czwartek, 19 czerwca 2008

Wałęsa: Filmowali mnie nagiego w sypialni

Były prezydent dla "Faktu"

Wałęsa: Filmowali mnie nagiego w sypialni

Chciałem zobaczyć akta "Bolka", bo słyszałem te brednie i mówię cholera, na jakiej podstawie. Był też jeszcze jeden powód, o którym nie chciałem wcześniej mówić. Otóż wiedziałem, że mam bezpośrednio kamerę założoną malusieńką nad moim łóżkiem w domu. Wie Pan, różne figle się robi z żoną. Chciałem zobaczyć, czy i te rzeczy znalazły się w archiwach po SB - mówi w rozmowie z "Faktem" były prezydent Lech Wałęsa.

czytaj dalej...
REKLAMA

Był Pan tajnym współpracownikiem SB o pseudonimie "Bolek”?
To kłamstwo i potwarz.

Więc kto był "Bolkiem”?
"Bolek" ze Stoczni Gdańskiej, ten, którym rzekomo ja miałem być, w ogóle nie istniał. Został stworzony przez bezpiekę. Po to, żeby mnie zastraszać, szantażować i próbować złamać. Wszystko zaczęło się od podsłuchu, który SB w 1970 r. założyła w stoczni na wydziale, gdzie pracowałem. Ten podsłuch miał kryptonim "Bolek”". Oficer, który spisywał, o czym rozmawialiśmy, wszystko podpisywał tym właśnie "Bolkiem". Tak samo oznaczano też materiały gromadzone przeciwko mnie. Przydały się SB w 1981 r. Jeden z pułkowników esbecji powiedział mi wtedy: A teraz zobaczymy, jak koledzy przyjmą wiadomość, że pan jest naszym współpracownikiem.

Odpowiedziałem: Panowie, nie ze mną ten numer. Wtedy z papierami na mnie, właśnie pod nazwą "Bolek", esbecy, pojechali do internowanej Walentynowicz. Chcieli mnie skompromitować i rozbić "Solidarność". Ale Walentynowicz zachowała się dzielnie i papiery zniszczyła. Potem esbecy próbowali rozpowszechniać te materiały w inny sposób. Dokładniej je spreparowali i wysłali do komitetu noblowskiego, żebym nie dostał nagrody. I znów im się nie udało. Jednocześnie w bezpiece ukuła się taka bajeczka, która do dziś chodzi. Że wprawdzie Wałęsa był dzielny, ale miał chwile słabości. Historię o mojej współpracy z SB musieli gdzieś zaczepić. Wybrali lata 70-te, gdy Wałęsa był młody. I prowokacja gotowa.

W książce "Droga nadziei" wspomina Pan aresztowanie i przesłuchanie przez SB w grudniu 1970 r. Pisze Pan: "Prawdą jest, że rozmowy były (...). I prawdą jest, że z tego spotykania nie wyszedłem zupełnie czysty. Postawili warunek: podpis! I wtedy podpisałem". Co Pan wtedy podpisał?
Zawszę mówię więcej niż należy. Bo chcę, żeby się ode mnie odczepiono. W tym przypadku też powiedziałem za dużo. Miałem na myśli to, że niepotrzebne podpisywałem do 1976 r. wszelkie dokumenty podczas przesłuchań przez SB. Ale ja wtedy nie wiedziałem, jak powinienem się zachować. Dopiero jak KOR powstał, dowiedziałem się, że można odmówić zeznań, że można nie podpisywać. Cholera, mogłem przecież pójść na chorobowe, jak miałem wezwanie. Ale jeszcze raz powtarzam. Zawsze to mówiłem i mówię: nie było w tych dokumentach mowy o jakiejkolwiek współpracy. Przecież gdybym dał zgodę na współpracę, to taki dokument gdzieś by się okazał. A do dzisiaj, włącznie z książką Gontarczyka i Cenckiewicza, nigdzie nie ma takiego mojego podpisu.

Jakie dokumenty Pan podpisywał?
Podpisywałem na każdej stronie protokół przesłuchania. Tych kartek było 6-10, nie pamiętam. To już tak dawno było. Podpisałem też, że zwracają mi sznurówki czy pasek od spodni.

O czym Pan mówił SB?
Byłem wyjątkowo szczery. Ale mówiłem tylko o polityce, mojej drodze i roli w wydarzeniach grudniowych na Wybrzeżu. Niczego nie ukrywałem. Bo ja walczyłem nie z ludźmi, tylko z systemem.

Opowiadał Pan tylko o sobie?
Wyłącznie o mojej działalności. Oni byli zszokowani, że sam opowiedziałem, jak w grudniu przemawiałem do tłumu robotników z okna komendy MO przy ul. Świerczewskiego, z trzeciego piętra budynku. Mówiłem, że szedłem pod komendę sześć metrów przed pochodem, że prowadziłem ludzi. Szliśmy tam żeby uwolnić aresztowanych uczestników protestu. Od komendanta usłyszałem, że więźniowie zostaną wypuszczeni. Wdrapałem się więc na komendę i krzyczałem do ludzi, żebyśmy nie bili się z milicją, że więźniów nam wypuszczą. Każdy potem ukrywał swój udział w zajściach, a ja mówiłem esbekom prosto w oczy: tak prowadziłem tłum, byłem na czele. A oni patrzyli na mnie jak na wariata. Te zeznania ukierunkowały moje całe przyszłe życie. Pokazałem, że nie uciekam, nie chowam się, ale walczę z otwartą przyłbicą.

Czy nie było w tych zeznaniach niczego, co by mogło zaszkodzić innym ludziom?
Nie mogło być. Pracowałem w stoczni dopiero dwa lata, ze wsi przyjechałem. Byłem najniżej wśród pracowników, na samym dole. Nie miałem żadnego środowiska. Kogo ja tam znałem? Nie wiedziałem niczego, co mogłoby zainteresować bezpiekę. W związku z tym byłem po prostu "niepridatny". Gdy słyszę, że byłem agentem, myślę czasem: kurcze, przecież oni mnie zlekceważyli, nawet nie zaproponowali mi współpracy.

Zdaniem historyków IPN właśnie w grudniu 1970 r. został Pan zwerbowany przez SB.
Kłamstwo, kłamstwo i jeszcze raz kłamstwo.

Wspominał Pan moment po przesłuchaniu: "Idąc do domu, wiedziałem, że jestem sam na sam z SB. To była realna siła, nieznana, o niejasnym obliczu". Czuł się Pan osaczony?
Nie. Byłem w takim transie, jak i później. Jakieś siły nadprzyrodzone mną kierowały. Byłem pewny swego. Nie walczyłem przeciwko ludziom. Byłem ustawiony przeciwko systemowi. Nikogo nie traktowałem jako wroga. Tylko mówiłem: to jest niedobre, to trzeba zmienić, wszystkim będzie to dobrze służyło. Kiedyś szedłem ze stoczni, po strajku, ale jeszcze przed aresztowaniem. Z tyłu idzie za mną jakiś człowiek i mówi: Nie odwracaj się. Słuchaj, dziś będziesz aresztowany. Jak masz szansę to uciekaj. Do dzisiaj zastanawiam się, kto to był. Kto wiedział, że będę aresztowany.

I rzeczywiście. Wieczorem film zaczynał się w telewizji. "Aniołowie mają skrzydła", pamiętam jak dziś. Przyszli, zamknęli i kwita. Nie chciałem uciekać. Przygotowałem żonę na moje aresztowanie. Powiedziałem, że nie będę się ukrywał. Będę walczyć otwarcie. I mam tak fantastyczne dzieje walki, że to się nie mieści w głowach profesorkom z IPN. Bijemy się z milicją, a ja z komendy przemawiam. To oni mówią - agent. A nie biorą pod uwagę, że tak bezczelnie szczery i odważny, że na to się zdobył.

Historycy Gontarczyk i Cenckiewcz twierdzą, że to Pan był Bolkiem. Dali się wyprowadzić w pole SB?
Musimy spojrzeć, jak to wyglądało formalnie. Czy jest moja zgoda na to, że chcę być agentem? Nie ma. Czy jest podpis na jakimkolwiek dokumencie, który by cokolwiek mówił, że Lech Wałęsa jest agentem? Nie ma. Więc na jakiej podstawie mówią, że jestem Bolkiem? Na jakiej podstawie?

Autorzy książki powołują się przecież na jakieś dokumenty...
Dokumenty, które rzekomo zginęły. Rzekomo, ponieważ to można sprawdzić, bo oni mówią, że mają spis tego, co było. No to proszę sprawdzić, czy tam jest dokument, który byłby dokumentem Lecha Wałęsy. To są nie moje dokumenty, ja tego nie podpisywałem, to nie są moje. Więc jak można podejrzewać, że ja cokolwiek zniszczyłem, kiedy mają spis? Jest jakaś fiszka, ale ona też jest bez podpisu.

Kwestionariusz ewidencyjny...
Oni mówią, że ja to zniszczyłem. To nieprawda. Przecież tam nie ma podpisu Wałęsy. To jest papier bezpieki, a nie mój. Więc po co ja miałem niszczyć papier bezpieki? Bez sensu.

Wiec to wszystko zostało sfabrykowane?
To było robione, żebym nie dostał Nobla. A potem zrobiono to lepiej, żeby to profesjonalnie wyglądało, na wypadek, gdyby ktoś sprawdził. A wiec zdjęto fiszkę z podsłuchu i podpisano Wałęsa. Na to wygląda. Więc te dokumenty były, tylko one były przez oficera robione. Ja nigdy na maszynie nie pisałem, nie miałem maszyny, więc to nie moje. I to było dopasowane prawdopodobnie, bo jeśli był podsłuch tam, gdzie ja pracowałem, to ja to wszystko mówiłem i to było spisane i to się nazywało Bolek. Wiec to było prosto dopisać to mnie.

Historycy podają, że istniał dokument rejestracyjny z numerem.
A czy tam jest mój podpis? Może bezpieka tak zrobiła, że któryś z tych oficerów brał pieniądze za mnie? Może któryś przypuszczał, że ja się dam złamać i mnie przedwcześnie wpisał. Ale to nie ja się wpisałem, nie ja się zgodziłem. To jest ich ubecka dokumentacja.

A notatka o pobieranym wynagrodzeniu?
Może to ubecy wzięli na remont tego podsłuchu? Ja proszę o podpis Lecha Wałęsy, jego zgodę, jego zapisanie w dzienniku agentów. To jest bez sensu. Oni bzdury wciskają.

Dlaczego chciał Pan zobaczyć akta Bolka?
Dlatego, ze słyszałem te brednie i mówię cholera, na jakiej podstawie. Był też jeszcze jeden powód , o którym nie chciałem wcześniej mówić. Otóż wiedziałem, że mam bezpośrednio kamerę założoną malusieńką nad moim łóżkiem w domu. Wie Pan, różne figle się robi z żoną. Chciałem zobaczyć, czy i te rzeczy znalazły się w archiwach po SB.

To było w latach 70- tych?
Wtedy i później. Miałem podsłuchy. I miałem nawet kamery. Bo kiedyś mi przysłano zdjęcie moich narządów. Sprawdziłem, że to są moje. Więc mówię, no kurcze, aż tak mnie filmowali. W związku z tym też byłem ciekaw, czy SB miało takie rzeczy. Po co to było przysłane. Żeby powiedzieć: chłopcze nie podskakuj, bo mamy Ciebie, wiesz, z każdej strony?

Chciał Pan sprawdzić, czy przypadkiem nie ma tam takich rzeczy.
Między innymi i to. Czy zostawili, czy zniszczyli. Ale to jako drugi powód. Pierwsze: w ogóle co tam jest. Dlaczego ten Macierewicz i inni mówią takie bzdury.

Dlaczego kilka razy Pan prosił o te teczki?
Dlatego, że kilka razy pojawiały się jakieś nowe wątki. Bo było tych materiałów, o których słyszałem od Macierewicza. W związku z tym poprosiłem o drugi raz. Bo cholera, tam nie ma nic. Pierwszy raz prawie w ogóle nie sprawdzałem, bo nie miałem czasu. Za drugim razem troszkę dokładniej sprawdziłem. Dopiero wczoraj, po wypowiedzi Siemiątkowskiego, przypomniałem sobie, że były dwa rodzaje dokumentów. Jedne to były te oryginały opisujące grudzień w stoczni. 4 czy 6 tomów. I drugie to była mała teczka. Tam było może około 50 kserokopii. Takie kopie z kopii.

Czy zwrócił Pan wszystkie dokumenty w komplecie?
Mało tego, że zwróciłem. Zrobiłem to w taki sposób, że kazałem opieczętować, podpisałem chyba to sam nawet. Ze względu na to, żeby mieć pewność, że w środku są te same dokumenty, które mi pokazano i żeby nikt tego nie ruszał.

Dlatego to było opieczętowane i z napisem nie otwierać bez zgody prezydenta?
Gdybym ja cokolwiek wziął, to sam bym się wystawił. Bo sam podpisałem, że wszystko jest. A niby zabrałem. Absurd. Prawdopodobnie zdarzyło się tak, że ktoś to otworzył, podejrzewam esbeków, i zauważył to samo co ja. Że to ewidentna fałszywka, że to jest wpadka. I schował to. Oczywiście, jeśli w ogóle prawdą jest, że coś zginęło. Ten ktoś miał dobrą sytuację, bo wiedział, że teczki były u Wałęsy. Pomyślał, że Wałęsa nie sprawdzał, ile sztuk było, więc będzie można zrzucić na Wałęsę. Prawdopodobnie to była ta fiszka, o której oni mówią, ten kwestionariusz ewidencyjny. Ale na pewno nie z moim podpisem, bo tam nic takiego nie było.

Chodzi o kwit z kartoteki ewidencyjnej, gdzie miało być zapisane, że pan był zarejestrowany pod konkretnym numerem jako "Bolek".
Ale tam nie było mojego podpisu. To, że bezpieka mówi, że ja byłem zwerbowany, to jest ich sprawa. Po co ja miałem to niszczyć. Gdyby było pismo, że ja się zgadzam na współpracę, to teoretycznie miałbym powody do zniszczenia. Ale tak? Tu nie ma logiki

Historycy twierdzą, że były powyrywane kartki.
Przecież mają spis, co było powyrywane. Był taki Krzysztof Bollin w UOP-ie, w latach 90-tych szykował się nawet na ministra i zbierał papiery na różne osoby. Robił teczki, żeby je użyć w zależności od sytuacji. Słyszał o Bolku więc wszystko gromadził do jednej koperty Bolka. I jak Macierewicz do niego przyszedł, to on mu to dał. Podobnie dał mu na innych ludzi, a wszystko pod hasłem Bolek. Dlatego nic nie zginęło z tych dokumentów, o których mówimy, bo ten człowiek był tak zaradny, że gdzie tylko w dokumentach był Bolek, to on to wszystko zbierał. Jeszcze raz apeluję: proszę mi dać jeden mój podpis na jakimś dokumencie. To wtedy będziemy rozmawiać.

A czy wgląd w te akta był zgodny z prawem? Czy nie było to nadużycie władzy?
Jako prezydent miałem do tego prawo. Jeszcze raz powtarzam: w tych dokumentach nie było nic, co było podpisane przez Lecha Wałęsę. Wiec żadnego interesu w niszczeniu dokumentów nie miałem.

Czy nie pomyślał Pan, że to może być niebezpieczne dla Pana, że spotka Pana zarzut grzebania w aktach?
A kto nie chciał zobaczyć tych dokumentów? Wszyscy! Pamiętam, jakie kolejki się ustawiały. Dlatego ja, po tym co przeżyłem, gdy ktoś mnie próbował oskarżać, chciałem zobaczyć, jak to możliwe, co jest w dokumentach. Nawet z czystej ciekawości. To jest chyba proste.

Autorzy książki twierdzą, że w Gdańsku w UOP odbywało się czyszczenie dokumentów, że celowo Pan tam zmieniał szefa delegatury Urzędu Ochrony Państwa.
Nie miałem żadnego wpływu na obsadę stanowisk w UOP. Milczanowski to wprawdzie mój dobry kumpel, ale przede wszystkim formalista i prokurator. Jak ktoś nie wierzy, to niech sprawdzi inne teczki, które zostały w archiwach. Zobaczą jakie tam było czyszczenie, ile tam jest numeracji. Można powiedzieć różne rzeczy o bezpiece, ale bezpieka miała porządek w papierach też. Dopiero w naszych czasach tam się wkradł bałagan i czyszczenie dokumentów i wyjmowanie kartek. Ale to nie ja.

Krytycy mówią tak: Wałęsa to postać historyczna, jego zasługi dla Polski są niepodważalne, ale miał w życiorysie chwile, kiedy pobłądził i powinien się do tego przyznać. Czy ma Pan sobie cokolwiek do zarzucenia?
Oczywiście, że mam dużo, ale nie w takim kierunku. Wiele rzeczy mógłbym zrobić lepiej, grzeczniej, ale ja jestem taki, jaki jestem. Dlatego taką rolę odegrałem. Gdybym był inny, to w tym miejscu siedziałby ktoś inny, np. Zybertowicz. Ale czy żylibyśmy w takim samym kraju, czy w kosmosie, to nie wiem.

Czy pamięta Pan, jak Pan poznał Lecha Kaczyńskiego? On wspomina, że od początku Pana nie polubił.
Nie. On był taki, że na początku to się ukrywał, nie chciał się spotykać. Potem im robiło się jaśniej, tym nabierał odwagi. To ja go holowałem i na mnie zrobił karierę. On nigdy nie byłby na tym miejscu. Takich fachowców mieliśmy dużo, a my potrzebowaliśmy ludzi odważnych. Dobrze się ukrywał, dobrze się zaczaił, dobrze się przygotowywał, dobrze grał po kostkach i dlatego tak wysoko zaszedł.

Szykuje się jeszcze jedna publikacja...
Że niby mam nieślubne dziecko.

Właśnie.
Bezpieka, jaka była, taka była. Walczyliśmy na śmierć i życie. Ale bezpieka takich świństw nie robiła. A teraz? To gorsi ludzie niż bezpieka. Żeby wyciągać rzeczy nieprawdopodobne, po 50 latach. To się nie mieści w głowie. Przed tymi ludźmi trzeba chronić wszystkich, bo oni nie mają honoru ani żadnych zasad. To jest nieprawdopodobne.

A istniała w ogóle jakaś Wanda?
Była, chyba podobała mi się, jak wiele dziewczyn. Byłem też młody, robiłem rożne rzeczy. Nie wypieram się, bo miałem dziewczyny. Ale też się nie przyznaję do niczego złego, bo nic takiego nie miało miejsca. Podrywałem dziewczyny - jak każdy młody człowiek. Ale nie miałem żadnych nieślubnych dzieci, nie płaciłem żadnych alimentów. Ta dziewczyna wyszła wcześniej niż ja za mąż. Co za bzdury, co za książki.

Pan podobno kiedyś się przyznał do współpracy z SB.
I tu znów mój charakter wyszedł. I niecierpliwość. Dwie godziny tak rozmawiałem jak z panem. Była cała grupa ludzi. I tłumaczyłem, jak to wyglądało. Oni pytali, jakby to było przesłuchanie. Już miałem dość tego i powiedziałem: do jasnej cholery, chcecie mieć, że współpracowałem, to współpracowałem. I oni tylko to zapamiętali, bo było im tak wygodnie. Wzięli to na serio. Ale to nieprawda. Wiele razy tak zagrywałem, bo to dla mnie bez znaczenia. Nie przypuszczałem, że moja walka może być podkopywana przez takie hasełka „na odczep się”. Bezpieka śmieje się z grobu i myśli, że teraz rekami małych ludzi mnie złamie, zniszczy. Niech się nie łudzą. Nie udało im się za komuny, nie uda teraz.

Jak esbecy fałszowali kwity na Wałęsę

Wojciech Czuchnowski
2008-06-19, ostatnia aktualizacja 2008-06-18 20:41

Przychodziły gotowe teksty, które przepisywaliśmy jako teksty Wałęsy - opowiada b. funkcjonariusz

Zobacz powiekszenie
Fot. WITEK SZULECKI ASSOCIATED PRESS
Lech Wałęsa na początku lat 80.


W ubiegłym tygodniu rozmawialiśmy z b. funkcjonariuszem peerelowskiego wydziału studiów MSW nadzorującym pracę zespołu Służby Bezpieczeństwa, preparującego w latach 1982-84 dokumenty na Wałęsę. W skład zespołu wchodzili (według ówczesnych stopni): płk Adam Malik, płk Władysław Kuca, kpt Józef Burak, mjr Antoni Styliński, chorąży Tadeusz Maraszkiewicz (był specjalistą od fałszowania pisma).

Nasz rozmówca kilka lat temu skontaktował się z Wałęsa, proponując, że w oświadczeniu napisze wszystko, co wie o sprawie. Potem się wycofał. Na rozmowę z "Gazetą" się zgodził pod warunkiem, że jego nazwisko zachowamy do wiadomości redakcji.

Prawdopodobnie z uwagi na śledztwo IPN i zagrożenie zarzutami funkcjonariusz twierdzi, że tylko nadzorował pracę podwładnych i nie brał udziału w podrzucaniu materiałów mających skompromitować Wałęsę w opozycji i jako kandydata do Pokojowej Nagrody Nobla w 1982 r.

Podrobione przez SB rzekome dowody współpracy Wałęsy podrzucano w ramach tajnych operacji "Sąd" i "Ambasador". Trafiły m.in do ambasady Norwegii i Komitetu Noblowskiego.

Jaka była pana rola w pracy zespołu?

- Próbowaliśmy zrealizować pobożne życzenia naszych przełożonych.

Kto wydawał polecenia?

- Całe to twardogłowe towarzystwo z KC [Komitet Centralny PZPR], a u nas w MSW generałowie Władysław Ciastoń i Czesław Kiszczak. Od kierownictwa przychodziły gotowe teksty, które przepisywaliśmy jako teksty Wałęsy. Nikt nie pytał, skąd są te teksty. Przychodziły z góry, i już. Były wymyślone w gabinetach generałów.

Ja pilnowałem, żeby praca była wykonywana na czas, pilnowałem wszystkich materiałów. Jako specjalista od analizy anonimów robiłem wstępną selekcję.

Jakie to były materiały?

- Na początku dostaliśmy teczkę z informacją, że to akta z Gdańska z raportami agenta "Bolka" z lat 70. To było nam przekazane jako wzór, na którym mamy pracować. Nie wiem, czy to były prawdziwe raporty i czy naprawdę ta teczka była z Gdańska. Na pewno wcześniej była w Katowicach i tam nad nią pracowano.

Mam pewne dane, z których wynika, że nie byliśmy jedynym takim zespołem, bo pamiętam stwierdzenia, że ta "teczka z Gdańska" to idealna robota.

Dysponowaliśmy pismem Wałęsy z różnych okresów jego życia, bo wiedzieliśmy, że charakter pisma ewoluuje z wiekiem. Wzory pisma pościągane były z różnych miejsc, w których pracował Wałęsa. Chyba nawet z wojska i ze szkoły.

Co było w "teczce z Gdańska"?

- Materiały z opracowania kandydata na tajnego współpracownika, zobowiązanie do współpracy (w kopercie), pokwitowanie wynagrodzeń za współpracę. Nie pamiętam, czy były charakterystyki współpracy. W teczce pracy znajdowały się odręczne doniesienia. Teczka pracy miała 40-50 stron odręcznego pisma z podpisami "Bolek".

W procesie lustracyjnym Wałęsy wystąpił funkcjonariusz Adam Żaczek. Mówił, że preparował teczkę "Bolka" i materiały o współpracy z początku lat 70.

- Żaczek nie był w naszym zespole. Jeżeli tak powiedział w sądzie, to potwierdza, że nie byliśmy jedyną grupą, która to robiła.

Jakie były efekty waszej pracy?

- Marne. Maraszkiewicz np. napisał odezwę Wałęsy z internowania wzywającą do przestrzegania praw stanu wojennego. Na próbę rozkolportowaliśmy to w Częstochowie i była z tego wielka kompromitacja, bo nikt nie uwierzył.


Jakie były efekty waszej pracy?

- Marne. Maraszkiewicz np. napisał odezwę Wałęsy z internowania wzywającą do przestrzegania praw stanu wojennego. Na próbę rozkolportowaliśmy to w Częstochowie i była z tego wielka kompromitacja, bo nikt nie uwierzył.

Kiedyś na jeden z donosów pisanych charakterem pisma Wałęsy i zaniosłem go do znajomego z laboratorium kryminalistyki, żeby porównał z prawdziwym pismem Wałęsy. Powiedział, że różnice są łatwe do wychwycenia.

Jakie dokumenty wytwarzaliście?

- Od donosów z różnych lat, pokwitowań przez oświadczenia do fałszywych grypsów. Pamiętam np. zobowiązanie do współpracy podpisane rzekomo w trakcie internowania. Większość na bieżąco była niszczona jako nieudana. Zadowalających zostało ok. 11 dokumentów.

Czy to były materiały przesłane w 1982 do Komitetu Noblowskiego, ambasady Norwegii i podrzucane ludziom z opozycji?

- Z akcją podrzucania nie miałem nic wspólnego. Wiem, że kopie materiałów z "teczki z Gdańska" podrzucono Annie Walentynowicz do miejsca internowania w Gołdapi w słoiczku z masłem i nadziewanych czekoladkach. Przynętę chwyciła i podzieliła się informacjami m.in z Jackiem Kuroniem.

Co się stało z materiałami wytworzonymi w zespole?

- W 1984 r. zakończyliśmy pracę. "Teczkę z Gdańska" i materiały przekazaliśmy płk. Jędrysowi, który w MSW kierował głównym, ok. 20-osobowym zespołem zajmującym się sprawą operacyjną na Lecha Wałęsę.

Osobiście brakowałem krajarką dokumenty robocze dotyczące Wałęsy z trzech segregatorów. Te 11 "najlepszych" kwitów trzymałem w kopercie u siebie w szafie, w tzw. skarbczyku. W 1988 r. dostałem telefoniczne polecenie przekazania tej koperty mojemu bezpośredniemu przełożonemu płk. Stępniowi. Tak zrobiłem.

Kontaktował się pan z Wałęsą, proponując, że złoży pan oświadczenie w tej sprawie. Czemu się pan wycofał?

- Nie mam gwarancji, że ja albo moja rodzina nie poniesiemy za to konsekwencji. Nie chodzi tylko o odpowiedzialność za udział w fałszowaniu materiałów. Najbliższe mi osoby pracują w państwowych instytucjach. Na pewno bym im zaszkodził.

Kiedy wezwie pana prokurator, co pan powie?

- Że nic nie pamiętam.

Dowody na fałszowanie są w aktach SB

Materiały na temat fałszowania przez SB dokumentów dotyczących Wałęsy zachowały się w aktach wewnętrznego postępowania MSW wszczętego w 1984 r., po ucieczce za granicę porucznika SB Eligiusza Naszkowskiego.

Naszkowski od 1980 do 1981 pod pseudonimem "Grażyna" działał jako agent bezpieki w "Solidarności". Doszedł tam do stanowiska szefa MKZ w Pile. Był jednym z najcenniejszych agentów SB.

Po wprowadzeniu stanu wojennego rozpoczął etatową pracę w wydziale studiów MSW, gdzie zajmował się głównie Wałęsą. W 2000 r. na procesie lustracyjnym Lecha Wałęsy wystąpił funkcjonariusz biura studiów MSW Adam Żaczek. Zeznał, że uczestniczył w preparowaniu teczki TW "Bolek", którym miał być Wałęsa.

Na procesie odczytano też oświadczenie mjr. Adama Stylińskiego złożone w 1985 r. w związku ze sprawą Naszkowskiego. Styliński opisuje działalność grupy fałszującej materiały na Wałęsę. W 2005 r. "Rzeczpospolita" opublikowała notatki Stylińskiego i Tadeusza Maraszkiewicza - innego funkcjonariusza, który zajmował się preparowaniem dokumentów na Wałęsę.

Z oświadczenia mjr. Antoniego Stylińskiego

Koncepcja przeprowadzenia "działań specjalnych" dotyczących Wałęsy powstała z chwilą powołania Biura Studiów SB MSW. Celem było pokazanie społeczeństwu - za pośrednictwem fikcyjnej organizacji pod nazwą OKO (Ogólnopolski Komitet Obrony) - postaci przewodniczącego NSZZ "Solidarność" jako agenta SB wykonującego wszystkie zalecenia swoich opiekunów.

W początkowej fazie o "działaniach specjalnych" wiedziało jedynie kilka osób, tj.: generał Wł.[adysław] Ciastoń, płk Wł.[adysław] Kuca, płk A.[dam] Malik, kpt. J.[ózef] Burak. Pierwszy etap działań polegał na "przedłużeniu działalności" TW ps. Bolek, tj. Lecha Wałęsy, o minimum dziesięć lat (ostatnie doniesienie "Bolka" pochodziło z 1970 r.).

Korzystając ze wszystkich dostępnych materiałów, tj. stenogramów przemówień Lecha Wałęsy wygłaszanych w różnych miastach Polski, komunikatów Biura "B" [MSW], materiałów techniki operacyjnej, sporządziliśmy kilka doniesień, z których ostatnie nosiło datę prawdopodobniej 1981 r. Osobą, pracownikiem obsługującym TW ps. Bolek był autentyczny pracownik K[omendy] W[ojewódzkiej] MO w Gdańsku, a później fikcyjna osoba z MSW.

Po konsultacjach i odpowiednich poprawkach "dokumentom" nadano właściwą szatę graficzną (charakter pisma TW ps. Bolek, omówienie, odpowiedni papier). Na każdym z doniesień zaznaczone było miejsce jego odbioru oraz sposób przekazania. Elementy te dobierano w taki sposób, żeby pasowały one do L. Wałęsy, zwłaszcza sposobu jego zachowania, miejsc pobytu, o których wiedzieli inni, itp.

Drugi etap operacji polegać miał na rozprowadzeniu sporządzonych doniesień w taki sposób, aby doprowadzić do (...) poruszenia całego NSZZ "Solidarność". Czekano jedynie na stosowny moment.

Sprzyjająca sytuacja powstała z chwilą uzyskania informacji o wysunięciu kandydatury L. Wałęsy do Nagrody Nobla w 1982 r. Powstał plan sporządzenia pisma do członków jury Nagrody Nobla. Do listu postanowiono załączyć doniesienie TW ps. Bolek wraz z pokwitowaniem odbioru kilkuset złotych. Listy do członków jury przekazane zostały do miejsc ich zamieszkania przez Departament I MSW. Ambasadorowi Norwegii doręczono natomiast list razem z oryginalnym doniesieniem.

Działania powyższe spełniły swoje zadanie. Laureatem N[agrody] N[obla] została pani Myrdal".

Z oświadczenia st. chor. Tadeusza Maraszkiewicza

Wykonywałem czynności techniczne związane ze sporządzeniem teczki TW Wałęsy. Była to kontynuacja przerwanej uprzednio współpracy z resortem.

Z oświadczenia kpt. Józefa Buraka

Ani ja, ani Styliński nie posługiwaliśmy się przed Maraszkiewiczem kryptonimem sprawy i jej założeniami. Maraszkiewiczowi udostępnialiśmy tylko niezbędne do jego zadań dokumenty. Działania planowaliśmy i realizację przygotowywaliśmy tylko w moim pokoju urzędowania, w przypadkach niezbędnych zamykaliśmy drzwi na klucz.

Źródło: Gazeta Wyborcza

J.Kaczyński: książka o Wałęsie to cios w establishment

rik, PAP
2008-06-19, ostatnia aktualizacja 2008-06-19 08:20

Według prezesa PiS Jarosława Kaczyńskiego "wściekła obrona" przed książką IPN nt. Lecha Wałęsy świadczy o tym, że jest ona ciosem w establishment, od kilkunastu lat oparty na "radykalnym kłamstwie".

Zobacz powiekszenie
Fot. Sławomir Kamiński / AG
Jarosław Kaczyński
B. premier powiedział dziś w "Sygnałach Dnia", że w burzliwej dyskusji nt. książki IPN o Wałęsie, "chodzi o obronę establishmentu, obronę sytuacji społecznej w tych wyższych częściach hierarchii społecznej, sytuację ukształtowaną w ciągu ostatnich kilkunastu lat, sytuację, której jedną z podstaw jest kłamstwo, można powiedzieć kłamstwo radykalne". - Kłamstwo, które zupełnie odrzuca rzeczywistość i tę sprzed 1989 roku w jej prawdziwym kształcie, i tę rzeczywistość po roku 1989 - mówił b. premier.

- Ta książka jest ciosem w ten obraz, w obraz, który służy establishmentowi i stąd ta wściekła obrona - dodał prezes PiS.

J.Kaczyński pytany, czy w książce znajduje potwierdzenie, że Wałęsa na początku lat 70. był agentem SB, powiedział: "ja swoje zdanie wyrażałem na ten temat wielokrotnie już przed laty, także wtedy, kiedy Lech Wałęsa był prezydentem i podtrzymuję to zdanie". - Mi ta książka z tego punktu widzenia nie jest potrzebna, natomiast dobrze, że prawda zaczyna wdzierać się do polskiego życia publicznego, wdzierać się, bo jest zaciekły opór i można powiedzieć, że ta tama jest podtrzymywana, łatana i to już na zasadzie, że nic się nie liczy, żadne zasady, w tym także logiki. Ale jednak się wdziera i to jest bardzo optymistyczne - podkreślił szef PiS.

- Lech Wałęsa odegrał w latach 80. rolę bardzo wybitną i tego się w żadnym razie nie da zaprzeczyć, tylko to nie jest jedyny przypadek w historii i świata i Polski, osoby, której życiorys jest wysoce skomplikowany, to znaczy że są w nim części bardzo złe i bardzo dobre - zaznaczył b. premier. - Zawsze wtedy jest pytanie o finał, a tym finałem była prezydentura, a także i późniejsza działalność - i tutaj niestety muszę powiedzieć, że ten finał był bardzo zły - dodał.

Książka historyków IPN Sławomira Cenckiewicza i Piotra Gontarczyka pt. "SB a Lech Wałęsa. Przyczynek do biografii" ma ukazać się w poniedziałek nakładem IPN, na razie w nakładzie ok. 4 tys. egzemplarzy.