piątek, 20 czerwca 2008

Zanussi: dużo od życia dostałem

Barbara Hollender 20-06-2008, ostatnia aktualizacja 20-06-2008 07:32

Rozmowa z Krzysztofem Zanussim. W niedzielę, na zakończenie III Festiwalu Zawodów Filmowych Cinemagic odbędzie się benefis Krzysztofa Zanussiego z okazji 50-lecia pracy twórczej

autor zdjęcia: Robert Gardziński
źródło: Fotorzepa

Rz: Czuje pan niepokój, że minęło tyle lat?

Krzysztof Zanussi: Raczej zdziwienie. Przede mną tylu ludzi wyrażało podobne niedowierzanie, sądziłem więc, że się na to zaszczepiłem. Nic podobnego. Ale może lepiej nie myśleć o przemijaniu, lecz zajmować się tym, co nam jeszcze zostało.

Czy ze swymi dobrym manierami i niechęcią do „artystycznego” stylu życia pasuje pan do zawodu filmowca? Nie klnie pan na planie, nie krzyczy, po zdjęciach wraca prosto do domu...

Uprzejmość jest czasem odbierana jak fałsz. Ludzie chcą autentyczności, a w niej mieszczą się agresja czy chamstwo. Ale jakoś sobie radzę. W końcu w artystycznych zawodach jest miejsce dla odmieńców.

Które ze swoich filmów lubi pan najbardziej?

Mnie samemu bliski jest cykl „Struktura kryształu”, „Iluminacja”, „Constans”, „Życie jako śmiertelna choroba przenoszona drogą płciową”, „Suplement”. Są bardzo osobiste. Ale wiem, że niektórym widzom bardziej podobają się obrazy obyczajowo-społeczne, jak „Życie rodzinne”, „Kontrakt”, „Dotknięcie ręki”.

Czy ma pan niezrealizowane projekty, których pan żałuje?

Bardzo wiele. Z ostatnich chyba najbardziej „Jadwigi”, która czeka na łaskę publicznej telewizji. To kolejny, po „Oku diabła” o wyspie Rodos czy „Królowej Krystynie” projekt kostiumowy, którego nie udaje mi się nakręcić. Żałuję pierwszego scenariusza „Pośrodku drogi”. No i dyptyku „Na dobrą i złą dolę” z początku lat 90. Krzysztof Kieślowski wytykał mi tę „dolę”, bo chciał, żebym był nowocześniejszy. Były to opowieści o polskich emigrantach, którzy – wygnani w stanie wojennym – wracają z bagażem doświadczeń i rozczarowań i spotykają się w ojczyźnie z tymi, którym kapitalizm wydaje się nowym, wspaniałym światem.

W ciągu tych 50 lat żył pan w dwóch systemach. W którym z nich czuł się pan lepiej jako artysta? Pana koledzy mówią, że nigdy nie mieli takiej publiczności jak w PRL...

Prawdą jest, że w czasach socjalizmu ludzie czekali na kino. Ale nie wolno się cieszyć sztucznym przywilejem, który opiera się na krzywdzie. Polacy nie mieli dostępu do innych filmów, więc zbieraliśmy oklaski, które nie zawsze były dla nas, dlatego nie trzeba do tego wracać z nostalgią.

A dzisiaj?

Musimy przebijać się przez oporną materię. Ale nie zgadzam się z tezą o kryzysie polskiego filmu. Widzowie wracają do kin i coraz częściej tęsknią za poważną rozmową.

Mówi się, że filmowe przyjaźnie trwają tyle, ile kręcenie filmu. Czy to nie bolesne?

Bardzo. Podobnie jest z ludźmi teatru zżywającymi się ze sobą na jedną sztukę czy dyplomatami pracującymi od kadencji do kadencji. Próbujemy te związki zatrzymać, ale nie zawsze się udaje. Oddaliliśmy się ze Sławkiem Idziakiem, choć kiedyś przeżywaliśmy razem dramaty stanu wojennego. Mam aktorów, z którymi pracuję od lat, a zdarza się, że ktoś mi dzisiaj odmawia zagrania roli... Trudno w zawodzie, w którym ciągle się gna, budować coś trwałego. Ale miałem głęboką przyjaźń dwóch ludzi, których uważam za geniuszy – Kieślowskiego i Tarkowskiego. A teraz łapię nagle kontakt z kimś młodszym o pokolenie lub dwa. I to wspaniałe uczucie.

Przestrzegam młodych przed kłamstwem, bo dzisiaj łatwo żyć w iluzji. A to dla artysty zguba

Jest pan ciągle w podróży. Ile razy obleciał pan kulę ziemską?

Nie wiem. Widzę tylko, w jak błyskawicznym tempie zbieram punkty w lotniczych programach lojalnościowych. Te podróże są wspaniałym doświadczeniem. Zmiany kultur bywają szokujące.

Świat pana nie przeraża?

Czasem. Nie mamy wspólnych marzeń, nie wiemy, czego chcemy i dokąd dążymy. Jednak więcej rzeczy mnie zachwyca. Zmniejszenie dystansu dzięki Internetowi i komórkom, powszechność dostępu do kultury, łatwość przemieszczania się. I trzeba widzieć te pozytywy, zanim zacznie się narzekać.

Jacy są młodzi twórcy, z którymi pan się spotyka?

Wśród wszystkich przemian czuje się to, co w człowieku stałe: tęsknoty, idealizm. Cynizm świata doskwiera młodym tak samo jak mnie. I tak samo jest im źle, gdy nie mogą znaleźć dla siebie pola i zrobić czegoś, w czym mogliby przejść samych siebie. Im jest zresztą gorzej. Kiedy życie jest łagodne, człowiek mało wie. Niedawno młody reżyser pokazał mi swój film. Ładny, dobrze zrobiony, ale pusty. I co mam mu poradzić? Mam mu powiedzieć: „Pocierp, to coś się w tobie stanie?” Jest skazany na niepowodzenie i ono może go czegoś nauczy.

Co mówi pan swoim studentom?

Przestrzegam ich przed kłamstwem, bo dzisiaj łatwo żyć w iluzji. To dla artysty zguba. Gdy byliśmy przypierani do muru, musieliśmy określić, kim jesteśmy. Teraz łatwiej prześlizgnąć się przez życie, stworzyć własny mikrokosmos. A przecież sztuka to wychodzenie do świata, którego nie rozumiemy, z którym mamy kłopot.

Czy pan kiedyś odpoczywa?

W wolnym czasie pracuję. Jedna praca jest dla mnie odtrutką na drugą.

Czy czasem zakłada pan sweter?

Niechętnie. Ze względów estetycznych. Całe życie walczę z nadwagą, a sweter okrutnie ujawnia tych kilka kilogramów za wiele.

Ale pozwala być na luzie.

Dzisiaj określenie „na luzie” ma zabarwienie pozytywne, dawniej oznaczało tyle co sflaczały. A ja cenię spięcie.

Czego panu życzyć z okazji jubileuszu?

Na pewno nie tego samego, czego życzę sobie sam, bo miewam złe pragnienia, z którymi walczę.

Coś dobrego obficie polanego majonezem?

To na pewno. A poważnie: chciałbym cieszyć się tym, co mam. Ogromnie dużo od życia dostałem, więc nie proszę o więcej, tylko żeby to trwało.

Biografia

Krzysztof Zanussi – reżyser, szef studia filmowego Tor. Urodził się w 1939 roku w Warszawie. Studiował na wydziałach Fizyki UW, Filozofii UJ i Reżyserii PWSFTViT w Łodzi.

W polskim kinie zajmuje miejsce szczególne. W czasach PRL w filmach, takich jak „Struktura kryształu”, „Za ścianą”, „Życie rodzinne”, „Barwy ochronne”, „Spirala”, wprowadził na ekran bohatera inteligenckiego i jego moralne dylematy.

Kino Zanussiego zawsze było bardzo osobiste. Także dziś stara się pozostać wierny sobie. Jego „Dotknięcie ręki”, „Cwał”, „Życie jako śmiertelna choroba przenoszona drogą płciową”, „Suplement”, serial „Opowieści weekendowe”, wreszcie „Persona non grata” – też obracają się w kręgu spraw inteligenckich. Twórca rozlicza pokolenie „Solidarności”, opowiada o jego straconych złudzeniach. Krzysztof Zanussi żyje aktywnie: reżyseruje w teatrach europejskich, działa w międzynarodowych organizacjach, wspiera akcje charytatywne. I chętnie spotyka się z widzami.

—bh

Źródło : Rzeczpospolita

czwartek, 19 czerwca 2008

Portugalia we łzach. Niemcy w półfinale!

gaw 19-06-2008, ostatnia aktualizacja 20-06-2008 00:53

W pierwszym ćwierćfinale piłkarskich mistrzostw Europy Portugalia przegrała z Niemcami 2:3. Bramki dla drużyny niemieckiej zdobyli Bastian Schweinsteiger i Miroslav Klose. Tuż przed przerwą kontaktowego gola dla Portugalii zdobył Nuno Gomes. W 62 minucie na 3:1 podwyższył Ballack. W 87 minucie straty zmniejszył Postiga.

Niemieccy kibice mają powody do radości
źródło: AFP
Niemieccy kibice mają powody do radości
Cristiano Ronaldo na ostatnim treningu ćwiczył stałe fragmenty gry
źródło: AFP
Cristiano Ronaldo na ostatnim treningu ćwiczył stałe fragmenty gry

Mecz odważniej rozpoczęli Portugalczycy, jednak pierwszą sytuację stworzyli dopiero w 15 minucie. Strzał Simao z ostrego kąta obronił Jens Lehmann. Pięć minut później po dośrodkowaniu Bosingwy z prawego skrzydła w znakomitej sytuacji znalazł się Moutinho. Uderzył jednak kolanem i piłka przeleciała nad poprzeczką niemieckiej bramki.

Gdy wydawało się, że gra układa się po myśli Portugalii Niemcy zdobyli bramkę. Lewym skrzydłem pobiegł Lukas Podolski, minął Bosingwę i w biegu dośrodkował do Schweinsteigera. Ten uderzył pewnie, w okienko. Ricardo był bez szans.

Portugalczycy nie zdążyli się jeszcze otrząsnąć ze straty gola, a już przegrywali 0:2. Drugiego gola zdobył Miroslav Klose pod dośrodkowaniu z rzutu wolnego Schweinsteigera. Sporo pretensji mogą mieć do siebie portugalscy obrońcy, którzy w tej akcji zupełnie pogubili się w kryciu.

Na poukładanie gry Portugalczycy potrzebowali kwadransa. W 41 minucie pokazał się niewidoczny do tej pory Cristiano Ronaldo. Jego strzał z trudem obronił Jens Lehmann, jednak przy dobitce Nuno Gomesa był bez szans. Piłkę próbował jeszcze wybijać z bramki Metzelder, ta odbiła się jednak tylko od jego nogi i wpadła pod poprzeczkę.

W doliczonym czasie pierwszej połowy straty odrobić mógł Cristiano Ronaldo, jednak jego strzał minął o dwa metry słupek bramki Loewa.

Po przerwie Niemcy wyszli wyraźnie zdekoncentrowani. Kilkakrotnie musieli uciekać się do złośliwych fauli. Żółtą kartkę otrzymał między innymi Arne Friedrich, który nadepnął na kostkę Cristiano Ronaldo.

W 62 minucie po raz kolejny rzut wolny wykonywał Schweinsteiger. Dośrodkował bardzo precyzyjnie na głowę Ballacka, który odepchnął kryjącego go Paulo Ferreirę i silnym strzałem umieścił piłkę w siatce.

Po trzeciej bramce Portugalczycy stracili pomysł na grę. Zaczęli strzelać z dystansu - ale ich uderzenia bez trudu wyłapuje Jens Lehmann. Tymczasem w 79 minucie Lukas Podolski mógł podwyższyć na 4:1. Jego potężny strzał z 30 metrów minął minimalnie lewy słupek bramki Ricardo.

W 83 minucie boisko opuścił żegnany owacją na stojąco Bastian Schweinsteiger. Zastąpił go Fritz.

W 87 minucie odżyły nadzieje portugalskich kibiców. Gola na 2:3 strzelił głową Helder Postiga. Napastnik Sportingu Lizbona wykorzystał znakomite podanie rezerwowego Naniego.

Do końca meczu Portugalczycy atakowali. Nie zdołali jednak stworzyć sobie klarownych sytuacji strzeleckich. W półfinale Niemcy zmierzą się ze zwycięzcą spotkania Chorwacja - Turcja.

Bez trenera Loewa

Niemieccy kibice przed spotkaniem byli pełni obaw. Ich drużyna zagrała na Euro tylko jeden dobry mecz - zwyciężyła 2:0 z Polską drugiego dnia turnieju. Potem przyszła porażka z Chorwacją i wymęczone zwycięstwo nad słabą Austrią.

Niepokój Niemców wzbudzała także sytuacja na ławce trenerskiej. Zabraknie na niej bowiem Joachima Loewa, który ukarany został czerwoną kartką za kłótnie z arbitrem technicznym w spotkaniu z Austrią. Trener Niemiec ogląda spotkanie z trybun i nie może kontaktować się w żaden sposób z piłkarzami, ani ze sztabem szkoleniowym; jego miejsce na ławce zajął Hans-Dieter Flick.

Zupełnie inne nastroje panowały w obozie Portugalczyków. Ich drużyna grała dotąd efektownie i bez problemów pokonała Czechów i Turków. Humorów nie zepsuła im nawet porażka ze Szwajcarią w ostatniej kolejce - Portugalia wystąpiła w tym meczu w rezerwowym składzie.

Na stadionie w Bazylei wymieniono przed meczem trawę. Poprzednia nawierzchnia uległa zniszczeniu podczas meczu Szwajcaria - Turcja.

Portugalia - Niemcy 2:3 (1:2)

Bramki: 0:1 Schweinsteiger 22 0:2 Klose 26 1:2 Gomes 40 1:3 Ballack 62 2:3 Postiga 87

Wyjściowe składy:

Portugalia: 1-Ricardo; 4-Jose Bosingwa, 15-Pepe, 16-Ricardo Carvalho, 2-Paulo Ferreira; 10-Joao Moutinho, 8-Armando Petit, 20-Deco; 7-Cristiano Ronaldo, 21-Nuno Gomes, 11-Simao Sabrosa

Niemcy: 1-Jens Lehmann; 3-Arne Friedrich, 17-Per Mertesacker, 21-Christoph Metzelder, 16-Philipp Lahm; 7-Bastian Schweinsteiger, 6-Simon Rolfes, 13-Michael Ballack, 15-Thomas Hitzlsperger; 11-Miroslav Klose, 20-Lukas Podolski

Spotkanie sędziował Szwed Peter Froejdfeldt

Źródło : PAP

Beger skazana za fałszowanie podpisów

jen, pap, tvn24 19-06-2008, ostatnia aktualizacja 20-06-2008 02:40

Sąd w Pile skazał Renatę Beger na dwa lata więzienia w zawieszeniu na pięć lat oraz karę grzywny w wysokości 30 tys. zł za oszustwa wyborcze.

autor zdjęcia: Bartosz Jankowski
źródło: Fotorzepa
autor zdjęcia: Bartosz Jankowski
źródło: Fotorzepa

Sąd uznał, że w 2001 roku Beger dopuściła się nadużycia i fałszerstwa przy sporządzaniu list osób popierających kandydatów Samoobrony w wyborach do Sejmu.

Beger po ogłoszeniu wyroku powiedziała, że uważa wyrok za niesprawiedliwy i w związku z tym "wraca do polityki".

Sąd stwierdził, że w 2001 roku Beger dopuściła się nadużycia i fałszerstwa przy sporządzaniu list osób popierających kandydatów Samoobrony w wyborach do Sejmu. Miała dostarczać swojemu współpracownikowi dane osób, które ten, na jej prośbę, wpisywał w listy poparcia. Beger listy te przedłożyła w okręgowej komisji wyborczej jako autentyczne. Ponadto sama wpisywała dane osób, które następnie były podpisywane przez nieustalone osoby.

Beger od początku procesu zaprzeczała jakoby miała jakikolwiek udział w fałszowaniu list. Zaprzeczyła też, by miała przekazywała dane osobowe do wpisania na listy swojemu współpracownikowi.

- Wyjaśnienia oskarżonej w ocenie sądu nie zasługują na wiarę, bowiem nie znajdują potwierdzenia w pozostałym materiale dowodowym zebranym w toku postępowania. Stwierdzić należy, że postępowanie dowodowe wykazało w sposób jednoznaczny, że oskarżona dopuściła się zarzucanego jej przestępstwa -stwierdził sędzia Karol Kaźmierski.

- Oczywiście że się odwołam od tego wyroku, choćbym miała pod kościołem żebrać o pieniądze na odwołanie. To nie jest koniec mojej kariery politycznej; jeżeli takie wyroki zapadają w Polsce, a niewinni ludzie są skazywani, to wracam do polityki - powiedziała dziennikarzom po ogłoszeniu wyroku była posłanka.

Źródło : "Rz" Online