot. POOL REUTERS

Jeszcze nie rozegrano finału, jeszcze Percy Montogmery nie wykorzystał pięciu karnych, by zapewnić Południowej Afryce mistrzostwo świata w rugby, jeszcze nie ustalono przebiegu fety i trasy czterodniowej peregrynacji Pucharu Świata po kraju, a już minister spraw wewnętrznych Malusi Gigaba przypomniał: Niech tytuł mistrza świata nie zamydli nam oczu, nie ustaniemy, dopóki rugby - 13 lat po upadku apartheidu - nie zmieni się tak jak cały kraj. Nie ustaniemy, aż drużyna Springboks będzie w pełni reprezentować nasze społeczeństwo. Czarni także mają prawo reprezentować swój kraj!

Zobacz powiekszenie
Fot. SIPHIWE SIBEKO REUTERS
Były prezydent RPA Nelson Mandela pozuje do zdjęć z drużyną Springboks.
Zobacz powiekszenie
Fot. HOWARD BURDITT REUTERS
Brayn Habana - najlepszy rugbista roku 2007
Zobacz powiekszenie
Fot. SIPHIWE SIBEKO REUTERS
Dziecko oczekujące na przylot rugbistów RPA po mistrzostwach świata.
SERWISY
Tak - jak co jakiś czas w RPA - powróciła do publicznej debaty kwestia rasowa w rugby. W poprzednią sobotę w finale, w którym Springboks pokonali 15:6 Anglię, w ich drużynie było tylko dwóch ciemnoskórych zawodników - Bryan Habana i JP Pietersen - tyle samo, ile w drużynie rywala. Politycy rządzącego od 13 lat RPA Kongresu Narodowego złoszczą się, że nie może być tak, że 10 proc. społeczeństwa ma w składzie 13 zawodników, a reszta jedynie dwóch. W całej kadrze (30 zawodników) RPA znalazło się jedynie sześciu graczy o hebanowym kolorze skóry. Grało jedynie dwóch. Czterech innych powołano tylko po to, by ostudzić polityków najbardziej radykalnych. Parlamentarna komisja sportu chciała nawet zatrzymać paszporty reprezentantom i pozwolić im jechać na Puchar Świata do Francji dopiero po włączeniu do składu większej liczby czarnych graczy.

Nie można odmówić słuszności zarzutom polityków. Na pewno ciemnoskórym rugbistom o wiele trudniej przebić się, ale wina niekoniecznie leży tylko po stronie uprzedzeń rasowych trenerów, działaczy czy kolegów z boiska.

Helen Zille, liderka Sojuszu Demokratycznego, głównej partii opozycyjnej w RPA, zarzuca rządzącym politykom, że szukają drogi na skróty przez wprowadzanie tzw. kwot rasowych w rozgrywkach klubowych (co najmniej sześciu zawodników w jednej drużynie na boisku musi być "kolorowych"* i nie można ich zmieniać w trakcie gry na białych, chyba że w wyniku kontuzji). - Rząd powinien sprzyjać rozwojowi młodych czarnych graczy przez zapewnienie im lepszego odżywiania i lepszych warunków do treningu - sprzętu, boisk i trenerów - mówi Zille.

Felietonista gazety "Sunday Times" Clinton van der Berg pisze natomiast: "Rugby to łatwy cel dla polityków, którzy stają na swoich mównicach i narzekają. Ale oni nie dbają o budowę boisk w zamieszkanych przez czarnych dzielnicach, nie dbają o trenerów ani o dożywianie 75-kilogramowych chucherek, by zrobić z nich 115-kilogramowych filarów młyna".

RPA to nie tylko naród podzielony rasowo, ekonomicznie, ale i sportowo. Czarnoskóra większość interesuje się głównie piłką nożną. W rugby nawet kibice na trybunach w znakomitej większości są biali. Warto przytoczyć przykład Bryana Habany - najlepszego gracza świata według plebiscytu Międzynarodowej Rady Rugby. Skrzydłowy Sprigboks przyznał, że pierwszy mecz rugby oglądał dopiero w wieku 11 lat, gdy ojciec zabrał go na inauguracyjne spotkanie Pucharu Świata w RPA (gospodarze grali z Australią). Pierwszy klub rugby w czarnej dzielnicy Soweto (to tam w 1976 r. wybuchł bunt, gdy biali policjanci otworzyli ogień do protestujących studentów, zabijając 566 osób) powstał dopiero w 1998 r.

Rugby, mimo sukcesów i dużej popularności, to dyscyplina elitarna. Prawdziwie zawodowych zespołów, które płacą godziwe pieniądze swoim zawodnikom, jest ledwie kilka. Młodzi czarnoskórzy rugbiści, nawet gdy mają talent, po ukończeniu szkoły muszą rozejrzeć się za pracą, by się utrzymać. Biali pochodzą zazwyczaj z lepiej sytuowanych rodzin (wśród Afrykanerów ubogich jest ledwie 4 proc.) i mogą poświęcić się grze w rugby, bo sponsorują ich rodzice bądź miejscowy biznes.

Jakby wychodząc naprzeciw utyskiwaniom opozycji, prezydent Thabo Mbeki ogłosił w piątek, że rząd zainwestuje w rozwój rugby na najniższym poziomie - wśród dzieci i młodzieży.

Następcy Habany nie będą już jednak prawdopodobnie grali w Springboks. Mbeki i jego partia naciskają na działaczy, by zmienili przydomek drużyny narodowej, bo ten obecny za bardzo przywodzi na myśl czasy apartheidu, gdy reprezentacja w rugby była symbolem dumy i fizycznej sprawności dla Afrykanerów. Jako przykład podaje reprezentację krykietową, która przyjęła nazwę Proteas (od występujących w Południowej Afryce kwiatów).

* W RPA istnieje też spora grupa przybyszów z Azji (ok. 2,5 proc.)

Polacy porwani w Nigerii zostali uwolnieni

kt, PAP, mar
2007-10-30, ostatnia aktualizacja 50 minut temu

Nigeryjscy porywacze uwolnili w środę sześciu robotników naftowych, w tym dwóch Polaków, pracowników włoskiego koncernu ENI - poinformowały źródła w służbach bezpieczeństwa Nigerii.

POSŁUCHAJ
Delta Nigru - Infografika
Delta Nigru - Infografika
Informację tę potwierdziła prywatna firma ochroniarska pilnująca urządzeń wydobywczych w Delcie Nigru, na południu Nigerii. Oprócz Polaków porwani zostali czterej Indusi.

Ruch na Rzecz Wyzwolenia Delty Nigru (MEND) w miniony piątek uprowadził szóstkę ze statku wydobywczego "Mystras" w Zatoce Gwinejskiej, 85 km od nigeryjskiego wybrzeża.

Statek ten, wykorzystywany do wydobywania, przechowywania i przeładunku ropy naftowej, jest w stanie wyprodukować 80 tys. baryłek tego surowca dziennie. ENI informowała wcześniej, że w związku z incydentem wstrzymuje produkcję.

MEND, sprawca wielu wcześniejszych porwań, domaga się autonomii dla rejonu Delty Nigru, największego zagłębia naftowego w Afryce. Jednak w ostatnim okresie uprowadzeń - dla okupu - dokonują coraz częściej grupy przestępcze.

Od początku 2006 roku w regionie uprowadzono ponad 200 pracowników, w większości zatrudnionych w sektorze paliwowym. Tydzień temu zwolniono po dwóch dniach niewoli siedmiu pracowników, porwanych z pola naftowego obsługiwanego przez firmę Shell.